Poradnik pisania – ćwiczenie 3

Drżyj przed trzecim ćwiczeniem dla aspirujących pisarzy! Oto wyzwanie godne mistrzów pióra. Podołasz mu? Czy polegniesz, jak legiony śmiałków przed Tobą?!

Obsługa ćwiczeń pisarskich jest prosta. Zacznij od przeczytania krótkiej notki, zapisanej kursywą na końcu każdego posta z tej serii. Zastanów się nad przedstawioną sytuacją, pomyśl, jaką historię (lub fragment historii) jesteś w stanie z tego wydobyć. Gdy masz już w głowie obraz, ideę zdatną do zapisania, przelej wszystko na papier (albo na ekran komputera).

Tekst, który stworzysz, nie musi być długi. Wystarczy nawet jeden akapit. Możesz go pomyśleć jako część większej całości (niechby i całej książki Twojego autorstwa!), ale nie musisz tego robić. Może być to zwarta opowieść, taka, co się zgrabnie zaczyna i kończy z puentą. Może to być też wyrwany z kontekstu opis lub dialog.

Pamiętaj: ćwiczenie jest po to, żeby rozruszać mózg, dostarczyć Ci inspiracji i powodu do tworzenia.

A, i jeszcze jedno – Spisek pisarzy ma cały dział, Poradnik pisania, poświęcony temu, jak pisać. Jeśli czujesz, że potrzebujesz dodatkowej pomocy, nie zapomnij przeczytać artykułów, które pojawiły się dotychczas. Nie zapomnij też zapoznać się z innymi ćwiczeniami.

No to jedziemy:

 

Bohater – najbardziej męski mężczyzna w okolicy – staje właśnie przed najstraszliwszym wyzwaniem w swoim życiu. Literalnie. Jest o krok od narobienia w gacie i przystąpienia do spektakularnej ucieczki (akhem… to znaczy, odwrotu na z góry upatrzone pozycje; bohaterskiego odwrotu, żeby nie było). Co wywołuje w nim takie przerażenie? Czy staje naprzeciw pewnej śmierci samotnie, czy ktoś mu towarzyszy? Czy podoła wyzwaniu? Wyobraź sobie tę scenę, wybierz punkt widzenia i odpowiedni ton – po czym napisz krótką opowieść o odwadze (lub braku tejże).

 

Jeżeli chcesz się z kimś podzielić tekstami, które powstały podczas ćwiczeń, zachęcam do wrzucania ich w komentarze pod postem. Jeśli wyszedł Ci dłuższy kawałek, możesz go umieścić na Forum. Z chęcią przeczytam i podzielę się uwagami.

 

Foto: Koshyk / Foter / CC BY 2.0

Zapisz się na newsletter! Spisek Pisarzy wysyła tylko to, co warto przeczytać.



Tomasz Węcki

Tomasz Węcki


Cześć, mam na imię Tomek i jestem grafomanem. Od kilkunastu lat udaje mi się połączyć przyjemne z pożytecznym i utrzymuję się przede wszystkim z pisania. Byłem już dziennikarzem, piarowcem, copywriterem, ghostwriterem, dokumentalistą i autorem tekstów do gier komputerowych. Teraz możesz również przeczytać moją pierwszą książkę – „Wtajemniczenie”.

26 odpowiedzi

  1. Anonymous pisze:

    Szedł już trzeci dzień, nie zastanawiając się kiedy i czy w ogóle jest szansa, że rzeczywistośc dookoła niego zacznie przybierać inne barwy. Na razie wszystko było szare, przysypane po-wulkanowym popiołem drzewa smutno pochylały gałęzie swoich wysłanników w kierunku ziemi, Tutaj panowała cisza, podsycana jego własnymi krokami. Szedł ramię w ramię z echem. O dziwo jego mózg zaistniała sytuację przyjął jak balsam . Po ostatnich dniach paniki i zgiełku teraz w ten dziwmy sposób nauczył się wypoczywać. Było cicho, szaro i pusto ..Genialne piękno…
    Nagle, w ten niczym niezmącony krajobraz wdarł się terkot maszynowego karabinu. Trrrrrr, trrrr..Z za drzew pojawili się Oni . Czarne maski z oczodołami i wypukłym czołem, z pustym , wypalonym wzrokiem. Ten największy patrzył wprost na niego. . W jego źrenicach były wszystkie jego lęki kilkunastu poprzednich lat. „Musisz zginać za swoje winy…, inaczej świat nigdy nie będzie taki jak dawniej…Chwilę potem , nim zdołał poczuć przejmujący strach oblał się zimnym potem i otworzył oczy. Był sam, nagi leżał na białym prześcieradle którym niedbale przykrył się w nocy.

    • Tomasz Węcki pisze:

      Mój wewnętrzny korektor krzyczy, gdy to piszę, ale – to jest nawet niezły tekst. :) Oczywiście, z pominięciem przecinków, niepotrzebnych spacji i innych edytorskich potknięć. Gdybym miał pokazywać paluchem, co jest do poprawy, to właśnie to. 😉

      BTW – Onomatopeję („Trr, trr”) można spokojnie zastąpić epitetem. Kiedy to się czyta na głos, efekt jest fajny, ale większość czytelników będzie czytać po cichu. W takich okolicznościach onomatopeje częściej rażą, niż pomagają.

  2. Anonymous pisze:

    Dlaczego z góry zakładamy, że najstraszniejsza jest śmierć?

  3. Anonymous pisze:

    part 1 B’el zadrżał. Oto przed nim stanął najgorszy z możliwych wrogów, świadoma swych zbrodni maszkara o przejmujących spojrzeniach trzech twarzy: złości, wesołości i obojętności, a wszystkich martwych i zawieszonych pod czerwonym kapturem w czarnej pustce. Lisz zaciekawiony bardziej niż zaniepokojony najściem ze strony chłopaka, zrobił krok w stronę środka pokoju. Gdy tylko to zrobił, atmosfera stała się jakby cięższa; aura złowieszczego i przedwiecznego potwora dotarła do szczytu schodów, gdzie zatrzymał się intruz. Na nic zdało się skradanie. Smak życia krążył w powietrzu już od momentu, gdy przestąpił prób zapadającej się bazaltowej wieży. A teraz niewidzialne macki mocy Lisza badały jego umysł, zaś potęga dosłownie wgniatała w podłogę zmęczone ciało. Nagły błysk z nagiego przedramienia wydawał się rozdzierać panujący dookoła mrok. Cienie uciekły w szczeliny popękanych murów i podłogi, poukrywały się w ciężkich woluminach leżących na kamiennym stole rytualnym oraz pod wiekami skrzyń stojących pod ścianami. Potwór zasłonił suchymi dłońmi wnętrze kaptura, zdziwiony tak zjawiskiem jak i swoją reakcją. Kiedy wszystkie cztery kończyny upadł, ujrzał B’ela. Ten, nie czekając na lepszą okazję, skoczył i jednym susem pokonał ponad połowę dzielącego ich dystansu. Resztę drogi pokonał wielki młot, trzymany oburącz korzeń żywodrzewa, zwieńczony skałą rudytrytu. Uderzenie trafiło w tułów trupa, odrzucając go do tyłu, na stertę kości i wysuszonych skór, walających się po lewej stornie stołu. Nagły wrzask stwora zmroziłby krew niejednemu śmiertelnikowi, jednak młode ciało Baerskera dotarło do momentu, gdy naturalne instynkty wzięły górę i blade źrenice zaszły czerwoną mgłą. Mięśnie zawrzały od bitewnego szału i tylko to uratowało ostatniego przedstawiciela swojej rasy od rozszarpania atakiem psychicznym. Normalny cios mógł tylko zmiażdżyć kolejne partie korpusu wiekowego Lisza, stało się jednak tak, że na wpół świadomy B’el zanucił rytualną pieśń, więc tatuaże na rękach ożyły pierwszy raz od kilkunastu lat.

