Pycha? Zazdrość? A może lenistwo? Jakie grzechy popełniają polscy pisarze, strącając jednocześnie własną twórczość w odmęty banału i bylejakości?
Ot, miałem pisać o czymś innym, ale trafiłem na tekst Patrycji Pustkowiak na stronie nagrody literackiej “Angelus”. Jej pierwszą książkę, „Nocne zwierzęta”, nominowano ostatnio do Nike, zaś ona sama popełniła nietakt wytknięcia, co jej się nie podoba w polskiej literaturze. Operowała na ogólnikach, ale i tak – sądząc choćby po komentarzach pod tekstem – parę osób poczuło się dotkniętymi.
Cóż, kłopot w tym, że Patrycja w wielu punkach ma rację. Polska literatura potrafi być nieznośna, a nasi rodzimi twórcy bywają mistrzami w nadmuchiwaniu własnego ego.
Spójrzmy więc, jakie grzechy można wytknąć polskim pisarzom. I co zrobić, żeby nie popełnić tych samych błędów.
Gadulstwo
Przerost formy nad treścią. Językowa bufonada. Lanie wody. Ponoć są to znamiona niedoświadczonych autorów, nie tylko w Polsce. Na naszym podwórku cenimy sobie jednak kwiecistość mowy w sposób szczególny. Być może wynika to z natury języka – jest w końcu skomplikowany i można go nieźle powyginać. Być może ma znaczenie fakt, że nasza tradycja kulturalna obfituje w wielkich poetów, za to prozaicy okupują raczej drugi plan. Nie wiem.
Osobiście obstawiam, że źródłem problemu jest współczesna edukacja. Nawet za moich czasów, przed reformą, zdobywało się dodatkowe punkty za rozlewanie wody. Wypowiedź krótka i na temat mogła wręcz być odebrana jako przejaw małej wiedzy. O ile człowiek nie bełkotał ewidentnie bez sensu, używając dodatkowych słów zwiększał szanse na trafienie w klucz. Po reformie oświaty ten proceder został dodatkowo sformalizowany, dzięki czemu klucze odpowiedzi są oficjalne i obiektywne, podczas gdy wcześniej istniały tylko w głowach nauczycieli. Uczniowie wiedzą, że gdy czują się niepewni w temacie, trzeba koniecznie pierdolić. A nuż nikt się nie połapie.
Trzeba koniecznie pierdolić. A nuż nikt się nie połapie.
Nie pierwszy to raz, gdy system edukacji uczy tylko tego, jak radzić sobie z systemem edukacji.
Czytelnik nie przyjdzie do Ciebie tylko po to, żeby zachwycać się okrągłymi zdaniami i fikuśnym słownictwem. Twoja rola polega na tym, żeby zabrać go w podróż, z której wróci odmieniony. Każde słowo, które zapiszesz, musi służyć temu celowi. Nie znaczy to, że trzeba pisać minimalistycznie – bynajmniej! – ale z całą pewnością trzeba pisać rozważnie. Forma zawsze musi służyć treści. Czytelnikowi powinna pomagać w lekturze. Tobie – powinna pomóc w wyrażeniu zamysłu.
Nigdy, przenigdy, nie staraj się oczarować ludzi swoim słownictwem czy frazą. Nigdy! Jeśli czujesz dumę z własnych umiejętności, to dobrze. Prawdopodobnie zasługujesz. Uważaj jednak, aby ta duma nie przejęła kontroli nad piórem.
Gwiazdorzenie
Pisarze nie są skromnymi ludźmi, powiedzmy to sobie wprost. Nie dziwi to nikogo, kto rozumie, jaką władzę daje pisanie. Zresztą, bezczelności wymaga sam akt zasiadania do pustej kartki z nadzieją, że zapełnimy tę nicość znaczeniem. Wszystkim nam zdaje się oczywiste, że gdzieś tam w świecie są ludzie, którzy z chęcią poznają nasze myśli. Skromny człowiek dałby sobie spokój, ale pisarz musi próbować raz za razem, aż nie odniesie sukcesu. Odrobina pychy i egotyzmu to warunki konieczne w tej profesji.
