Jeżeli myślisz, że jesteś wolny, nigdy się bardziej nie myliłeś. Jeżeli zaś myślisz, że jesteś zniewolony, jesteś w błędzie jeszcze większym, bo utrwalasz swoje ograniczenia. Stań obok i przyjrzyj się.
Samotna wdowa pełznie przez miasto z ciężkimi siatami. Przed nią jeszcze dwa skrzyżowania i ciąg schodów na czwarte piętro.
A tam czeka na nią mały Teodor. Tata porzucił Teodora na rzecz wiecznej ciszy i Teodor żyje przez to w patologicznej rodzinie. Bo niepełnej. Według definicji patologii społecznej jego mama nie jest w stanie zapewnić mu prawidłowego rozwoju. Za to Grażyna i Zenon z parteru do patologii się nie zaliczają. Nawet jeżeli ich życie składa się z kebabów i oddawania dzieci dziadkom. Jest ich jednak dwoje, spełniają warunki pełnej rodziny. Stereotypy.
Tak samo jest z kształtowaniem wyobraźni.
Od małego uczysz się wzorów, które rządzą światem. O ile większość z nich zdecydowanie przyda ci się zwyczajnie w przeżyciu, o tyle w kwestii wyobraźni jesteś dzień po dniu mordowany. Sadzają cię w wygodnym, ergonomicznym krzesełku przedszkolnym i rozwijają twoją kreatywność nagradzając jednak jedynie te jej przejawy, które mieszczą się w podzbiorach społecznie aprobowanych szablonów. Słoneczko na dziecinnym rysunku zawsze jest żółte, prawda?
Nieświadomie wyrastasz w tych małych szynach myślowych, przyjmujesz konwencję. Dojrzewasz i z czasem odkrywasz w sobie pasję. Chcesz coś światu opowiedzieć, chwytasz więc za ołówek i kartkę.
I tworzysz: rysunkiem, słowem, obliczeniem.
I nagle słyszysz: to już było.
Ej, wszystko już było?
A jak, u ciężkiej cholery, miało nie być, skoro wszyscy trzymają się utartych, bezpiecznych torów? Zwłaszcza „dzisiaj” i pomimo „dzisiaj”. Dziś mamy nieskończone możliwości kreacji, a jednocześnie równie nieskończoną ilość obrońców jedynej słusznej wizji. Nazywam ich Gwardią Ojców Autorów. Nieważnym bowiem jest, czy chcesz swoją historię ubrać w hasające elfy i smoki, pistolet i odznakę, czy płaszcz i szpadę. Każdy z tych światów miał już swoje wielkie momenty, a na ich kanwie całe rzesze kolejnych odbiorców i na nieszczęście twórców, skrzesało pojęcie nienaruszalnej klasyki, na której z kolei opierają dalsze wypełnianie misji pisarskiej.
Co robisz zderzając się z halabardą Gwardii Ojców Autorów?
Ja miotałam się, walczyłam. Czasem o prawo Orka do bycia niebieskim, nie tylko zielonym. Czasem – by Elf był wątłą, obleśną i nienawistną istotą. Odbierałam zbrodniarzom broń, a seksualności fizyczność. I zawsze trafiałam na urzekająco zwarty mur.
Nie wolno ci.
– Dlaczego?
– Bo tak już jest.
– No to może poeksperymentujemy?
– Nie.
– Dlaczego?
– Bo nie!
Ludzie są postrzegani jako istoty rozumne przede wszystkim dzięki swojej umiejętności abstrakcyjnego myślenia. Potrafimy wymyślać kompletne uniwersa, rasy, bronie, technologie, legendy. Kreujemy za pomocą umysłu kształt innych umysłów. Tworzymy iluzje, posiadające potęgę.
A potem pozwalamy zamknąć się w deprecjonujące kreację zasady.
Wszystko już było, bo nie wychodzimy poza ten nawias.
