Kluczem do doskonalenia rzemiosła pisarskiego jest praktyka. Chcesz dobrze pisać, musisz przede wszystkim robić to często. Nie ma od tego wyjątków – nawet niewiarygodnie uzdolnieni ludzie muszą szlifować język, inaczej stępieje. Żeby pomóc Ci w zdobyciu tej praktyki, będziemy regularnie publikować ćwiczenia, które są dobrym pretekstem do zapisania paru słów i opowiedzenia czegoś po swojemu. W tym poście znajdziesz ćwiczenie nr 1.
Obsługa ćwiczeń pisarskich jest prosta. Zacznij od przeczytania krótkiej notki, zapisanej kursywą na końcu każdego posta z tej serii. Zastanów się nad przedstawioną sytuacją, pomyśl, z czym Ci się to wszystko kojarzy. Czy możesz dorzucić coś od siebie? Czy przydarzyło Ci się kiedyś coś podobnego? A może przyszła Ci do głowy osoba, bohater, który idealnie pasuje do przykładu? Gdy masz już w głowie obraz, ideę zdatną do zapisania, przelej wszystko na papier (albo na ekran komputera). W trakcie pisania zastanów się nad doborem odpowiedniej frazy i ułożeniem opowieści w ciekawym rytmie.
Tekst, który stworzysz, nie musi być długi. Wystarczy nawet jeden akapit. Możesz go pomyśleć jako część większej całości (niechby i całej książki Twojego autorstwa!), ale nie musisz tego robić. Może być to zwarta opowieść, taka, co się zgrabnie zaczyna i kończy z puentą. Może to być też wyrwany z kontekstu opis lub dialog. Najważniejsze, żeby był Twój, napisany po Twojemu i wedle Twojego widzimisię.
Pamiętaj: ćwiczenie jest po to, żeby rozruszać mózg i „przypakować masę” w tych jego rejonach, które odpowiadają za pisanie. Jego celem jest też dostarczyć Ci inspiracji i powodu do tworzenia.
A, i jeszcze jedno – Spisek pisarzy ma cały dział, Poradnik pisania, poświęcony temu, jak pisać. Jeśli czujesz, że potrzebujesz dodatkowej pomocy, przeczytaj artykuły, które pojawiły się dotychczas. Nie zapomnij też zapoznać się z innymi ćwiczeniami.
No, to jedziemy:
Trwa bitwa, ludzie umierają, krwawią, cierpią. Każdej sekundy ktoś zwycięża, a ktoś inny traci życie. Twój bohater jest w samym środku, otoczony przez wrogów. Dlaczego tam się znalazł? O co walczy i z kim? Czy ktoś mu pomaga, czy jest zupełnie samotny? To sprawa osobista czy interes? Zabija dla ideałów czy z konieczności? Co czuje, co widzi i słyszy? No i wreszcie – ma szanse wyjść z tego cało, czy zginie?
Jeżeli chcesz się z kimś podzielić tekstami, które powstały podczas ćwiczeń, zachęcam do wrzucania ich w komentarze pod postem. Jeśli wyszedł Ci dłuższy kawałek, możesz go umieścić na Forum. Z chęcią przeczytam i, jeśli dam radę, podzielę się uwagami.