Właśnie dlatego musisz skupić się na czytelniku. Nie na tym, żeby wycisnąć z niego hołd i uznanie, ale na tym, żeby dostarczyć mu ciekawego doświadczenia. Ostatecznie bowiem nie liczy się ani Twoja osobowość, ani Twoja wiedza, ani nawet wysiłek i chęci. Liczy się tylko efekt końcowy Twojej pracy: książka. Coś, co po napisaniu żyje własnym życiem. Coś, co jest wobec Ciebie zewnętrzne, niezależne – i prawdopodobnie przetrwa dłużej, niż Ty.
To odpycha, gdy pisarz bardziej zajmuje się sobą niż czytelnikiem. A jednak, żyjemy w czasach tak zwanego parcia na szkło. Patrycja Pustkowiak opisuje to bardzo wymownie:
Może się mylę, ale zaryzykuję tezę, że pole literatury opanowała dziś konstytutywna dla naszych czasów postawa znana z jednego z odcinków programu „Rozmowy w toku”: jeden z przepytywanych przez Ewę Drzyzgę bohaterów odcinka zadeklarował, że chce być gwiazdą. Gdy dociekliwa prowadząca zapytała przytomnie: „Gwiazdą czego?”, ten odparł z rozbrajającym uśmiechem: „Czegokolwiek!”.
Chcesz być gwiazdą? Wybierz dziedzinę, która rzeczywiście pozwoli Ci stanąć w świetle reflektorów. Idź kopać piłkę. Naucz się śpiewać. Zajmij się polityką. Albo po prostu zarób kupę kasy – wtedy kupisz sobie własną scenę i reflektor. Jeśli zostaniesz pisarzem, sławy zaznają tylko Twoje opowieści.
Falstarty
Nikt nie lubi czekać, a zwłaszcza pisarz na publikację swojego debiutu! Tymczasem, gdy się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy. I nie chodzi tylko o to, że możesz wydać książkę np. z błędami ortograficznymi, jak miało to miejsce w głośnym niedawno przypadku. Chodzi o to, że za dziesięć lat możesz się tej zbyt wcześnie wydanej powieści po prostu wstydzić.
Jestem taka wdzięczna wydawcom, że zignorowali moje dwa poprzednie, niezbyt udane dziełka, dzięki czemu dziś, chodząc po ulicy, nie muszę chować głowy w piasek! Inni nie mieli tego szczęścia. Pamiętam, że kiedy pisałam tekst o mało znanych debiutach uznanych dziś pisarzy, większość z nich sypała iskrami z oczu, sycząc: „Nie, nie rób tego! Ta książka nie istnieje!”
Debiut jest jak kredyt na trzydzieści lat lub jak małżeństwo – na dobre i na złe
Jestem ostatnią osobą, która doradzałaby czekanie na publikację do momentu, gdy autor będzie już „wystarczająco dobry”. Moim zdaniem, książka napisana do szuflady demotywuje bardziej niż książka, która zebrała słabe recenzje. Co więcej, wszyscy rozwijamy się nieustannie – wiadomo więc, że późniejsze dzieła będą lepsze od wczesnych. Biorąc jednak to wszystko pod uwagę, naprawdę nie ma sensu śpieszyć się z wydaniem pierwszej powieści.
Debiut literacki jest jak małżeństwo, albo jeszcze lepiej – jak kredyt na następne trzydzieści lat. W dzisiejszych czasach ludzie traktują takie rzeczy zdecydowanie zbyt lekko (w przeciwnym razie banki już dawno poszłyby z torbami a rozwodów nie byłoby prawie wcale). Nie bądź jak ludzie. Porządnie przyłóż się do pierwszej książki. Czasu nie cofniesz.
Wtórność
To jest problem całej bez mała Polski. Nie jesteśmy specjalnie innowacyjni. Do niedawna zresztą nie musieliśmy być. Po transformacji nie tylko gospodarka odnosiła korzyści z zapóźnienia – kultura również. Nie opłacało się wymyślać własnych rozwiązań, skoro tak tanio można było wszystko importować. Kto pamięta boom książkowy z lat dziewięćdziesiątych, ten wie, o czym mówię. Teraz jednak sytuacja się zmieniła. Pod względem siły ekonomicznej, klasyfikuje się nas jako gospodarkę wysokich dochodów! W sferze kultury – widzieliśmy już chyba wszystko, co świat ma do zaoferowania. Półki księgarń uginają się od książek.
