Czytasz książki?
Jeśli tak, to masz teraz dobry powód by rozsiąść się wygodnie w fotelu i założyć ręce za głowę. Możesz też skrzyżować nogi, jeśli chcesz. Oto jesteś częścią elitarnej w tym kraju grupy ludzi czytających (7%). Nie dość, że czytasz w ogóle, to zapewne z roku na rok czytasz więcej, podczas gdy reszta społeczeństwa czyta wciąż mało albo wcale. Tak, to jest moment, kiedy możesz zamknąć oczy i upajać się tą myślą – należysz do czołówki. No dobrze, a teraz wypuść powietrze i przypomnij sobie, po co właściwie czytasz.
Już?
W takim razie pozwól, że wyjaśnię Ci, dlaczego warto zostawić tę wiedzę dla siebie.
Ustąp miejsca czytającemu
Przynależność do elity, czyli do czytelników, to w gruncie rzeczy niefartowna okoliczność. Na czym polega problem? Ano na tym, że elity kulturalne lubią myśleć, że są od motłochu lepsze. Tu często wcale nie chodzi o czytanie, jak mogłoby Ci się z początku wydawać. Dla wielu to po prostu sposób na dowartościowanie się!
Moja teza na dziś?
To nie ci, którzy nie czytają, dybią na dobre imię książek, ale ci, którzy zapomnieli, po co to robią.
„Ubolewam nad faktem, że czytanie książek przestało w obiegowej opinii należeć do wyrafinowanych zainteresowań. Moim zdaniem należy. To jest hobby elitarne – dla ludzi inteligentnych, ciekawych świata, o bogatej wyobraźni, szerokich zainteresowaniach.”
( źródło: ujagny.blog.pl)
„Sama bardzo lubię czytać, dlatego nie wyobrażam sobie jak można w ciągu roku nie zajrzeć do żadnej książki, co czyni praktycznie większość Polaków.”
( źródło: www.polskathebest.pl)
Powyższe fragmenty to esencja artykułów, których autorzy przytaczają dane Biblioteki Narodowej i utyskują na marną kondycję czytelniczą społeczeństwa. Wszystko po to, by na końcu mogli wystawić sobie laurkę, że oto należą do tej lepszej części ludzkości. Lepszej, a więc zasługującej na więcej. Problem z pewnością nie dotyczy całej elity, bo jak już zapewniłem – wielu należy do niej „nieświadomie”. Niestety są też w pełni świadome własnej elitarności bufony, które swoją osobą nie zachęcają innych do czytania, a jedynie sprawiają, że książkę w tym kraju nadal podpiera ciężki koturn.
Najgorsze jest to, że to właśnie ci wpadają czasem na podstępny pomysł, by na poły walczyć o szlachetną ideę czytelnictwa, a na poły o własne przywileje.
„Czytam, więc wiem.” „Ustąp miejsca czytającemu.” „Czytaj-podrywaj!” „Empikowa kuracja książkowa” „Nie czytasz, nie idę z tobą do łóżka!” W przypadku tego ostatniego zastanawiam się, kto w takiej sytuacji ma poważniejszy problem…
Tak przedstawia się kontekst i retoryka większości kampanii promujących czytelnictwo w Polsce. Z jednej strony widzimy zrozpaczonych ludzi, którzy sięgają po książkę dopiero przymuszeni towarzysko. Z drugiej strony widzimy takich, których kontakt z książką uwzniośla w oczach innych, szczęśliwie oddalając od przeciętności. Trudno tu znaleźć tych, którzy czytają po prostu dla siebie, dla samej przyjemności czytania. Dlaczego? Bo są zbyt pochłonięci książką, by zastanawiać się jak z nią wyglądają i do której grupy mieliby przynależeć?
Można odnieść wrażenie, że owa loża szyderców chce w rzeczywistości pozostawać w mniejszości, bo tylko wtedy może być prześladowana i tylko w nierównej walce o nowych czytelników może czuć się tak… romantyczna i niezrozumiana. Co więcej, jest chyba zazdrosna o to, że nieczytający zwykle skupiają na sobie większą uwagę, niż ona sama. No bo kto by tam chwalił i mierzwił włosy książkowego mola? Kto by tam chciał wzdychać do walecznych rycerzy prawdy? A może faktycznie elitarna grupa czytelników stanowi już dzisiaj takie dobro publiczne, że powinniśmy na nich dmuchać i chuchać, ustępować im miejsca w tramwaju by nam nie zmarnieli i nie nabawili na starość żylaków. W końcu ktoś musi tworzyć warstwę inteligencji w tym kraju, a lepiej, żeby zdrowo nam rosła, prawda?
Zaczytani artyści i sportowcy
Robert Gonera, ubrany w długi czarny trencz i fedorę z szerokim rondem, przedziera się konspiracyjnie po korytarzach Wrocławskiego dworca. Robert Leszczyński leży w łóżku, z zadowoleniem kartkując książkę, a obok niego wtórują dwie roześmiane niewiasty – również z książkami. Przekaz obrazujący takie fantazmaty oddala nas od rzeczywistości i w swojej formie nie różni się niczym od reklamy sieci Play, bądź od billboardu zachęcającego do wzięcia udziału w castingu do X-Factora. Reklama społeczna to z założenia coś więcej niż śpiewanie o promocji tanich rozmów, czy też możliwość zobaczenia na żywo ulubionego jurora w swoim mieście.
Tu, w przypadku walki o wzrost czytelnictwa, alarmowanie problemu przypomina cały alfabet dobrych manier dla nastolatka – Nie czytasz? Toż to nie uchodzi! Tymczasem treść kampanii trafia najczęściej do tych, którzy już czytają, więc jest to w gruncie rzeczy przekonywanie już przekonanych. Pozostali treść kampanii traktują na równi z wizytą domowego świadka Jehowy, który puka do drzwi i mówi od progu, że poznał jedyną i słuszną PRAWDĘ, a potem grzmi, że za brak posłuszności pozostanie srogi gniew boży. Nie wypada sprzeciwiać się opatrzności!
Z tą lekturą Ci nie do twarzy
Idąc dalej, jeśli już czytasz, to dobrze byłoby sięgać tylko po dobre książki! Bo odtąd oczy demiurgów będą zwrócone w Twoją stronę. Tak, mówię o tych ludziach, którzy lubią wytykać innym brak odpowiedniego rozeznania, zaniżone gusta albo małe ambicje czytelnicze.
