Najczęstszą radą, jaką otrzymują pisarze skarżący się na brak czasu, jest „pisz stronę dziennie”. Albo: pisz każdego dnia przez godzinę! W ten sposób w końcu dorobisz się własnej powieści. Z pewnością taka rada brzmi słusznie, ale czy rzeczywiście ma szansę przynieść efekt?
„Pisz stronę dziennie” jest o tyle właściwym przesłaniem, że w Twoim pisaniu i tak musi pojawić się jakaś regularność. Tylko w ten sposób dasz radę zaplanować pracę, a także przewidzieć, kiedy mniej więcej ją skończysz. Nie mówiąc już o tym, że do każdej czynności regularnie powtarzanej po prostu się przyzwyczajasz. Jeśli przyzwyczaisz się akurat do pisania, pusta kartka będzie napawać mniejszym strachem, a ogrom znaków ciągle brakujących Twojemu dziełu stanie się mniej przytłaczający.
Co jednak w rzeczywistości kryje się za radą „pisz każdego dnia”? Od dobrych kilku lat próbuję ją uskutecznić z różnorakimi rezultatami. Przy czym akurat w mojej sytuacji problemem nie jest samo pisanie, ale pisanie na rzecz konkretnego projektu. Obecnie jest to powieść. Chcę, żeby była dobra, to znaczy atrakcyjna dla czytelnika, a jednocześnie dająca wyraz mojemu zamysłowi. Jej stworzenie wymaga ogromnego skupienia i wysiłku. Poprzeczka, którą sobie ustawiłem, też nie pomaga. Często muszę mierzyć się z paraliżem gdy to, co widzę na ekranie, odbiega jakościowo od tego, co chciałbym zobaczyć.
W tym samym czasie muszę pracować, bo przecież nikt nikomu nie daje chleba za istnienie. Zarabiam głównie pisaniem, co oznacza, że każdego dnia spędzam na tej czynności od 6 do 12 godzin. Czasem mam przywilej wolnych weekendów, ale coraz rzadziej. Gdy więc zasiadam do tworzenia powieści, często jestem albo wyżęty z natchnienia, albo po prostu zmęczony. Oczywiście, do tego dochodzi jeszcze cała gama innych spraw i okoliczności, które skutecznie absorbują moją uwagę. Mam 33 lata, więc jest to dokładnie ten okres, kiedy nikt już człowieka za rączkę nie prowadzi, za to życie domaga się pełnego zaangażowania. I podatków.
No i teraz – w całym tym bajzlu – pojawia się postulat „pisz stronę dziennie”. Stronę powieści. Oto, czego nauczyłem się próbując go urzeczywistnić.
Kiedy pisanie strony dziennie działa i dlaczego
- Najbardziej oczywistą zaletą takiego reżimu jest przewidywalność wyników. Łatwo obliczyć, że tworząc stronę na dzień, po roku będziesz mieć 365 stron, a więc całą książkę. To naprawdę potrafi zmotywować, kiedy widzisz, jak tekstu przybywa, a cały projekt idzie zgodnie z planem.
- Reżim codziennego pisania zmniejsza ten pierwszy opór, gdy musisz się wyrwać z codzienności i skupić na tekście. Jeśli wiesz, że i tak musisz usiąść i pisać, przychodzi to dużo łatwiej. Poza tym, po dwóch, trzech tygodniach wejdzie Ci to po prostu w nawyk.
- Praca nad projektem jest podzielona na krótki okres, kiedy przelewasz myśli na papier i dłuższy, kiedy możesz spokojnie pomyśleć, rozważyć różne koncepcje lub poszukać inspiracji. W połączeniu z powtarzalnością tej metody, efekty mogą być znakomite, zarówno jeśli idzie o szybkość tworzenia, jak i jakość powstającego tekstu.
Dlaczego „strona dziennie” to nie zawsze dobry pomysł
- Żeby wprowadzić reżim, musisz mieć najpierw uporządkowane życie. Wymagane jest wydzielenie części dnia tylko i wyłącznie na pisanie. Czasami to żaden problem. Czasami to po prostu niemożliwe. Najczęściej: wydaje Ci się, że dasz radę, a potem wpada nagły projekt od ważnego klienta, dziecko ląduje w szpitalu, a kran tryska fontanną na całą kuchnię.