Brakuje nam tylko odwagi. Przyzwyczailiśmy się do tego, że nasza chata z kraja, a więc nie warto ryzykować. Tymczasem każda innowacja niesie ze sobą ryzyko strat. Zainwestujesz dużo, a zyski mogą być małe. Albo – ludziom się nie spodoba i nie zapłacą. Dlatego mamy w Polsce tyle call center, a tak mało porządnych technologicznych start-upów. Po co kusić los?
O ile można z takim podejściem prowadzić hurtownię albo świadczyć usługi księgowe, dla pisarza brak odwagi jest zabójczy. Jeśli będziesz się trzymać tylko utartych ścieżek, nie poruszysz czytelnika. On przychodzi do Ciebie po nowe widoki, po opowieści, których sam nie potrafi wymyślić. Jeśli dasz mu taki banał, jak wszędzie, po co ma do Ciebie wracać? Pójdzie tam, gdzie to samo dają za pół ceny.
Czytelnik nie wróci do Ciebie po banał. Pójdzie tam, gdzie dają to za pół ceny!
Nie znaczy to, że masz szukać oryginalności na siłę. Świat pełen jest starych historii opowiadanych cały czas na nowo. Ale właśnie o to chodzi: dawne mity żyją dlatego, że znajdują nowe wcielenia, a nie dlatego, że są wiernie powielane. Nieważne, o czym mówisz – włóż w to siebie. Włóż wysiłek w to, żeby opowieść miała indywidualność. Zainwestuj w innowacje, jeśli nie w treści, to przynajmniej w formie. Nie bój się, że coś popsujesz – jeśli wiesz, co robisz, zdążysz to naprawić.
I na bogów, trzymaj się z dala od ideologii! Dzieła wpisujące się w tego typu narrację zawsze są wtórne. Jeśli jakaś ideologia dotarła do Ciebie, to znaczy, że dotarła też do milionów innych. Naprawdę, nie warto marnować czasu na przekonywanie ludzi, że to wszystko wina komuchów, katoli, wyzysku, żydowskich spisków i braku ciepłej wody w kranie. Wszyscy już to słyszeliśmy z mediów. Świat nie jest jednoznaczny, istnieją różne punkty widzenia, a jako ludzie mamy tak naprawdę więcej pytań niż odpowiedzi. Jeśli uważasz inaczej, zostań publicystą, nie pisarzem.
Amatorszczyzna
Chyba wszyscy zaczęliśmy pisać dlatego, że coś nas tchnęło. Po prostu – odruch, chwila uniesienia, nadający impetu pomysł. Być może zainspirowała nas właśnie przeczytana książka. A być może pod wpływem życiowych wydarzeń doznaliśmy jakiejś epifanii. Tak czy siak, jest prawdopodobne, że pierwsze dzieło literackie popełniliśmy pod wpływem nagłego, przybyłego „znikąd” natchnienia.
Jest też więcej niż prawdopodobne, że owo pierwsze opowiadanie okazało się ostatecznie kompletną popeliną.
Mniej więcej tak daleko da się zajechać na współpracy z muzami. Samo natchnienie nie gwarantuje niczego. Dobry pomysł na nic się zda, gdy nie masz umiejętności potrzebnych, by go zrealizować. Musisz poświęcić lata na naukę i zbieranie narzędzi do pisarskiego warsztatu. Kolejne lata – na dopieszczanie samych opowieści. Potrzeba tu pracy, wytrwałości i solidnego rzemiosła. Żadna muza Ci tego nie dostarczy.
A jednak – niezwykle często słychać w Polsce uwagi w stylu „talentu nie da się nauczyć”. „Pisanie albo ma się w sobie od początku, albo nie ma się go wcale”. „Kursy pisania zabijają kreatywność”. Czy ludzie, którzy sadzą takie bzdety, nie chodzili do podstawówki? Nie nauczyli się tam najpierw stawiać literek, potem łączyć je w słowa, aby wreszcie tworzyć zdania i akapity? Zwieńczeniem edukacji w szkole średniej jest esej maturalny. Studiów nie da się skończyć bez pracy dyplomowej. To są już całkiem zaawansowane formy, wymagające i pomyślunku, i jakiejś władzy nad piórem. „Pisanie trzeba mieć w sobie”. WTF?!