Czy w związku z tym czytelników trzeba estetyzować, jak to się zwykło robić z wieloma innymi rzeczami? W tym rozumieniu dziewczyna czytająca harlequina dołączonego do gazety jest tym samym pogwałceniem dystynkcji, co zrogowaciała pięta wystawiona na widok publiczny?
– Oj nie kochana, w tym nie będzie Ci do twarzy, sięgnij lepiej po Murakamiego i nie zapomnij włożyć go do torby z przezroczystymi kieszeniami na książki. A i pamiętaj, że teraz w literaturze światowej jest głośno o nigeryjskiej pisarce Chimamandzie Ngozi Adichi. Wiem, że trudno to wymówić, mi też na początku nie wychodziło.
Faszyzm kontra tolerancja
„Pan Tadeusz” jest fantastycznym tekstem, jak się go przeczyta bez nadętej atmosfery wprowadzanej na lekcjach. Tam jest kupa fantastycznego dowcipu. Scena ze zdejmowaniem mrówek to rewelacyjne odwrócenie etosu rycerskiego i ratowanie damy serca. Od tego trzeba zaczynać „Pana Tadeusza”, a nie od koncertu Wojskiego, bo kogo to obchodzi. Trzeba uczniów zanęcić, a nie dyktować do zeszytu, że „wzbogaca i zachwyca”.
(źródło: polska.newsweek.pl)
Dzisiaj czytanie, tak jak inne rozrywki, którym oddają się ludzie, musi koniecznie wiązać się z samoczynnym wstępowaniem do danej społeczności. W tym wypadku regularne czytanie książek mimowolnie nominuje nas do elity czytelniczej w tym kraju. Podążając tym tokiem rozumowania przekonamy się, że np. fani fantastyki to klasyczni nerdowie, czytelnicy Wired i Slashdota, którzy mają w zwyczaju sprzeczać się o różne niuanse z historii Elfów Wysokiego Rodu. Z pewnością jest to pokłosie rzeczywistości tzw. mediów tożsamościowych, gdzie z kolei czytelnicy „Newsweeka” są lewicowymi antyklerykałami, zaś ci, którzy zaczytują się „W sieci” czy „W polityce”, najpewniej zasilają szeregi zmurszałej prawicy.
Szkoła w podobny sposób faszyzuje postrzeganie książek. Kanon lektur jest jedyną i słuszną drogą dla budowania wspólnej tożsamości, takiej jakiej życzyliby sobie poloniści i ministerstwo. Licealistów, którzy nie potrafią utożsamiać się z lekturami (nawet jeśli je usłużnie czytają) z miejsca wypędza się na samotną tułaczkę po pogrążonych w mroku stepach, gdzie odtąd mają rozpoznawać niewyraźne kształty i wypatrywać wschodzącej jutrzenki.
Naprawdę budujemy dzięki temu wspólną tożsamość?
Obecnie stoimy raczej w dużym rozkroku, bo z jednej strony chcemy wychowywać kolejne pokolenia na pragmatyków, sprawnie odnajdujących się na rynku pracy, ekonomizujących każdy aspekt życia, a jednocześnie chcemy karmić ich prawdami polskiej XIX wiecznej wsi. I mamy pretensje, bo uczeń nie wczuwa się w animozje państwa Korczyńskich i Bohatyrowiczów. A wszystko dlatego, że latami wpajano nam przekonanie, że książka to jedyny kontakt z kulturą.
Sam mam nienajlepsze wspomnienia ze szkoły, gdzie kazano stać nam na baczność i recytować „W Weronie” Norwida – za WŁAŚCIWĄ interpretację była przewidziana najwyższa ocena. W czasie, gdy moi koledzy i koleżanki wczuwali się w „Przedwiośnie”, ja czytałem z rozognionymi oczami „Księgę strachu” Nienackiego w przekonaniu, że popełniam jakąś herezję, i że nie powinienem się w ogóle do tego przyznawać. Gdy sięgnąłem po „Pamiętnik orchidei” Kałużyńskiego, czy potem po „Barbarę Radziwiłłównę (…)” Witkowskiego, to się z kolei załamałem, bo stwierdziłem, że jestem zwyczajnie za głupi na takie książki. Słowa moich nauczycieli dzwoniły mi wtedy w uszach i czułem, że to co robiłem do tej pory, to były wyskoki zbuntowanego chłopca, który „Zbrodnię i karę” postawiłby na półce obok kryminałów (chyba jedyna książka z polecenia szkoły, którą z ciekawością przeczytałem). Niedawno Witkowski przyznał, że „Barbarę …” pisał bardziej po to, by taki autorytet jak Maria Janion zarekomendowała ją na odwrocie okładki, a dzisiaj już wie, że niewielu czytelników docenia takie wydarzenia z życia autora. Michał jest dziś blogerką modową.
Więc jeśli Witkowski może pisać kryminały i pozować do zdjęć w kapeluszu z kurzą łapką, przypiętymi kartkami na mięso i orderem, to tak samo Ty, drogi czytelniku, możesz bez skrępowania sięgnąć po kolejną książkę przeklętego Paulo Coelho czy Dana Browna. Nie żartuję. Czytasz właśnie Harry’ego Pottera? Żaden wstyd – czytasz go dla siebie. Nie po to, by za chwilę przeczytać całą „Sagę o Ludziach Lodu” i perorować, że fani Pottera to lamusy i gówno wiedzą o świecie czarów. To już lepiej żeby dzieciaki przezywały się mugolami, gdy któreś z nich nie czyta książek. Tak. Dzieciaki stanowią tutaj jedyny wyjątek. Jeśli czytasz, to rób to dla siebie. Albo dla swoich dzieci, bo w przeciwnym razie dosięgnie je potem surowa kara, gdy zacznie im się kazać obcować z literaturą w szkole – dobre nawyki warto wyrabiać zawczasu.
Czytanie książek, czy obcowanie z literaturą?
No właśnie. Czytanie książek jest dzisiaj rozrywką, którą można bezkonfliktowo postawić obok seriali czy gier komputerowych, a jeśli już mówić o literaturze, to wyłania się przed nami obraz dandysa pokroju Dehnela, którego zapewne czytają inni niepokorni eleganci, siorbiący kawę z porcelanowej filiżanki. Innymi słowy, wkraczając do świata literatury, stajemy się czymś w rodzaju nadczytelników, bo oni już nie tylko czytają, ale także OBCUJĄ.