Foto: mpclemens / Foter.com / CC BY
Jest ciemno. Potykam się o ludzkie ścierwo. Mężczyzna w drogim garniturze leży bez życia, wygięty w groteskowej pozie. Pozostałych pięciu również ma na sobie ekskluzywne, eleganckie ciuchy, zmienione w ubabrane krwią łachmany. „Biznesmeni”, handlarze ludzkim zepsuciem. Żadnego z nich nie można nazwać niewinnym. Nie żal mi ich, wszyscy zasłużyli na ten los. Podpieram się o ścianę i idę dalej trzymając się za przestrzelone ramię. Wyliżę się. Zawsze się wylizuje. Podchodzę do ledwie dyszącego łysola. Twarz ma zalaną krwią, a jego krtań podnosi się i opada w chaotycznej walce o przedłużenie życia. Patrzy na mnie swoimi pustymi oczami, w których widać jedynie błaganie o śmierć. Strzelam. Na środku jego czoła pozostaje ślad miłosierdzia. Spoczywa w spokoju. On mnie nie interesuje. Szukam wzrokiem mojego celu. Odwracam leżącego twarzą do ziemi byczka – to nie on. Idę dalej. I wreszcie go widzę. Jeszcze żyje. On także mnie zauważył. Jest spanikowany. Prawą ręką próbuje zatamować wylewające się z brzucha flaki, drżącą lewą wyciąga niczym wędkę po leżącą dwa metry dalej broń. Nie może jej sięgnąć. Serce wali mi jak młot. Nogą przesuwam pistolet jeszcze metr dalej. Zastanawiam się, czy chciał strzelić do mnie, czy skrócić swoje męki. Tacy jak on zawsze chcą mieć ostatnie słowo. Przyglądam się dokładniej jego ranie – jest bez szans. Wyszło idealnie. Nic nie przywróci życia mojemu bratu, ale czuję się lepiej, spokojniej. Mówią, że zemsta nie jest rozwiązaniem. Gówno wiedzą. Pochylam się nad tym pogardy godnym workiem mięsa. Szepczę mu do ucha ostatnie słowa:
– Miłego dnia.
I wychodzę. Z trudem popycham barkiem ciężkie drewniane drzwi. Słońce mnie oślepia. Rześkie poranne powietrze przyjemnie drażni policzki. Ręką krwawi jak szalona. Czuję się świetnie.
Pozdrawiam
KJK
Ej, niezłe. Będę musiał dodać przycisk „Like” do komentarzy, żeby lajkować takie jak ten. 😉
A co do uwag… no cóż, parę rzeczy można poprawić:
– Podzielenie tego tekstu na akapity sprawiłoby, że byłby bardziej dynamiczny. Jeżeli problemem była metoda wstawiania komentarzy na naszym blogu, musisz mi wybaczyć, ale jeśli taka zbita forma była Twoim zamysłem – lepiej ją rozproszyć.
– Więcej pokazuj, mniej opowiadaj. Np. ten fragment: „Szukam wzrokiem mojego celu. (…) I wreszcie go widzę. Jeszcze żyje. On także mnie zauważył. Jest spanikowany.” Większe wrażenie zrobisz, jeśli pokażesz reakcję celu, a całą sytuację przedstawisz odwołując się do wrażeń zmysłowych. Niewielu czytelników chce dostać od razu morałem prosto w twarz – większość woli samodzielnie wyciągnąć wnioski z tego, co widzi i czuje bohater. Nie walcz z nimi; daj im to, czego chcą. Nie wiem, mógłbyś to na przykład tak opisać: „Jedno z ciał ciągle żyje. Masywy tułów przewala się na bok, a twarz odwraca w moją stronę. Maska krwi skrywa ciężkie rysy, ale rozpoznaję ten połamany nos, rozpoznaję te szramy na gębie – to on! Patrzymy sobie nawzajem w oczy i wreszcie zrozumienie rozlewa się na jego paszczy. Teraz to ja jestem łowczym, a on zwierzyną.”
– Staraj się pisać ekonomicznie. Np. zdanie „Pochylam się nad tym pogardy godnym workiem mięsa” to zbytek łaski. 🙂 To samo możesz powiedzieć zdaniem „Pochylam się nad tym worem mięcha” – pogardę widać i tak. Ekonomiczność stylu wykracza zresztą poza ramy samego zdania. Nie musisz powtarzać rzeczy, które już wynikają z tego, co zostało powiedziane. Np. „Strzelam. Na środku jego czoła pozostaje ślad miłosierdzia. Spoczywa w spokoju.” Wiadomo, że spoczywa w pokoju, jak ma dziurę w głowie. 😉 Ergo: po napisaniu sprawdzaj, które słowa i zdania możesz spokojnie wyrzucić. Im mniej słów ostatecznie użyjesz, tym większe znaczenie będą miały te, które zostaną.
