Przejdź do treści

Do sądu za recenzję – czyli co wolno wojewodzie to nie tobie, smrodzie

Novae Res chce podac blogera do sądu

Czy recenzent książki powinien ignorować słabą oprawę i karygodne błędy wydawcy? Czy bloger musi spełnić nawet najbardziej niedorzeczne roszczenia, bo inaczej trafi do sądu? Wedle pewnego wydawnictwa tak właśnie ma wyglądać rzeczywistość.

Mowa o Novae Res, które nie pierwszy raz dało się poznać od niechlubnej strony. O co chodzi tym razem? Otóż, autorka bloga Post Meridiem napisała recenzję książki „Pamiętnik Diabła” Adriana Bednarka. Choć ogólna opinia na temat powieści była pozytywna, blogerka uczciwie wytknęła karygodne zaniedbania po stronie wydawcy. I nie były to drobne rzeczy, ale zatrzęsienie ortograficznych kwiatków typu „masarz”, „od stresowanie”, czy „przewarzający”.

Jestem ortograficznym gamoniem, nie takie błędy udało mi się w życiu posadzić, ale do diaska – przecież to wychwytuje nawet autokorekta w edytorze tekstu. Novae Res, wszyscy zdrowi?

Recenzja powstała w ramach współpracy z wydawnictwem, więc szybko się o niej dowiedziało. Oczywiście, człowiek odpowiedzialny za kontakty z blogerami postanowił zachować się tak profesjonalnie, jak wcześniej korektor – zażądał od blogerki usunięcia już opublikowanego tekstu. Autorka – niestety! – zgodziła się.

W tej chwili recenzja nie jest już dostępna także w cashe Googla, więc – o ile mi wiadomo – nie ma sposobu, by się z nią zapoznac. A szkoda. Po pierwsze, była dobra i zasługiwała na przeczytanie. Po drugie, od razu dało się zobaczyć, że żaden artykuł polskiego prawa nie został złamany, z pewnością nie przekroczono też granicy dobrego smaku. Ba, moim zdaniem, blogerka obeszła się z wydawnictwem bardzo łagodnie.

Samemu wydawnictwu nie przeszkodziło to jednak zachować się jakby wchodziło do własnego chlewa i po wielkopańsku rzucić groźbą ciągania po sądach. Co im szkodzi kopnąć młodą kobietę, która de facto za darmo pomaga im zwiększyć sprzedaż książek? Przecież wszystko da się zamieść pod dywan!

Sprawą zainteresowało się środowisko blogerów, co skłoniło przedstawicielkę Novae Res do udzielenia wywiadu, w którym wyjaśnia stanowisko wydawnictwa. Warto przeczytać – bardzo zabawna lektura. Później warto też zerknąć na tekst Pawła Opydo, który wytyka wszystkie absurdy w argumentacji wydawcy. Osobiście jestem wdzięczny Novae Res za upublicznienie swoich opinii, bo mogę je teraz wskazać jako przykład tego, co nazywam ściemą.

Dlaczego wydawnictwo reaguje tak nerwowo?

Z logicznego punktu widzenia zachowanie przedstawicieli Novae Res nie ma sensu. Do takiego wniosku doszedłby każdy inteligentny człowiek po chwili zastanowienia. Robiąc to, co robią, mogą tylko stracić. W najlepszym dla nich wypadku – stracą możliwość współpracy z chamsko potraktowanym blogerem. W najgorszym (i najbardziej prawdopodobnym) – opowieść o ich heroicznych czynach rozniesie się po internetach i zepsuje wizerunek na długie lata.

Nie można z automatu zakładać, że osoby decyzyjne w Novae Res cierpią na jakąś formę upośledzenia umysłowego. Z pewnością za ich czynami kryje się głębsze rozumowanie! Albo przynajmniej – zrozumiałe emocje.

Żeby wczuć się w sytuację tego wydawnictwa, trzeba pamiętać, że jest to vanity press. Mówiąc po polsku, jego model biznesowy opiera się na tym, że wydawanie książek finansuje z pieniędzy autora. W zamian autor może liczyć na większy procent od sprzedaży książki, ale tak czy siak – to właśnie on ponosi całe ryzyko biznesowe przedsięwzięcia. Wydawca dostarcza swoich kontaktów, dystrybuuje książkę pod własną marką, no i oczywiście – robi korektę, grafikę i przygotowuje książkę do druku. W skrócie: autor płaci na wstępie i w zamian za oddanie części zysków oczekuje, że książka zaistnieje na rynku na normalnych zasadach, a nie w drugim obiegu.