Ci pretendujący, bądź nowo wstępujący do elity mają nie lada zagwozdkę, bo nie wypada sięgnąć po „Pielgrzyma”, a przecież na „Krytykę czystego rozumu” jest z kolei zdecydowanie za wcześnie. Ale czy to z kolei znaczy, że jeśli przeczytałaś trzy tomy „50 odcieni Greya”, to nigdy nie sięgniesz po coś z drugiego końca bieguna, jak na przykład „Historia oka” Georgesa Bataille?
Warto tu przypomnieć, że droga do ambitnych i wysublimowanych dzieł jest wybrukowana całą masą spospoliciałych książek, które trzeba przeczytać, by docenić sens podróży w głąb literatury. W przeciwnym razie lepiej pójść do muzeum sztuki nowoczesnej – efekt będzie ten sam, ale przynajmniej zażyjemy spaceru. Trudno od razu wiedzieć wszystkim, która droga wiedzie przez złoty środek – jedni powiedzą, że jak lubisz kryminały, to poczytaj sobie Chmielewską, a drudzy z miejsca polecą Krajewskiego.
Wspólnym mianownikiem dla wszystkich powinna być radość, jaką daje czytanie. Krok dalej – to już stwarzanie niepotrzebnych antagonizmów, które odstraszają przyszłych czytelników.
Tak jak miasta powinno budować się na skalę człowieka, żeby nie musiał zadzierać głowy by objąć wzrokiem drapacze chmur, tak samo powinno się czytać to, co przylega do nas w danym momencie, bo przecież bliższa koszula ciału, niż sukmana. Przy okazji warto podkreślić, że czytanie książek może stać się jednym z zainteresowań – nie musi być z miejsca pasją, bez której człowiek zostaje inwalidą, jak to się sugeruje w mediach.
Nikt nie jest za głupi na to, by czytać to, co chce. Proust jest jak północne Indie – jedni wybiorą się tam tylko dlatego, że jest daleko i jest tam fajna babka z koszem na głowie, a inni zachwyceni wcześniej hinduskimi obrzędami pojadą tam, by zobaczyć na żywo ludzi pijących wodę z zanieczyszczonego Gangesu.
Apel obywatelski
Powtórzę: jeśli czytasz, rób to dla siebie.
Nie po to by narzekać, że mieszkańcy Twojego miasta, zamiast wnioskować o dofinansowanie bibliobusu, wybrali kolejną siłownię pod chmurką. Nie po to by wysmażyć kiedyś felieton o załamujących cię statystykach czytelnictwa, ani nie po to by spierać się z „pragmatycznymi” czytelnikami literatury faktu, że beletrystyka jest równie ważna i nie mniej praktyczna. Nie rób tego po to, by potem ogłaszać wszem i wobec, jakie to codziennie toczysz refleksje nad życiem. Nie czytaj po to, by diagnozować na forach internetowych tożsamość czytelników fantastyki, ani nie rób tego po to, by ktoś w swoim przekonaniu włączył Cię do grupy zaangażowanej inteligencji. Nie czytaj po to, by się snobować, że masz na to czas i pieniądze. Nie rób tego po to, by potem utyskiwać z egzaltacją starej panny po polonistyce, że na wakacjach zagranicą to Brytyjczycy, Szwedzi, Niemcy i Holendrzy trzymają na kolanach książki, podczas gdy Polaków widzi się przy barze, jak tłumaczą na migi barmanowi, żeby dolewał więcej wódki do drinków.
Czy naprawdę obchodzi Cię, że w tej chwili Twój sąsiad za ścianą przewraca kartki swojej książki? A może właśnie studiuje instrukcję od elektrycznego grilla? Czy naprawdę skupiasz się tak bardzo na tym, że gość, który nie odróżnia Goddarda od Gotarda, Tomasza Manna od Wojciecha Manna, może być dla kogoś kompletnym zerem i nieudacznikiem? Nawet jeśli w szkole dyktowali mu do zeszytu, że lektura ta wzbogaca i zachwyca? Nos w sos!
Czytanie niczego dzisiaj nie dowodzi i lepiej by pozostało w dobrowolnej sferze przyjemności, jak to replikował Szczepan Twardoch w trakcie spotkania w Muzeum Literatury. Niech każdy pogodzi się z tym, jaki jest i co lubi, bądź też może robić – w końcu tak pięknie się różnimy. W realnym świecie bezwzględnie stojącym pieniądzem i gospodarką ważne jest tylko czytanie umów kredytowych, zaś politycy przygotowujący się do kolejnej kampanii wyborczej wolą się już nie fotografować na tle książek. Jeśli już kogoś chcemy winić za to, że „się nie czyta”, to warto zacząć diagnozę od tych, którzy muszą czytać na głos w obawie, że nie zostaną zauważeni.
Swój wywód zamknę słowami Szymona Hołowni, którymi odpowiedział na pytanie dziennikarza, z czego wynika akurat takie przeżywanie Boga w Polsce i czy nie ponoszą za to winy księża i m.in. ich sposób nauczania na katechezach – posłużyło mi to za idealne zobrazowanie tego, w jakich warunkach przebiega dyskusja nt. niskiego poziomu czytelnictwa w Polsce.
„A dlaczego tylko księża? A wierni to co? Cielęta? Nazywam to podhalańską metodą kontaktu, tzn. oni za bardzo uwierzyli, że są pastuszkami, a my za bardzo uwierzyliśmy, że jesteśmy owieczkami.”
Foto: Rick&Brenda Beerhorst, Flickr, CC BY 2.0
Fajne, słuszne – i za długie…
Cóż powiedzieć… Czasem się zdarza!
Temat godny uwagi. Kilka trafnych wniosków otworzyło mi oczy. Teraz mogę z zupełnie innej perspektywy spojrzeć na proces czytania, a nawet nie tyle na sam proces, co na jeho cel.