Polską kulturę toczy choroba – przekonanie, że natchnienie jest ważniejsze niż rzemiosło
Romantyczne podejście do kultury wyrządziło w Polsce wielkie szkody. Wiara w muzy służy tylko tym pisarzom, którzy różnorakimi metodami dopchali się na parnas. Skoro są uznani, ipso facto są też utalentowani, a więc należy im się taka pozycja. Wszyscy inni to grafomani, których nie wpuszczono dalej niż do przedsionków pałacu prawdziwej Sztuki! Słowem, powinni dać sobie siana, bo przecież nie będą drugim Dostojewskim. Ta idea to, oczywiście, samospełniająca się przepowiednia. Ci, którzy w nią uwierzą, nie będą rozwijać swoich zdolności, nie będą pisać, a więc nie będą mieć cienia szansy na dotarcie na pisarskie szczyty.
Co jednak najgorsze, kult muz w ogóle tworzy złą aurę wokół wszelkich prób poprawienia warsztatu pisarskiego. Nawet jeśli nie kupujesz tej ściemy – i tak masz w plecy. Przecież uznany pisarz nie będzie się zniżał do tego, żeby dzielić się z Tobą swoją wiedzą. Dla niego to nawet ujma, gdy analizuje własne metody twórcze. Talent to dar od niebios, a nie godzi się zaglądać bogom do gara. Ostatecznie więc, im więcej ludzi stara się łapać muzy za ogon, tym większa amatorszczyzna w kulturze. Tym więcej twórców musi odkrywać koło na nowo. Wreszcie – tym mniej rzeczywistych talentów ma szansę na zrealizowanie.
Nie bądź amatorem zadowolonym z własnej amatorszczyzny. Rozwijaj się, ćwicz, szukaj źródeł wiedzy (nasz blog to za mało!). Ale przede wszystkim – dziel się z innymi tym, co wiesz. Niczego nie stracisz, a w kulturze będzie dzięki temu więcej otwartości i mniej ściemy.
Myślę, że ukwiecanie języka nie jest niczym złym, nawet jeśli słowny patos nie do końca zgadza się z treścią powieści. Oczywiście – każda przesada jest niedobra, ale weźmy chociaż za przykład takich pisarzy jak Nabokov czy Henry Miller. Oboje są bez wątpienia mistrzami słowa, a ich proza niekiedy przypomina poezję. Kiedy żołnierze na froncie dostali do czytania „Lolitę” Nabokova jako powieść pornograficzną, zawołali wściekli „Toż to literatura!”, natomiast każdy z nas wie, że Miller potrafi opisać w niesamowicie poetycki sposób nawet fallusa. Mnie osobiście podoba się połączenie kwiecistego słownictwa z tak specyficzną treścią – nie dość, że czytam to, co lubię, to jeszcze czerpię doznania estetyczne z piękna języka. Oddałabym wszystko, by mieć łatwość pisania właśnie w taki sposób, jak robili to wyżej wymienieni panowie.
Pełna zgoda. 🙂 Pisarze, których wymieniasz, używali jednak pięknego języka jako narzędzia, a nie stawiali go za cel. Mieli coś do powiedzenia. Właśnie dlatego możemy teraz podawać ich jako przykład do naśladowania.
Tomek, jesteś geniuszem. Co nie zasiejesz w mojej głowie, to od razu rośnie.