Autorzy różnie wychodzą na takim interesie. Wielu po prostu traci kasę. Niektórym udaje się wybić dzięki dodatkowemu wysiłkowi włożonemu w promocję. Tak czy siak, vanity press daje możliwość wejścia na rynek także tym, których nie wzięły pod swoje skrzydła wydawnictwa tradycyjne.

Osobiście nie mógłbym uczciwie polecić korzystania z usług takich przedsiębiorstw, ale to nie znaczy, że są czymś złym – albo że publikacja za ich pośrednictwem to coś wstydliwego. Każdy jednak, kto chce w ten sposób wydać książkę, powinien wiedzieć, że vanity press kierują się zupełnie inną logiką biznesową, niż wydawnictwa tradycyjne. Wchodzenie z nimi w układy, bez dobrego rozeznania w tej specyfice, jest co najmniej lekkomyślne.

Podstawowa różnica między wydawnictwem tradycyjnym a płatnym jest taka, że to pierwsze inwestuje w autora, licząc na to, że zyski ze sprzedaży jego dzieła pokryją koszty z nawiązką. Inaczej mówiąc, wydawnictwo tradycyjne zarabia na tym, że wybierze dobrą książkę do publikacji, a potem ładnie ją wyda, wypromuje i skutecznie dotrze do czytelników.

Dla odmiany, vanity press zarabia już wtedy, gdy autor wyłoży pieniądze na wydanie książki. Owszem, zarobi też później na sprzedaży, ale prawda jest taka, że ta druga część wiąże się z dodatkowymi inwestycjami czasu i kapitału. W sytuacji, gdy wydawnictwo na wstępie niczym nie zaryzykowało, może mu się nie chcieć ryzykować i później. Ostatecznie więc, po wypełnieniu podstawowych wymogów kontraktu, wysiłek promocji książki często zostaje przerzucony na autora.

Dla wydawnictwa tradycyjnego klientem są więc czytelnicy, a (niezbędnym) kosztem jest pisarz. Dla vanity press klientem jest pisarz, a kosztem to, do czego wydawnictwo się wobec niego zobligowało.

Wydawnictwa tradycyjne oszczędzają na przykład na tym, że już na początku współpracy starają się wynegocjować jak najniższe honorarium czy też maksymalnie obniżyć koszt licencji. Nie mogą sobie za to pozwolić na skąpstwo w jakości książek dostarczanych czytelnikom.

Na czym oszczędzają wydawnictwa vanity press? Tak jest, mogą oszczędzać na przykład na korekcie! Albo na jakości druku. Albo na tym, że umieszczą koszmarną grafikę za pół grosza na okładce. Nie zależy im na czytelniku aż tak bardzo, więc dopóki autor nie zgłasza sprzeciwów, wszystko jest cacy.

Przy czym, oczywiście, koszty przedstawiane autorowi nie są zaniżane. Bynajmniej. W tym modelu biznesowym pojawia się presja na to, żeby autorowi wcisnąć najdroższe opcje. Nie zdziwiłbym się, gdyby nieuczciwi wydawcy najpierw sprzedawali jakość premium, a potem dostarczali jakość ekonomiczną – licząc, że klient się nie zorientuje.

Oczywiście, Novae Res nie chce być postrzegane jako takie właśnie nieuczciwe wydawnictwo. To dlatego tak nerwowo zareagowali na wytknięcie im braków redakcyjnych w książce, za której porządne wydanie wzięli już pieniądze. Gdyby Novae Res odwalało popelinę, biorąc za to niemałą przecież kasę, kto chciałby robić z nimi interesy? Nie potrzeba im takiego wizerunku.

Najwyraźniej znacznie bardziej komfortowo czują się z wizerunkiem internetowego cenzora.

Co zrobić, jak jest się biednym blogerem, którego straszą sądem?

Nie oszukujmy się, Polska pełna jest blogów z recenzjami książek. Twórcy takich blogów często współpracują z wydawnictwami, ponieważ pomaga to ograniczyć koszty (egzemplarze recenzenckie!) i ułatwia dostęp do nowości. Spora część z tych blogów indywidualnie nie ma też dużego zasięgu, więc tym bardziej wielu blogerów może poczuć się przytłoczonymi, gdy ktoś duży (na przykład, wydawnictwo) każe im zrobić to a tamto, jako alternatywę podając sąd.