Trafione w sedno- bez pudła! Ja czytam od dziecka – miłość do książek dostałam w spadku po babci. To z nią przeżywałam najpiękniejsze chwile buszując między półkami w bibliotece lub księgarni , a potem z lubością zapadając w fotelu z wybraną lekturą, od czasu do czasu posyłając pełen wdzięczności uśmiech babci, która zanurzona w swojej lekturze była największym moim idolem.Zawsze czytałam z czystej przyjemności.Nigdy nie sięgałam po książkę bo ktoś stwierdził,że trzeba.Przyznaję jednak ,że czasem wstydziłam się ,gdy czytałam coś ,co było wszem i wobec krytykowane. Kiedy przestałam? Kiedy zaczęłam mieszkać za granicą i dostęp do książek wydanych po Polsku stał się luksusem. Teraz czytam wszystko ,nie obchodzi mnie opinia innych.Czytam ,bo lubię. Co to kogo obchodzi czy jest to najnowszy erotyk Sylvii Day , najnowszy traktat Myśliwskiego czy posty z facebooka? Jeśli sprawia mi to przyjemność to czy muszę się z tego tłumaczyć? Czy ktoś tłumaczy się czemu używa takich a nie innych perfum?
Amen 🙂
Bardzo ciekawy artykuł. Tak właśnie jest! Czytanie, to wielka radość. Czytam dla siebie – w kolejce, w urzędzie, czekając na kogoś. W ten sposób nigdy się nie nudzę, ba, nawet mam wyrozumiałość dla spóźnialskich. Czytam aforyzmy, gdy wiem, że mam mało czasu, sięgam po inne książki, gdy mogę się skryć przed światem. Tęsknię za czytaniem, gdy pochłania mnie coś innego, równie ważnego. Przeczytałam artykuł z uwagą, dziękuję autorowi, uporządkował mi pewne rzeczy. Nie mogę uwierzyć, ze jedynie 7% Polaków czyta książki, nie do wiary!
Nooo… tak wgryzając się w statystyki, to wygląda jednak trochę lepiej. Tzn. te 7% to tak zwani regularni czytelnicy, którzy (jeśli dobrze pamiętam) czytają powyżej 6 książek rocznie. Innymi słowy, najbardziej aktywna grupa. Ludzi, którzy deklarują, że nie przeczytali żadnej książki w ciągu roku jest około 60%. Też dużo, ale jednak między nimi a tyli elitarnymi 7% jest spore grono ludzi, którzy „poczytują”, ot tak, z doskoku i okazjonalnie. 🙂
Fantaści i fandomy pokrewne mówią na to „Syndrom Obleganej Twierdzy”. I faktycznie służy do tego, żeby z jednej strony budować poczucie własnej wartości przez fakt posiadania licznych i potężnych wrogów, a z drugiej budowanie strefy komfortu poprzez odstraszanie wszystkich od swojego hobby (tzw. „Lanie Smoły”). Oblężonym bardzo rzadko na faktycznym spopularyzowaniu swojego hobby (przeciwnie ich ulubione powiedzonka to „Gram w gry / czytam książki / słucham muzyki o której nigdy nie słyszałeś”). W końcu trudno być oryginalnym robiąc to, co wszyscy inni.
Nie znałem tego wcześniej, ale faktycznie, syndrom oblężonej twierdzy tłumaczy to idealnie.
W dużym stopniu zgadzam się (choć artykuł wydał mi się ostro rozwleczony). Ktoś mądry kiedyś powiedział że książka ma przede wszystkim dawać czytającemu rozrywkę i z tym się zgadzam. Mnie cały system edukacji i rodzice kazali czytać tylko te „mądre” książki (a najlepiej stare bo przecież im starsze tym „mądrzejsze”) , inne były „głupie” a już szczególnie fantastyka. Podobne rzeczy powtarzają wkurzeni dwudziestolatkowie w internetach pod artykułami o popularnym romansidle (Choćby „Pięćdziesiąt twarzy Greya”) zapominając jak to za czasów gimnazjum woleli czytać beletrystykę i komiksy zamiast Krzyżaków. Kompletnie nie rozumiem dlaczego ludzie wkładają nosy w to co czytają inni i tylko krytykują i krytykują. Dowartościowanie tanim kosztem?
A hasło „Nie czytasz, nie idę z tobą do łóżka” jest rzeczywiście głupie ale tak mnie ubawiło że już nie pozbędę się sympatii do niego 😉
Ostro rozwleczony, bo mam słabość do popadania w ciągłe dygresje – na przyszłość postaram się być bardziej zwięzły 😉
Artykuł – Cud! 🙂 🙂 🙂 Przeczytałam bez mała na jednym oddechu i w przeciwieństwie do niektórych komentatorów pożałowałam, że się już skończył.. 🙂
A tak na serio: w doborze lektury nigdy się nie kierowałam modami czy nadętymi rekomendacjami… Czytam w zależności od humoru, nastroju i tego co mi w duszy gra… Potrafię bez trudu przechodzić od Chmielewskiej do Reymonta pochłaniając po drodze Zafona bądź jakąś bieżącą publicystykę, nie gardząc dziełkiem popularnonaukowym… ZAWSZE czytałam tylko dla siebie! Nawet w szkole gdy nie miałam serca do jakiegoś autora nie przeczytałam go… Wychodziłam i wychodzę z złożenia: czytanie to moja prywatna sprawa i sięgam tylko po to, na co mam akurat ochotę… Ot, taki buntownik literacki ze mnie… 🙂
Dziękuję za miłe słowa 🙂 cóż mogę dodać … z książkami, to jest tak, że jeszcze wielu nie potrafi pogodzić się z tym, że dzisiaj znaczą one zupełnie coś innego, niż zaledwie 20 lat temu. Kiedyś były one oknem na świat i każdy, kto czytał w tych czasach choćby Juliusza Verne wie jakie to uczucie, gdy tekst rozpala wyobraźnię – pewnie nawet nie marzyli o tym, że kiedyś oko kamery będzie docierać do tak odległych i egzotycznych miejsc, jak Wyspy Trobrianda.Natomiast dzisiaj, w czasach, w których królują hasła typu „the sky is the limit”, a od wszystkiego dzieli Cię jedno kliknięcie, to czytelnicy decydują o losie książek, nie odwrotnie. Nie ma chyba już rzeczy, o której ktoś nie zdążyłby już czegoś napisać, więc czytanie dla SIEBIE nabrało właściwie zupełnie nowego wymiaru 😉 Stąd pewnie bierze się m.in. niesłabnąca popularność wszelkiej maści poradników … I wbrew sobie na tym poprzestanę, bo zaraz zacznę pisać dalszą część artykułu 😉
Racja, a jak racja to przydałaby się i wódka, bo racja bez wódki, to jak pół racji :)) Czyta się głównie dla rozrywki, pewnie dlatego nigdy nie odważyłem się napisać recenzji żadnej książki beletrystycznej. W końcu, to co mi się nie podoba może się podobać innemu i vice versa. Jednak, wielu ludzi pisze recenzje książek, , a czym autor bardziej znanym, tym opinii i recenzji więcej. Ile to ja się naczytałem jakiś czas temu, jaka to zła jest książka Sapkowskiego „Sezon burz”, że odgrzewany kotlet, że słabe, że to jakby już nie ten sam autor pisał. Z książką, jak z filmem. Każdy kto oglądał (dotyczy obu przypadków) ma, coś do powiedzenia. I nie rzadko to, co ma do powiedzenia ujrzy światło dzienne, dzięki sieci. I w ten sposób jedni zachęcają lub zniechęcają innych do czytania, oglądania.