- Korzyści z regularnego pisania są duże, ale łatwo je zaprzepaścić. Każdy dzień pauzy w reżimie to większe prawdopodobieństwo, że kolejny też będzie stracony. Im dłużej trwa przerwa, tym trudniej wrócić, a gdy już wrócisz, tym większe ryzyko, że nawyki trzeba będzie budować od nowa.
- Czasem po prostu jest tak, że nie da się danego tekstu pisać co dzień. Być może uświadomisz sobie, że musisz wykonać dodatkowy research, albo że potrzebujesz więcej czasu, niż dzień, na przemyślenie dalszych wydarzeń. I bum – zaliczasz niezawinioną przerwę. Najgorzej jest, gdy dopiszesz do muru i ot tak, z marszu, nie da się ruszyć dalej. Uparcie powracając do tekstu każdego dnia, tak naprawdę walisz w ten mur głową. Tymczasem rzeczywiście pomóc może Ci dopiero odkrycie sposobu, jak go obejść. Zwykle oznacza to czas na myślenie i szukanie inspiracji, nie ślęczenie nad tekstem.
To pisać czy nie pisać?!
Jeszcze nigdy nie przydarzyła mi się sytuacja, że pisałbym regularnie i wytrwale przy dużym, wymagającym projekcie przez dłużej niż miesiąc. Zawsze coś wypada, co przerywa moją koncentrację – a jeśli nie wypada, ostatecznie sam ją tracę.
To nie jest nawet kwestia siły woli, choć o tym też warto wspomnieć. Wola to zasób, którym musisz gospodarować ostrożnie; wypalisz się, jeśli przeinwestujesz. Pisanie strony dziennie lub „każdego dnia przez godzinę” często będzie wymagać takich inwestycji, w zamian grożąc zaprzepaszczeniem wypracowanych nawyków.
Najgorsze jednak jest to, że dla mnie ten tryb pisania jest sprzeczny z naturą procesu. Myślę nad powieścią więcej i dłużej, niż normalnie pozwalałby mi reżim. Najłatwiej pisze mi się też, gdy wszystko mam zaplanowane, a więc pozostało tylko dobranie słów i dodanie szczegółów. Nie cierpię też sytuacji, gdy muszę przerywać tworzenie dobrze rozwijającej się sceny tylko dlatego, że minęła już wydzielona na dany dzień godzina i inne obowiązki wzywają.
Jest jednak sytuacja, gdy metoda pisania ograniczonej ilości tekstu każdego dnia sprawdza się dla mnie całkiem nieźle. Zdarza mi się bowiem – rzadko, ale jednak – zrozumieć od razu cały duży fragment historii czekającej na zapisanie (np. rozdział). Nieczęsto mam wystarczająco czasu i uporu, żeby zapisać wszystko za jednym podejściem. Zamiast tego mogę go jednak rozplanować, podzielić na mniejsze fragmenty, jak pomarańczę, po czym za każdą cząstkę zabrać się osobno, w ciągu kolejnych dni. W ten sposób idę za ciosem, wykorzystując jeden moment natchnienia do napędzenia pracy na kolejne tygodnie. Być może bez tego byłbym zupełnie zdany na łaskę muz, które przychodzą i odchodzą wedle własnego widzimisię?
Jestem bardzo ciekaw, czy stosujesz się do rady, aby pisać po trochu, ale każdego dnia i systematycznie. A może dla Ciebie ta metoda działa skuteczniej, niż dla mnie?
Foto: Steve Wilson / Foter / CC BY 2.0
Pomysł dobry, bo jest w 100% realny. Na napisanie jednej strony dziennie nie musimy poświęcać wiele czasu, więc argument o jego braku kompletnie odpada.