    • Anonymous pisze:

      part 2
      Nieukończone, były cieniem potęgi, a mimo to znak Warkocza Więźnia, symbolizowany przez świetlisty łańcuch wspiął się po rękojeści i otoczył nienaturalnie wielką broń, w którą wstąpił duch rysunku prawej dłoni – Behemłot. Tak uzbrojony, zamiast strzaskać ciało jednym, B’el zadał trzy szybkie ciosy niszczące za każdym razem istotę samego Lisza. Pierwszy opadł prostopadle i odrzucił ponownie w tył, oszałamiając prastarą potęgę. Srebrne iskry mające źródło w zamazanym uderzeniu zapaliły suche łachmany i papiery walające się po podłodze. Mdły smród i dym nie docierały do chłopaka, bowiem zdołał zadąć kolejny cios, a wrzask bólu odbił się echem od ścian i dodał ostatniemu ciosowi zwiększonego impetu, od którego zadrżała posadzka. Wzniesiona broń opadała jeszcze kilka razy, jednak magia plemienna wygasła. Nogi załamały się pod młodzieńcem. Dysząc, załkał, ponieważ strach pchnął go do ataku a nie ucieczki. – Ojcze… szepnął. Gdy podniósł głowę, przed sobą widział stertę strzaskanych kości, należących do różnych istot. Po maskach nie było śladu, ale też nie wyczuwał potęgi, która oszołomiła go i skłoniła naturalne instynkty do wzięcia górę nad rozsądkiem. Bał się, żałował, ale i cieszył się z powodu zwycięstwa. – Udało się. Głos był słaby, przebijały się w nim radość i ogromne znużenie. Próbował wstać, ale nie zdołał, opadając na tyłek. Kurz z kamiennej podłogi wzbił się w powietrze, a niewielkie ogniska dogasały. W słabym poblasku pochodni i dzięki infrawizji widział, jak trup Lisza, zapada się. Rozszedł się zapach otwartego grobowca. Nagły podmuch zimnego powietrza owionął chłopaka, zabierając oddech i dając w zamian obietnicę… – To jeszcze nie koniec… Wypełnione przed chwilą adrenaliną serce B’ela zamarło. Jednak wpatrzony w ciemność wzrok wyrażał ogromną zaciętość i nieugiętość. Zacisnął szczękę, obiecując sobie, że następnym razem, będzie gotowy. Póki co jednak, ma wieżę do splądrowania i to dodało mu otuchy, ponieważ oprócz walki, kochał zaspokajać własną ciekawość i żądzę przygód. Podpierając się młotem, wstał i obejrzał jednolite na pierwszy rzut oka mury. Czuł, że za nimi kryją się tajemnice. Za nimi i za wysokimi ścianami doliny, z której odchodzi już niedługo. Ku nowym przygodom. [Gra V Er]

  4. Zu pisze:

    Zdrapywał mimowolnie etykietkę z wilotnej butelki. Ławka przed sklepem była pusta; urzędujący na niej codziennie podpici emeryci poszli już do domów, do swoich czułych żon, dorosłych dzieci i wykrochmalonych pościeli. Adam siedział więc samotnie, wyciągając przed siebie bose stopy, podpierając opadającą głowę o framugę drzwi. Słońce już dawno zaszło, pozostawiając po sobie tylko cienką, jasną linię, namalowaną na kancie odległego horyzontu. Wieczór był ciepły; w wysokich trawach grały świerszcze, rosnący obok sklepu kwitnący czarny bez szumiał lekko, poruszany delikatnym wiatrem ze wschodu, rozsiewając oszałamiający zapach po całej okolicy. Zza zakrętu wytoczył się Jojo, jadący na starym składaku; rower skrzypiał cicho, brnąc cierpliwie przez rozstępujący się przed przednim kołem żwir, którym wysypane było pobocze drogi. Jojo podniósł rękę, witając Adama niemym gestem, i zniknął za kolejnym zakrętem. Znowu zapadła cisza. Adam zamknął oczy, drapiąc się lekko po nodze. Nie musiał wracać do domu, żona już dawno poddała się w walce o jego wolny czas. Dzieciaki pewnie już spały, więc na wieczorne mówienie „dobranoc” i tak był spóźniony. Przekręcił się nieco na niewygodnej ławce. Horyzont ściemniał już całkowicie; na czystym, czarnym niebie świeciły jedynie srebrne punkciki gwiazd.
    Gdy Adam się obudził, noc była smolista. Niebo zasnute były ciemnymi chmurami, przesłaniającymi księżyc i gwiazdy. Adam wyciągnął z kieszeni telefon i zaświecił ekran, podnosząc się z ławki. Niebieski blask padł na stojącego przed nim mężczyznę. Adam opadł z powrotem na ławkę, otwierając usta w niemym krzyku. Telefon zgasł. Zaraz potem ciemne ramiona objęły szyję Adama, a zwinne dłonie wślizgnęły się za jego kołnierz. Adam zamarł ze strachu. Chwilę później nieznajomy mężczyzna cofnął się krok w tył, kryjąc w nieprzeniknionej ciemności.
    Ranek zastał Adama leżącego na ławce, trzymającego się obiema dłońmi za kark. Pod zaciśniętymi mocno palcami widniała mała, krwawiąca lekko ranka.
    Następnego lata ławka przed sklepem stała pusta. Bez zdziczał, a porzucony w rowie składak kompletnie zardzewiał. Zaraza zabiła wszystkie kobiety i połowę mężczyzn, reszta mieszkańców uciekła z wioski.
    Z HIVem nie ma żartów.