Czytanie z pewnością nie jest prostą czynnością, szczególnie w czasach gdy internet rulez. Gdy artykuł dłuższy, niż stopa niemowlaka sprawia trudność, męczy, nudzi. Gdy trzeba koniecznie dorzucić jakąś gołą laskę do tekstu, albo samobójcę skaczącego z dziesiątego piętra, ewentualnie kogoś w kominiarce z karabinem. Inaczej ludzie czytaliby jeno horoskopy i program telewizyjny. Tekst w internecie stałby się zbędny. Więc jak ktoś już włoży odrobinę wysiłku w lekturę jakąś, to uważa słusznie, że odróżnia się nieco od człowieka, co ogląda tylko zdjęcia i to najlepiej znanych aktorek pod prysznicem. I zaiste różni się.
„Elita – grupa ludzi wyróżniająca się pozytywnie lub uprzywilejowana w jakimś środowisku”. Moim zdaniem, każdy kto czyta, zamiast w tym samym czasie uprawiać rozrywki o wiele prostsze, grać, oglądać film o superbohaterach, lub „X-pants down”, wlewać wódkę w gardło, popalając marihuaniną, do takiej elity należy. Przy czym, grać też mogą i oglądać filmy o niezwykłych istotach posiadających super moce, pokroju „Amazing Squirt” popalając i popijając przy tym. W końcu rozrywka, to rozrywka. Z tym, że czytelnicy mają szersze spektrum tej rozrywki.
Zgodzę się natomiast z tym, że do czytania nie ma sensu zmuszać. Nie czytasz? Spoko, to twój problem nie mój. Najwyżej następnym razem publikując komentarz pod nowym odcinkiem „Gry o tron”, na wstępie już zaznaczysz, że książkę czytałeś, że ci się bardziej podobała. W tym ustroju, przynajmniej na razie jeszcze, możemy wybrać to, co chcemy robić, to co nas bawi. Rozrywkę.
Jezus Maria… Naprawdę ktoś wymyślił taką super-moc jak „Amazing Squirt”? 😉
Co do recenzji, to najlepiej byłoby pisać o tych książkach, o których można pisać dobrze, a o reszcie nawet nie wspominać – ileż to razy ludzie sięgnęli po coś, bo było tak fatalne, że aż ciekawe 😉
Owszem, różni się ten, kto czyta, ale nie uznałbym, że jest to wkładanie wysiłku z jego strony i co więcej, że daje mu to moralne prawo by oceniać innych i odmawiać im prawa do takiej rozrywki, jakiej w istocie chcą – to jest sedno sprawy. Pójście o krok dalej to niepotrzebne stawianie granicy między mną, a resztą świata, podczas gdy czytanie dzisiaj niczego nie dowodzi i trzeba się raz na zawsze z tym pogodzić.
Są ludzie po stokroć bardziej zaradni i znający życie od nas, a do tego nie muszą być regularnymi czytelnikami, a ich czas wolny i to jak go spędzają wcale nie przesądza o tym jakimi są ludźmi, gdy odkładają teczkę i odpinają kołnierzyk koszuli. Znam osobiście takich, którzy na co dzień piastują poważne stanowiska, a gdy tylko mogą to wyjeżdżają np. na obozy wspinaczkowe by tam się porządnie ubabrać, pozdzierać kolana i w trakcie imprezy podpalić sobie włosy łonowe … A poznałem też takich, którzy potrafili zaczytywać się w traktatach o władzy, ale byli przy tym tak wewnętrznie pospawani, że nie było tam już miejsca na zwykłą spontaniczność i przede wszystkim na dystans do siebie. Jeśli już mówić o elicie, to chciałbym tam widzieć ludzi, którzy potrafią swoją osobą porywać, którzy atakują moją wyobraźnię i pokazują mi przy tym, że też mogę być częścią tego niezwykłego świata, którego sami doświadczają. Dla mnie elita to ci, którzy jako pierwsi przetarli szlak i dają dobry przykład.
Dlatego postawiłem tezę, że w przypadku czytelnictwa w Polsce to właśnie czytający w dużej mierze tworzą mur. Syndrom oblężonej twierdzy, o którym tu wspomniano w komentarzach, idealnie to obrazuje. Drażniące jest to, że w każdej społeczności skupionej wokół jakiegoś hobby musi się zawsze znaleźć kilku napinaczy, którzy robią coś nie z czystej potrzeby rozrywki, ale po ty by inni mogli ich podziwiać, podczas gdy oni sami kiwają głową, gdy ktoś chce im dorównać. Dlatego uważam, że najlepiej byłoby gdyby tacy cieszyli się (jeśli w ogóle potrafią) w odosobnieniu 😉
Zgadzam się, że zaradność życiowa nie ma nic wspólnego z czytaniem książek i nigdy nie miała, wszak ameryki nie zdobyli oczytani eremici.
Ba, żeby rozwiązać test IQ na 140 punktów i dostać się do Mensy wystarczy przeczytać kilka arkuszy zaledwie i poprawnie je wypełnić, wcześniejsza, jak późniejsza lektura jakiejkolwiek książki nie ma tu większego znaczenia. Osobnicy należący do Mensy uznają się za elitę, ale ile z tej elity jest zaradnych życiowo, ilu z nich jest na liście najbogatszych? Trudno stwierdzić. Jednak nikt nie zaprzeczy, że mają prawo, za elitę się uznawać.