Pierwszą tego typu radę przeczytałem w „Jak pisać – pamiętnik rzemieślnika” autorstwa S.Kinga. O ile wiem, że mnóstwo ludzi nie darzy tego pisarza sympatią (reszta go uwielbia) to „Jak pisać” polecam jako pozycję obowiązkową dla każdego początkującego pisarza. Ale do meritum – King zaleca pisanie 10 (!) stron dziennie i pisanie bez dni wolnych. Na początek pozwala obniżyć pułap do 5 stron dziennie i jednego dnia wolnego. Na początku wydało mi się to absurdalne, jednak z biegiem kolejnych dni, gdy pisałem swoją książkę łapałem się na tym, że nigdy nie pozwalałem sobie na mniej niż 5 stron. Zazwyczaj kończyło się na 8-12 stronach dziennie. Raz z musu musiałem zrobić przerwę na tydzień i zgadzam się, że „postaci w głowie kostnieją, a ostrze narracji staje się tępe” jak to ujął King. Pisanie książki powinno być jak jej czytanie – płynne, abyśmy nie zgubili sensu opowieści.
Zgadzam się jednak z autorem powyższego tekstu, że najważniejsza jest tu regularność. Strona czy dziesięć – nie ma większego znaczenia. Bylebyśmy pisali 🙂
No właśnie – regularność to prawdziwa siła tej metody. I dlatego może zawieść na wielu frontach i z wielu powodów, niekoniecznie z winy autora. Oczywiście, nikomu nie odradzam, bo warto spróbować nawet jeśli nie wychodzi. Mam jednak wrażenie, że taka rada wygląda lepiej na papierze, niż w rzeczywistości.
Nie wiem czy to jakaś niezgodność w wydaniu, ale w (przynajmniej moim e-booku) „Jak pisać” jest mowa o zalecanych 1000 słów dziennie (King pisze 2000) a nie o stronach. Dla porównania 1000 słów to około 1,5 karki A4 w Wordzie, oczywiście bez interlinii z czcionką 12.
@Auraiden Niezgodność wydania 🙂
W oryginalnym tłumaczeniu Pauliny Braiter (wyd. Prószyński, rok 2008) , na stronie 130 – „Staram się napisać dziesięć stron dziennie, co oznacza dwa tysiące słów.”
Musimy jednak pamiętać, że Amerykański format manuskryptu drastycznie różni się od naszego rodzimego – my zazwyczaj oddajemy książkę z interlinią 1 lub 1,5, marginesy normalne, czyli 2,54 cm. W Stanach standardem jest interlinia 1,5 i marginesy szerokie. W ten sposób 2000 słów to faktycznie ~10 stron.
Mam nadzieję, że pomogłem 🙂
Zgadzam się całkowicie, że najważniejsza jest regularność. Kiedy miałam mniej czasu na pisanie, przymusowe pisanie strony dziennie było wybawieniem i nie pozwoliło mi zatracić płynności.
Lubię pisać w wydzielonych godzinach, bo mam wrażenie, że inaczej się rozleniwiam i wszystko się rozwleka. Przy tym czasem przekraczam te godziny, a jak „wyrobię normę” i już jestem twórczo skończona, to korzystam z niespodziewanego zastrzyku wolnego czasu.
Przez pewien czas pisałam systematycznie: fragment dziennie. Czasami ten fragment to była strona, czasem pół albo kilka zdań, ale wciąż tworzyłam. A potem przyszedł ciężki okres, gdzie przez tydzień nie miałam czasu, żeby komputer włączyć chociażby na chwilę i wszystko szlag trafił. Metoda ma swoje dobre strony, ale brak czasu może stanowić poważną przeszkodę…
Tak samo – nagły brak weny. Albo „zapisanie się” w kozi róg, kiedy to trzeba się cofnąć, coś pokasować, a coś napisać od nowa. W pracy nad tekstem jest dużo nieproduktywnych momentów i nie każdy dzień musi przynieść postępy. Myślę wręcz, że bardziej trzeba się skupić na przewidywaniu przyszłych przeszkód i pokonywaniu ich możliwie szybko i skutecznie. Wydaje mi się, że to zbyt twarde stawianie sprawy – takie „pisz godzinę dziennie”.
A tak z ciekawości: w jaki sposób piszecie? Jakie macie „podejście” do samej pracy twórczej? Planujecie wszystko z góry, czy może piszecie spontanicznie? W sumie pomysł na kolejny artykuł 😉
W sumie – to prawda. 😉 Generalnie, ja kiedyś leciałem na żywioł, ale teraz już nie umiem. Starość nie radość!