    • Zu pisze:

      Akapicik powstał tak szybko, że nawet nie zdążyłam przed wyjściem okrasić go metatekstem:) Więc nadrabiam.
      Po pierwsze – świetny pomysł z tym poradnikiem pisarza, będę na pewno zaglądać tutaj często i czekać na nowe wpisy. Po drugie – widziałam, że Szanowny Autor komentuje większość wpisów, co bardzo mi imponuje; wiem, jak czasochłonne jest prowadzenie bloga, a podejmowanie dyskusji to kolejne trudne zadanie. Brawo:)
      Pozdrawiam

    • Tomasz Węcki pisze:

      Językowo bardzo dobry tekst, zwłaszcza podoba mi się, gdy pokazujesz zwykły świat bohatera. To zdecydowanie najlepszy fragment. Dla odmiany, nie bardzo rozumiem roli tajemniczego zabójcy – i zupełnie nie chwytam zakończenia…

      Jeśli zabójcą jest jakiś duch (personifikacja HIV?), zmora lub śmierć uosobiona, warto nakierować na to czytelnika, albo bardziej szczegółowym opisem, gdzie zasugerujesz, że ta persona nie jest człowiekiem, albo – odwołując się do mitologii towarzyszącej śmierci. Na przykład, bohaterowi mogłoby literalnie stanąć życie przed oczyma; spojrzałby na nie raz jeszcze, z dystansu, i pożałował głupich decyzji (choćby tego, że nie wrócił wieczorem do domu).

      Jeśli zabójca to człowiek, też warto go opisać i w tym opisie zasugerować jego motywację. Być może to osobiste? Być może bohater zna napastnika i wie, że zaraz spotka go słuszna zemsta? Tak czy siak, w obecnej formie pozostawiasz tak dużo w domyśle, że czytelnik będzie się domyślać wszystkiego, tylko nie tego, o co Ci chodziło.

  5. Wini pisze:

    Najpierw komplementy – naprawdę świetny blog. A szczególnie właśnie ta część pod tytułem „Poradnik pisania”. A co do samego ćwiczenia to, najpierw przyszły mi do głowy smoki, etc. Ale później pomyślałem „a czego ja się boję?” A wiadomo, że mężczyźni czasami drżą przed sytuacjami, które, szczególnie z perspektywy kobiet, o czym moja przyjaciółka nie omieszka mi zawsze przypominać, są niezwykle prozaiczne. Albo przynajmniej takimi, które powinny wywoływać całkiem inne emocje. Ale do rzeczy.

    Drzwi. Te zwykłe drzwi. Dlaczego tak się ich bał? Czyżby czekał za nimi jakiś wróg? Czyżby, przekraczając próg, miał przeżyć piekło? Nie. Wręcz przeciwnie. Można powiedzieć, że za tymi drzwiami czekał go raj. A jednak się bał. Mówiąc wprost – srał w gacie.
    Był przygotowany. Miał ze sobą odpowiednie artefakty. Znał zaklęcia. A co jeśli nie podziałają? W końcu to, co kryje się za drzwiami jest nieprzewidywalne. Ale przecież się nie podda. Nie narazi się na śmiech i drwiny kompanów. Zresztą, to nie może być przecież takie straszne. Uda się. Musi.
    Marcin wziął się w garść. Wyciągną kwiaty zza pleców. Zadzwonił. Usłyszał kroki. Serce zabiło mu szybciej. Po chwili drzwi się otworzyły.
    – Cześć Marika – powiedział z uśmiechem ale i lekkim zdenerwowaniem.
    – Cześć! Wejdź – odpowiedziała dziewczyna wykonując zapraszający gest.

    • Tomasz Węcki pisze:

      Heh, niezłe. :) Szkoda, że jednak nie wprowadzę lajków w komentarzach (z wielu różnych powodów), bo bym ten tekst polajkował.

  6. Riboq pisze:

    No, w końcu wolny, spokojny wieczór by nadrobić zadania :).

    – Jesteś pewna, ze on jest wykarmiony?
    Dobiegło go tylko krótkie parsknięcie z lewej.
    Tia na lekko ugiętych nogach balansowała przenosząc ciężar z jednej strony ciała na drugą. Powoli obracała nadgarstkami, których powolny ruch budził błyskające ostrza. Dostał takim „promyczkiem śmierci” po oczach kiedy na nią spojrzał. Wyszczerzyła zęby w pełnym szkorbutu uśmiechu.
    – To zależy co masz na myśli, Bo.
    Pokład poruszał się delikatnie pod ich stopami. Pogoda był piękna, smród okrutny, a cisza morska boleśnie kłuła w resztki nadziei.
    – Jak to?
    Ugięły się pod nim kolana, i nie działo się tak za sprawą zgrabnego balansowania. Przeniósł spojrzenie na ubranego w łachmany potężnego mężczyznę, który zbliżał się do nich zaciskając i rozluźniając pięści. Miał otwarte usta i błędne spojrzenie, które nie pozostawiało złudzeń co do poziomu jego inteligencji. Wziął go na pokład do cięższych robót, był posłuszny niczym wół. Dopóki nie był głodny.
    Bo przełknął ślinę głośno i z nadzieją wpatrywał się w kilku jego kamratów i podwładnych, którzy zajmowali ocienione pozycje za plecami olbrzyma.
    – Hej! Beczkę rumu każdemu, kto…
    – Wal się.
    Po pokładzie popłynął szyderczy śmiech.
    Taki sam usłyszał za sobą.
    Tia jednak nadal obracała ostrzem wodząc spojrzeniem od wielkoluda do niego.
    Zaczął się bać. Bardzo. Wnętrzności obróciły mu się co najmniej dwukrotnie, co i tak było średnio bolesne z powodu pustego żołądka. Jęknął cicho.
    – Tia?
    Obdarta, umorusana dziewczyna wzruszyła ramionami.
    – Głodny to on nie jest, ale z całej prawie załogi już dawno zrobił panienki.
    Bo spojrzał po sparszywiałych gębach kryjących się w cieniu mostka. Szczerzyli się do niego obleśnie.