Pozwól umysłowi przetwarzać
Nie mogę pochwalić się udanym debiutem wydawniczym. Nie mogę się nawet pochwalić nieudanym, ale z ręką na sercu mogę powiedzieć, że wyobraźnia to moja dziedzina. Napędza mnie, czasami pcha półprzytomnie przez dobę zapełnioną alternatywnym światem. I prędzej czy później pchnie mnie do debiutu. Tutaj, na Spisku Pisarzy odnajduję narzędzia, motywację do dotykania klawiatury częściej niż ugniatania myśli. Znajduję sposoby, powoli, w swoim tempie.
Chciałabym jednak byś prócz trenowania technicznych (niezwykle ważnych!) elementów twórczości, podobnie jak ja, oszalał z miłości do swoich myśli. Odkrył ekscytację własnymi snami, które miksują to, co było, z tym, co tworzysz nocą w zakamarkach umysłu.
Siła spontanicznego myślenia
Nie wyciszaj idiotycznych z pozoru idei. Nawet najbardziej bzdurne, pchnięte w przestrzeń zderzą się z innymi i w końcu mogą stworzyć coś, co przyspieszy Ci tętno.
Kiedy patrzysz na swojego bohatera, zabierz mu na chwilę wszystkie atrybuty, które czynią go tym, kim jest. Zamień na inne, osadź w absurdalnej sytuacji. Niespójnie z resztą tła. Zobacz gdzie to go zaprowadzi. Taka wycieczka może się nie udać, ale ręczę Ci, że po drodze spotkasz tyle niesamowitych rozwiązań, przedstawisz się nowym postaciom, ukłonisz nowemu pięknu, a ono wezwie kolejne. Wciąż inne.
To również jeden ze sposobów na wyznaczenie granic swojej wyobraźni. Czy potrafisz ożywić tak szalone uniwersum jak Świat Dysku sir Pratchetta? A może delikatnie stawiasz kroki niczym skromny skryba? Nie tylko odnajdziesz w tym mnóstwo zabawy, ale dowiesz więcej o sobie samym. Możesz rozciągnąć odkryte granice, nauczyć się na nowo marzyć.
Po pierwsze z sercem!
Innym sposobem na odblokowanie wyobraźni jest pochwycenie emocji. Brzmi znów banalnie, ale jest czymś, co w moim przypadku zawsze stanowi pierwszy rys opowieści.
Co nazywam pochwyceniem emocji? Często zdarza mi się utknąć myślą przy pojedynczym elemencie, wyłuskanym z otoczenia – i później go zmienić. Przebudowuję ten element zupełnie niezależnie od kontekstu, z którego go wyrwałam. Najlepiej sprawdza się to w przypadku snów. Z reguły nie pamiętamy całości naszych nocnych majaków, ale te najważniejsze momenty, które zapadają w pamięć, zawsze wiążą się z jakąś silną emocją. Ja po raz pierwszy otrzymałam tym sposobem całą historię już za dzieciaka. Z prostego fragmentu, gdzie spadałam w otchłań, w kilka sekund powstała finałowa scena epopei. Kolejne minuty obudowały ten moment konkretnymi postaciami, które były niezbędne do zaistnienia opowieści. Za nimi samoczynnie napłynęły obrazy ich krótkich historii. Tak powstał do połowy zapełniony zeszyt A4, pełen rysunków, legend, map. Pełne uniwersum. I ręczę Ci, że mimo wtórności niektórych elementów, nigdy wcześniej nie czytałam niczego podobnego.
Pochwyć emocję zawartą w jakiejś scenie z życia, we śnie, i pozwól jej się wizualizować. Zobacz ją.
Nowe ze starego
Tyle o sięganiu do studni wyobraźni z bezpośrednim zaangażowaniem. Warto jednak czasem odstawić wiadro i zobaczyć, jak w zebranej w nim wodzie odbija się świat. Sam z pewnością zauważyłeś, że każde spisane słowo, po jakimś czasie odbiera się inaczej. Z reguły odkładamy tekst, żeby wrócić do niego i zredagować, poprawić. Warto jednak przyjrzeć się mu również jako potencjalnej trampolinie dla nowych pomysłów. Najsłabszy nawet tekst ma szanse stać się kołyską dla nowej myśli, dla nowego bohatera. Do tej pory wspominam tekst (słaby strasznie), który – tworzony pod Wielkanoc – zapełnił mi monitor dwójką bohaterów rodem z krzykliwego anime i jajkiem jako centrum fabuły. Dzieciaki były rozdarte, jajko smocze – w trzech słowach kicz, zawał i pożoga. I właśnie tragiczna jakość tej opowieści dała życie Celii, nosicielce smoka, która choć nie doczekała się ani nawet akapitu opowieści, również jest tym, czego na rynku wydawniczym jeszcze nigdy dotąd nie widziałam.
Kontrolowane przywłaszczanie
Skoro nie sięgamy już do własnej wyobraźni bezpośrednio, warto również zająć się imaginacjami innych. Dosłownie. Nawet tutaj, na Spisku było ćwiczenie w podobnym tonie. Weź gotowy element z czyjejś twórczości i zagnieć to ciasto tak mocno, żeby zmieniło się dla ciebie. Ciągle mówimy o wzorowaniu się na najlepszych i jest w tym wiele słusznego, warto też dosłownie sięgnąć po jakiegoś szczególnego bohatera i zmienić go. Zmieniać tak długo aż odkryjesz, że da się to zrobić lepiej. Bo niestety (a może jednak to dobrze?) zawsze się da. Taka wiedza pozwala obudzić do życia wyrafinowaną, bo już wysmaganą okolicznościami postać. Oczywiście wszystko w granicach zdrowego rozsądku. Najważniejsze w tym prawie kuchennym procesie jest samo ugniatanie ciasta. Otwieramy wtedy furtki do alternatywnych dróg, których autor pierwowzoru nie wybrał. Rodzą się pomysły, również te niezwiązane z samym tworzywem.
Najstarsza rada świata
Co jeszcze możesz zrobić dla swojej wyobraźni? Czytać. Zwłaszcza rzeczy dziwne, inne, eksperymentalne. „Finneganów Tren” J. Joyce’a, do której się zabieram, ponoć jest najdziwniejszym dziełem w historii literatury. Zamierzam to sprawdzić, choć może to być pozycja, na którą nie jestem gotowa. Jednak są inne, nieco bardziej popularne tytuły, które odcisnęły swoje piętno na mojej wyobraźni. Peter Watts ze swoim „Ślepowidzeniem”, czy sir Pratchett (z całokształtem twórczości). Znalazłabym kilka innych, jednak tytuły nie są tutaj ważne, bo dla każdego działa inny wzorzec. Ważny jest tutaj sam fakt zanurzania się w odmiennym toku myślenia. To strąca z wygodnej gałęzi „Lubię to” i każe szukać drogi powrotnej.
Wymienione tutaj metody rozluźniania mięśnia wyobraźni są bardzo podobne do porad w kwestii inspiracji.
Osobiście nie lubię słowa inspiracja, bo ilu ludzi tyle jej definicji. A czasem granice w tych definicjach są tak poprzesuwane, że niedaleko niektórym do plagiatu. Ocena tego więc leży w nas samych. Niestety wyobraźnia, mimo że jest naszym wewnętrznym bogactwem, pod tym kątem jest w stanie nas zdradzić. Jej siła bowiem leży w miksowaniu rzeczywistości.
To jak? Wszystko już było?
Właśnie: miksowaniu. To jest sedno sprawy i miejsce, w którym najczęściej się potykamy. Nawet ja, przy całym moim zakochaniu we własnych snach, staram się pamiętać, że nie pochodzą one z przepastnej studni cudownych historii. Nie jestem obdarzonym talentem i szczęściem wędkarzem, który wyławia perły zamiast szczupaków. Wszystko, co do nas przychodzi… i tak już było. I tutaj właśnie odkrywamy, że nie jesteśmy tak wolni jakbyśmy chcieli, bo wszystko co serwuje nam umysł, czy to za dnia, czy w nocy, na trzeźwo, czy pod wpływem – to tylko zaabsorbowane sceny. Z życia, filmu, innej książki. To pewnego rodzaju nieświadoma niewola. Lub, jak kto woli, ignorancja względem zasobów podświadomego Bibliotekarza.
Nie jesteśmy jednak od niej bezwzględnie zależni, przekraczając ograniczenia w budowaniu wyobrażeń, naciągamy tego Bibliotekarza na jeszcze jeden megabajt danych więcej. I jeszcze jeden. A posiadać więcej składników do tworzenia historii, które poruszą, oznacza wygraną w przedbiegach.
Kiedy uwolnimy się, chociaż częściowo, spod jarzma narzuconych na wyobraźnię ograniczeń,pozostaje nam tylko należycie uwiecznić ideę.
Owdowiała kobieta dotarła do Teodora i gotuje mu danie, o którego istnieniu Grażyna z parteru nawet nie ma pojęcia. Na parterze dziatwa zażera się frytkami, w akompaniamencie utyskiwań babci. Na ceny, na służbę zdrowia, na bezbożne czasy. Starsza kobieta zszywa podarte spodnie dziewczynki. Niechlujnie, naprędce, wciąż komentując jej dokazywanie na pobliskim garażowisku.
– Co ludzie powiedzą… – syczy, ssąc ukłuty palec. – Taka pannica, a po samochodach skacze!
– Babciu, ale bawiliśmy się w Harrego Pottera…
Protest dziewczynki ledwie przebija się przez barierę pochłanianych frytek. Ścigają się z bratem o te najdłuższe.
– Przestań się pierdołami zajmować, pouczyłabyś się. Jak tak dalej pójdzie to nawet w sklepie roboty nie dostaniesz.
Kilkulatka milczy, patrząc w telewizor.
– Liczyć się naucz.
Babce odpowiada tylko mlaskanie.
Foto: Rachel.Adams / Foter / CC BY-ND
Co zrobić, jak niby masz już powieść, ale bez zakończenia? Mam jakiś plan, czy coś w tym stylu, ale to nudneeee. Nic dalej nie idzie…
Jeden z lepszych tekstów, jakie ostatnio czytałam na spisku! 🙂
Dać się ponieść wyobraźni. Podążać za myślą. Nie zastanawiać się nad tym, czy to co piszesz jest mądre, głupie, powielone czy odkrywcze. W moim przypadku to się naprawdę sprawdza. Nie zawsze wszystko co wyjdzie spod pióra nadaje się do wykorzystania, ale to genialny sposób na początek, zakończenie, albo całkiem nową opowieść. Świetny tekst. Trzymaj tak dalej.
Wspaniały tekst, niemalże każde słowo dało mi do myślenia. Dziękuję!
Bogata wyobraźnia to klucz do sukcesu pisarza, jednak uważam, że jest różnica pomiędzy Wyobraźnią poskromioną, a nieposkromioną. Proponujesz czerpanie z wyobraźni garściami, eksperymentowanie i trzymanie się myśli nawet tych najbardziej bzdurnych. Uważam, że jest to godne pochwały, pod warunkiem, że potrafimy opanować pomysł i ubrać go w słowa, w przeciwnym wypadku otrzymamy psychodelię zrozumiałą jedynie dla autora.
Tworzenie historii na podstawie najgłębszych zakamarków wyobraźni można porównać do wykuwania miecza i choćbyśmy trafili na najlepszy surowiec, bez odpowiedniego oczyszczenia i obrobienia go młotem nic nie uzyskamy. Nawet świat fantastyki, musi opierać się na prawach fizyki i logiki. Czytelnik musi czuć, że historia opisana przez autora jest realna. Niezwykła, mało prawdopodobna, ale wciąż realna i zrozumiała bez względu na to czy w historii jest magia czy też nie.
Złote słowa. Właśnie to miotanie się w absurdzie zbyt płodnej wyobraźni jest moim udziałem. Wiszę nad kowadłem, a na nim surowy, piękny kawał żelaza i nie umiem nawet podnieść młota. Dlatego istnieją takie miejsca ja to, Spisek. Tu są narzędzia, treningi, sposoby. Jednak wypuszczanie wyobraźni daje na tyle dużo energii i pomysłów, że warto pobłądzić potem za nią po halach :D.
Tekst motywujący, ale ja się może podzielę swoimi doświadczeniami, które może komuś pomogą 🙂
Piszę fikcję realną, „życie codzienne” i te sprawy. Nie mam wśród narzędzi do działania smoka, magicznych mikstur, elfów i wróżek. Żaden z moich bohaterów nie zmartwychwstanie trzykrotnie jak u Witkacego i można by powiedzieć: cholera, nuda! Ale ja czuję, że właśnie te reguły świata prawdziwego motywują mnie do szukania innych ścieżek dla fabuły, jeszcze mocniej niż w świecie fantasy. Aktualnie twór, nad którym pracuję, osadziłam na Zachodnim Wybrzeżu USA, co więcej bohaterowie związani są ze światem „artystów” i przyznam się, że trudno nie popaść w schematyczność
i tutaj muszę powiedzieć o jeszcze jednej drodze: nie bójmy się normalności. W czym ma tkwić ta normalność?
Może podam przykład. Jedna z bohaterek w scenie, którą wczoraj pisałam odpowiada swojemu przyjacielowi, który trochę kpi z jej „normalności” skoro jest kobietą biznesu, a ona odpowiada, że jest przecież córką pedagog i taksówkarza. No właśnie, ja na przykład wyszłam z założenia, że skoro oderwę moich ludzi z normalnego świata, popadnę w jakiś kiczowaty schemat. Bohaterowie nie muszą być piękni, madrzy, charyzmatyczni – idealni (nie potrzeba tworzyć Mary Sue, by skrzywdzić postać), ale muszą być prawdziwi i ta prawdziwość musi od nich bić.
Ważne jest to, żeby też cały świat, uniwersum, którego niby nie musimy wyjaśniać, wydawał się nam „magiczny”. Ale nie „zaczarowany”. Osadzenie scen w różnych „dziwnych”, ale prawdopodobnych realiach też nadaje dziełu oryginalność. Bo czemu jakakolwiek ważna rozmowa nie może odbyć się, nie wiem… w zoo, na kursie gotowania, w supermarkecie między półkami z chipsami i ciastkami. W literaturze przejadły się rozmowy w kawiarni, restauracji, wypłakiwanie podczas babskiego wieczoru z paczką chipsów i wiadrem lodów, a wyjazd za miasto, gdzie widać całą panoramę, kolacja na dachu wieżowca czy nie wiem… noc w hotelu gdzie widać wizytówkę miasta w stylu wieży Eiffla to już przeginka w drugą stronę.
W głowie mam jeszcze milion innych rad, ale nie mam czasu, by je wszystkie spisać, może to i dobrze, bo każdy twórca powinien sam zauważać i korygować swoje błędy, widzieć „co gra”, a co nie.
Pozdrawiam spisek i dziękuje za mnóstwo inspiracji do działania 🙂
Zgadzam się z tobą, Sweetie. Ja nie odnajduję się w światach fantasy, mam do tego zbyt logiczny i racjonalny ogląd świata. Próbowałam, bo uwielbiam czytać fantasy, ale nie potrafię tego tworzyć.
Za to realizuję się w kryminałach. I tutaj tak, wyobraźnia hula, szczególnie przy tworzeniu psychopatów czy innych poważnie zaburzonych sprawców, ale jednocześnie dużo czasu poświęcam na to, by sceny były prawdopodobne.
By nie zacinał się bezpiecznik w pistolecie, który z racji swojej konstrukcji takowego nie posiada, by policjant pracujący w małomiasteczkowym komisariacie nie wzywał sobie brygady antyterrorystycznej, czy żeby wyniki badań DNA nie były znane już po paru godzinach. Mogłabym tak długo, bo lista grzechów naszych twórców jest nieograniczona.
Oczywiście istnieje licentia poetica, lecz tu również powinny istnieć granice, poza którymi jest zwyczajne robienie wała z czytelnika.
Może mam już fobię, ale do szału mnie doprowadza, gdy np. znany autor każe swojemu bohaterowi jechać do więzienia, by tam policjant przesłuchał osadzonego, a wszystko to na podstawie ustnej zgody naczelnika zakładu karnego. I oczywiście policjant zostaje wpuszczony i przesłuchuje.
Gdy czytam coś takiego, czuję się zwyczajnie oszukiwana. Bo można wymyślić sobie miejscowość, ludzi, konflikty i zbrodnie, ale jeżeli umiejscawiam akcję w konkretnym czasie, to muszę prowadzić bohaterów poprzez istniejące realia, inaczej moim zdaniem się nie da.
Nie mogę kazać sprawcy mordować przy użyciu klingońskiej broni, policjantom stosować amerykańskie zasady w Polsce, a na miejscu zdarzenia znajdować ślady użycia broni nuklearnej lub miecza Luke’a Skywalkera. A jeżeli nawiązuję do rzeczywistych postaci, np. Ivana Milata, to nie wolno mi pisać, że zabijał za pomocą trucizny!
Zgadzam się więc, że wyobraźnia, owszem, ale do pewnych granic. Przynajmniej w wybranym przeze mnie rodzaju literatury.
Pozdrawiam.
I ja zgadzam się z Wami :). Odnosiłam się w tekście do fantastyki bo to moja dziedzina, ale wyobraźnia to nie tylko fantastyka. Smok, Elf – to moje przykłady, ale można je zastąpić czymś „normalnym”. Wyobraźnia nie wyklucza również bycia dokładnym i spójnym. W jej ćwiczeniu chodzi o nabranie umiejętności chwytania nowych pomysłów, nie zmyślania niemożliwego :).
Powiem tak – na chwilę odłóżmy wyobraźnie jako taką.
Mamy naprawdę zdolnych ludzi z fajnymi wizjami. Problem leży raczej w otaczającej rzeczywistości. A rzeczywistość jest taka, że polscy „producenci” – czy to książkowi, czy to filmowi, czy telewizyjni, czy muzyczni po prostu liczą się tylko z kasą. A kasa im mówi, że wydać warto tylko to co jest już znane, bo jak nie jest znane, to się z tego nie wyciągnie tyle ile ze znanego. No to biorą i kopiują hamerykańskie wzorce, tworząc czasem przekomiczne kalki i okraszają je iście hamerykańskimi gwiazdeczkami. Bo to pudelkowy plebs zawsze kupi. I tyle. Dziękuję.
Myślę, że Agnieszka pisała jednak o tym jak nie być owym plebsem, który wszystko kupi, bo nie zna lepszego. 😀
A co do tego, że wydawcy zaniżają poziom – akurat z książkami to nie jest do końca tak. Jasne, wszyscy zawsze chcą się wstrzelić w trendy, bo liczą, że tak łatwiej będzie zarobić. Czytelnicy to jednak trochę wyższa półka, niż przeciętni zjadacze programów telewizyjnych. A że nie ma ich aż tak wielu w Polsce, to i rynek beletrystyki jest dość rozdrobniony. W efekcie skuteczną strategią wydawniczą okazuje się zarzucanie sieci szeroko, w nadziei trafienia w różne nisze naraz. Albo wręcz – poszukiwanie nietypowych książek, które bardziej urzekają jakością niż trafianiem w modę. Wydawcy pod względem wybieranych strategii produktowych to naprawdę bardzo różnorodna grupa.
Słowem: książka ambitna i nietypowa jak najbardziej ma szanse pojawić się na rynku, o ile w ogóle posiada jakiś potencjał sprzedażowy.
Świetnie napisane. Nic bardziej nie ogranicza niż stereotypy i dawno wytyczone ramy ,których lepiej nie przesuwać. A przecież mury są po to by je burzyć, granice po to by je przekraczać , a fantazja po to by z niej skorzystać.Tylko czemu łatwiej mówić niż robić?
Spróbuj budować dom, burząc. Jestem ciekawa, jak daleko zajdziesz, hm…? 😉
Tak naprawdę wyobraźni nie musi ograniczać nic poza 1 prostą zasadą: konsekwencją.
Jeśli piszesz według danych założeń, mieścisz się w danym zakresie skojarzeń, możliwości i wyborów. Amen.
Jako pisarz trzeba lawirować jak ryba pomiędzy zawiłościami rafy koralowej, gdzie jest wiele kanałów oraz nurtów do wyboru. Od Ciebie zależy, gdzie podążysz.
Możesz jednak zdecydować się na inny wybór, opuścić o wiele bardziej bezpieczną rafę i popłynąć w mroczne nieznane, lecz wtedy… nie dziw się, że możesz zostać pożarta przez drapieżnika lub zginąć w nieprzyjaznym środowisku, na przykład wyrzucona na kamienistą plażę.
Ale, ale… hej, przecież gdyby nie ciekawość ryby, nie byłoby nas… 😉 Najwidoczniej więc warto zainwestować w odkrywczą podróż.
I nie zgadzam się, że wszystko było. Dopóki czas płynie, świat się zmienia, nauka postępuje, a my wraz z nimi. Kiedyś ktoś spojrzy na nasze „dzieła” i zobaczy w nich swoją rzeczywistość, bo czas jest ciągły: wszystko ma początek w przeszłości, koniec w swej przyszłości, więc nowe pojawia się niezauważalnie. 😉
Pozdrawiam serdecznie,
A. A. Raven 😀
Nie wiem jak inni, ale dla mnie prawdziwą karmą dla wyobraźni jest czytanie książek. Bo wtedy odkrywa się, czego jeszcze nie napisano. Po prostu nie ma i już. Wtedy cóż innego pozostaje, jak zaradzić, pisząc własne? 😀
A sny to dobra rzecz. Mnie samej przyśnił się, całkiem nawet niedawno, niemal gotowy pomysł na książkę. Bohaterowie, konflikt, fabuła – normalnie wszystko na tacy. Na dodatek było to tak interesujące i oryginalne, że wracałam myślami do snu przez następne dwa tygodnie. Dobrze takie rzeczy zapisywać. Potem tylko praca nad warsztatem i można podbijać świat 😀
Ze snami jest ta trudna sprawa, że nam mogą wydawać się niezwykłe, a czytelnikom, niezwykle nudne. Trzyma się tego również dialog wydawca – pisarz, pomysł może być ciekawy, ale tak oderwany od rzeczywistości, że czytelnik nie przyklei się do historii, a tym samym, nie kupi kolejnych części.
młodzi fantaści często mają problem ze stworzeniem oryginalnego świata, nie mówiąc już o fabule zawierającej się w słowie „quest”
detektywi działają wbrew zasadom śledząc psychopatę zafascynowanego gasnącym światłem w oczach ofary
Proste kobiety rozkochują w sobie bogatych adonisów
Warsztat, to jedno, ale historia ma potencjał dopiero wtedy, kiedy słysząc jednozdaniowy skrót fabuły powiemy OOOO!
Ale tu nie ma zasady – zawsze rozbijamy się o własny pogląd. Nie zliczę, ile razy trafiałam na książkę w mojej opinii nudną jak flaki z olejem. I zawsze dziwiłam się, jak takie coś może być popularne i lubiane. W drugą mańkę jest to samo. Wydawca ma i tyle przewagę, że dokładnie zna target. Autor natomiast może się kierować tylko własnymi preferencjami czytelniczymi.
Ponadto wydaje mi sie, że jeśli autor znalazł pomysł, który go kręci, choćby we śnie, to czy miałby to być sukces wydawniczy czy nie, warto go realizować. Po pierwsze, nic na tym etapie nie jest pewne. Żaden pomysł nie przejdzie, jeśli wykonanie okaże się do kitu. Po drugie, pisze się, bo lubi, przynajmniej w moim odczuciu, a nie po to, by zbierać kokosy. Po trzecie, zbyt długie dywagowanie nad pomysłem zabija to, o czym mowa w tym artykule, a więc wyobraźnię. Bo to brzmi, jakbyśmy się bali realizować własne marzenia – nie, tego i owego nie zrobię, bo jeszcze nikt nie polubi. No i na ostatek każdy pomysł da się zrealizować ciekawie. Kiedyś miałam przyjemność obserwować wyzwanie, w których kilku autorów podejmowało się pisania na ten sam pomysł – temat był dokładnie sprecydowany i jeszcze miał dookreślonych kilka parametrów, jak długość, gatunek, bohaterów, motywy. Wynik tego był niesamowity. Wychodziły teksty zarówno fantastyczne jak i zwyczajne, nudne banały.
Ja, tak od siebie, bardzo bym przestrzegała przed łamaniem stereotypów na siłę, bo to często prowadzi tylko do kolejnych stereotypów (być może mniej zakorzenionych w świadomości autora, dlatego widzi on w tym innowację.)
Tak jest w przypadku podanego tu przykładu. Stereotyp, że pełna rodzina jest ok, a niepełna to patologia, nie tyle zostaje przełamany, co ustępuje po prostu innemu stereotypowi – heroicznej samotnej matki i niedbałych rodziców, którzy nie interesują się swoimi dziećmi. To tylko kolejna kalka. Tu nie ma świeżości, ani żadnego przełamania stereotypu. Niestety. To nie takie proste.
Przechodzenie ze skrajności w skrajność to nie łamanie stereotypów, a mało subtelny chwyt, który mnie osobiście nudzi już, by nie rzec – zniesmacza.
Jeśli autor nie chce mimozowatej, słodkiej i uroczej głównej bohaterki, tworzy herod-babę, dzielną, niezłomną, obowiązkowo z ciętym językiem. Jeśli ktoś postanawia obalić mit dobrego i szlachetnego bohatera, powstaje kolejna kalka doktora House’a – antybohater, kierujący się własnym kodeksem moralnym. Cyniczny, rzecz jasna. I z ciętym językiem. Skoro smoki są powszechnie uważane za złe i mordercze, to zróbmy z nich, nie przymierzając, zwierzątka domowe! Mogą mieć nawet cięty język, a co tam!
Ile można?!
Wziąć coś i odwrócić o 180 stopni. Tak proste, że aż prostackie. I nie działa. Przynajmniej nie na mnie.
Osobiście jestem zwolenniczką wprowadzania odcieni szarości, bo czarno-biała wyobraźnia jest nudna i mdła. A jak autor za bardzo się wysila, żeby koniecznie wprowadzić jakieś cuda na kiju, to to widać. I mnie to wkurza. Bo ja chcę poznać jakąś historię, a nie oglądać ból rzyci twórcy, który się uparł być innowatorem, bo tak. Wolę dobrze przemyślaną i skonstruowaną opowieść, która zamiast uciekać od klasycznych motywów, po prostu sięga głębiej, zaskakuje, ale subtelnie, pokazuje różne punkty widzenia, nie przesuwa granic, ale rozmywa je niepostrzeżenie.
Czytałam różne książki, czasem dziwne, czasem pokręcone, ale to nie kosmate rasy, niebiescy orkowie, i światy z absurdalnymi prawami fizyki pozostały mi w głowie na dłużej, ale właśnie historie ludzi, przedstawionych ludzko, nie jako konstrukty stworzone, by na siłę łamać stereotypy.
Cóż… Tak na prawdę dopiero zaczynam.
Wyobraźnia podsuwała mi nieraz różne dziwne pomysły, na mojej wyobraźni byłem wychowany, do teraz zaprząta mi głowę gdy stoję na dworcu kolejowym i wpatruję się w różowo pomarańczowy zachód słońca przy ulubionych kawałkach płynących wprost do uszu z moich słuchawek. I co odkrywam? Wyobraźnia jest rzeczą cudowną. Bez niej nie byłoby moich kilkunastu małych wypocin, które w wolnych chwilach naskrobię w zaciszu domowym. Nie byłoby tysięcy szkiców i rysunków, które tworzę w czasie co nudniejszych i luźniejszych lekcji. Tak jak ty zwróciłaś na to uwagę – wielu mi mówi żebym „przestał zajmować się pierdołami”, „skończył z bujaniem w obłokach, bo jestem na profilu Mat-Fiz-Chem i mam się uczyć”…
Nie żebym tym cytatom zaprzeczał. Ale bez marzeń, świat byłby nudny. Szary jak ten PRL-owski blok z okolicznego osiedla. Największym dylematem, jaki napotykam, jest brak czasu i nieco słaby kunszt na przekucie moich pomysłów w coś fajnego.
Chciałbym tu zadać pytanie…
Czy warto, jako hobby, pasja, zajmować się czymś takim na dłużej? Jeżeli chodzi o język polski – niby jakieś kiedyś predyspozycje miałem, a wylądowałem na typowo ścisłym profilu, i nie jestem pewien, czy będę w stanie stworzyć coś, co choćby jednej osobie po przeczytaniu zapadło to w pamięć na lata.
Odbiłem od tematu, wiem.
Chciałbym też podziękować za świetny artykuł.