Prawdę mówiąc u mnie ta zasada nie działa, ale z nieco innego powodu niż brak systematyczności. Po prostu jestem człowiekiem, który kiedy zaczyna pisać to będzie pisał tak długo aż skończy lub padnie. Nawet nad cząstką pomarańczy potrafię spędzić noc… To naturalnie rozbija normalne szare życia, które prowadzę jak każdy, szczególnie jeśli chodzi o pracę 😉
U mnie też. Nie zdarzyło mi się zmuszać się do pisania, bo zwyczajnie sobie tego nie wyobrażam. Mam też inne mankamenty – na przykład nie jestem w stanie pisać na „zadany temat”, dlatego w konkursach też nie brałam udziału. Teraz wzięłam po raz pierwszy, ale tylko dlatego, że tekst już napisany wczweśniej wpasował się w temat :). Szczerze mówiąc nie zwracałam nigdy uwagi na to, czy piszę regularnie, czy nie i ile. Przyznam, że nawet nie pamiętam, bo wszystkie teksty, to znaczy 95% moich tekstów powstało jakieś 15 lat temu. Po takiej przerwie wróciłam na literacie ścieżki i nie odczuwam, żeby pisało mi się gorzej po tej przerwie. I nie piszę regularnie, ale wcale mi to nie zaburza całego procesu. Tak już mam. Ale co pisarz, to obyczaj, dlatego myślę, że każdy powinien znaleźć swoją indywidualną drogę.
Z mojego doświadczenia wynika, że jest „pisanie” i „pisanie”.
Proces kreacji nie mieści się w jednostce czasu, jest ciągły. A im bardziej ten proces jest rozdrabniany, szarpany, tym gorsze efekty. Przy pisaniu w wolnym czasie pojawia się problem z zachowaniem jednolitego stylu, spójnością tekstu (narracji, myśli bohaterów), często powstaje z tego pokraka, której później trudno nadać odpowiedni kształt.
Idealne rozwiązanie, przynoszące najlepsze efekty, to oczywiście systematyczna praca w jednym ciągu i rytmie. Rutyna: wstaję o 8, do pisania siadam o 10 i kończę ok. 6, 7. Czytam do 8, 9 (wyselekcjonowane tematycznie i gatunkowo książki), następnie oglądam filmy i seriale (selekcja jak w przypadku książek). I tak ile wlezie, bez weekendów i przerw. Ciągle zapisuję pojawiające się pomysły (jednoczesna praca umysłowa nad bieżącą książką, poprzednio napisaną i co najmniej jedną następną). A zanim siadam do powieści, jej fabuła jest już praktycznie gotowa (w głowie i w notatkach), tworzę szczegółowy plan i zaczynam. Piszę scenami (1-2 każdego dnia, ok. 8 stron).
W ten sposób w ciągu 2-3 miesięcy można napisać średniej grubości książkę (w tym roku piszę już drugą). Efekt jest zadowalający, nieporównywalny z dłubaniem wieczorami i w czasie weekendów. Dlatego wziąłem na pisanie dwa lata wolnego. Oczywiście, efekty nie są gwarantowane, niewielu zostaje zawodowymi pisarzami. Ale przynajmniej można później uczciwie stwierdzić, że zrobiło się praktycznie wszystko. No i zakończyć karierę z czystym sumieniem.
PS: największym problemem nie jest napisanie, a wydanie książki, co każdy kolega po piórze przyzna.
Ja bym powiedział, że największym problemem jest sprzedanie książki. Wydać można ostatecznie samemu. 😉
Twoja rutyna wydaje mi się bardzo sensowna, ale tak jak mówisz – działa wtedy, gdy możesz poświęcić pisaniu tyle czasu, ile normalnie poświęca się pracy zarobkowej. Jeśli ktoś ma już na tyle mocną pozycję, że zarabia przyzwoicie na książkach, nie ma problemu. Osobiście jednak nie radziłbym takiego podejścia początkującym (nawet jeśli władają piórem po mistrzowsku). Mało kto ma tak komfortowe warunki, żeby podjąć podobne ryzyko. Patrząc na moją sytuację – z pewnością bym się nie odważył…
No i – tak szczerze mówiąc – dwuletnie okno na intensywne pisanie raczej sugeruje sprint niż maraton. To nie jest tak, że jeśli Ci teraz nie wyjdzie, będziesz mógł sobie odpuścić. Pisanie to choroba, z której nie można się wyleczyć. Prędzej czy później objawy powrócą.