  7. Arrange pisze:

    Godziny ciągnęły się nieubłaganie niczym wypluta guma. Im więcej siedziałem z nią, tym gorzej się czułem. Spojrzałem w sufit odetchnąłem. I jeszcze raz, i jeszcze raz. Moje zimne ręce drżały, a twarz wykrzywiały niekontrolowane grymasy. Miałem ochotę uciec. Cholera. Poszedłem się napić. Upuściłem kubek. Cholera. Zacząłem ze sobą rozmawiać. -Wszystko jest dobrze!, cudownie, cholera uroczo wprost!, a najfajniej, że to tylko Twoja wina idioto!
    Wytarłem wodę i wróciłem do niej. Serce waliło mi głośniej niż tykające wskazówki zegara. To czekanie było straszniejsze od stresu przed tym. Wcześniej się tak nie bałem.Teraz w moim brzuchu siedzi jakiś robal, bo motyle już pouciekały. Byłem taki pewny siebie, a teraz trzęsą mi się kolana. CHOLERA, niech oni wreszcie stamtąd wylezą!!!. Wciąż gotowałem się i zamarzałem, podczas gdy ona stała obok. Piękna, klasyczna niewzruszona. Moja… – Oo! Pan wiolonczelista!, och tak bardzo mi się pan podobał!, był pan najlepszy, po prostu najlepszy!. – nie wiadomo kiedy drzwi huknęły,a siwa profesorka już rozpływała się przede mną w zachwytach, podczas gdy ona wciąż tam stała. Uśmiechnięta.

    Akurat dziś miałam egzamin z fortepianu i najadłam się sporo strachu ^-^, mam nadzieje, że jakoś to bazgrolenie wyszło, bardzo lubię tu wpadać i coś na-po-wy-myślać. Pana ćwiczenia robią się coraz ciekawsze!

  8. Gavinir pisze:

    To, co zobaczył było gorsze od najgorszych koszmarów jakie mogły się przyśnić komukolwiek.
    To, co zobaczył nie miało kształtu. Ani koloru. Nie było też jednak bezbarwne.
    To, co zobaczył nie było nawet prawdziwe.
    To, co zobaczył powinni widzieć tylko martwi.
    Czy był martwy?
    Przecież stał tam, myślał. Bał się, serce było w ruchu, pocił się.
    Musiał żyć.
    Czemu więc to widział?
    Czy to kara? Ale za co? Niczym nigdy nikomu nie zawinił. Był dobrym człowiekiem. A nawet jeśli, to z pewnością nie zasługiwał na taką karę.
    Czy kiedykolwiek ktoś widział to co on? Czy ktoś przeżył takie spotkanie? Czy on przeżyje?
    Czemu on tu w ogóle stał? Nic go nie trzymało. Prócz strachu.
    Może to, co widział, to właśnie strach. Śmierć przecież wygląda inaczej, wszyscy to wiedzą.
    Nie ma kształtu, ani koloru… Zatem to…
    Nicość.

    Wiem, że nie do końca o to chodziło, ale kiedy tylko przeczytałem temat, od razu zamarzyło mi się coś w stylu Lovecrafta. Musiałem :)

  9. diana pisze:

    – Jestem tchórzem- powiedział, kiedy jego ciężkie ciało poddawało się grawitacji.
    Ściana, o którą się opierał zdawała się go powstrzymywać, jakby za wszelką cenę chcąc go złapać klamkami drzwi i uchwytami szafek. Ale nie mogła. Może gdyby kilka chwil wcześniej powiedział więcej, alb wyciął kilka niepotrzebnych słów. „Nie jestem ci potrzebna” mówiła. ” Nie kochamy się tak samo” mówiła. A on stał, jak gdyby to nie działo się na prawdę. Powinien znaleźć słowa. Powinien umieć ją zatrzymać. Jeśli ktoś mówi ci, że cie kocha, potrzebuje i nie wyobraża sobie chwili swojego życia bez ciebie, powinieneś wziąć jej rękę w swoją dłoń i trzymać, dopóki tego nie poczuje, dopóki w twoich oczach nie zobaczy tego, czego pragnie.
    Jego oczy pokazywały bezsilność.
    W całym zamieszaniu nie chodziło o niekochanie. Chodziło o potrzebowanie. Żeby nie dopuścić do siebie za bardzo. Granica była ściśle ustalona. Jesteśmy razem, tworzymy coś pięknego, ale wchodzimy w swoje głowy. Ona tego chciała, chciała rozerwać go na strzępy, wyrwać bezbronne serce i poczuć to wszystko, co chował tak głęboko. Bronił się. To była samoobrona. Musiał ją puścić, żeby przetrwać.Czuł się jednak jak bezbronny, mały wilk, który tak strasznie bał się schować kły przed zwykłym królikiem, że zanim się zorientował, ten zniknął.
    Teraz został sam. Zgasło światło i pozostał dziwny lęk, że królik już nigdy nie wróci.

  10. Sakitta pisze:

    Zacznijmy od onomatopei, aby udowodnić, że odpowiednio dobrana, będzie pasować:

    ,,Kap, kap” krople wody z nieszczelnej rury spadały na podłogę. Justin Bieber schował się za starą szafą z wybitym lustrem. Wątła żarówka oświetlała wnętrze piwnicy nie bardziej, niż słaba muzyka jednego wykonawcy może zniszczyć całą sztukę. Justin podkurczył wydepilowane nóżki, kiedy morderca się zatrzymał.
    O nie! Co ze mną będzie!? – Cały dygotał i obgryzał różowe paznokcie.
    Zza szpary między szufladami Justin widział tęgiego mężczyznę w kominiarce; ten stał i nasłuchiwał – czuł obecność swojej ofiary. Justin zamarł w bezruchu – tak bardzo pragnął znaleźć się teraz w jakimś bezpiecznym miejscu, otoczony przyjaciółmi i nadpobudliwymi nastolatkami. Tymczasem zamknięty w ciemnej piwnicy musiał walczyć o życie.
    Morderca ze złością kopnął stojące przed nim krzesło.
    – Szlag! Znowu mi zwiał! To trzeci raz w tym tygodniu!
    Justin zakrył uszy rękami i cicho pisnął. Morderca obrócił się w jego stronę. Pomieszczenie wypełnił dźwięk kroków osoby w ciężkich butach. Morderca złapał szafę od boku i jednym szarpnięciem przewrócił ją, odsłaniając przepoconego Justina w stroju baletnicy.
    – To koniec, nie będzie już Baybe, baybe.
    Bieber naraz podskoczył, zrobił salto do tyłu, wylądował na kufrze i pokazał mordercy fucka. Mężczyzna warknął i zaszarżował przed siebie, lecz poślizgnął się na kałuży. Justin w tym czasie w długich podskokach dopadł do schodów i wybiegł na zewnątrz.
    Skąd tu woda? pomyślał morderca. Zadarł głowę do góry i zauważył nieszczelną rurę. ,,Kap, kap” wypełniło pustą piwnicę.