Jeśli tworzysz bloga i kiedykolwiek znajdziesz się w takiej sytuacji, oto garść moich skromnych rad, co robić.

Po pierwsze, nie panikuj. Spróbuj porozmawiać otwarcie z osobą zgłaszającą pretensje i dowiedzieć się, o co im naprawdę chodzi. Może da się wypracować rozwiązanie, które zadowoli obie strony? Przy tej okazji przeanalizuj ponownie poddany w wątpliwość tekst. Upewnij się, że nie wyrażasz opinii w sposób szkalujący (jak w słynnym przypadku vlogera krytykującego Sokołów słowami „gdy zjesz to mięso, będziesz świecić”). Jeśli tak, to niestety – wypada je zmienić i załączyć sprostowanie oraz przeprosiny. Jeśli jednak nie piszesz nieprawdy (czyli np. masz książkę z błędami ortograficznymi przed nosem i możesz jej zrobić zdjęcie), ani nikogo nie obrażasz, nie masz się czego obawiać – i nie masz czego zmieniać.

W żadnym wypadku nie usuwaj ze swojej strony tekstów, do których masz prawa autorskie! Jeśli oskarżyciel nie ma słuszności, usunięcie tekstu tylko pomoże mu zbudować jego własną narrację, w której to Ciebie przedstawi jako tego złego. Jeśli to Ty nie masz racji, stronie pokrzywdzonej powinno wystarczyć, że przepraszasz i zamieszczasz sprostowanie. Prawo i dobre obyczaje nie wymagają niczego więcej.

Po drugie, jeśli osobnik z pretensją nie daje za wygraną, a Ty wiesz, że wina nie leży po Twojej stronie – poinformuj na blogu o próbie wywarcia nacisku. Wbrew pozorom, nie pływamy w rozległym oceanie, ale w małym bajorku. Prędzej czy później nieuczciwa firma, która przyczepiła się do Ciebie, znajdzie sobie też drugą ofiarę. Ludzie mają prawo wiedzieć, kto tutaj nie gra fair.

Po trzecie, nie bój się wezwania do sądu. Ludziom sąd kojarzy się z kryminałem i więzieniem, ale o ile nie zdradzasz tajemnic państwowych, nie grożą Ci takie konsekwencje za wyrażanie opinii na blogu. Możesz co najwyżej stracić pieniądze – adekwatnie do szkody, jaką Twoje słowa wywołały. To strona, która pozywa, musi udowodnić, że szkoda faktycznie miała miejsce oraz że Twoje działanie było w złej wierze. Nie jest to takie proste, jak się wydaje. Zwłaszcza, jeśli Twój tekst był oparty na faktach.

Warto walczyć o swoje, zwłaszcza z tymi, którym wydaje się, że wszystko mogą.

 

Foto: bark / Foter / CC BY 2.0

18 komentarzy do “Do sądu za recenzję – czyli co wolno wojewodzie to nie tobie, smrodzie”

  1. Uważam że to wydawnictwo robi z siebie błazna. Powinni się trochę zastanowić czy im się to opłaca. Podając blogerkę do sądu chcą pokazać że nie ma wolności słowa. Ta pani miała pełne prawo napisać taka a nie inną recenzję i miała prawo wytknąć ich błędy ortograficzne. Po to w tym wydawnictwie są korektorzy tekstu i inni pracownicy pracujący nad książką żeby ona została wydana w jak najlepszym świetle i reklamie bo kto kupi książkę która będzie zawierała błędy i będzie nudna. Ja jestem dysortografikiem więc sprawdzam swoje teksty co najmniej trzy razy zanim je gdzieś upublicznię. A poza tym nawet jak piszę ten komentarz to podkreśla mi źle napisane słowa. Więc niech wydawnictwo się nie ośmiesza przed sądem ws. wytknięcia błędów tylko niech je naprawią i wezmą się porządnie do roboty a nie odwalają fuszerkę i jeszcze za to pieniądze biorą. Mam jeszcze pytanie; Czy dzieci które będą czytały książki tego wydawnictwa i zauważą błędy to nie czasem będą później pisać i mówić tak samo jakie jest słownictwo w tych książkach? Od razu na nie odpowiem. Tak będą pisać, mówić i czytać z błędami zaniżając poziom inteligencji swój i społeczeństwa, właśnie przez takie książki z błędami w tekście. Pozdrawiam i mam nadzieje że wydawnictwa zaczną inaczej patrzeć na recenzentów którzy chcą żeby czytelnictwo się rozwijało i mogło się pochwalić pełną jakością i treścią literatury.