Natomiast ludzie tworzą grupy społeczne (mniejsze i większe) na bazie zainteresowań (lub inaczej mówiąc podobieństw), takie grupy w różny sposób się wspierają i wykluczają innych z takich i owakich względów (braku podobieństw). Przykładów by tu można mnożyć: uważanie za gorszych tych, co słuchają disco polo, hip-hopu, panienek lecących na ładne samochody, ludzi nie znających szeroko pojętej klasyki (muzycznej, filmowej, książkowej, teatralnej). Większość ludzi nie będzie o sobie myśleć: jestem przeciętny, tylko: jestem lepszy bo oglądam filmy Jarmuscha, słucham Beethovena, widziałem sztukę Szekspira, przeczytałem „Ulissesa” Joyce’a.
Ludzie zawsze lubili się wyróżniać i nic tego nie zmieni. Jedni więc będą się wyróżniać tym, że czytają, inni tym, że zmienili płeć. I będą się z tym obnosić. Tacy są ludzie. Tak, to widzę.
Jeżeli więc ktoś czyta i nie ma ochoty poznać, kogoś kto nie czyta, jego prawo.
I żeby nie było, że tworzę jakiś mur… :))
A ja mimo wszystko będę mieć nadzieję (może złudną), że jeśli ktoś idzie na sztukę Szekspira, to robi to przede wszystkim dlatego, że chce tam pójść, bo sprawi mu to przyjemność i nie będzie się zastanawiać, jakby to zostało przyjęte przez otoczenie. Wkładaniem wysiłku, o którym wcześniej wspomniałeś, byłaby sytuacja, gdyby ten „ktoś” poszedł na ową sztukę tylko po to by móc potem snobować się w towarzystwie, że ostatnio był na Szekspirze.
Ludzie się różnią, ale dlatego, że każdy z nich szuka czegoś dla siebie, zaś ci, którzy LUBIĄ się różnić muszą się chyba potwornie z tym męczyć, bo to oznacza dla nich wieczną ucieczkę, najczęściej przed samym sobą 😉
Silenie się na cokolwiek jest smutne… Jestem maniakalnym czytelnikiem ale wcale nie uzewnętrzniam wszem i wobec, żem taka zaangażowana w umiejętność składania napisanych słówek… 🙂 Mam obok siebie Kogoś, kto naprawdę mało ma wspólnego z wysokim poziomem czytelnictwa, ale nie przeszkadza Mu to, by w dziedzinie, która jest Jego pasją był wręcz gigantem… Akurat w naszym przypadku świetnie się uzupełniamy, choć ktoś patrząc z boku widziałby nie wspaniałe małżeństwo, a ziejącą przepaść intelektualną między dwojgiem tak diametralnie różnych osób… Przenigdy nie wykorzystuję tego co wiem, by komuś sprawić np.przykrość… I pewnie dlatego, że jestem tak nazwijmy to „wycofana” za diabła nie umiem wypromować tego co mam [np. wydanej książki].No, ale to już inna para kaloszy… 🙂
Cieszę się, że napisałaś , bo to idealnie scala wszystko to o czym tu nawzajem prawimy 🙂
A co do książki, to mam silne przeczucie, że chowasz przed nami coś interesującego 🙂
No niczego nie chowam, co najwyżej nie umiem pokazać… 🙂 A tak serio: ta książka, choć nie ma przebicia Bóg wie jakiego, jest dla mnie bardzo ważna, gdyż wiąże się z ciekawą historią powstania. Potem przepadła w pewnym konkursie, przeleżała w szufladzie ponad 8 lat, stała się kanwą dla słuchowiska na audiobooku, które wspierało cenną inicjatywę charytatywną, a w 2012 ujrzała światło dzienne w postaci drukowanej… Książka spoza nurtu poprawności obowiązującej, pełna wartości dziś wypychanych poza margines życia, dlatego mało o niej, ale ja i tak się z niej cieszę, bo ma może niewielkie ale serdeczne grono czytelników, [zarówno dzieci jak i dorosłych], które to wciąż daje mi do zrozumienia, że czeka na kolejne moje teksty… 🙂
W takim razie to jest właściwy moment, żeby dać jakieś namiary na nią 🙂
No w końcu ktoś wspomniał o pieprzonym nadymaniu się…
Hej, witam 🙂
wspaniały artykuł, zupełnie inaczej spojrzałam na dane zagadnienie. Jestem studentką bibliotekoznawstwa, ze statystykami i przeróżnymi kampaniami odnośnie czytelnictwa, miałam sporo do czynienia. Statystyki brzmią groźnie, ale trzeba pamiętać, że są one przeprowadzane na pewnej grupie ludzi i, jeśli dobrze pamiętam, Biblioteka Narodowa ma kłopoty z chętnymi do ankiety. Pracując w bibliotece przeżyłam prawdziwy szok, kiedy zobaczyłam masę ludzi z entuzjazmem i żarem w oczach, przebierających książki na półkach, ustawiający się w kolejce do nowości, proszących o polecenie czegoś z gatunku. Bardzo mnie to podniosło na duchu i ani mi przez myśl mi nie przyszło, by potępiać czyiś wybór. Ale muszę przyznać, że na moim kierunku pełnym ludzi czytających, można znaleźć parę osób idealnych do tego romantycznego wzorca. Wolą się zamknąć i narzekać, że nieczytający nie nadają się do kontaktów. I najczęściej profesorowie również należą do tego gatunku. Bardzo to zniechęca. Ale na szczęście jest sporo entuzjastów, ludzi którzy kochają czytać przeróżne książki i właściwie samą tą radością zarażają ludzi. Sama miałam sytuację, gdy czytałam książkę w tramwaju i zaczęłam się śmiać, podeszła do mnie kobieta i zapytała o tytuł. Mój przyjaciel długi czas w ogóle nie czytał, a potem przy jakiejś sprzyjającej okazji, podsunęłam mu „Czerwonego Smoka”. Teraz czyta przy każdej wolnej chwili. Wydaję mi się, że odpowiednia książka w odpowiednim momencie to świetny zapalnik do dalszej kariery czytelnika. A w szkole, gdzie uczy się wiele osób i nie ma czasu na indywidualne podejście, nie ma szans do takiego zachęcenia. Kanon lektur trzeba jakoś przetrwać i nie ma rady. Do tego może być to dobra odskocznia. Moja mama wiecznie mi powtarza, że mam przestać czytać o smokach i magii, bo jestem potem odrealniona. Na początku mnie to irytowało, a potem zrozumiałam, że od czasu do czasu chwycenie po zwykły romans czy kryminał, pozwala docenić przeróżne aspekty fantastyki i rozwinąć światopogląd w różne kierunki.