    Jest to oczywiście czysta groza, trochę jednak sparodiowana przez obecność źle dobranego POV’a (Point Of View, tak na nich mówię [Postać, niekoniecznie główna, której oczami czytelnik w [b]danym[/b] momencie widzi rzeczywistość książki). Oczywiście przepraszam, jeżeli kogoś uraziłem, powołując się na realną postać, ale taka jest sztuka – w ofiarach nie przebiera, szczególnie,jeżeli zdaniem autora zasłużyli na satyrę.

  11. Virginia Virginia pisze:

    „Odwagi” – pomyślał – „Odwagi, to nie jest takie straszne”.
    Popatrzył na swoje dłonie, które trzęsły się okropnie, jakby miał wysoką gorączkę. A może nawet ją miał? Przyłożył dłoń do czoła, ale nic nie poczuł. Zaczął oddychać głęboko i odliczać do dziesięciu. Nic to nie dawało zaczął więc panikować. „A może lepiej będzie zawrócić?”. Ta myśl po raz pierwszy pojawiła się w jego głowie. Parę godzin temu nawet by jej nie wziął pod uwagę, uważałby, że nie jest godna mężczyzny, ale teraz zabrzmiała bardzo rozsądnie. I bardzo mądrze. Zanim jednak postanowił zrobić cokolwiek, drzwi otworzyły się i stanęła w nich krępa służąca.
    – Pan John? – powiedziała otwierając z zaskoczenia oczy – A co pan tu robi?
    Wystarczyło parę sekund i mężczyzna zdążył się opanować. Nie będzie trząsł się ze strachu przed tą kobietą.
    – Przyszedłem oświadczyć się panience Mary. A teraz proszę mnie wpuścić.
    Służąca ciągle mając na twarzy ten sam wyraz zaskoczenia, przesunęła się w bok i wpuściła pana Johna do środka. Widząc bogactwo wnętrza mężczyzna znowu się zawahał. Wszystko było możliwe, nawet to, że Mary Carrington, jedna z najpiękniejszych dam jakie znał, mu odmówi. Wydawało mu się co prawda, że okazywała mu pewne względy, ale przecież mógł się mylić. Nikt nie jest nieomylny prawda? Czuł, że gdyby nie stała za nim służąca wybiegłby stąd jak najszybciej. Zamiast tego wszedł głębiej do środka i skierował się prosto do salonu. Ojciec Mary wiedział o tym przedsięwzięciu i wyraził na nie zgodę, ale tak naprawdę wszystko zależało od Mary. Poczuł, że znowu trzęsą mu się dłonie.
    Siedziała na fotelu czytając książkę. Nie dał rady nawet przeczytać tytułu, tak był wpatrzony w swoją ukochaną. Czy nie wyglądała wspaniale w tej błękitnej sukni i ze swoimi kruczymi lokami wiszącymi naokoło jej twarzy? A jaką miała smukłą szyję! Nie był jej godny, był już tego pewny i zrobił krok w tył. W tym momencie Mary Carrington podniosła oczy i napotkała jego wzrok.
    Teraz było już za późno by się wycofać. Mógł tylko wejść i się oświadczyć, bał się zresztą, by nie zauważyła, że właśnie gotów był uciec. Nie próbował nawet opanować drżenia rąk, przeskoczył tylko pokój w paru szybkim krokach i niemalże rzucając się panience do kolan, wyszeptał:
    – Ach, panno Carrington, czy wyjdzie pani za mnie?
    Przez chwilę panna Mary spoglądała prosto w jego oczy z dziecięcym zdziwieniem, które jednak przerodziło się w zachwyt i powiedziała:
    – Tak.

  12. m. pisze:

    Bałem się od zawsze. Czy mój fragment wierszyka wypadnie tak dobrze jak ten Tomka? Czy Karolina będzie ze mną jak dowie się, że pocałowałem jej siostrę? Czy Magda zorientuje się, że mam na sobie dwie inne skarpetki? Czy, czy, czy.. Jednak to co dzieje się teraz naprawdę mnie przeraża. Mam ochotę uciec, pocę się bardziej niż przed pierwszym oblaniem kursu na prawo jazdy i trzęsą mi się dłonie, ale nie mam wyboru.
    – Kasiu, córeczko, musimy porozmawiać z mamą o naszej tajemnicy – powiedziałem i zacisnąłem dłoń, żeby nie widziała jak trzęsą mi się ręce.
    – Tato, uspokój się, mama zrozumie, ma już 42 lata i myślę, że nie powinniśmy dłużej tego przed nią ukrywać.
    Znowu miałem wątpliwości; może nie powinniśmy jej tego mówić? Już miałem się z tego wycofywać, ale naglę do pokoju weszła moja żona.
    – Mamo, Mamusiu, Mameńko, musimy z Tobą porozmawiać, Tato i ja – powiedziała Kasia.
    Już nie było odwrotu, było na to za późno. Głęboki oddech, byle spokojnie. Córka zobaczyła moje wątpliwości i sama zaczęła mówić.
    – Mamo, tak naprawdę nie jestem Twoim dzieckiem, tak naprawdę jestem adoptowana, przygarnęliście mnie kiedy byłam małym dzieckiem i czekałam tylko na właściwy moment, żeby Ci o tym powiedzieć. – powiedziała to w bardzo dojrzały sposób i widziałem, że tylko resztkami sił utrzymuje swój wzrok w górze.. tak bardzo boję się jak żona to zniesie.

  13. Jouet pisze:

    Przyprowadziła mnie tutaj siła woli, bo nogi nie były w stanie. Nic dziwnego, nie spałam od dwóch dni. Wnikałam w każde wspomnienie i uświadomiłam sobie, że moje serce przez prawie 4 lata powoli dojrzewało do decyzji, którą odważyłam się wczoraj podjąć i ubrać w słowa. Teraz, gdy każdy krok odbija się echem w mojej głowie, słabnę.
    Zaczęło się niewinnie… pamiętasz? Gdy byliśmy sobie zupełnie obcy zdarzyło się, że obok mnie stała torba, która należała do Ciebie; wychyliłeś się, by ją chwycić, a zamiast tego złapałeś moją wyciągniętą rękę. Twoje zmieszanie, mój wstyd; tym wstydem mieliśmy być naznaczeni zawsze. Bo to nieetyczne. Nie na miejscu. Bo w ten sposób krzywdzi się innych ludzi.
    W chwili, gdy byłam zamknięta, Ty bezwstydnie mnie odsłaniałeś; byłeś, gdy cierpiałam i nie miałam nikogo przy swoim boku. Jednak… nigdy nie miałam odwagi zadać Ci tego pytania. Czy Ty mnie, Najdroższy, kochałeś?
    Wiesz, bo ja Ciebie bardzo. I nadal kocham, mimo tego, że nie ma mnie w Twojej codzienności. Za dużo podróżujesz i nawet, gdy już wracasz to nie do mnie.
    Najbardziej boli mnie to, że nigdy nie będzie nam dane spróbować. Widzisz, nie mamy nawet szansy na to, by móc się przekonać, czy potajemne spotkania, wymykanie się o 4 nad ranem, upijanie w samotności, czy to wszystko ma sens. Ja już nie mam siły, Kochany, na to, by iść dalej jednocześnie z Tobą i obok Ciebie. Obok Twojej żony i dzieci oraz większego o 16 lat bagażu. Nadal jednak jedyną rzeczą jakiej pragnę jest złapać Cię za rękę i pozwolić znów się porwać.
    Jesteś mężczyzną, przez którego szczęście mnie onieśmiela i zawstydza. Twój dotyk uderza mi do głowy, zapach tańczy we mnie. Do czasu, gdy nie odjeżdżasz w swoją stronę, zostawiając po sobie winę i strach i poniżenie.
    Przepraszam Cię, że płaczę, ja…
    – M. Musimy porozmawiać – szepczę.