Dzięki, ale na świecie są ludzie mądrzejsi ode mnie – i to mądrzejsi odnośnie mojej dziedziny, czyli pisania. Część z nich swoją wiedzę zatrzymuje dla siebie (czego nie rozumiem; próbuję racjonalizować „kultem muz”, ale przecież to nie może być jedyny powód i jedyna bariera!). Część jednak od czasu do czasu puści coś w świat. Warto mieć oczy otwarte i przeszukiwać internet (w przerwach w pisaniu). 😉
O, jak miło, ktoś w końcu kopnął w dupę te błędy i wywlókł je na światło dzienne. Szczerym uznaniem częstuję, Tomku, wpisy tego typu bardzo pomagają mi z pracą nad własną powieścią. Pomyślałabym jednak nad owym przerostem formy nad treścią. W tym twoim poście brzmi to trochę tak, jakbyś przestrzegał czytającego przed używaniem poetyckiego języka (choćby do opisów), chociaż może to po prostu mój mózg nieco krzywo to odbiera. Jeszcze co się tyczy owej odwagi przy wprowadzaniu innych pomysłów, to moim zdaniem wielu pisarzy już się poważyło i nagięło maksymalnie wszelkie normy, wykorzystując niemalże maksimum nowych idei na opowieść i komuś, kto chce się wybić, będzie dziko trudno zrobić coś, czego jeszcze nie było. Myślę, że można zabrać się za nieco przetarty schemat i pokolorować go na swoją modłę i też będzie zupełnie dobrze.
Co do przerostu formy, chodzi mi oczywiście o to, żeby nie stawiać sobie pięknego języka za cel – bo to tylko miesza priorytety, zwłaszcza mniej doświadczonym twórcom. Jeśli komuś poetyckie frazy ładnie wychodzą, a do tego nie przesłaniają faktycznego zamysłu, nie widzę problemu.
Warto też pamiętać, że czytelnik piękny język zawsze będzie odbierać jako część doświadczenia z książką. Moim zdaniem, niezbyt ważną część – wyczai błędy, jasne, ale niekoniecznie doceni poetyckie zagrywki. Dlatego jeśli ktoś się męczy, poci, inwestuje czas i energię, żeby ubrać myśli w piękną formę – prawdopodobnie marnuje swój potencjał. Ludzie jednak czytają dla bohaterów, opowieści, dla zamysłu. Mało który czyta po prostu dla języka. Gdyby było inaczej, poezja zajmowałaby miejsce prozy na rynku.
A co do oryginalności, jak pisałem w artykule, nie trzeba szukać na siłę. Można pożyczać mniej wyświechtane kawałki od innych, dokładnie tak jak sugerujesz. Można brać pełnymi garściami z opowieści zakorzenionych już solidnie w naszej kulturze. Można sięgać do innych kultur. Chodzi mi po prostu o to, żeby nad każdą pożyczoną rzeczą się zastanowić – czy nie mogę tego zrobić choć trochę inaczej, może lepiej? Bardziej po swojemu? Tylko tyle.
W sumie racja. Pisanie wymaga ćwiczeń, doskonalenia itd., bez wątpienia. Jednak, co do „dobrych” rad innych kolegów po piórze, to osobiście byłbym ostrożny, gdyż pisanie wymaga nie tylko samotności ale przede wszystkim indywidualności pewnej. Pierwsze słowa na papierze to najczęściej kopia frazy mistrza, ulubionego pisarza, a że doskonałości skopiować się nie da, to i efekty bywają bardzo pocieszne. Najgorsze rady dają znajomi: „świetnie napisane”. Najlepsze rady dają złotówki wypłacane za każdy sprzedany egzemplarz. Pisać można o wszystkim, najczęściej jednak początkujący boją się odsłonić (ekshibicjonizm), przez co ich teksty są często sztuczne i nadęte. Silenie się na oryginalność to duży błąd początkujących, zakładając, że jeszcze nie dostali Nobla z fizyki, w każdym innym przypadku szanse na oryginalność są tak skromne jak na odkrycie ciemnej materii w kubku po kawie. Trzeba zatem pokazywać stare w nowej, ciekawszej odsłonie, klasycznym przykładem będą tu pierwsze opowiadania Sapkowskiego. No i najważniejsze, wydawca i tak wyda to, co będzie miało największe szanse na to, że zarobi na siebie. Stąd tak wielu epigonów. Pisanie to duże ryzyko, ryzyko, że się nie uda i ryzyko, że się na tym nie zarobi. Jedni zmarnują swój czas, inni mój czas :))
Słuszne uwagi. Co do rad od kolegów po piórze, to chyba każdy ma na tyle rozsądku, żeby samodzielnie sprawdzić, co dla niego działa, a co nie. IMO, z dwojga złego lepiej dostać rady naiwne (byle szczere) niż zostać kompletnie olanym.