    1. No właśnie chodzi o to, że Novae Res nie ma aż takiej wielkiej motywacji, żeby wydawać książki najlepiej, jak się da. W Polsce jest mnóstwo ludzi, którzy chcą pisać – ba, mają wręcz napisaną powieść – i próbują się gdzieś opublikować. Wydawnictwa tradycyjne mają w czym przebierać i czasem odrzucają rzeczy dobre z powodu czyjegoś „widzimisie”. Autor, jeśli jest przekonany o jakości dzieła i ma trochę odłożonej kasy, idzie wtedy do takiego Novae Res i najczęściej bierze, co dają. Nie każdy umie ich dobrze skontrolować, albo samemu zadbać np. o korektę. I wychodzą kwiatki.

  2. Wydawnictwo jest chyba już skreślone w blogosferze, a jeśli nie, to z pewnością trudno będzie im wypracować wcześniejszy wizerunek. Bardzo łatwo mi utożsamić z blogerką, sama bym się cholernie przestraszyła, gdybym dostałą taki „list” od wydawnictwa. Tym bardziej, że sama recenzowałam ostatnio ich książkę, debiut młodego autora i też językowo mi zgrzytało, więc recenzja jest trochę bardziej niż krytyczna. Skopali sobie pijar, wystarczy spojrzeć na ich fanapge, same krytyczne uwagi i deklaracje ludzi, że już nigdy nie zamówią nic z tego wydawcy. Trudno będzie im odbudować zaufanie u ludzi i blogerów. Pozdrawiam, Gaba

  3. Bardzo przepraszam, ale choć jestem mocno wygadana, to brakło mi jęzora w gębie… Osobiście jestem bardzo uczulona na rażące (a przytoczone tu takie są), błędy. Bardzo szanuję język polski i walczę o jego czystość i piękno, stąd jestem zszokowana, że można jako wydawnictwo, puścić taki chłam a potem jeszcze się awanturować, że ktoś śmiał to zauważyć! Schodzimy na „językowe psy”, jeśli coś takiego się wydarza. Mam nadzieję, że cała ta historia, mimo znamion zastraszania, nie spowoduje, iż inni recenzenci zaczną przymykać oczy na podobne „cuda i dziwy”…

  4. „Autorka – niestety! – zgodziła się, ale wiadomo: Google wie wszystko i niczego nie zapomina.”

    Ee… Kłopot w tym, że owszem, zapomina – z Google Cache dane znikają po kilku dniach. A teraz recenzji nie ma już w sieci w ogóle. I już nie można samemu się przekonać, kto miał rację.

    1. Prawda. Zmieniłem nieco tekst wpisu, żeby nie sugerować linka do nieistniejącej zawartości. Swoją drogą, właśnie dlatego to bardzo zły pomysł, żeby kasować własne teksty na cudze żądanie. Gdyby nie reakcja środowiska, Novae Res byłoby na wierzchu.

  5. Buehehe, akurat słowa „masarz” rzeczywiście mogła autokorekta nie wyłapać – bo w tej pisowni oznacza ono człowieka wyrabiającego wędliny 😀

  6. Novae Res to cwaniacy w zasadzie wystarczy napisać dowolnego knota, a dostaje się odpowiedz pozytywną, oczywiście wychwalającą pod niebiosa, gdyż wiadomym jest iż to oni od ciebie będą chcieli kasę by wydać twoją książkę za twoje pieniądze, Nazywa się to współfinansowanie tyle, że oni nic nie współfinansują chyba, że książka dobrze się sprzeda 🙂 Korektę zapewne przeprowadzają…”fachowcy” z programu „USTERKA”

    1. Absolutnie tak. Też jestem ich ofiarą. Mnie skasowali na 7 tys za 500egz. Według umowy powinnam dostawać 20%, a dostaję 3-4 zł od książki których nota bene od marca nie sprzedano nawet 100egz!!! To jest szczyt wszystkiego, ani reklamy, ani nawet żadnego powiadomienia. Kompletna cisza w eterze. Właśnie skończyły się targi w Krakowie, jestem bardzo ciekawa ich zakończenia. Jak ja mogłam się dać tak nabrać. Książka ma ponad 400stron i wiem, że nie jest łatwa, ale recenzent się nią zachwycił, teraz wiem dlaczego. Szukają po prostu bogatych frajerów… Nie daruję im, to pewne.