  14. BluSka pisze:

    Wciągnął powietrze. Czuł, jak jego płuca napełniają się niczym balony, do granic możliwości. Odetchnął. Wiatr powoli wylatywał z jego nozdrzy. Płuca malały, aż upodobniły się do dwóch małych, suszonych śliwek. Mięśnie wcale się nie rozluźniły. Każdy z nich napiął się, jakby wbijano w niego tysiąc igieł.
    Oddychaj frajerze! Nie ma się czego bać – pomyślał. Spojrzał na okno. Zielone drzewa, kwitnące krzaki i bawiące się dzieci, iście sielankowy obraz. Niezbyt pasujący do grozy chwili. Odwrócił wzrok. Szare meble, białe ściany, podłoga i fotele. Nie uspokoiło go to. Zawiesił wzrok na jedynej kolorowej rzeczy w pokoju. Obraz był chyba abstrakcją, choć kto wie, co siedzi artystom w głowie? Na płótnie panował chaos – jakieś kolorowe paćki, kilka niebieskich, zielonych i pomarańczowych bazgrołów. Karol zastanawiał się, co miałoby to przedstawiać.
    Pomarańcze opanowały już Mars, a gruszki nacierały na Ziemię. Krowa w zielonych sweterku tańczyła kankana. Po długich i głębokich rozmyślaniach doszedł do takich wniosków. Dopiero teraz zrozumiał geniusz dzieła.
    Kątem oka zauważył ruch w pomieszczeniu. Odwrócił się szybko. Jakaś kobieta grzebała w szufladzie. Zalał go zimny pot. Co teraz! Przecież nie wybiegnę! Karol, matole, wyciskasz 120 na klatę, a boisz się baby, która waży najwyżej 60. Ta myśl go nie pocieszyła. Sam się oszukiwał, wiedział, czego się obawia. Zesztywniał i czekał na rozwój wypadków.
    – Jest pan gotowy? – spytała brunetka. Miała nie więcej niż 30 lat. Karol był zbyt przerażony by się odezwać. Przytaknął głową i zamknął oczy.
    Rozpoczęło się pobieranie krwi.

  15. Astralny pisze:

    A więc, tak to widzę:

    Darek od piętnastego roku życia uwielbiał chodzić na siłownię. I dzięki wielu godzinom spędzonym na ćwiczeniach, wyciskaniu sztangi i kształtowaniu sylwetki zawdzięczał swój muskularny wygląd. Szeroką klatę napinającą do granic możliwości guziki w koszuli, sprawiające wrażenie jakby miały zaraz wystrzelić. Bicepsy wielgachne jak dwa dorodne arbuzy, na widok których nogi same uginały się pod kobietami. Byczek bez karku, nie zapominał również o Dniu Nóg, by nie wyglądać jak prawdziwa pizda. Zmiana zaszła również na podłożu psychologicznym. Wystarczył rok na siłowni, z wymoczka oddającego drobniaki na śniadanie zmienił się, w już nie tak potulnego skurczybyka. Strach zanikł, a w jego miejsce pojawiła się pewność siebie, rosnąca za każdym razem gdy obijał mordę dawnym prześladowcom.
    I tak lata mijały, by w ostateczności, Pan Dar jak teraz na niego wołali, stał się groźnym królem podziemi, posiadającym niezliczoną ilość burdeli, kasyn i wytwórni narkotyków. Terrorem i siłą kierował gangiem, a gdy ktoś zalazł mu za skórę, osobiście zajmował się delikwentem łamiąc mu po kolei wszystkie kości. Chodziły nawet pogłoski, że osobiście zajął się głową kierującą chińską triadą, przebijając się wcześniej przez niezliczone rzesze ochroniarzy. Przepakowany testosteronem przestał się bać niemalże czegokolwiek, a towarzysze darzyli go ogromnym szacunkiem i respektem. A może kierował nimi zwyczajny strach. Dlatego też nie rozumieli co się dzieje kiedy Pan Dar, wskoczył na owalny stół, trzęsąc się jak osika i wrzeszcząc „Mysz!”.

  16. n_t_li_ pisze:

    Musiał się przyznać. Przed samym sobą. Nie będzie nikogo oszukiwać, ze to nie prawda, bo bał się jak cholera. On. Braian Oaeklay był tak przerażony jak nigdy w swoim krótkim życiu.
    Szybka decyzja. Tak miało być. Jednak Braian stał jak sparaliżowany, podczas gdy kilka metrów dalej masakrowano ciało jego dziewczyny. Ona jest niewinna! Nic nie zrobiła, zostawcie ja w spokoju! Z jego głosy nie dobył sie jednak żaden dźwięk. Czuł, że jego stopy zapadły się w ziemię. Nie czuł ich. Czuł strach i chciał uciekać, ale nagie ciało Catlin pozbawiało go funkcji życiowych.
    Krzyczała. Bała się. Może bardziej niż on. Nigdy mu nie wybaczy, że stał tak i patrzył, jak dwóch mężczyzn na zmianę gwałci ją i przypala papierosem. Wierzyła, ze Braian jest nieustraszony. Nie jest przecież tchórzem, jak jego koledzy. Nie ucieknie. Nie zostawi jej na pastwę tych opryszków.
    Rusz się kretynie! Wiedział, że jest największą szumowiną w tym mieście i mógłby sprzedać Catlin za kasę na proszki. Ona też to wiedziała. Jednak ufała mu. Czemu?
    Nagle poczuł, że mięśnie łydki zaczęły reagować na impulsy przesyłane z mózgu. Uniósł nogę, po czym upuścił ją na podłogę pół metra dalej. Druga noga. I znów pół metra. Jego szczupłe ciało kołysało się wraz z coraz szybszym krokiem. Wyciągnął ramiona, żeby chwycić jednego z gwałcicieli za szyję.
    Pragnął jego śmierci. Chciał sprawić mu ból. Przyjemność sprawiał mu widok ust, które otwierały się i zamykały, łapczywie łapiąc powietrze, niczym ryba wyrzucona na brzeg. Oczy prawie wyszły z orbit. Mężczyzna konał. Jeszcze tylko kilka sekund.
    Nieznośny ból, który rozchodził się po całej lewej nodze Braian oderwał go od tej przyjemności. Zgiął kolano pod wpływem uderzenie drugiego z mężczyzn. Upadł na ziemię. Kątem oka zobaczył Catlin. Była już przy drzwiach. Nie mógł pozwolić, żeby ten kutas ją dogonił. Wstał i zamaszystym ruchem uderzył leżącego wciąż na podłodze, podduszonego mężczyznę. Drugi doganiał Catlin.
    Chwycił stojący nieopodal łom. Zamachnął się. Facet puścił Catlin, a ta wybiegła z pokoju. Braian rzucił ostanie spojrzenie na celę swoje dziewczyny. Żaden z mężczyzn się nie ruszał. Oboje byli zalani krwią.