Zauważyłem, że młodzi pisarze popełniają bardzo często ten sam błąd: nigdzie nie publikują swoich pierwszych tekstów, a następnie zapatrzeni w swoją wielkość piszą od razu siedmioksiąg (plan ramowy? po co mi? wszystko mam w głowie!), popełniając straszliwe błędy. W konsekwencji potrafią pisać latami, rzeczy miałkie, których nikt nigdy nie przeczytał, a w ten sposób nie uczą się zbyt wiele, bo człowiek uczy się przecież dzięki krytyce, a jak ma ją zdobyć, jeśli nikt nie czyta jego tekstów?
Dodatkowo jeśli chodzi o liczbę tekstów wysyłanych do wydawnictw pamiętajmy że spora ich część to właśnie takie dziewice pod względem krótkich publikacji, których tekstu nie przepuściła by polonistka w liceum a co dopiero wydawca.
Słuszny tekst i komentarze. Wiele zyskałam, dziękuję wszystkim. Też piszę (dziennikarstwo, reportaże, eseje, opowiadania, scenariusze, powieści). Czytając teksty różnych autorów, co zauważyłam (zakładam, że warsztat pisarski opanowany). Dobre moim zdaniem teksty to te, w których autor przeniósł swoją osobę w opisywaną sytuację i w niej mentalnie uczestniczył, w kiepskich nie ma po tym śladu. Niby warsztatowo poprawnie, a tekst nie działa. Chodzi oczywiście o prawdziwe emocje, biorące się z empatii. Czy macie podobne spostrzeżenia?
Trudno odgadnąć, jakie emocje przeżywał autor podczas pisania, bo najczęściej autor nie pisze o sobie. Ale tak – patrząc z drugiej strony, czyli na własne pisanie, zdecydowanie łatwiej mi się opisuje naładowane emocją fragmenty, jeśli sam zbliżoną emocję przeżywam. IMHO warto więc puścić sobie odpowiednią muzykę albo jeszcze inaczej się wprowadzić w klimat.
Oczywiście, nawet i bez takich zabiegów potrafię przekonująco przekazać emocje, więc korelacja chyba nie jest silna. Zbieżność nastrojów tylko ułatwia zadanie, nie jest absolutnie konieczna.
Ależ panie Tomaszu, mi pański blog póki co w zupełności wystarcza jako źródło wiedzy 😉
Co oczywiście nie znaczy, że nie będę w przyszłości grzebać po internetach dokładniej… Niemniej, na tym etapie blog w pełni zaspakaja moje skromne pisarskie potrzeby.
Zdecydowanie popieram pisanie krótkich form (np. opowiadań czy 'szortów’) i publikowanie ich. Sama zaczęłam takim króciakiem. Nie ukrywam, że został ostro skrytykowany, ale jakoś to przełknęłam i przy następnym metodycznie starałam się eliminować wytknięte błędy. Krytyki było już mniej, a dotyczyła nieco innych kwestii, pojawiły się nawet pochwały! Najważniejsze to dawać swoją pracę do oceny ludziom, którzy naprawdę mają coś na jej temat do powiedzenia. Dawane uwagi bardzo pomagają w rozwijaniu się, zaręczam.
Co do reszty – grzechy, niestety, często popełniane… Ale dzięki takim właśnie artykułom możemy ich w przyszłości unikać! 😉
Pytanie dziwaczne. Czy w przeciągu ostatniego miesiąca strona lub wpis ten uległy jakiejkolwiek modyfikacji? Zmieniła się szata graficzna lub tekst został w jakiś sposób skorygowany lub rozbudowany?
„Pisanie trzeba mieć w sobie”. WTF?!
Ok, można się zgodzić – nie trzeba mieć w sobie. Ale wtedy popadamy w drugą skrajność pt. „pisania każdy może się nauczyć” i tu moje WTF?! Ale ok, może się każdy nauczyć i każdy potem może pisać, tylko moim zdaniem – nie każdy powinien. I chyba nie trzeba tłumaczyć, co mam na myśli.