Cieszę się, że powstają takie inteligentne artykuły o trzeźwym podejściu. Może iluś zamkniętych czytelników zrozumie, że zmiany trzeba zaczynać od siebie.
Pozdrawiam 🙂
Cześć 🙂
Fajnie, że o tym wspomniałaś – ja sam jestem sceptycznie nastawiony do statystyk i też odnoszę wrażenie, że te 7% jest wydumanym wynikiem. Dane statystyczne mogą co najwyżej pokazywać nam, jak mniej więcej rozkładają się dysproporcje pomiędzy poszczególnymi grupami respondentów, ale nigdy całościowo nie przedstawią faktycznej kondycji czytelnictwa. Jestem przekonany, że w rzeczywistości jest dużo lepiej, niż się to pokazuje.
Warto też podkreślić to, co być może nie padło bezpośrednio w moim tekście, a o czym mi właśnie przypomniałaś – może jest to jakiś banał, ale wielu nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że czytanie może być dla nich wspaniałą rozrywką – śmiem nawet sądzić, że każdy mógłby czytać z ochotą, gdyby poświęcić mu więcej czasu i spróbować znaleźć coś, co mogłoby go zainteresować.
Swoją drogą to byłby ciekawy pomysł na stronę, na której użytkownicy nie tylko , tak jak to się dzieje teraz, polecaliby konkretne tytuły i pisali recenzje, ale wchodziliby ze sobą w interakcje i starali się nawzajem zarazić pasją do czytania próbując określić czyiś profil przyszłego czytelnika; próbując ustalić gatunek, proponując konkretne tytuły, czy autorów 🙂 Śmiem sądzić, że efekt sieciowy takiej strony byłby faktycznie zauważalny w dłuższej perspektywie czasowej, niż dotychczasowe kampanie, które z miejsca trafiają w próżnię (oczywiście z pominięciem takich jak „Cała Polska czyta dzieciom”).
Proponuję nawet nazwę: urząd nieczytających 😉 : oficjalna strona z ofertami książek, szkoleniami i, usługami dla nieczytających, poszukujących przyjemności w czytaniu!
„(…) ja sam jestem sceptycznie nastawiony do statystyk i też odnoszę wrażenie, że te 7% jest wydumanym wynikiem.”
Ja słyszałem kiedyś od kumpla (ale sam nie wiedział, czy ta informacja jest prawdziwa), że statystyki czytelnictwa w naszym kraju tworzy się tylko na podstawie książek kupionych w księgarniach. Tzn. nie bierze się pod uwagę pozycji wypożyczonych z bibliotek; ostatnio z kolei dowiedziałem się, że też e-booków. Jeśli to prawda, to znaczy, że te statystyki są zwyczajnie zaniżone.
Po prawdzie to sam nie wiem, czy czytam rzeczywiście tylko dla przyjemności… Oczywiście gdyby czytanie mi jej nie sprawiało, to bym tego nie robił, ale mimo wszystko zajmuję się tym głównie ze względu na hobby (wiadomo – pisanie). Mam bowiem momenty, w których nie chce mi się czytać niczego, nawet jeśli się zmuszam. Ale nie przyszło mi do głowy, żeby się tym obnosić wszem i wobec…
Co do samego artykułu, to przychodzi mi do głowy jedno słowo: psychologia. Często chcemy zwyczajnie dobrze się poczuć, więc niektórzy chwytają się m.in. tego, że czytają, byle tylko nie spadła ich samoocena. Na tym gruncie zresztą rodzą się hipsterzy.
Tzn. cyfrowa dystrybucja książek ma własne statystyki i wciąż jest traktowana w osobnej kategorii (jeśli się mylę, to proszę mnie poprawić). Jeśli jest tak, jak piszesz, to byłoby to dodatkowe wyjaśnienie dla tych zaniżonych punktów procentowych. W każdym razie możemy mieć pewność, że dane nie są w pełni miarodajne, a stan faktyczny, gdyby dało się go jakoś zmierzyć, mocno by nas zaskoczył.
Co do czytania, to chyba każdy miewał takie momenty, że mu się nie chciało. Gdy przeskakujesz wzrokiem po kolejnych słowach i nie rozumiesz tego, co czytasz, to najpewniej masz w tym momencie dużo ważniejsze sprawy na głowie i zwyczajnie nie możesz się skupić. Mimo, że można czytać dosłownie wszędzie, to jednak wymaga to pewnego stanu równowagi 😉
O hipsterach nawet nie śmiem zaczynać tematu, bo na tenże powiedziano już chyba wszystko 😉 Poza tym w pewnym momencie urosło to do takiej paranoi, że każdy mógł być potencjalnym hipsterem – biorąc niezliczoną ilość ich atrybutów praktycznie każdy z nas może nim być 😉
Ha, bardzo udany artykuł ^^
Mogłabym się nawet pod nim podpisać, gdyby nie to, że nie wymyśliłabym czegoś tak rozbudowanego. No cóż. Tak czy siak, zgadzam się niemal w stu procentach (piszę 'niemal’ na wypadek, gdybym przeoczyła coś, z czym jednak się nie zgadzam).
Elita. Tak dumnie to słowo brzmi, prawda? Ludzie lubią należeć do elity. Od zawsze. Taka natura. Ale czytanie zdecydowanie nie powinno być kryterium warunkującym należenie lub wykluczenie z jej grona. Czemu? Ano, moim zdaniem, książki to ten rodzaj rozrywki, który umysłowi służy, więc czytać powinno się możliwie często. Nieważne co. Może to być „Zmierzch”, może być Szekspir. Kiedy widzę w tramwaju osobę z książką w ręku, nie patrzę z pogardą, bo „na pewno czyta gorsze pozycje niż ja”. Patrzę z uśmiechem, bo widzę w niej człowieka, który łączy przyjemne z pożytecznym. Co do ustępowania miejsca – wiem jakie to uczucie czytać na stojąco, więc sama propozycja jest niepomiernie kusząca 😀 chociaż oczywiście nie w kontekście, że muszę zdrowo rosnąć, by być przykładnym okazem warstwy inteligenckiej. Ot, dla czystej wygody.
Z czym jeszcze się zgadzam? Ano z tym, że można, ba, powinno się czytać to, co się chce. Przytoczę siebie jako przykład – jestem fanką Harry’ego Pottera, nawet podobały mi się książki Coelha, uwielbiam fantasy. Czytywałam i nadal czytuję książki, którym zarzuca się płytkość i ogólny brak przesłania. Bo mogę. Jednocześnie z przyjemnością sięgam po wspomnianego już Szekspira, po Dickensa, słowem – po dość wymagające pozycje. Bo mogę. Chwalę się jednymi i drugimi, polecam innym jedne i drugie. Bo mogę. Ale nie krzyczę, wskazując oskarżycielsko palcem: „IDIOTA!”, do osoby, która nie przeczytała „Makbeta” albo ostatni raz była w bibliotece trzy lata temu. No trudno. Ze swojej strony mogę jej co najwyżej powiedzieć: „tylko na tym tracisz” i nieustannie zachęcać. Zmuszać nie będę, bo i sensu w tym nie ma. Lajf is brutal, jak uczą internety.
Sama czytam od dzieciństwa. Nie jest to jedyna rzecz, jaką robię w czasie wolnym, ale czytam, bo uwielbiam ten moment, w którym przestaję rejestrować resztę otoczenia, a całkowicie pochłaniają mnie kartki zadrukowane czarnymi robaczkami. Każdemu życzę takiej motywacji.
W skrócie: nieco przydługo (rozłożyłam sobie artykuł na dwie raty 😉 ), ale za to trafnie. Doskonale wyciągnięte wnioski, fajne cytaty jako dodatek. No czytać, nie umierać ^^ Czekam na kolejne wpisy kolegi Spiskowca.
Pozdrawiam!
Ja za to zgadzam się z Tobą w stu procentach 😉 Również pozdrawiam koleżankę spisko … wszczynię … ? 😉
Dobry artykuł. Przypomniał pewną oczywistość, o której często zapominam ja i my wszyscy.
Żyj i daj żyć innym.
Pozdrawiam,
D
Tezy zawarte w artykule miejscami trafne, tylko z czego one wyniknęły, to już nie potrafię zrozumieć. Autor żyje chyba w świecie, w którym wizerunek to najwyższa świętość i trzeba o niego dbać niczym o zdrowie swoje i rodziny. Nigdy nie spotkałem się z atakiem na to jaką książkę czytam, nigdy nie zauważyłem by ludzie czytający wywyższali się i pokazywali innym, że są głąbami. Może przydałoby się porozmawiać z ludźmi spoza własnego środowiska i potem wysnuwać tezy. Nie wiem może moi znajomi są inni niż Twoi, ale, kurcze, naprawdę nie widzę zachowań, które opisujesz.
PS. Atakowanie ludzi, że są bufonami, po przeczytanym jednym artykule i jednym zacytowanym zdaniu jest równie słabe, jak zachowania, które piętnujesz.
„Autor żyje chyba w świecie, w którym wizerunek to najwyższa świętość i trzeba o niego dbać niczym o zdrowie swoje i rodziny.”
No właśnie artykuł ma wprost przeciwny wydźwięk … A tak poza tym, to nie ma się co tak napinać 😉
Nie napinam się, to Ty atakowałeś ludzi w artykule, co mi się nie podoba, bo jest uproszczeniem, banalnym i łatwym do zrobienia, ale często błędnym. Cały Twój artykuł moim zdaniem wynika z tego, że nie podoba Ci się, iż ktoś próbuje wybieranymi, czytanymi książkami wpływać na swój wizerunek. Ja tego nie zauważam, po prostu:) A artykuł ma przeciwny wydźwięk, bo to piętnujesz, a ja mówię, że tego nie ma, przynajmniej w środowiskach, w których się obracam.
Kubo, piętnuję koturnowość związaną z książkami i zarazem podkreślam, że każdy ma prawo do uciekania się w rozrywkę taką jaka mu odpowiada. Tyle i aż tyle.
Co do kwestii wizerunku, to chcę wierzyć (być może naiwnie), że są normalni ludzie, którzy chodzą po ziemi i nie są oderwani od rzeczywistości na tyle, żeby łamać sobie głowę nad swoim „wizerunkiem” ( w kontekście przeczytanych książek brzmi to jeszcze bardziej niedorzecznie).
Jeśli Ty nie widzisz na co dzień zachowań, które tu opisuję, to chyba dobrze, prawda? To znaczy, że potwierdzasz moją wiarę w ludzi.
Natomiast bez wychodzenia z domu i teoretyzowania na temat środowisk, do któych przynależymy, wystarczy rzucić okiem choćby na literacki łańcuszek na fb, żeby dowiedzieć się o istnieniu ludzi, o których piszę powyżej.
Tymczasem Cię pozdrawiam i zachęcam do przeczytania innych artykułów na Spisku 🙂
Ale jaja, nie wiedziałam, że istnieją tacy ludzie xD Panie Mateuszu, szczęka mi opadła, że trzeba upominać ludzi, by czytali dla przyjemności, a nie dla wizerunku. Jednak od kółek wzajemnej adoracji trzymam się z daleka, więc może dlatego tkwiłam w niewiedzy. Zresztą jeśli pojawia się chęć podyskutowania o fantastycznych tekstach, to można robić to w gronie rodziny lub przyjaciół, zamiast perorować „na salonach”.
Cieszę się zatem, że umożliwiłem Ci wgląd w rzeczywistość inną niż znasz. I tak na marginesie – Mateusz jestem 😉
Świetny punkt widzenia, momentami podzielam twoją wizję,tylko dłuuuugo jakoś :S I nie zawsze się mogę zgodzić:)
W sumie: co to kogo obchodzi, z jakich powodów i dla jakich korzyści ktoś czyta. Niech czyta na zdrowie! Nawet jeśli tylko robi sobie „sweet focie” z okładką to i go to uszczęśliwia, niech pstryka, a co! 😀 Dodam, że cenię sobie Twoją ironię 😀