  17. Cryar pisze:

    Jestem potężny – ta myśl wdawała się uzasadniona nie przez to że był górą mięśni, a dlatego że wysłano przeciwko niemu to.
    Wcześniej jeszcze nigdy nie przegrał żadnej walki, lecz kiedy zobaczył tę bestię pomyślał że może się lada chwila zmienić.
    Stał samotnie na zielonej łące. Otaczał ją las. Był daleko, jednak Mir wiedział że posiadacz lśniących czerwienią oczu, wielkich srebrzystych kłów i cielsku stworzonym z pustego nocnego nieba będzie wstanie go zaskoczyć, jeśli tylko zechce. W tym czymś było coś sprawiało że każdy by zadrżał… jak nogi Mira. Coś co sprawiało że zaczynasz się martwić nie tylko swoje ciało, śmierć, ale także o to co stanie się z tobą później.
    Chciał odwrócić się plecami do słońca – jeśli to stworzenie zaatakuje go od tyłu może przed sobą zobaczy jego cień. Nogi jednak odmawiały mu posłuszeństwa.
    – Cholera! – wbił w udo swój sztylet.
    Ostrze zabiło paraliż, zastępując go bólem. Cieknąca po nodze krew mówiła mu, że jego śmierć jest tylko kwestią czasu.
    Obrócił się tak planował. – Przynajmniej moje nogi się nie trzęsą – Teraz robiły to jego ręce. Przez chwilę chciał dźgnąć się w ramię, ale zdał sobie sprawę, że jeśli tak to miało wyglądać wkrótce skończy jak sito. Dłonie i nogi nadal go słuchały, to powinno mu wystarczyć.
    Z lasu dobiegł go wrzask, połączenie ryku niedźwiedzia z wyciem wilka.
    Na przekór swoim złym przeczuciom sięgnął za plecy po miecz. Jego odwaga nigdy nie była niczym wielkim. Kiedy przychodziło co do czego, starał się nie myśleć, a działać. Co mógł zrobić gdy nie widział przeciwnika, a los chciał że dostrzegł tego potwora kątem oka.
    Uciekać… pójdę do miasta i urządzimy polowanie, król nadal ma wobec mnie dług.
    Był już gotowy to zrobić. Musiał tylko przypomnieć sobie dwie rzeczy: w którą stronę iść i to gdzie wcześniej zaczaił się stwór. Ten robiąc mu na złość właśnie wyszedł z lasu, naprzeciwko niego. Wielka czworonożna masa lśniąca od srebrzystych kłów, szponów oraz czerwonych oczu, jej czarne najeżone futro przypomniało kolce… lśniąca. Ocknął się już biegnąc w jego kierunku. Nie zawahał, już nie myślał. Strach przebijał się przez barierę jego podświadomości. Ta jednak była zbyt silna. W końcu ostatnie zdanie, które pojawiło się w jego umyśle brzmiało: słońce razi go w oczy, mam szansę!
    Mieniące się srebrem szpony na łapie zbliżały się doń z zatrważającą szybkością. Jak się spodziewał atak nie był celny, jedynie trząsną ziemią za nim. Kiedy znalazł się wystarczająco blisko podskoczył i wielkim mieczem ciął stwora przez szyje. Upadł zaraz pod nim, a ilość krwi która na niego wytrysła potwierdziła wcześniej nie pewną myśl sukcesu. Właśnie przez hektolitry czerwonej mazi, nie zauważył bezwładnie spadającej na niego łapy. Kiedy zdał sobie z tego sprawy był już przekuty jednym z pazurów.
    Leżał w kałuży krwi, swojej i bestii. Przygwożdżony do ziemi przez wielki szpon. Reszta stwora upadła obok, nie miażdżąc jego ciała. Szybko przestał krwawić, a jego żywot się zakończył. W swoim ostatnim życzeniu zmusił Mira, by obserwował jego przerażające truchło, aż do śmierci.
    Ciekawe czy on też widział we mnie taką przerażającą bestie? Ha, i czego jeszcze…

  18. Shelia Lucky pisze:

    Marcus popatrzył na swoje mięśnie. To był jeden wielki paradoks. Tyle czasu spędził na siłowni, a teraz na niewiele się zdają. Wyciągnął palec w stronę domofonu. Już miał przycisnąć guzik domofonu, ale zrezygnował. Czekał na tą randkę od podstawówki. Kiedyś nie miał u Laury szans. Był brzydkim, nieśmiałym kujonem. Ciężko pracował nad sobą. Teraz był najbardziej męskim mężczyzną w okolicy. Chłopak ponownie uniósł rękę. W głowie kłębiły mu się najgorsze myśli. Co będzie jeśli go wyśmieje? Co jeżeli pomylił numer i zadzwoni do jakiegoś starego, grubego faceta? Był przerażony. Olśniewający wygląd wcale nie dodawał odwagi. Do drzwi podeszła stara kobieta.
    -Wchodzi pan czy nie?- mruknęła zirytowana
    Marcus zauważył, że właśnie tarasuje drzwi. Odsunął się speszony, żeby staruszka mogła przejść. Ta obdarzyła go gardzącym spojrzeniem i mruknęła coś o niedorozwiniętej młodzieży. Chłopak spojrzał na zegarek. Był spóźniony.
    -Co się może stać?- pomyślał i nacisnął dzwonek

  19. Maniek pisze:

    Jacek nie miał żadnych problemów ze ściąganiem haraczy od dzieciaków w swojej podstawówce. Jako że kiblował trzeci rok, był największym i najsilniejszym szóstoklasistą. Osiągając nieprawdopodobne wręcz zyski na tym polu przy w zasadzie zerowym wysiłku, ani myślał, by kiedykolwiek z tego rezygnować.