Oczywiście, życzę Ci, żeby wypaliło już teraz, w ciągu tych dwóch lat. Bogowie świadkami, że sam chciałbym mieć takie dwa lata na pisanie. 🙂
„Pisanie to choroba, z której nie można się wyleczyć. Prędzej czy później objawy powrócą” – to zdanie podoba mi się tak, że aż znajomym przekazałam 🙂
Zgadzam się w 100%. Ja bardzo chciałem poświęcić chociaż pół roku na samo pisanie, jednak życie oczywiście weryfikuje, więc proces pisania mojej pierwszej książki wyglądał tak – 8-12h pracy na etacie, powrót do domu, jakiśtam obiad, potem 3-4 solidne godziny pisania, często to późna w nocy (wtedy zresztą pisze się najlepiej). I tak przez 2,5 miesiąca. Potem był miesiąc przerwy na „uleżenie” się manuskryptu i na spokojnie korekta, poprawki, etc. Da się, naprawdę,, wymaga to tylko samozaparcia i świadomości, że czeka nas bardzo ciężka praca 🙂
IMO, system strony czy godziny dziennie sprawdza się idealnie na etapie szlifowania warsztatu jako takiego i generalnie przy pierwszych próbach pisania czegokolwiek, a także przy krótszych tekstach typu opowiadania. Przy dużym projekcie raczej się, niestety, nie sprawdzi, chociaż pewne nawyki na pewno nie zaszkodzą… Ergo: dla mnie rozwiązanie idealne! 😉
Otóż muszę przyznać, że nie spotkałem sie z tą metodą. Poznałem za to „pisz MINIMUM stronę dziennie” lub „pracuj MINIMUM godzinę dziennie”. Stąd nie za bardzo chwytam krytyki o reżimie, a konkretnie o przerwaniu w środku sceny. Jeżeli mogę to pisze ile wlezie, ale koniec końców staram się zakończyć dobę z tą jedną stroną. I muszę przyznać,że jako człek pracujący, a na dodatek mąż i od niedawna ojciec, nauczyłem się pamiętać na czym skończyłem. Nie mówię tu o tym co było, bo mogę sobie przeczytać,
Tomaszu, od jakiegoś czasu twoje artykuły bardzo mnie motywują. Napisz wreszcie tę książkę, bo chcę ją przeczytać! 😉
No taki jest plan, żeby ją wreszcie napisać. 🙂 Mam jednak nadzieję, że uda mi się niebawem wrzucić na Spisek któreś z moich opowiadań. Będzie można się wreszcie ze mnie pośmiać i powytykać błędy. 😉
Myślę, że artykuł ma przekład na inne zadania postawione przed samym sobą. Chociażby jak chęć regularnego uprawiania sportu tudzież gimnastyki w zaciszu domowym, czy też nauka gry na instrumencie. Bardzo boję się tego stwierdzenia jednak myślę, że dobrze mnie zrozumiesz (ze względu na wykonywany zawód) gdy powiem, że pisanie to poniekąd rzemiosło. Trening czyni mistrza a nie na odwrót 🙂 Chcesz mieć kondycję i wielkie bicepsy musisz regularnie ćwiczyć. Chcesz być wybitnym gitarzystą, musisz codziennie ćwiczyć. Chcesz pisać ciekawe książki/opowiadania musisz codziennie pisać. Mądrości ponad wszystko tylko kto mi da czas na to wszystko 😉 Najcenniejsza wartość na świecie. No nic, wracam do Waszych ćwiczeń 🙂
Wiem że trochę późno piszę,ale zaciekawiła mnie ta strona i zaczęłam czytać twoje wpisy i natrafiłam na ten.
Jeśli o mnie chodzi,to „pisz stronę dziennie”nie jest dobrym pomysłem,ja raczej piszę gdy mnie nachodzi wena i to na prawdę długo,czasami mam tak,że nie mogę się oderwać bo pomysły normalnie rozsadzają mi głowę.Czasami się boję że po prostu o czymś zapomnę i będzie lipa 😀 Kiedyś jak byłam u babci, naszła mnie i inspiracja i po mnie!Pisałam u notatniku w telefonie. Tak więc ja piszę gdy mam wenę i to bardzo długo,a tą inspirację znajduję prawie we wszystkim w muzyce,w głupiej reklamie,w wycieczce,codziennym życiu.Jest jak oświecenie albo jest myszką a ja kotem który próbuje ją złapać. 😉 Jeśli o mnie chodzi,to dobra książka jest pisana przez inspirację i wyobraźnię,autor który pisze z wymuszenia,pisze pusto i nudno,nieraz spotykałam się z takimi książkami i czytałam je ziewając.
Ta metoda nie jest dobra,jeśli zasiadasz do pisania z pustką,tylko dlatego że to nawyk,jeśli nachodzi cię wena,musisz to wykorzystać,bo chodzi tylko o to żeby pisać ciekawiej i oryginalniej,by czytelnik nie mógł oderwać wzroku,by zamiast komputera wolał poczytać bo w jego głowie będzie pytanie”No cholera,i co dalej?!”
Pozdrawiam!
Mega przydatny wpis! W sumie zgadzam się w stu procentach!.
Chociaż od strony praktycznej… Chyba nie umiałabym zmotywować się nawet do tej „nędznej” strony dziennie. U mnie w życiu regularność raczej nie występuje. Jeżeli piszę, to w hurcie, ale nie codziennie. Nie zawsze jest wena, a to od niej w większości zależy to, czy danego dnia w ogóle coś napiszę. Muszę mieć dobry pomysł, hasło wywoławcze czy pojedyncze zdanie, które zapoczątkuje tekst. Hmmm… Nad regularnością i samodyscypliną muszę popracować. Z resztą na tym etapie muszę jeszcze pracować nad wieloma rzeczami, w końcu mam niecałe piętnaście lat i dopiero zaczynam „przygodę” z pisaniem.
Przy okazji… Nie wiem, czy mogę, ale…
Przydałoby się fachowe oko, chociaż pobieżne spojrzenie, krótka ocena, iść w pisanie, czy nie. Jeżeli to tylko możliwe, zapraszam 😉
tak, wiem, trochę poźno…
Ja piszę dwie strony dziennie. Jeśli opuszczę jakieś dni, nadrabiam je. Dlatego czasami zdarza się, że piszę cały dzień około dziesięć stron. Najważniejsze żeby była regularność. Jeśli nie mam inspiracji, oglądam filmy lub czytam książki.
Ja osobiście staram się pracować nad powieścią codziennie. Nie oznacza to codziennego pisania. Aktualnie najczęściej jest to reserch lub konspekty scen. W weekendy najczęściej trenuje sam kunszt pisarski 🙂
Mnie do pisania najbardziej motywuje cel i wczucie się w aktualnie tworzoną historię. Wtedy cały dzień mogę planować, pisać i tworzyć. Jednak przymusowe codzienne pisanie zdecydowanie na mnie nie działa.
Pisz jedno zdanie dziennie. Strona (10?!) dziennie to zdecydowanie za dużo. Losowość wydarzeń życiowych, prędzej czy później rozbije ten zalążek nawyku. Żeby nawyk wypalił nowe połączenia w łepetynie, potrzebny jest mikro cel który zostanie spełniony niezależnie od kaprysów kosmosu. Ważne jest też aby śledzić swój nawyk, oznaczam na kalendarzu czerwoną gwiazdką każdy dzień w którym napisałem jedno zdanie. Gwiazdka staje się automatycznie nagrodą za napisanie zdania. Na chwile obecną łancuch mojego nawyju wynosi 96 dni. Najlepsze w tej technice jest to, że żadko kiedy wychodzi tylko jedno zdanie 🙂