  7. Ja się z tym nie zgadzam. Po pierwsze, nie przyjmują każdego tekstu, co sprawdziłam osobiście już parę lat temu. Łącznie z paroma innymi wydawnictwami, których wymieniać nie będę, a którzy odezwali się do mnie z propozycją wydania „powieści”, która wcale nie była dobra.
    Niedawno miałam przyjemność współpracy z Novae Res i przed podpisaniem umowy jasno ustaliłam zasady, które zaakceptowali i dzięki temu miałam m.in. naprawdę dobrą korektę. I na marginesie – nie wydają tylko książek współfinansowanych.
    Pani Ewo, sprawdziłam Panią w internecie. Pani książka stoi po 39 zł, z czego Pani ma 20 %. Podpisywała Pani z nimi umowę i zgaduję, że zna Pani polskie prawo. Z 20 % musi Pani zapłacić 5 % VAT i 18 % podatku (oczywiście mogę się mylić, ale mniej więcej tak to wygląda). Stąd zostaje Pani 3-4 zł.
    Jeżeli chodzi o brak reklamy i brak kontaktu – powtórzę się, ma Pani umowę. Proszę ją jeszcze raz przeanalizować. Nie mogą Pani oszukać, nie mają do tego prawa.
    Przejrzałam też Pani fanpage na facebooku i pragnę zauważyć, że moim zdaniem, praca autora nie kończy się na wydaniu książki. Rozumiem, że zależy Pani na wkładzie wydawnictwa zgodnie z ich obietnicą, ale może Pani sama też spróbowałaby coś zdziałać? Jak zobaczą, że i Pani zależy to na pewno nie pozostaną bierni.
    Takie jest moje zdanie.
    Sprawa jest z 2014 roku i mam nadzieję, że wiele się u nich przez ten czas zmieniło.

    1. Gwoli ścisłości, 20% z 39 złotych to 7 złotych i 80 groszy. Jeśli na umowie stoi „honorarium w wysokości 20% od ceny zbytu” to właśnie tyle powinno wpływać za sprzedany egzemplarz na konto autora. No chyba że wydawca stosuje równie magiczną matematykę, jak Twoja.

      Natomiast sprawa rzeczywiście jest stara. Nie znaczy to jednak, że Novae Res nauczyło się na własnych błędach. Z tego, co słyszę, dla pisarzy bywali ostatnio całkiem bezczelni. Podobno „model biznesowy się wyczerpuje”, więc trzeba szybciej siorbać, zanim źródełko wyschnie. Dzięki za przypomnienie o temacie – możliwe, że napiszę o tym więcej.

  8. Właśnie miałam podjąć współpracę z Novae Res jako redaktorka językowa i korektorka w razie potrzeby. Przybliżę tym, którzy nie są w branży: taka umowa ma mniej więcej 1 stronę. Jak coś nie jest napisane, to znaczy, że rozstrzyga się to na zasadach ogólnych. Umowa z Novae Res miała 6 stron i były fragmenty z tak łopatologicznymi wyjaśnieniami oczywistych w mojej branży pojęć, że zaczęłam być czujna. I co? Miałam rację. Stawka za arkusz wydawniczy najniższa na rynku, czyli za redakcję książki mogę dostać np. 500 zł (za korektę połowę) – gdzie indziej dostałabym od 1000 zł w górę. Ale… Za każdy „rażący błąd”, który powtórzy się na przestrzeni 3 arkuszy (czyli ok. 66 stron)… Redaktor/korektor ma płacić wydawnictwu karę 150 zł! Dookreślają też, że rażący znaczy ortograficzny, a potem podkreślają, że ortograficzny to też literówka. Reasumując: przez 66 stron zostawię „moze” zamiast „może” i muszę zapłacić min. 150 zł. Gdy tekst jest w złym stanie, jak do mnie trafia, nie mam szans – mimo że jestem naprawdę skrupulatna i pracuję w branży wiele lat – zarobić na zleceniu. Pozostałe kary umowne proponowane przez Novae Res są równie żenujące. Serdecznie odradzam podejmowanie współpracy. PS Jak dałam umowę mojej mamie, która jest prawnikiem, załapała się za głowę. Nie dość że nie jest napisana przez prawnika, to jeszcze zawiera tyle rażących nadużyć, że Novae Res powinno być na czarnej liście redaktorów w całej Polsce.