    Aż do tego dnia. Kiedy przy wejściu do szkoły złapał jednego dwóch czwartoklasistów i zażądał tradycyjnie po pięć złotych za wejście, chłopcy zamiast pokornie sięgnąć do kieszeni gwizdnęli przeciągle. Jacek zastanawiał się przez chwilę co się dzieje, gdyż taka sytuacja zdarzyła mu się po raz pierwszy. Nim jednak jakaś sensowna myśl pojawiła się w jego głowie, zza murku wyszedł jakiś menel, zapewne jeden z tych, którzy popijali jabole pod znajdującym się niedaleko monopolem.

    Jacek zdziwił się trochę jego obecnością tutaj, ale zaraz też wrócił do swoich spraw. Obrócił się w stronę swoich ofiar i już miał ponowić żądanie, gdy poczuł mocny ucisk pod pachami, a zaraz potem podniósł się do góry i uderzył plecami do ściany. Zlał go zimny pot, a szybki rzut oka na młodszych chłopców i ich roześmiane twarze utwierdził w przekonaniu, że wpakował się w niezłe kłopoty.

    – To co? – menel zwrócił się do chłopców. – Mam mu tylko wtłuc, czy coś konkretnego sobie życzycie.
    – Niech popamięta – rzucił jeden z nich.
    W tym momencie Jacek korzystając z nieuwagi faceta, szarpnął się, wyswobodził z uścisku i biegiem skierował między pobliskie bloki.
    – Co się odwlecze to nie uciecze – rzekł menel, widząc spochmurniałe twarze chłopców.

  20. Marcin pisze:

    Syk tłoków hydraulicznych, zamykających śluzę powietrzną, zazwyczaj działał na niego uspokajająco. Tak samo jak spacery w próżni – dookoła jedynie cisza i pustka, przerywana nieregularnymi trzaskami radio. Dziś jednak czuł dziwny niepokój, tak, jakby tykanie zegara w tle nagle ustało. Coś było nie tak, to przeczucie nie opuszczało go od samego rana, kiedy wstawał, jadł śniadanie czy przechodził rutynowy trening. Jak ciche brzęczenie komara, którego nie da się złapać, a ono nie ustaje.
    Migające światło grodzi prowadzącej w próżnię regularnie kładło pomarańczowe pasy na jego kombinezonie. Tak wyglądało prawie całe jego życie, dlaczego akurat teraz czuł tak silny niepokój? Śluza była już całkowicie otwarta, a głębia przestrzeni na zewnątrz zachęcała do wyjścia. Powoli stawiając kroki, wyszedł z komory i chwycił drabinkę po prawej stronie burty, prowadzącą do zewnętrznej sekcji komunikacyjnej. Każdy jego krok był ociężały, zupełnie jakby grawitacja planety ściągała go w dół. – Co się dzisiaj ze mną dzieje? Jeszcze tylko dwa tygodnie i powrót, co może się spierdolić w ciągu dwóch tygodni? – pytania buzowały w głowie, a niepokój szedł tuż obok niego, nie ustępując kroku. Fakt, awarie anten komunikacyjnych nie były niczym nadzwyczajnym. Planeta była okrążona sporym dyskiem pyłu i niedużych asteroidów, przez co całkiem łatwo było o kolizję ze stacją i drobne awarie. Tym razem wskaźniki na pulpicie komunikacyjnym ogarnął chaos, po czym po krótkiej chwili przepaliły się bezpieczniki. Wymienił bezpieczniki, modląc się, żeby przepięcie nie spaliło procesorów, bez których pozostałby niemy i głuchy. Oczywiście, na stacji była awaryjna sekcja komunikacyjna krótkiego zasięgu, ale przy silnych zakłóceniach powodowanych przez wzmożoną aktywność lokalnej gwiazdy, mógł równie dobrze użyć walkie-talkie.
    Był już przy końcu drabinki, przy pierwszej antenie, kiedy usłyszał głośny, przenikliwy alarm w słuchawkach hełmu. Alarm mógł oznaczać wszystko, od przedziurawionego poszycia statku po pożar. Szybko wpiął się karabinkiem w uchwyt na końcu drabinki i nerwowo zaczął wystukiwać komendy na naramiennym panelu. A jednak! Spięcie w panelu komunikacyjnym i przepalony bezpiecznik nie zakończyły problemów – panel jednoznacznie wskazywał na pożar w sekcji komunikacyjnej! Kabina była oczywiście wyposażona w automatyczne urządzenia gaśnicze, jednak pozostanie teraz na zewnątrz i niedopilnowanie ugaszenia pożaru równoznaczne były ze skokiem z mostu z kocem zamiast spadochronu. Jakieś szanse były, tylko co z tego? Nie przeżyje dwóch tygodni w wypalonym wraku stacji, tym bardziej bez możliwości wezwania pomocy.
    Przepiął karabinek do linki biegnącej wzdłuż drabinki i zaczął schodzić z powrotem, gdy jego uwagę przykuł jasno żarzący się punkt na czubku jednej z anten. Słyszał o takich zjawiskach, jednak naukowcy jednoznacznie przypisywali je do kategorii miejskich legend. Nieduży, bardzo jasno świecący punkt, jakby spalający się kawałek potasu. Krand. Tak te stworzenia nazywali ci, którzy je spotkali. Krand, od nazwiska pierwszego człowiek, który je spotkał. Krand. Odpowiedź na najbardziej dręczące pytania. Skąd jesteśmy? Jak powstał wszechświat? Po powrocie na Ziemię John Krand został jednoznacznie zakwalifikowany do czubków, twierdząc, że pojął istotę wszechświata, jego początku i końca. Opis jego spotkania był spójny, jednak po kontakcie ze stworzeniem zaczynał się gmatwać i urywać. John nie był w stanie opisać słowami tego, jak zostało m tou przekazane, , pomimo, że był w stanie przytoczyć dokładne dane na temat początków wszechświata. Przestał także poznawać ludzi, w tym najbliższą rodzinę. Zupełnie jakby wymazano mu część pamięci. Po dwóch miesiącach w psychiatryku zmarł na apopleksję. Według lekarzy, jego system nerwowy nie wytrzymał takiego napięcia. Wrak człowieka.
    Schodząc z drabinki i wpatrując się w gorejący punkt na czubku anteny, czuł się jak tchórz. Jak cholerny, cholerny tchórz, który wyrzuca swoje ego na śmietnik. Pożar był tylko wymówką.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *