Zapisz się na newsletter:

To nie jest kraj dla średnich książek

Czy wiesz, że w zeszłym roku wydano ponad dwadzieścia siedem tysięcy tytułów? Dwadzieścia. Siedem. Tysięcy. Taką właśnie konkurencję musi pokonać Twoja książka.

Przeczytałem przed chwilą tekst Łukasza Śmigla, pisarza i wydawcy, na temat warunków panujących na rynku wydawniczym i tego, jak odbijają się one na autorach. Łukasza możesz kojarzyć z wydawnictwa „Twoje historie”, z czasopisma „Coś na progu”, albo z serii komiksów „Tequila”. To przedsiębiorczy i zaangażowany człowiek. Gdy mówi, jak wygląda rynkowa rzeczywistość z perspektywy niszowego wydawcy – ja mu wierzę.

Pozwolę sobie podsumować jego wnioski oraz uzupełnić je na podstawie własnej wiedzy. Dla pełnego obrazu warto przeczytać też raport Biblioteki Analiz „Rynek książki w Polsce 2013”, na który powołuje się Łukasz.

Rynek jest nasycony

OK, to powinno być oczywiste, ale właśnie największe oczywistości często nam umykają. Rynek książki jest zalany towarem. Do tego stopnia, że dystrybutorzy mogą swobodnie wybierać, jakie książki umieszczą na półkach. Czasem są to zupełnie arbitralne decyzje, ale kto na tym straci – przecież nie dystrybutor. On ma od groma równie dobrze rokujących pozycji. Oczywiście, książki debiutantów już od początku mają pod wiatr, chyba że wydawca będzie chciał dopłacić, np. za ekspozycję towaru. Co zrozumiałe, wiele wydawnictw się w to nie bawi, a jeśli sieć dystrybucyjna zmusza ich do takich wydatków, wolą wesprzeć dzieła mniej ryzykowne lub o większym potencjale na sukces komercyjny.

Bo właśnie tu leży sedno – najwięcej zarabia się na bestsellerach. Jest olbrzymia różnica w zyskach wygenerowanych przez czołówkę i tych wygenerowanych przez peleton. Najpierw hity, potem długo, długo nic, dopiero wtedy reszta książek. Wszystko dlatego, że jest tak wiele pozycji walczących o uwagę czytelników. Gdy któraś książka przykuwa uwagę klientów, gdy zaczyna się o niej dobrze mówić, a do tego jest promowana przez wydawcę – zgarnia wszystko. Trafia na pierwszy plan. Czytelnicy widzą tylko tę właśnie książkę, a ślepną na inne, walczące o światło reflektorów w głębokim tle.

Wypromowanie bestsellera to nie lada wydatek. Rachunek ekonomiczny nakazuje więc wydawanie mniejszej liczby książek o ograniczonym potencjale rynkowym, niszowych – a przenoszenie środków w kierunku potencjalnych hitów. Jak zauważa Łukasz, stać na to przede wszystkim duże wydawnictwa. Dla małych zwiększa się tylko ryzyko biznesowe. Posiadając ograniczone zasoby, muszą zainwestować w mniejszą liczbę książek, a więc każda porażka jest od razu bardziej kosztowna.

Co tu gadać – albo napiszesz bestseller i zostaniesz wielorybem, albo przypadnie Ci los planktonu.

Dystrybutor pełną gębą

Na rynku panują ogromne zatory finansowe. Sieci sklepów nie płacą, bo mają za dużo zapasów, w konsekwencji dystrybutorzy nie płacą, zatem wydawcy nie mają kasy, a na samym końcu mamy autora, który nie ma nic do gadania.

Nasycenie rynku książki służy umacnianiu się pozycji dystrybutorów i dużych sieci księgarskich. Mogą przebierać w towarze, a więc mogą też dyktować warunki. Przepływ pieniądza bardzo dobrze ilustruje, kto obecnie dzierży największą władzę. Wszyscy muszą czekać, aż gotówka opuści sklep. Z informacji, którymi dysponuję, w tej chwili zatory płatnicze spokojnie sięgają pół roku (bodajże rekord ostatnich lat).

Oczywiście w Polskich warunkach oznacza to tyle, że nawet największe wydawnictwo idzie do dystrybutora z podkulonym ogonem. Jak, nie przymierzając, chłop na pański dwór. Znów, dla małych wydawnictw jest to sytuacja tragiczna. Kiedy wydawca ma, powiedzmy, setkę pozycji w ofercie, dystrybutor może się dwa razy zastanowić, zanim dociśnie śrubę. W końcu to spora cześć jego asortymentu. Gdy wydawnictwo oferuje trzy książki – cóż, musi zginać się w ukłonach głębiej niż inni.

Pisarz… gdzie tu pisarz?

Tak szczerze, z perspektywy rynku książki pisarz nie ma większego znaczenia. Umarł z głodu, bo mu nie zapłacono? Trudno! Będą inni, którzy zasilą machinę nowymi manuskryptami!

Jeśli kogoś autor książki rzeczywiście obchodzi, to tylko czytelnika. Gdy piszesz, skup się na nim. Od tego, czy uda Ci się do czytelników dotrzeć, zależy przecież nie tylko sukces finansowy książki, ale sens pracy, którą wykonujesz.

Łukasz Śmigiel ma w tej kwestii jedną radę, którą warto zanotować:

Zacznij promować swój tytuł na długo przed wydaniem. (…) Nie wierz w to, że znakomita książka sprzeda się sama. Dbaj o jeden produkt przez możliwie długi czas. Nie rozmieniaj się na drobne.

Wielu pisarzy ciągle nie docenia tego, jak istotne jest nawiązanie więzi z czytelnikami. Tymczasem żyjemy w coraz mniejszym świecie, a dzięki technologii możemy połączyć się z coraz większą liczbą ludzi. Współcześnie nie możesz już czekać na oficjalną promocję od wydawcy (której równie dobrze może nie być). Musisz wziąć sprawy we własne ręce i zyskać kontrolę.

Spraw, żeby odbiorcy przejęli się Twoimi dziełami. I Tobą, przy okazji. Pamiętaj: na rynku książki czytelnicy to naturalni przyjaciele pisarza. Reszta tylko pośredniczy.

 

Foto: Hans Dinkelberg / Flickr / CCBY 2.0

Subscribe
Powiadom o
guest

6 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Krzysiek
Krzysiek
11 lat temu

Uważam, że kontakt z autorem jest bardzo ważny i znacząco podnosi możliwość sprzedaży. Ostatnio w Olsztynie usłyszałem stwierdzenie, że autora trzeba najpierw znać. Młody pisarz, który nie ma jeszcze wyrobionego nazwiska powinien brać udział w konkursach (jak te 4 które zamieściłeś) brać udział w warsztatach i konkursach regionalnych (i wygrywać je) oraz jeździć na spotkania z innymi pisarzami. Student, który nigdy nigdzie nie publikował opowiadań, tylko zawzięcie pisał wielką trylogię, ma znacznie mniejszą szansę na publikację niż ktoś, kto brał udział w masie konkursów i ma CV pełne publikacji gdy zgłasza się do wydawcy.

Pisarze fantasy cieszą się dużym odzewem fanów, ponieważ fantaści czytają bardzo dużo książek, ale co najważniejsze, autorów takich jak Pilipiuk czy Piekara, można spotkać na każdym większym konwencie. Mają kontakt z fanami, poszerzają ich grono, a sprzedaż książek rośnie.

Czarownica Wrażeń
Czarownica Wrażeń
11 lat temu

Jestem w pełni zgodna co do tego, że mając na swoim koncie choćby ociupinkę osiągnięć jest łatwiej. Sprawdziłam to na własnej skórze. Wysyłając tekst do wydawcy dołączyłam piękny list co już inni, liczący się w świecie :), powiedzieli na temat mojej książki. Odpowiedź pozytywna przyszła bardzo szybko. Inna para kaloszy to to, że zapłaciłam frycowe za naiwność i niewiedzę. No, ale nie będę się tym zrażała. Przy kolejnym tekście inaczej poprowadzę rozmowy 🙂

Czarownica Wrażeń
Czarownica Wrażeń
11 lat temu

Mogłabym spróbować, choć nie wiem czy akurat pisanie o własnej naiwności jest tematem na bestseller 🙂 No, ale może we współpracy z Tobą miałoby to jakiś sens?

hoek
10 lat temu

Napiszę tyle, że świetnym tego typu przykładem promocji książki, która tak naprawdę do końca nie jest super a wręcz przeciętna jest Starość Aksolotla Jacka Dukaja. Jestem fanem science fiction i mimo, że teksty autora są dla mnie dziwne i trudne – nie jest to sposób pisania na popołudniowe relaksujące, trzymające w napięciu czytanie książki – to książkę kupiłem. Kupiłem z 2 powodów. Pierwszy to atrakcyjna cena i dostępność na początku praktycznie w wersji elektronicznej co ucieszyło mnie jako fana czytników elektronicznych, że wreszcie ktoś dostrzegł, że cyfrowa dystrybucja może być tańsza niż papier mimo, iż w tradycyjnej formie wychodzi dużo drożej i w końcu i tak w tej formie książka została udostępniona. Drugi powód a raczej przyczyna dla której sięgnąłem po książkę to właśnie sposób reklamy i promocji książki. Specjalnie przygotowana animacja! Trójwymiarowy trailer książki! Niesamowite. Ale też informacja o książce gdzie tylko bym nie spojrzał, w mediach, na plakatach i na stronach gigantów sprzedaży jak Allegro etc. Gdyby nie to, nie kupiłbym książki i jej nie przeczytał, chociażby ze względu na styl pisarza wspomniany powyżej – no ale co ja fan sci-fi nie przeczytam? Jednak te wszystkie magiczne bajery dookoła książki sprawiły, że mimo, iż zazwyczaj nie ulegam reklamie dałem się podejść, oczywiście składało się na to kilka faktów, cena, elektroniczna wersja, animacja. Nie twierdzę, że to pieniądze stracone. Po prostu mogły zostać zagospodarowane w bardziej przyjemny sposób.

Nasza strona używa plików cookies, żeby działała sprawnie i żebyśmy mogli lepiej dopasować treści do Twoich potrzeb. Możesz je zaakceptować, zmienić ustawienia albo dowiedzieć się więcej w naszej polityce prywatności.
Ustawienia
Zaakceptuj
Polityka prywatności
Polityka prywatności
Cookie name Active
Zapisz ustawienia
Ustawienia