Pisanie to niewiarygodnie zmitologizowana czynność. Zwłaszcza w Polsce, gdzie muzy latają nad twórcami i dmuchają w ego. Chcesz poznać największe bzdury na temat pracy pisarza?
Cóż, jeśli rzeczywiście chcesz, czytaj dalej. Nie zamierzam mieć dla nich litości.
A zacznę z grubej rury, od mitu najbardziej niedorzecznego.
Do pisania trzeba mieć talent
To głęboko zakorzenione przekonanie, a jednocześnie oparte na kompletnie chybionych założeniach. Jeśli jest wyrażane, to najczęściej od razu w ekstremalnej wersji, czyli że bez wrodzonej predyspozycji nikt nie będzie w stanie napisać niczego wartościowego. Taki biedak bez talentu może się pocić i męczyć, dwoić i troić, ale wyjdą mu w najlepszym razie popłuczyny po bardziej utalentowanych twórcach. Nic się na to nie poradzi – albo się ma talent i chwyta pisanie od razu, albo się go nie ma i żaden wysiłek nie pomoże.
To tak kompletna brednia, że aż trudno uwierzyć, ilu ludzi ją głosi. Wiadomo przecież – wszyscy prawdziwi pisarze urodzili się z wiecznym piórem w ustach. Po wyjściu na świat, zamiast wydać pierwszy krzyk, zaczęli od razu pisać sonety. Tak się ich poznaje.
Teoria talentu nie trzyma się kupy nawet w wersji łagodniejszej, to znaczy zakładającej, że istnieje wrodzona predyspozycja do nauki kunsztu pisarskiego. W tej wersji możliwe jest, że jakaś biedna nieutalentowana ofiara zostanie uznanym pisarzem po latach ciężkiej harówki. Ciągle jednak istnieją prawdziwi pisarze, którzy w mig łapią cały ten kunszt, a książki wychodzą im bezproblemowo.
Cóż, oto rewelacja: nikt nie chwyta pisania w mig. Żadna książka nie pisze się bezproblemowo. Nigdy. Nigdzie. Dla nikogo. Wszyscy jesteśmy jak ten pisarz bez talentu, co to musi najpierw porządnie się ubabrać, żeby w ogóle coś stworzyć. Cokolwiek. Jeśli dzieło okaże się wartościowe, to dziękować bogom za zrządzenie losu. Wszyscy mamy łapska brudne od pracy i twarze czarne od porażek. Po co się katować ideą talentu, skoro to w niczym nie pomaga, a każdy musi włożyć w pisanie podobny trud?
Dobre pisanie to konkretna umiejętność
Nawet na Spisku czasem ulegamy manierze, by mówić o pisaniu jak o jednej, konkretnej umiejętności. To wygodny skrót myślowy, ale warto pamiętać, że to tylko tyle – skrót. W rzeczywistości jakość Twoich dzieł zależy od wielu czynników, a stopień opanowania pisarskiego rzemiosła jest tylko jednym z nich. Ba, nawet owo rzemiosło to konglomerat pojęć. Obejmuje przecież i zdolność do budowania fabuły, i umiejętność tworzenia wiarygodnych psychologicznie bohaterów – i wiedzę, gdzie stawiać przecinki, żeby było poprawnie.
O pozaliterackich umiejętnościach pisarza mówiłem wcześniej, więc teraz dodam tylko tyle: proces doskonalenia kunsztu pisarskiego ma więcej wspólnego z rozwojem osobistym, niż z prostą nauką umiejętności. Pisanie nie jest jak nauka gry na instrumencie. Jasne, zawsze przyda Ci się praktyka, zdobyta samodzielnie lub np. podczas warsztatów. Znajomość teorii na temat pisania może Ci pomóc w uporządkowaniu myśli i procesu twórczego. Ostatecznie jednak, wszystko zależy od tego, kim jesteś. To właśnie osobowość, osobiste doświadczenie oraz przemyślenia ukształtują Twoją twórczość. Pracując nad własnym pisaniem, pisarz pracuje nad sobą.
Zresztą, właśnie dlatego tak niedorzeczną kategorią jest talent do pisania. Bo niby do czego jest to predyspozycja? Do życia? Do myślenia?
Dobre pomysły są rzadkie
Kolejna pochodna przekonania, że prawdziwe pisanie to niezwykły dar, boskie natchnienie, talent i łaska muz. Jak jakiś okruszek spadnie pisarzowi z tej boskiej krainy to powinien to czcić i hołubić. Oczywiście, każdy pomysł, który nie jest perfekcyjny, nie zasługuje na uwagę. Trzeba czekać na tę wymarzoną, magiczną inspirację, która porwie i doda skrzydeł.
Powodzenia.
Zamiast czekać po próżnicy, idź poleżeć w wannie. Albo po prostu się zdrzemnij. Pomysły to akurat najtańszy, najłatwiejszy do zdobycia zasób. Fakt, że nie zawsze dostaniesz najlepszy pomysł, akurat kiedy go potrzeba. Wtedy jednak bierzesz, co masz – i rozwijasz, aż wreszcie zacznie pasować do Twoich potrzeb. Kto wie, może uda Ci się ta alchemia i przeciętną ideę zamienisz w znakomitą. A jeśli nie, trudno, nie wszystko musi być idealne.
Powiem nawet więcej – jeśli masz zagwozdkę z tym, co chcesz przekazać (bo np. pomysł jest zbyt mglisty), możesz zacząć pisać mimo to. Proces przelewania myśli na papier ma to do siebie, że wymusza porządek. Obracając ideę w głowie, zastanawiając się nad jej wyrażeniem, siłą rzeczy będziesz ją dopracowywać.
I z drugiej strony, możesz mieć zwyczaj porzucania niedokończonych opowieści tylko dlatego, że euforia po pierwszym pomyśle się wyczerpała, a za rogiem jest kolejny, świeżuteńki pomysł z własną dawką poruszeń. Jeśli tak – przestań. Muzy bawią się Twoim kosztem. Gdy przychodzą ciekawe pomysły, zapisuj je na później, pozwól im dojrzeć. Nie rzucaj dla nich wszystkiego. Ostatecznie bowiem ich jakość nie zależy od tego, jak wielkie uniesienie oferują na początku, tylko czy jesteś w stanie rozwinąć je na tyle, aby starczyło na całą opowieść.
Cokolwiek robisz, nie pozwalaj, aby nawał lub niedobór pomysłów dyktował Ci pisarską drogę. Pomysły naprawdę są tanie. Jak nie ten, to inny. Jak nie teraz, to później.
Pisanie to samotne zajęcie
Gdy ludzie wyobrażają sobie pisarza, jest to zwykle persona siedząca za biurkiem i stukająca zawzięcie w klawiaturę. Samotna i pogrążona we własnym świecie. Cóż, nasza praca czasem tak właśnie wygląda. I rzeczywiście, prawdopodobnie spędzamy w samotności więcej czasu, niż tak zwany statystyczny Polak.
Ja, na przykład, podobno gadam do siebie, kiedy piszę. Do tego robię miny i gibam się do muzyki lecącej ze słuchawek. Oczywiście, że w odosobnieniu pisze mi się najłatwiej. Dzięki bogom, że nikt mnie jeszcze nie sfilmował – byłby hit Youtube’a.
To wszystko nie znaczy jednak, że całość Twojej pracy przebiega w samotności. Musisz mieć kontakt ze światem w dwóch kluczowych momentach. Zanim zaczniesz pisać, ponieważ nikt z nas tak naprawdę nie potrafi tworzyć czegoś z niczego – potrzebujemy inspiracji. I po tym, jak skończysz przelewać myśli na papier, aby poznać reakcję innych ludzi i dzięki temu dowiedzieć się, czy Twoje dzieło jest coś warte.
Duże projekty, jak na przykład książka, z założenia wymagają zaangażowania więcej niż jednej osoby – ot, potrzeba jeszcze choćby korektora, jeśli nie redaktora, wydawcy i grafika. To również naturalne, jeśli dzielisz się swoją pracą z przyjaciółmi, zanim zostanie ostatecznie skończona. Dzięki ich uwagom możesz wychwycić potknięcia wcześniej. Możesz też uczestniczyć w forum pisarskim. Możesz dołączyć do zbiorowych przedsięwzięć, jak redakcja e-zinu. No i wreszcie możesz pisać bloga, gdzie wymiana informacji między odbiorcami a twórcą zachodzi niemal błyskawicznie.
Gdyby się nad tym zastanowić, praca pisarza nie jest tak samotna, jak się wydaje. Nie ma więc powodu, żeby się krygować – warto nawiązywać więzi z innymi twórcami oraz czytelnikami, nawet jeśli Twoja epopeja nie jest gotowa, by ujrzeć światło dnia. Ostatecznie, nie piszesz przecież dla siebie.
Istnieje najlepszy, uniwersalny sposób na pisanie
Gdy ktoś najpierw daje radę na temat pisania, a potem zaczyna zastrzegać, że to nie jest dla wszystkich, nie podziała dla każdego i w ogóle lepiej z tą radą uważać – odbieram to jako brak wiary we własne słowa. Dlatego swoje przemyślenia przekazuję bezpośrednio i bez takich ozdobników. W razie czego jestem też gotów ich bronić w dyskusji. W końcu dla mnie te wszystkie metody działają. Nie znaczy to jednak, że naprawdę uważam swoją własną perspektywę za uniwersalną. Ciebie również przed taką wiarą przestrzegam.
Proces każdego pisarza wygląda inaczej. Różne rzeczy nas poruszają i różne czynniki pomagają nam popchnąć pracę do przodu. W wielu punktach nasze perspektywy się spotykają, ale żadna nie przystaje idealnie. I choć moim zdaniem da się ustalić, jaka sztuczka ma większe szanse na sukces, a jaka wymaga dodatkowych kompetencji, żeby zadziałać – nie ma przecież żadnej gwarancji, że akurat Ty znajdziesz się w „większości”, dla której dana rada jest skuteczna.
Jedyne, co możemy, to poznawać cudze perspektywy i wyciągać na ich podstawie własne wnioski. Na tym właśnie polega rozwój – nie tylko pisarski.
Foto: Search Engine People Blog / Foter / CC BY 2.0
Wydaje mi się, że te mity wzięły się z tego, że kiedyś nieliczni mogli pisać. Przychodzi mi do głowy nasza trójka wieszczów narodowych – to od nich wziął się obraz „pisarza natchnionego artysty”, który swoją twórczością miał oświecać ociemniały lud. Obecnie jest to wizerunek przestarzały. Sztukę w tej chwili może tworzyć każdy – więc dlaczego pisanie miałoby być zastrzeżone dla wybrańców?
Mniej więcej od pół roku tu zaglądam, ale dopiero teraz ośmieliłam się skomentować wpis. Pozdrawiam gorąco.
Ja również pozdrawiam! A co do komentarza – bardzo słuszny. Ten model myślenia o twórczości z trudem broni się przed współczesnością.
Czasy, kiedy pisało niewielu, to były dobre czasy dla literatury. Ponieważ to się zmieniło, trzeba było wymyślić pojęcie literatury popularnej. Nie jest jednak tak, że sztukę może tworzyć w tej chwili każdy. Każdy może tworzyć mniej lub bardziej udane rzemiosło. Tyle tylko. Tworzenie sztuki jest doświadczeniem zarezerwowanym dla niewielu. Każdy może pisać wiersze, to doprawdy nie takie znowu trudne zajęcie, ale nie oznacza to, iż ów każdy pisze poezję. Inna sprawa, że niegdyś literatura piękna pełniła również rolę literatury popularnej. Aspekt natchnienia artysty, tak często przerysowany, daleki od rzeczywistości, zwykle powoływany jest do życia przez następujące pokolenia.
Pozdrawiam.
Nie fetyszyzujmy twórczości artystycznej. W pojęciu sztuki mieści się i sztuka ludowa, i sztuka wysoka – dla każdego starczy miejsca. Zawłaszczanie terminu świadczy najwyżej o snobizmie.
Co do tego, że na półkach księgarń zamiast książek sprzedaje się dzisiaj kaszankę – zgoda. Warto jednak pamiętać, że ta rzeczywistość to rezultat „zapotrzebowania rynkowego”, a przede wszystkim: potrzeb dystrybutorów. Dystrybutorom i księgarzom opłaca się mieć wiele pozycji w ofercie, opłaca się mieć jak najczęściej nowości, najlepiej w promocji. Efektem jest krótkie życie książki (rzadko która pozostaje w obrocie dłużej niż pół roku, często znikają po trzech miesiącach). Krótkie życie oznacza, że wydawcy muszą dostarczać więcej nowych produktów. Koniec końców, obniżone są wymagania co do jakości publikowanych dzieł, a jednocześnie pojawia się duża presja, aby obniżyć ogólne koszty wydania.
Słabym pisarzom jest więc dzisiaj o wiele łatwiej zaistnieć, a jednocześnie wszystkim, również dobrym, jest trudniej na swojej twórczości zarobić. O ile rozumiem wynikającą z tego frustrację (przecież mi też się to nie podoba), o tyle nie widzę sensu w puszczaniu focha na słabszych twórców za to, że próbują. W ogóle, szerzej – nie widzę sensu w obrażaniu się na rzeczywistość.
Bardzo ciekawy artykuł. Jeśli chodzi o te pomysły – to jest moja zmora. Od paru lat próbuję coś napisać, niestety – bezskutecznie. Pomysł wpada mi do głowy, zaczynam go realizować, a wtedy niestety natchnienie ustaje…ale znowu wyłania się nowa inspiracja i tak w kółko! Mam strasznie dużo niedokończonych opowiadań i nie wiem co na to poradzić. Rozumiem, że powinnam je zapisywać, ale chociaż tak robię ciągle nie mogę niczego dokończyć.
Jak pomysły tak przychodzą i odchodzą, nic nie poradzisz. Musisz po prostu być dla nich twarda. Wybierać tylko niektóre i robić im uczciwą symulację, czy starczą na całą opowieść. Jeśli wygląda na to, że starczą – jedziesz z pisaniem. Jeśli nie, ale pomysł ładny i szkoda wyrzucić, spisujesz na później.
No a jeśli natchnienie odchodzi szybciej, niż się spodziewałaś – zaciskasz pięści i walczysz dalej, do końca opowieści. Nie będzie łatwo, ale o ile pierwszy pomysł nie był wybrany przypadkiem, a opowiadanie zostało przemyślane już na początku – powinnaś dać radę. Z muzami tak już jest, że musisz im pokazać, kto tu rządzi. W przeciwnym razie będą z Ciebie drwić przez resztę życia.
Moje postaci, które już od lat biegają gdzieś z tyłu głowy, właśnie wspólnie wprowadzają się do jednego uniwersum. Zaskakujące jest to, że nagle wszystko zaczęło pasować, a uniwersum zbudowały… doświadczenia z życia wzięte. Lekko odmienione, a jednak historia prawdziwa :).
Niech sobie biegają za Tobą, te pomysły, z czasem mogą zacząć truchtać równo.
Witam, koleżanka podesłała mi adres pańskiego bloga wierząc w mój „talent” pisarski i wciąż namawiając mnie do pisania. Tu wypływa mi na usta przekorny uśmiech. Ile prawdy jest w tym co pan napisał. Ja uważam podobnie jak pan. Talent to dla mnie jakaś bzdura- bardzo głupia wymówka ,by nie zacząć czegoś o czym się marzy,ale wydaje się zbyt wielkie i przerażające ,by wykonać pierwszy krok. Ja mam wielką ochotę ,by coś napisać, masę pomysłów i mimo iż uważam ,że to własnie ta „chęć tworzenia” jest właśnie najważniejsza – sama wpadam w pułapkę ,którą dostrzegłam – tłumacząc się rakiem talentu i odkładając zeszyt z zapiskami do szuflady.Wiem,że najważniejszy jest pierwszy krok, wytrwałość , ale najważniejsza jest właśnie ta chęć, to uczucie ,że nas do czegoś ciągnie,że śnimy po nocach o tym właśnie i tyczy się to zapewne nie tylko pisarstwa. Cieszę się ,że moja koleżanka tak bardzo wierząc w moje zdolności podesłała mi link do pana bloga. Znalazłam w nim inspirację, warsztat ,którego mi brakowało w poradniku pisarza i odwagę ,by w końcu zmierzyć się z własną słabością:) Pozdrawiam gorąco:)
Bardzo ciekawe, gdy widzę takie podejście, zawsze rodzi się we mnie pytanie, czy talent w ogóle istnieje. Wcale nie jestem pewna, czy talent to mit i właśnie dumam nad tą „łagodniejszą wersją z artykułu”. Sporo ludzi ma wyjątkową łatwość w pisaniu i idzie im to świetnie. Tak jak widać, czy malarz czy rzeźbiarz, lekko tworzy swoje dzieło, czy jest tylko rzemieślnikiem bez polotu, chociaż całkiem dobrym i zwracającym uwagę. Oczywiście, można gdybać, czy kicze zalewające rynek to brak talentu, warsztatu, czy gustu i wrażliwości odbiorców. Tancerz, który nie ma lekkości też mnie czasem wkurza, mimo, że wyćwiczył kroki idealnie, to czegoś w tym brak jakiejś dodatkowej ekspresji czy indywidualnej „cząstki dodanej”.
Zgadzam się natomiast, że warsztatu trzeba się uczyć i właśnie zastanawiam się, talent to nie wszystko, ale czy można się obejść w ogóle bez talentu. Pytanie „Bo niby do czego jest to predyspozycja? Do życia? Do myślenia?” jest bardzo ciekawe, ale … Może to jednak predyspozycja do spostrzegania tego, czego inni nie potrafią się dopatrzyć? Może predyspozycja do takiego opowiadania o świecie, aby inni chcieli to czytać. Zastanawiam się, czy to wszystko osiąga się praktyką? Jeżeli tak to pisarstwo należy natychmiast wykreślić z kanonów sztuki i przestać nazywać dzieła wielkich mistrzów arcydziełami!
Tak na poważnie to jakoś trzeba wyćwiczyć technikę pisania i wyrabić w sobie nawyk pisania. Czas i umiejętności faktycznie procentują, ale są też cechy, które pomagają pisać. Pytanie tylko, czy te cechy są nabyte czy wrodzone? Nie sądzę, aby wszystkie przychodziły z praktyką. Co nie zmienia faktu, że rzemiosło to pierwszy stopień wtajemniczenia i ktoś, kto o to nie dba to chociażby nie wiem, jaki miał talent to może go sobie schować, wiadomo gdzie.
Powiem tak, wg mnie są tacy, co mają do pisania smykałkę i jest im tworzyć łatwiej. W praktyce wychodzi, czy obudzą w sobie to coś, bez względu czy nazwiemy to pasją czy talentem. Problem polega na tym, że Ci, co piszą i osiągnęli sukces, najczęściej karmią nas mitem, że pisanie jest dostępne tylko dla niektórych, tak wyjątkowych jak oni sami. Ludzie próbują pisać i często wyrzucają całkiem niezłe, wręcz genialne teksty do kosza, bo mają cykora, aby opublikować.
Drugi problem, jaki się pojawia, to piszesz coś, co wydaje Ci się w miarę mądre i sensowne, albo wyjątkowo interesujące, czytasz za kilka miesięcy i ręce bezradnie opadają. Masz ochotę to ściągnąć z bloga lub poprawiać w nieskończoność. Zastanawiam się, czy to wynika z warsztatu, czy z czasem odnajdujemy styl, który nam lub czytelnikom najbardziej odpowiada i podświadomie dążymy, aby był widoczny we wszystkich tekstach.
Tak czy owak, jeżeli to prawda, że pisania można się nauczyć, to blog, który z założenia miał służyć zapobiegnięciu katastrofie, czyli zapomnieniu ojczystego języka, może się okazać ćwiczeniem warsztatu. Dzięki za otarcie oczu na nowe perspektywy, jak kiedyś zachce mi się napisać książkę i okaże się niewypałem to będę miała na kogo zwalić, a jak osiągnie sukces to będę wiedziała komu podziękować za motywację do pracy.
Pozdrawiam J.
Dzięki za taki solidny komentarz! 🙂
Mam wrażenie – po lekturze Twoich rozważań – że zgodziłabyś się ze stwierdzeniem „o sukcesie decyduje w 99% praca, a w 1% talent”. Jeśli dobrze Cię rozumiem. W takim jednak wypadku mogę odpowiedzieć, że dyskutując o tym, czy coś ma 1% wpływu, czy równe 0% – tak czy siak dyskutujemy o czynniku nieistotnym. 😉
Wracając jednak do samej idei talentu – naprawdę uważam, że za jakość prozy danego autora odpowiada bardzo wiele czynników. Bywa, że ktoś pisze mądre rzeczy, ale wychodzi mu to mało atrakcyjnie, choćby z powodu braków warsztatowych. Bywa, że ktoś trzaska bestseller za bestsellerem, ale na poziomie znaczeń jego książki to wtórne pitolenie. Jak ocenić,czy któryś z nich ma talent? Po wysiłku, który musieli wydatkować? No to autorzy prozy ambitnej z założenia mają w plecy, bo męczą się bardziej. Po ogólnym efekcie? Tylko doświadczeni twórcy się kwalifikują. Po sprzedaży? Po uznaniu krytyków? Straszliwie arbitralne kryteria.
Więcej, talent jest też zupełnie nieprzydatnym pojęciem, kiedy mówimy, np. o umiejętnościach potrzebnych pisarzowi. Bo co on oznacza, ogólną predyspozycję do wszystkiego? Przecież spostrzegawczość, o której wspominasz, to tylko jedna z cech – ważna, moim zdaniem, ale niekoniecznie najważniejsza. Pewnie można się bez niej obyć, zwłaszcza jeśli ktoś tworzy fantastyczne światy i więcej czasu spędza we własnej głowie. Więc co – kreatywność jest tym znacznikiem talentu? Filozoficzna głębia? Smykałka do psychologii? Praktycznie każdy może przyjść i rzucić na stół jakąś cechę, twierdząc, że to klucz do dobrego pisania. I gorzej – znajdą się na to przykłady wśród uznanych pisarzy.
A co z tą zdolnością do sprawienia, że inni będą chcieli nas czytać? Moim zdaniem to jest taka „charyzma w piśmie”, a odnośnie ogólnej charyzmy przerobiliśmy już całą drogę. Kiedyś, nie tak znowu dawno, panowało przekonanie, że z charyzmą trzeba się urodzić. Że trzeba być takim „naturalnym przywódcą” i bez tego sztuki przywódczej nie da się opanować. Dzisiaj, po wielu badaniach społecznych i eksperymentach na żywym ciele korporacyjnych managerów, wiadomo już, że to żaden wrodzony talent, tylko skomplikowana, ale podatna na rozwój umiejętność. Jasne, jest wiele teorii na temat tego, co w zasadzie oznacza bycie „dobrym przywódcą”; jest wiele kursów i praktyk. Sporo z nich to brednie. Ale nikt nie kwestionuje tego, że nawet przeciętniak, o ile nie jest psychopatą albo kompletnym mrukiem, w odpowiednich okolicznościach może zostać skutecznym liderem.
Z pisaniem jest podobnie. Czasem nasz „talent” odblokowuje właśnie praktyka i doświadczenie (również życiowe). Czasem trzeba po prostu zdać sobie sprawę z własnych mocnych i słabych stron i dostosować pisanie do nich – żeby nagle się okazało, że mamy talent, kiedy wcześniej go nie było. Patrzenie na pisarza (lub potencjalnego pisarza) w kategorii posiadania (lub nie) talentu – jest prostackie. Do jednej cechy redukuje się wielką złożoność twórczości. Do tego cechy, która daje tylko iluzję wiedzy i orientacji. Bo jaką przydatną wiedzę da się wyciągnąć z określenia kogoś mianem utalentowanego?
Stąd – moim zdaniem, przykładanie tak dużej wagi do koncepcji talentu, jak się to robi w Polsce, najzwyczajniej mija się z celem. Czyni więcej szkody, niż pożytku.
A ja chyba bardziej nie zgodzę się z tym wpisem. Wydaje mi się, że talent jest notorycznie mylony z predyspozycją, a sztuka z pewnym medium rozrywkowym.
Może najpierw predyspozycja. Jedni muszą uczyć się więcej, inni mniej. Dla przykładu: czy możemy zaprzeczyć istnieniu zjawiska, zwanego grafomanią? Ktoś kto nie jest gotowy na najostrzejszą krytykę sam się pogrąża, bo większość początkujących pisarzy jest niszczona przez wydawców. Autor wpisu słusznie zauważył, że na pisanie składa się wiele umiejętności. Pewna predyspozycja w większej ich ilości ułatwia pisanie. Wybitna predyspozycja zaczyna przypominać talent. Okej, najpierw wiele pracy. Talent trzeba doszlifować, nikt nie ma niczego za darmo. Jeśli ktoś ma za darmo to nie nazwałbym tego talentem a znajomościami 🙂
A żeby lepiej zrozumieć czym jest talent zwróciłbym jeszcze uwagę na medium jakim jest pisarstwo. Zaliczone do kanonu sztuk dawno, dawno temu, nie zawsze musi być sztuką. 99% książek w księgarniach na pewno nie nazwiemy sztuką, a ten 1% dość rzadko jest dziś czytany przez szerokiego odbiorcę (nie jest przez to nieistotny!). Stephena Kinga nazywamy wybitnym rzemieślnikiem, a nie artystą. To jest człowiek, który swój warsztat opracował do perfekcji. Czy nie ma talentu? Jeśli tworzy podręczniki dla pisarzy, to każdy może się tego nauczyć? A może tylko sprytnie bije kasiorkę na tych podręcznikach? Ktoś do niego doskoczył, przeskoczył?
A który artysta tworzy podręczniki tworzenia sztuki? Sztuki nie można zdefiniować. Zdarzali się tacy co próbowali tworzyć znaczenia w dziełach od sztancy, ze słownikiem symboli składać przekaz. Żadnemu nie wyszło nic ciekawego. Bo do tworzenia sztuki trzeba mieć talent. A przecież nie każdemu chodzi o tworzenie sztuki. Może stąd biorą się nieporozumienia. Siada człowiek do pisania i twierdzi, że tworzy sztukę, więc musi mieć talent. A może wcale sztuki nie tworzy. Dla pocieszenia: może jeszcze jej nie tworzy, może talent się nie ujawnił.
Dlatego sądzę, że talent istnieje, ale też niełatwo jest go odnaleźć i rozwinąć. Niemniej jako coś trudnego do zdefiniowania i raczej nienabywalnego, chyba nie warto się męczyć z opisywaniem. Talent istnieje i do niektórych pisarzy w życiu nie doskoczymy. Z tym, że nie każdy ma aspiracje być na szczycie 🙂
No i na koniec. Nawet jeśli ktoś podejrzewa talent u siebie. Teraz czas na pracę, pracę i jeszcze raz pracę. Sam talent niczego nie załatwi, bo to jeden z wielu składników, pewne specjalne spoiwo tych składników. Czytajmy: „Masz talent”, jako „Weź się wreszcie do ciężkiej roboty, bo może coś z tego będzie.”
Ech… „Sztuki nie można zdefiniować”. 😉 Można. Żadna stworzona do tej pory definicja nie wyczerpuje tematu, ale wystarczy, żeby było wiadomo, o czym mówimy. O pojęciach niedefiniowalnych nie da się rozmawiać, bo wtedy każdy mówi o czymś innym.
I dlatego talent to też powinno być pojęcie, które określa konkretną rzecz, pomaga lepiej zrozumieć jakieś zjawisko. W ten sposób – nazywając rzecz uchwytną – sprawiamy, że język pomaga nam w zrozumieniu rzeczywistości. Jeśli robimy odwrotnie, tzn. pozwalamy znaczeniom słów się rozłazić, wprowadzamy tylko niepotrzebne zamieszanie do naszej komunikacji.
Ale, żeby nie było – z ostatnim zdaniem zgadzam się w zupełności. 🙂
Talent, nie talent zwal jak zwal, moim zdaniem chodzi o to „cos”. To jak z piosenkarkami, obie zaspiewaja czysto ,poprawnie ale jedna skradnie serca a druga poniesie porazke.Nie zgodze sie rowniez, ze „… nawet przeciętniak, o ile nie jest psychopatą albo kompletnym mrukiem, w odpowiednich okolicznościach może zostać skutecznym liderem…”. Pod haslem Tensegrity istnieje teoria, ze sa ludzie obdarzeni dodatkowa energia, zwani przez nich Nagualami, co potwierdza historia wielu wybitnych osobowosci np: Einsteina, Sienkiewicza, Jan Pawla II i wielu innych.Posiadali oni ta dodatkowa energie albo jak kto woli talent, napewno bez tego „czegos” nie osiagneli by takich wyzyn.Pytanie powstaje czy chodzi nam o pisanie „ksiazeczek” czy dziel?.Uwarzam wiec, ze talent, (energia) ma znaczacy wplyw na dana prace, to on wyroznia i ma wplyw na to,ze jedna piosenkarka skradnie serca a druga nie.
Polecam ksiazke ktora niebawem ukaze sie na rynku „Na Krawedzi” autorstwa Krzysztofa Numpsa ktory jest przykladem samorodnego talent.Pozdrawiam
Nugale brzmią jak niezła fantastyka, ale nawet gdybym miał to traktować jak teorię opartą na obserwacji, a nie mistyce – i tak ani to dowodzi talentu, ani nie czyni z niego przydatnego pojęcia. Nie znajduję tu realnego sposobu na rozpoznanie talentu (czy też „energii”, jakkolwiek chce to Pani zwać) przed tym, jak obdarzony nim człowiek dokona swoich dzieł. Post factum każdy potrafi wskazywać uznanych twórców i mówić „o, im się udało, bo mają to coś”. I co z tego?
Odniosę się tylko do mitu dotyczącego pomysłu, bo coś mnie niezmiernie nurtuje; nie ukrywam, że chodzi niejako o coś osobistego. Często bowiem słyszałem zarzut, że historie, które opisuję w swoich tekstach (czyli w zasadzie pomysły, na których się opierają), często są banalne lub mało wyrafinowane. Tylko że ja nie mam bladego pojęcia, jaki pomysł można by uznać za „niebanalny” lub „wyrafinowany”, skoro tak naprawdę już dawno temu wymyślono wszystko. Dlatego nie rozumiem kompletnie również tego, jak można oczekiwać, że przyjdzie do głowy „ten jedyny” koncept, skoro chyba wszystkie opowieści opierają się głównie na (co najmniej) jednym prostym wątku, który potem, w trakcie planowania i samego pisania, jest sukcesywnie rozwijany.
Trudno mi wyciągnąć z kapelusza wyjaśnienie, które pomysły są niebanalne. 😉 Zwykle jednak jest tak, że komentujący cudzą twórczość – zwłaszcza jeśli sami nie są twórcami – potrafią dobrze wychwycić, że coś tu nie gra, ale nie potrafią precyzyjnie wskazać, co dokładnie. Stąd takie uwagi, że „to po prostu mało oryginalne”. Taki osąd sugeruje problem z pomysłem, ale kto wie, może w rzeczywistości szwankuje realizacja. Na przykład, za mocno zachłysnąłeś się stylem innego pisarza i Twoje dzieła wyglądają zbyt podobnie do jego. Albo też – zbyt wiernie kopiujesz standardy wybranej przez Ciebie prozy gatunkowej.
Strzelam, oczywiście. Ale jestem gotów założyć się, że właśnie o to chodzi. Ludziom tak naprawdę rzadko przeszkadzają wtórne koncepcje, za to bardzo często – wtórne realizacje.
Ja pamiętam jedno spotkanie autorskie jakie odbyło się kilka lat temu w warszawskim Empiku. Niestety,żałuję bardzo ,że nie pamiętam nazwiska autorki, nie była to polska pisarka:( Utkwiło mi w pamięci,bowiem pracując wówczas w tym przybytku nie miałam czasu ani okazji uczestniczyć w spotkaniu, jednak znalazłam chwilę ,gdy pani ta opuszczała już scenę ,by zapytać ją jaki jest sekret jej sukcesu.Odparła mi wówczas :”Nigdy się nie poddawać! Słuchać własnego serca, własnej intuicji i próbować, wciąż próbować”. Dodała mi potem,by napisaną powieść wysyłać do różnych wydawnictw i nie przejmować się odrzuceniem, bowiem ona próbowała ponad 30 razy, aż w końcu się udało.Ja wychodzę z podobnego założenia. To ,że jednej osobie się nie spodobało nie znaczy,że nie spodoba się innej. Poza warsztatem, lekkim piórem czy tak zwanym talentem właśnie trzeba też mieć też odrobinę szczęścia, cierpliwości i samozaparcia. O umiejętności przełykania porażki nawet nie wspomnę. Nie każdy pisarz staje się sławny od razu, nie wszyscy mają na swoim koncie utwory napisane na tym samym, wysokim poziomie. Jedna książka bywa lepsza inna gorsza. Dlatego czasem warto próbować mimo wszystko. A praktyka jak to mówią czyni mistrza.Kto wie kiedy los może się do nas uśmiechnąć? Na pewno nie wtedy ,gdy jakiś utwór leży na dnie szuflady i zaczynają go zjadać robaki:)
Nie mogę się zgodzić z Autorem. I subiektywnie, i obiektywnie. Talent, jako uzdolnienie, jest dawno poznanym i zbadanym fenomenem, stosunkowo łatwym do zaobserwowania i wyodrębnienia bez jakichkolwiek szczególnych narzędzi poznawczych. Uzdolnienia są widoczne praktycznie w każdej dziedzinie życia, a szczególnie w sztuce. Czy byłbym w stanie zostać wybitnym malarzem lub muzykiem? Nie, odpowiedź jest jedna i bezwzględna. Mógłbym spędzić życie na próbach, a osiągnąłbym maksymalnie poziom lichego rzemieślnika.
Podobnie w literaturze. Jasne, każdy może pisać. Różnice pomiędzy uzdolnieniem a brakiem zdolności zazwyczaj biją jednak w oczy. Nie przeczę, da się wyrobić styl językowy, ułożyć całkiem składną historyjkę i ją zapisać. Postępuje w ten sposób wielu autorów, nigdy jednak nie są oni w stanie przekroczyć „tej” naturalnej granicy. Tutaj konieczny jest talent, który odróżnia obiekt rzemieślniczy od dzieła. I tak, większość książek to nieco słabiej lub nieco lepiej wykonana robota, rzadko trafia się perełka. Intuicja pisarska, metafora, płynność tekstu, trafność i piękno porównań, głębia psychologiczna postaci, głębia intelektualna przesłania tekstu – pierwiastki talentu można mnożyć. Przykładów jest wiele, nie będę w to brnął, Autor wie, co mam na myśli.
Jednakże, bezsprzecznie muszę przyznać, że bez katorżniczej pracy efektów nie będzie, czy to w przypadku uzdolnień, czy ich braku. Inna sprawa, że na rynku wydawniczym funkcjonuje selekcja negatywna, wbrew temu, co wydawcy i agenci lubią powtarzać w mediach podczas rutynowych narzekań na poziom naszych rodzimych twórców. Geniusz literacki ma tak samo nikłe szanse na zaistnienie jak kompletny grafoman. Bardzo wątpię, że współczesny Dostojewski z polskiego zadupia znalazłby liczącego się wydawcę dla swoich Biesów, nie posiadając nazwiska, kontaktów w środowisku czy zwykłego łutu szczęścia. Chyba że „drugi Dostojewski”, podobnie jak kolejni Dan Brownowie, E L Jamesowie czy Jo Nesbowie, których się nieustannie poszukuje z bezradną nadzieją, że może wreszcie trafi się na ich doskonałą kopię. A może się mylę, a przemawia przeze mnie frustracja (tak zazwyczaj reaguje się na krytykę ze strony walczących o uznanie literatów)?
Odszedłem od przedmiotu posta, więc pospiesznie wracam. I powtarzam: talent istnieje i nie ma co do tego wątpliwości. Tylko potrzebuje warunków i okoliczności, żeby się ujawnić. A to już zupełnie inna sprawa.
„(…) pierwiastki talentu można mnożyć. Przykładów jest wiele, nie będę w to brnął, Autor wie, co mam na myśli.”
Tia. No właśnie – wiem. To typowe mącenie definicji. „Talent to wszystko, co sprawia, że literatura jest lepsza” – tyle się można z Twojej definicji dowiedzieć. Bardzo konkretne, od razu rozumiem, że talent to coś uchwytnego. A gwoli ścisłości, wszystkie „pierwiastki talentu”, które wymieniasz, to rzeczy nabywane w trakcie treningu pisarskiego albo wraz z doświadczeniem życiowym. Słowem, w ten czy inny sposób można się tego nauczyć. Rozumiem, że talent wedle Ciebie to rzecz nabyta?
Ogólnie, Twoja metoda na rozpoznanie talentu polega na tym, że obdarzasz nim ludzi, którzy napisali dobre książki. Oczywiście, już po fakcie ich napisania. W takim momencie idea talentu literackiego traci większy sens i może służyć tylko odstraszaniu potencjalnych twórców, którym wmawia się, że bez talentu to daleko nie zajadą. Talent ma sens tylko o tyle, o ile pozwoli wyłowić osobnika z predyspozycjami ZANIM zaliczy debiut literacki. Wtedy można by uczciwie powiedzieć „masz talent, teraz go ćwicz”. Jeśli Twoja definicja talentu nie pozwala na takie zastosowanie, przykro mi, ale nie zdefiniowałeś niczego przydatnego.
A, i jeszcze jedno…
„(…)na rynku wydawniczym funkcjonuje selekcja negatywna. (…) Geniusz literacki ma tak samo nikłe szanse na zaistnienie jak kompletny grafoman”
Chłopie, zejdź na ziemię. Literacki geniusz, którego nikt nie chce czytać, to nie geniusz, tylko pierdoła.
To jeśli wszystkiego można się nauczyć, bo skoro można nauczyć się pisania wybitnych książek, to proponuję, żeby Pan Tomek nauczył się śpiewać, jak Pavarotti, albo prowadzić auto jak Kubica. Zachęcam 🙂 Bo przecież predyspozycje nie istnieją, wszystkiego można się nauczyć na kursach i z poradników.
Moim zdaniem talent to suma predyspozycji, które w pewien sposób ułatwiają realizowanie się w określonej dziedzinie. Przykład : osoba, która lubi czytać i czyta wiele prawdopodobnie lepiej poradzi sobie w pisaniu książki niż ten, który od książek stroni i przeczytał może dwie mniej lub bardziej wartościowe pozycje. Z innej dziedziny : osoba, która jest wysportowana będzie lepszym biegaczem niż grzejąca ławę panna z wieczną niedyspozycją.
Warsztat oczywiście jest ważny, ale inne cechy nabyte już w dzieciństwie (tak, studiuje pedagogikę) nakładają się na naszą przyszłość. Istnieją alternatywne sposoby nauczania zwracające dużą uwagę na kształtowanie kreatywności, wyobraźni, wszelkich aspektów twórczych.
A swoją drogą dużą dogodnością jest teraz Internet. Po pierwsze – strony typu spisek, gdzie znajdujemy porady, ćwiczenia od bardziej doświadczonych, które jakoś naprowadzają nas na właściwą drogą. Po drugie – możliwość udostępnienia swoich bazgrołów amatorskich bez obawy, że nikt tego nie kupi i będziemy w tyły z finansami zainwestowanymi w wydanie książki. Zaś nawiązując do posta Toma, nie zgodziłabym się z tym chłopcem z nizin, który się nie może wybić. Jeśli faktycznie ma talent, prawdopodobnie ma większe szanse na sławę/uznanie niż syn pisarza, który idąc w ślady ojca napisał coś świetnego. Typowy Polak o tym pierwszym „Jezu, co za cudowne dziecko! Nie poddawał się mimo przeciwności, walczył o swoje!”, zaś przy drugim „Ojciec sławy, to miał łatwiej. Znajomości, pieniądz i załatwione”. Nawet widzę reportaż w Interwencji, gdzie wchodzą do starej wiejskiej chaty i pokazują tego biednego chłopaczka przy starym kajeciku z ołówkiem w ręce. Damn..
Rozsądne, ale ja mam problem właśnie z tą „sumą predyspozycji” do pisania. Zgodzę się, że takie podejście jest intuicyjne i ma swoje analogie (przecież, na przykład, w sporcie taka suma drobnych predyspozycji decyduje o tym, kto jest mistrzem świata). Tyle tylko – czy rzeczywiście służy czemuś przydatnemu?
Moim zdaniem, dobre pisanie to wypadkowa doświadczenia życiowego (dzięki któremu łatwiej znaleźć wartościowy temat i opisać rzeczywistość bardziej wiernie) oraz doświadczenia w przerzucaniu słów z miejsca na miejsce (dzięki czemu mniej ważą, kiedy naprawdę trzeba przerzucić ich dużą ilość). Jedno i drugie nie wiąże się bezpośrednio z wrodzonymi predyspozycjami, nawet jeśli takowe działają. Tak więc – dobrego pisarza poznaje się prawie zawsze po tym, jak wiele pracy włożył w swoje dzieła (albo w swoje umiejetności). Czyli, post factum. Wtedy nie ma już znaczenia, czy określimy go mianem utalentowanego, czy nie.
Gdyby dało się wyłapać utalentowane jednostki o wiele, wiele wcześniej, byłoby wspaniale – i nagle pojęcie talentu, jak dla mnie, miałoby sens. Wtedy rzeczywiście można by skupić się na rozwoju przede wszystkim tych osób, które ów talent posiadają. Kłopot tylko w tym, że gdy za talent odpowiada „suma predyspozycji”, identyfikacja owego talentu jest praktycznie niemożliwa. A jeśli już ktoś póbuje – selekcja jest arbitralna. W dzieciństwie miałem dysleksję (chyba…). Gwarantuję, że nikt mnie nie określał mianem utalentowanego. Być może stąd moja niechęć do terminu, ale naprawdę: brak talentu w niczym mi nie przeszkodził. 😀
O wiele uczciwiej jest po prostu zrezygnować z idei talentu. A jeśli jakieś dziecko lubi pisać albo wymyślać historyjki, po prostu zachęcać je do pracy i rozwoju tych umiejętności – zamiast wmawiać, że jest specjalne.
Dopiero dziś tu przypełzłam, zupełnie przypadkowo, ale już stwierdzam, że bardzo mi się tu podoba. Fajne napisane artykuły, ciekawe przemyślenia – jasno i konkretnie. Czuję się niemal jak we własnym domu 😀
Nie będę komentować jakoś wybitnie, bo chciałam tylko dać znak o mojej tu bytności.
Co do poruszonej kwestii. Sądzę, że tzw. talent do pisania zawiera się po prostu w umiejętności operowania słowem, ale nie mam tu na myśli zasad poprawnej ortografii czy tego gdzie postawić przecinek. Jest pomysł i trzeba go urzeczywistnić. Jak to zrobić? Tu jest już ogrom możliwości i jak autor to zrobi, zależy od tychże umiejętności. Tylko że jedni mimo napisania setek stron pozostają grafomanami po wsze czasy, a wybijają się bardzo szybko. Dlaczego? Czy można się pisania wyuczyć? Niestety nie sądzę. To jak z inteligencją. Jedni ją posiadają, drudzy już nie bardzo. Jeszcze nie słyszałam o pomysłach nauki inteligencji, ale o doskonaleniu umysłu, żeby nie sczezł, to i owszem. Zawsze stałam na stanowisku, że określeni ludzie mają predyspozycje do określonych rzeczy, czy byłoby to gotowanie, tańczenie, rozwiązywanie zadań matematycznych czy właśnie pisanie. Bez praktyki mistrza nie będzie, ale nawet z całą praktyką świata nie każdy będzie mistrzem. Ot, moje trzy grosze do dyskusji.
Pozdrawiam.
Hej, miłej lektury w takim razie. 🙂 Odnośnie talentu i inteligencji – noo… Jeśli mówimy o inteligencji kwantyfikowalnej (a nie w jakimś filozoficznym ujęciu), czyli o IQ, to muszę powiedzieć, że ten współczynnik rośnie z wiekiem. Krzywa wzrostu załamuje się na starość, ale jest, na przykład, wyraźna różnica między wynikami testów piętnastolatka i trzydziestolatka. I żeby było śmieszniej, na rozwój inteligencji genetyka wpływa w niewielkim stopniu. W sensie – to nie jest tak, że nie ma znaczenia, ale o ile nie mówimy o jakiejś formie upośledzenia, decydującym czynnikiem jest środowisko. Ludzie aktywni intelektualnie stają się po prostu z czasem coraz bardziej kumaci.
Czy talent to predyspozycja do nauki pisania? Nawet w to nie wierzę. Prędzej bym powiedział, że taką predyspozycją jest grafomania, albo ogólnie – miłość do książek i pisania. Jak ktoś to lubi albo czuje potężną potrzebę ekspresji, będzie się starał i ćwiczył do skutku. Ale OK, załóżmy, że istnieje taka wrodzona predyspozycja do pisania. I co z tego? 🙂 Jeśli talent tylko ułatwia sprawę, droga do sukcesu dalej wiedzie przez żmudną pracę i pot wylany na kartkę. Gorzej, ludzie utalentowani mogą wtedy być de facto na gorszej pozycji, bo skoro wszystko przychodzi im łatwiej, trudniej im jest wyrobić odpowiednią etykę pracy. 😀
No nie wiem… Z której strony bym na to nie patrzył, talent nie wydaje mi się specjalnie użytecznym pojęciem.
Pochwaliłam się kiedyś mojemu przyszłemu mężowi, że wakacje spędzam zazwyczaj w najpiękniejszym miejscu na ziemi, jakie widziałam.
– A gdzie, zapytał narzeczony.
– U mojej mamy nad jeziorem, odpowiedziałam z dumą, bo rzeczywiście uroczy zakątek, któremu nie dorównują nawet widoki rodzimych Mazur.
– To mało widziałaś odpowiedział mój przyszły mąż i jakkolwiek wówczas, to co mi przyszło na myśl to słowa „a to mądrala”, dość szybko przyznałam mu rację.
Odnosząc tę historyjkę do Twoich słów – „jeszcze nie słyszałam o pomysłach nauki inteligencji” – odpowiem za moim przyszłym mężem:
– To mało słyszałaś Droga Phoe.
Tez pozdrawiam bardzo serdecznie.
Tak. Zgadzam się z tym w zupełności… Talent – największy mit naszych czasów. Najczęstsza wymówka, żeby nic nie robić, a tylko użalać się nad brakiem wrodzonych możliwości. Dorzuciłabym tutaj także mit o tak zwanym natchnieniu. Sama tłumaczyłam się w ten sposób wiele lat: ”Och, nie napiszę tego teraz, nie mam natchnienia. Posiedzę na facebooku, może samo przyjdzie…” Owszem, przychodziło. Najczęściej właśnie wtedy, gdy facebooka wyłączałam ;)) Dziś wiem, że żeby pisać trzeba po prostu usiąść i zacząć pisać. Ale zacząć robić to naprawdę i na sto procent, a nie trwonić czas na wszystko przy okazji…
Zamiast się wypowiedzieć pozwolę sobie zacytować dwa fragmenty z moich niepublikowanych jeszcze prac, zostawiając pole do ewentualnej dyskusji.
„A o skuteczności książki jako sprawcy albo współsprawcy poprawy jakości życia, w tym wy-padku mojego, niech świadczy dykteryjka, którą poniżej zamieszczam.
Otóż jednym ze zwyczajów, jakie obowiązywały w moim domu rodzinnym było, mówiąc kolokwialnie, prześmiewanie się z osób wysławiających się górnolotnie. Osób, które w jakimś sensie na żywo przewijały się w naszym życiu, posiadały podobny do naszego, status społeczny, były zatem z tej samej gliny a mimo to „sadzili się”, jak mówiła matka. Skądinąd, wielka miłośniczka książek, czytelnictwa i literatury w ogóle.
Przekonanie o słuszności tego procederu, którego nie polecam a nawet odstręczam, zapuściło korzenie w mojej świadomości tak głęboko, że jeszcze w szkole średniej, ba, co tam w szkole średniej, w dorosłym życiu zawodowym lęk przed wyjściem na „krasomówcę” (w negatywnym tego słowa znaczeniu), czynił mój język ubogim żeby nie powiedzieć prymitywnym, tak w mowie jak i w piśmie. Tak zwany „brak słów w gębie” przeszkadzał mi, a często uniemożliwiał wręcz wystąpienia publiczne przed najmniejszym nawet gremium. Przez lata myślałam, że jest to jeszcze jedna z mo-ich cech osobowości, której w sobie nie lubię, któ-ra nie przynosi mi korzyści, którą skrzętnie ukrywam i której nie da się zmienić. I jakkolwiek daleko mi do pierwszego lepszego reportera, dzien-nikarza, pisarza, każdego zarabiającego piórem osobnika, nie godnam nawet maczać im piór w kałamarzach, to chcę wam pokazać, jakie efekty można uzyskać, dzięki lekkiemu niekiedy szturchnięciu psychologicznemu , posiadając uwięzioną w swoim umyśle wiedzę i umiejętności zaczerpnięte z książek, jak poczuć to, co dotychczas, tylko intelektem jedynie muskać można by-ło, inaczej spojrzeć na własne nawyki i uprzedzenia a nawet, odkryć drzemiące w nas talenty.”
I drugi fragment:
„Chociaż ilością książek, jakie przeczytałam można by obdzielić średniej wielkości miasto, to kilka tylko wpisuję na listę tych, które jak zwrot-nica kolejowa przekierowały moje myśli i działania na inne tory. Sprawiły, że posiadając z przy-działu rodzinnego jakiś tam wizerunek, po cichu, na boku, lękliwie, budowałam sobie swój własny, tajny. Oba te wizerunki przez kilkadziesiąt lat, jak najzagorzalsi rywale, toczyły ze sobą zaciekłe boje o palmę pierwszeństwa.
Podczas kiedy pierwszy napominał „siedź w kącie a znajdą cię”, drugi kusił:, „czemu nie miałabyś spróbować?”. Pierwszy wołał: „stój, gdzie idziesz? To nie dla ciebie”. Tajny buntował: „nie słuchaj, nie słuchaj, masz prawo, idź”. Gdy wy-grywał ten przydzielony, westchnąwszy mówiłam: „no cóż?” A kiedy mojemu własnemu udawało się być górą, nie mogłam się powstrzymać przed za-daniem sobie pytania:, dlaczego tak późno?”, Mo-że jednak nie należało mi się?
Starcia te sprawiły, że większość celów, jakie sobie obierałam, poza wykiełkowaniem w sferze marzeń, nie zrobiła ani kroku naprzód. Ba, przez wiele lat, w dorosłym już życiu nawet byłam przekonana, że do wykonywania niektórych zawodów, zwłaszcza artystycznych, lub do pełnienia ważnych funkcji publicznych trzeba się urodzić. Albo mieć jakiś specjalny certyfikat, gołym okiem widoczny talent na przykład, ujawniający się już w wieku niemowlęctwa, lub coś w tym stylu. Całkiem niedawno okazało się nawet, że przekonanie to podzielało także moje rodzeństwo.
– Kiedy miałam może cztery, może pięć lat i byli u nas goście zapytano mnie kim chciałabym zostać. Nie przeczuwając niczego złego odpowiedziałam, że aktorką. – Powiedziała Teresa, zdradzając mi niedawno swoją tajemnicę z dzieciństwa.
– Wszyscy gruchnęli śmiechem. Uciekłam do ogrodu i za krzewami porzeczek beczałam do wieczora. Długo nie mogłam zrozumieć, co ja takiego śmiesznego powiedziałam. – Dodała ze smutkiem i wiedziałam, że nie łatwo jej wracać pamięcią do tamtej chwili.
Aż strach pomyśleć, co by się działo, gdybym to ja, będąc na jej miejscu, powiedziała, że chciałabym zostać pisarką.
Czasem tak sobie myślę, że we wczesnym dzieciństwie część mojej świadomości wraz ze zdolnościami poznawczymi i percepcyjnymi pod-dana została hibernacji i teraz dopiero budzą się poszczególne jej obszary a wraz z nimi chętki nadrobienia tego, co wydawało się być stracone raz na zawsze.”
Pan jakby opisywał mnie!Gdy piszę krzywię się,jak wyjdzie coś źle,gadam,śmieje się do siebie,radio włączone,z cztery długopisy przygotowane,bo zwykle obgryzam je robiąc to nieświadomie,i koniec!Poczucia rzeczywistości i czasu nie ma,mama woła mnie z pięć razy na kolację,ale no cóż,jestem zatopiona w swoim własnym świecie.;) Aha i tylko do jednego muszę się przyczepić,talent talentem,ale musisz mieć to coś,coś takiego co pozwala czytelnikowi zapomnieć o wszystkim i „wejść”w książkę,pobudzić tą cząstkę wyobraźni.Bo czytałam takie książki,to było takie uczucie jakby wpadło się w trans,a niektóre to po prostu z ciekawości,nad zakończeniem.Pozdrawiam!
Podobno wystarczy 10000 godzin pracy nad jakąś specjalnością by stać się mistrzem (o randze światowej) w jakiejś dziedzinie – nie wymyśliłem tego sam, gdzieś to niedawno przeczytałem. Oznaczałoby to na przykład tyle, je jeżeli przysłowiowy „menel” spod budki z piwem zacząłby się fascynować przydomowym wyrobem alkoholu to z czasem stworzyłby trunek marzeń. Oczywiście musiałby chcieć się w tym doskonalić.
Nie do końca zgadzam się z teorią, że talent do niczego nie jest potrzebny lub go nie ma. Co w ogóle nazywamy talentem ? Jan Kochanowski fascynował się swoją córką Urszulą, która jako dziecko potrafiła układać rymowanki – jeśli to nie talent, to co ? Owszem Kochanowski ciężką pracą i tragedią osobistą stworzył „Treny”. To tak na marginesie.
Idąc dalej tym tropem – jakieś predyspozycje do pisania trzeba mieć. Weźmy klasę w szkole i zadane wypracowania. Ileś osób napisze przyzwoite, ileś jakie – takie, może jedna lub dwie dobre, a sporo fatalne. Nie wnikam w przyczyny, ale bez odrobiny talentu trudno się rozwinąć. Skłonny jestem trochę zmienić proporcje : talent to przynajmniej 10%, 90% to ciężka praca.
Pisać każy może, szkoda, że w naszym kraju tak mało chętnych jest do czytania.
Tak szczerze, to z pisaniem jest jak z matematyką. Nie każdy zostanie drugim Einsteinem, ale każdy może się wyćwiczyć na tyle, żeby jej kompetentnie używać (od niektórych będzie to wymagać dużego wysiłku – ale jednak).
Fiksując się na tym, że „trzeba talentu” odpuszczamy sobie ludzi, którym pisanie nie przychodzi naturalnie. Szalenie krótkowzroczne.
A że do zostania dobrym pisarzem potrzeba jakichś predyspozycji – wiadomo, że tak. Opłaca się, na przykład, być przenikliwym. Albo – mieć poczucie humoru, dryg gawędziarski czy choćby rozległe horyzonty. To wszystko nie składa się jednak na „talent do pisania”, bo te cechy równie dobrze mogą przydać się na innych drogach kariery. Więc jaki to specyficzny talent do czegoś?
Kiedyś myślałem, że tylko praca jest potrzebna-to prawda…zwycięży z lenistwem. Talent jednak czyni mistrzem a nie bardzo dobrym rzemieślnikiem.
Zgodzie się ze wszystkich co napisaliście, lecz można powiedzieć że pisanie to talent, nie każdy potrafi siąść i coś napisać fajnego, lecz ktoś który nigdy tego nie robił może bez problemu napisać nie mając pojęcia że jest to na wysokim poziomie, ja sam pisze w trochę innym klimacie, siedząc na lekcji mam karetkę i dlugopis od razu chwytam za słowa i coś tworzę, to się pojawiło tak bez żadnego ćwiczenia, miałem problemy z polskiego, zawsze myliłem p jako b nie odruznialem, ale czy praca czyni mistrza tak, ale trzeba coś mieć w sobie by coś to włączyć, mam nadzieję że ktoś mnie zrozumiał o co mi chodziło. Dziękuję i pozdrawiam.
Hmm, nie do końca zgodzę się z tym, że talent nie istnieje. Np. zaczynam trochę na gitarze, i idzie mi znakomicie. Zaś dziewczyna, z którą chodzę na zajęcia, pomimo posiadania własnej gitary (w przeciwieństwie do mnie w tamtym czasie) potrzebowała dwudziestu sekund aby zagrać jeden dźwięk. I ćwiczyła, ale było jej trudno wydobyć jeden dźwięk. Za to ja, nigdy gitary wcześniej nie mając w ręku, grałam od niej szybciej i dźwięczniej. Jak to wytłumaczysz? Może i się zgodzę, że ja mam za sobą jedną książkę „do szuflady”, że moje przyjaciółki nie, więc im to gorzej idzie, sra ta ta ta, sra ta ta ta, ale średnio widzę klasowego idiotę piszącego dzieło, skoro nie umie sklecić nawet opisu własnych butów. I jak to wytłumaczysz?
Słuchaj, weźmy przykład: sprzątasz lepiej niż koleżanka. Czy to znaczy że masz do tego talent? Czy że jesteś bardziej dokładna? A może po prostu cierpliwa?
Istnieją cechy osobnicze, które ułatwiają uczenie się rzemiosła, ułatwiają samo pisanie, ba – nawet pomagają klepać bestseller za bestsellerem. To jednak tylko tyle: cechy osobnicze, a nie specyficzny talent do pisania. Jeśli ktoś ma zmysł do odczytywania ludzkich motywacji, może potencjalnie zostać bardzo dobrym pisarzem. Ale równie dobrze może być psychologiem, sprzedawcą lub oszustem. Nawet bliżej tematu: ktoś może być świetny z polskiego, skończyć polonistykę i przeczytać milion książek. Świetny start do pisarskiej kariery, tak samo jak do kariery redaktora, korektora, copywritera, nauczyciela, tłumacza, a w sumie to nawet bankowca lub księgowego.
Kiedy ktoś jest dobrym księgowym i szybko się fachu nauczył, nie mówimy mu, że ma do tego talent. Nie na poważnie. Więc dlaczego uważać talent pisarski za coś znaczącego – tzn. nazwę dla faktycznie istniejącego fenomenu? Jeśli powiedzą Ci, że piszesz dobrze, bo masz wyczucie do języka – to jest znacząca informacja. Ktoś dostrzegł jakąś Twoją cechę, słusznie lub nie. Podobnie: piszesz z wyobraźnią, z humorem, albo masz dobre ucho do dialogów. To są, oczywiście, tylko opinie, ale wynikające z czegoś konkretnego, z jakiejś rzeczy w Twoich tekstach, którą można uchwycić. Dla odmiany, kiedy ktoś Ci powie, że piszesz dobrze bo masz talent – nie dowiadujesz się niczego. No, poza tym, że autor wypowiedzi chciał Ci zrobić przyjemność.
Gdy mówię, że nie ma czegoś takiego jak talent do pisania, nie mam na myśli, że każdemu pisanie przyjdzie równie łatwo. Mam na myśli, że użyteczność terminu jest zerowa. Gorzej nawet, przez to jak bardzo talent jest zmitologizowany, łatwo go użyć do wciskania ludziom (lub sobie samemu) ściemy.
Zgadzam się w każdym punkcie! Pierwsze kroki na tym polu stawiałem dwadzieścia dwa lata temu, więc chyba mam prawo do wyrażania własnych sądów.
Z wiekiem pisanie szło mi coraz lepiej – mimo, iż wcale nie pisałem dużo więcej, niż na początku….
Co nie znaczy, że nie mam z tym żadnych problemów….
Czasami zdarza mi się „klepać” w klawisze pół nocy, a nic z tego wcale nie wychodzi. A czasami w parę minut wymyślam coś sensownego.
Pozdrawiam autora!
Mój powyższy rozmówca zgadza się w 5-ciu, ja się nie zgadzam w w dwóch ostatnich.
Twu, twu, twu … pomyliłam się na całej linni długości, chciałam napisać mój przedmówca zgadza się we wszystkim a ja nie zgadzam się prawie ze wszystkim, prócz ostatniego, no i może czwartego.
A w właściwie to przeleciawszy lekko wzrokiem te komentarze to aż dziwię się, że tak Węcki, wszyscy ci gratulują tego co powiedziałeś. Czujność i instynkt mówi mi, że nie są tak bardzo utalentowani (tym samym podtrzymuję niezachwianą wiarę w talent) i dlatego w smak im jest teoria, że dobrego pisania można się wyuczyć.
A po drugie to według opinii światowej wszystkiemu, poza zawodami typowymi jak ktoś tu zauważył sprzątaczka, bibliotekarka (choć chyba te zawody przywoływał na pochwałę twoich idei) mają jakiś większy bądź mniejszy talent. Abstrahując od zawodów artystycznych a biorąc pod pod lupę np. matmę, fizykę, technikę nikt nie może powiedzieć, że ktoś do czegoś dojdzie w tych dziedzinach nie mając talentu!
1. Pierwsze pytanie: Czy uważasz że zawodami artystów jest inaczej?
Po trzecie: myślę, że w twoich słowach jest wiele racji np. że w imię pracy osiąga się świetne wyniki ale mylisz się, że przeciętny Kowalski zejdzie z pola i zacznie wytrwale pracować do wyników innego Kowalskiego który drukuje książki, nie dojdzie do nich bo nie ma talętu. Chyba że to, że palnie tandetny opis rzucania ziemniaków w pole. (Lubię panów Kowalskich rzucających ziemniaki w pole, bo nie jeden raz to sama robiłam)
Po czwarte (nie czytałam dokładnie bo i nie liczę bardzo na to że mi odpiszesz, po drugie mam autentyczny problem ze wzrokiem – oczy mnie bolą) ale zdaje mi się że wysnuwasz argument iż to że na rynku powstają gramoty, totalne powtórzenia jest dowodem, że pisania można się nauczyć. Nie zgadzam się z tobą bo czy gramoty (gramoty – jest takie określenie, z ciekawego Dziennika znalezionego w Saragossie się o tym sobie przypomniałam) mogą być w ogóle nazwane literaturą, najwyżej co – złą literaturą a o złej literaturze mówi się że w zasadzie nie powinno się jej wydawać.
Inna sprawa, jeśli mowa o wrabianiu się to czy każdy jeśli weźmie się ostro do pisania i będzie ćwiczył całe dnie się to czy dojdzie do poziomu Mickiewicza? Odpowiedź brzmi: Nie! bo nie ma telętu.
Podajesz za argument (już nie odnajdę tego w tekście) ale to mniej więcej wyglądało tak, że ktoś wydaje książki które wydaje się, że są jakimś uniesieniem ducha, płyną z natchnienia a są złe bo… (i tam podajesz jakieś argumenty) Ale przecież istnieje pojecie zatraconego talentu a także braku rzemiosła. Te pojęcia wydają mi się bardziej prawdziwe niż twierdzenie, że talentu nie ma.
Po siódme, strasznie atakujesz natchnienie jakoby to jest coś wydumanego i wymyślonego na potrzeby zadowalania ludzkości bajkami. A tymczasem ja obserwuje u siebie coś takiego, że kilka dni potrafię pisać wiersze tandetne a któryś dzień nagle przydarza się, że piszę te dobre. I później znowu oblicze po suchy i znowu coś wleci. Jeśli wersja o ciągłych wynikach pracy, że człowiek piszę więcej to i szybciej się uczy to i cały czas ma lepsze efekty. Nie mam cały czas tak równomiernie lepszych efektów, lecz moje wiersze owszem, dzięki wypracowaniu stale się polepszają ale jak już mówiłam mam dni w duł, mam dni przerwy z których moim zdaniem właśnie wyrywa mnie natchnienie. Nie postrzegam tego jako czegoś nadmuchanego i rzadkiego ale coś co się często zdarza i mniemam, że miałeś to samo, ale nazwałeś to rzemiosłem.
Ponadto to że niektórzy piszą dobre acz nie tak dobre książki jak inni to nie świadczy o braku talentu lecz albo o mniejszym talencie albo o talencie dorównującym największym ale właśnie kuleje nad tym ich praca.
(żeby się rozbawić powiem że pisało mi się lekko do ciebie myśląc że nie jesteś jakimś uznanym pisarzem ale to nazwisko : Węcki? coś mi mówi, z duszą na ramieniu sprawdzę w google czyś już coś nie wydał, bo jakoś tak rozmawiać z uznanym pisarzem ciężej) A ten e-mail to żart, wymyślony także po to by wpisywać się na tych wszystkich witrynach gdzie wymagają e-maila, a później okazuje się, że przysyłają pełno spamu.
Jak ci się kiedyś będzie nudziło, to możesz mi odpowiedzieć.
Ech… Dobrze. Moim zdaniem masz problem ze zwięzłym i klarownym wyrażaniem myśli. Nie wnikam, dlaczego – może po prostu pisałaś w pośpiechu i na komórce. Ale startuję z takiej diagnozy.
Jeśli talent istnieje jako konkretne zjawisko, i jeśli faktycznie jest konieczny do rozwinięcia umiejętności pisarskich – pozamiatane. Wolno mi stwierdzić, że albo talentu nie masz, albo masz go zdecydowanie za mało. Mickiewiczem nie będziesz. A skoro tak, to won zbierać ziemniaki z Kowalskimi.
Jeśli talentu nie ma, powyższy komentarz jest bez sensu. Nie mówi niczego o faktycznie istniejącej rzeczywistości, co najwyżej pokazuje jakim chujem jest komentator. Jeśli talentu nie ma, Twoich ewentualnych problemów TRZEBA doszukiwać się w konkretach. A to wielki krok naprzód, bo kiedy dostajesz uwagi odnośnie konkretnych potknięć, możesz się do tego świadomie odnieść (np. poprawić, zinternalizować zasadę, albo zignorować). Jeśli wiesz tylko tyle, że „nie masz talentu” – nie wiadomo, co z tym zrobić.
Zastanów się nad tym, bo IMO krytykujesz moje słowa z jakiejś wydumanej pozycji, nie do końca rozumiejąc, o co mi właściwie chodzi.