  9. Jak to dobrze, że przez przypadek wygooglowałam wasze forum. Szukałam wydawnictwa Novae Res żeby wysłać im fragment mojej książki. Rozmawiałam kilka dni temu z panią z tego wydawnictwa przez telefon i powiedziała mi jaka jest droga do wydania książki. Ale teraz po tym co tu przeczytałam, raczej im nic nie wyślę. Nie wiem tylko, co dalej, bo to moja pierwsza książka i zbytnio nie wiem gdzie się z nią zgłosić. W ogóle nie wiedziałam, czy ją wydawać, ale dałam ją do przeczytania kilku osobom i usłyszałam wiele miłych słów. Niektórzy nie mogą się doczekać dalszego ciągu. Jako bardziej doświadczeni w branży, proszę pomóżcie. Może znacie jakieś fajne wydawnictwa. Jestem osobą niewidomą i głównie słucham książek na audiobookach, dlatego miałam niekiedy dylemat jak graficznie wygląda układ tekstu, np. kiedy zrobić linijkę odstępu, albo akapit, ale pytałam osób widzących i mi powiedziały. Sama czytałam ją chyba z 10 razy i za każdym razem jeszcze znalazłam jakieś brakujące przecinki. Książka nie ma żadnego błędu ortograficznego, stylistycznego, czy literówek. Mama widząc moje zaangażowanie aby była „idealna”, mówiła mi, że takie poprawki są w gestii wydawnictwa, ale ja jestem osobą ambitną i jak coś robię, to staram się to zrobić na 100%. Pozdrawiam

    1. Jeśli książka jest dobra, prędzej czy później weźmie ją jakieś wydawnictwo (tradycyjne, czyli nie żądające kasy za publikację). Jeśli Novae Res złożyło Ci propozycję współfinansowania, nie korzystaj. W ich wypadku to nie jest „współfinansowanie”, tylko opłacenie całości kosztów i jeszcze dorzucenie sowitej prowizji.

      Książkę powysyłaj do wydawców, którzy publikują podobne powieści do Twojej. I mniej cierpliwość – prędzej czy później będzie odzew. W międzyczasie, zamiast w kółko szlifować to jedno dzieło, odpocznij, zastanów się nad następną książką, no i może zacznij ją nawet pisać. Pierwsza książka to tylko pierwsza książka, świata nią nie zawojujesz.

  10. Szukałam wydawnictwa do wydania tomiku wierszy. Trafiłam na Novae Res które dość ładnie prezentuje swoją działalność. Jednakże dwukrotnie już się sparzyłam więc postanowiłam poszukać komentarzy. Jedno wydawnictwo nie wie ile sprzedało egzemplarzy moich tomików, drugie wydawnictwo przegrało sprawę w Sądzie i jest zobowiązane zwrócić koszty wszystkim od których pobrali pieniądze na poczet nigdy nie wydanych tomików. Po tym co tu przeczytałam , niestety nie zaryzykuję.

  11. Wydałem tam parę lat temu książkę. Ci durnie popełnili błąd nawet w opisie. A korekta polegała na zamienianiu przenośni na dosłowności, które jak wiadomo kwintesencją języka nie są.

  12. Wydaje mi się że najbardziej zawiedzionymi są ci co oczekują zysków. Na przykład: Zapłacili 7000 zł za 500 egzemplarzy i dostają po 5 zł teraz trzeba przeliczyć zysk. Sprzedasz ze 100 sztuk, bo nie jesteś znany czytelnikom, więc nie licz na show. 100 sztuk x 5 zł = 500 zł czyli stracisz na tym 6500. opłaca się wydrukować i samemu sprzedać ksiązkę po np. 30 zł

  13. „I nie były to drobne rzeczy, ale zatrzęsienie ortograficznych kwiatków typu „masarz”, „od stresowanie”, czy „przewarzający”.
    Nie mogę uwierzyć, że redaktor i korektor – a to już dwie osoby – przegapili takie błędy. Nie wspomnę o trzeciej osobie – autorze, który takie kwiatki powinien był sam poprawić, zanim to gdziekolwiek wysłał. Mnie zdarzyło się wysłać do czytelników tekst z kilkoma błędami, których nie poprawiłam i wstyd mi do tej pory…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.