– Mów przede wszystkim o tym, co ma znaczenie dla opowieści. Unikaj zbędnych informacji. W tym fragmencie nie widzę akurat dużego z tym problemu, ale np. zdania „Wyliżę się. Zawsze się wylizuje” jakoś mnie rażą. Czytelnik dowiaduje się najpierw, że bohater jest ranny. Czytelnik ma więc powód, żeby obawiać się o przyszłość bohatera. Ale wtedy mówisz, że nie ma po co, bo bohater się wyliże i zawsze się wylizuje, więc luz. A na koniec czytelnik czyta, że bohater czuje się świetnie pomimo okropnej rany, która krwawi jak szalona. To jak to w końcu z tą raną jest? Nadmiarem informacji (do tego zbędnych) psujesz sobie tylko zakończenie.
OK, tyle moich trzech groszy. Ogólnie – twórz więcej i ćwicz dalej. Widzę tu potencjał na sprawnego pisarza.
Dzięki za odpowiedź. 😉 Tekst powstał ekspresowo, pod wpływem impulsu i stąd między innymi ta niezbyt przystępna forma. Trudno nie zgodzić się z twoimi uwagami. Natomiast jeśli chodzi o fragment z raną, chodziło mi o to, że bohater początkowo bagatelizuje swoje obrażenia, gdyż jest zajęty szukaniem mordercy brata. A czuje się świetnie, bo wie że znienawidzony typ jeszcze sporo wycierpi przed śmiercią (nie dobija go).
KJK
Ahhhh, szkoda, że tak późno trafiłam na stronę taką jak ta. Ćwiczenie wykonane w tempie szybkim, ale chcę się jeszcze dziś zająć ćwiczeniem drugim. Pozdrawiam i proszę o porady/uwagi 🙂
Rozejrzał się dookoła siebie. Żadnej znajomej twarzy, nikogo, kto mógłby osłaniać jego plecy w trakcie najbliższych kilku minut. Westchnął, próbując uspokoić drżące ręce. Nie wiedział, jak długo przyjdzie mu jeszcze walczyć. Złapał mocniej rękojeść miecza, oparł się stabilniej nogami o podłoże. Chciał krzyczeć, ale nikt i tak by go nie usłyszał w wszechogarniającym chaosie walki. Czekał aż zaczną. Nieważne, z której strony, szanse na wyjście z tej sytuacji żywym były najwyżej nikłe.
Ktoś mu kiedyś powiedział, że wojna, to tylko zbiór wielu toczących się w jednym momencie pojedynków. Jego wrogowie musieli wychodzić z tego samego założenia. Wciąż był otoczony, to prawda, ale do ataku przymierzył się tylko jeden z nich. Machał bronią szybko i bez pomyślunku. Jednak Amythiel był już zmęczony walką, miał dość zapachu krwi, jego ciało przestało poruszać się instynktownie. Otrzeźwił go ból rozrywanego ramienia. To był idealny moment. Pchnął mieczem wprost w trzewia drugiego.
Na twarzy młodzieńca zarysowało się przerażenie, a następnie spokój. Odsuwając jego martwe ciało od siebie, Amythiel pomyślał: „Już wkrótce spotkamy się w piekle.”. Popatrzył dalej po otaczających go żołnierzach. Nikt więcej się nie poruszył. Na co czekali? Dobrze przecież wiedzieli, że odkąd jego władca zginął, nic nie ma już znaczenia. Nie wiedział po co ani dlaczego walczy. Mogli skończyć to szybko.
– Rycerzu. Powiedz nam, o co walczysz? – spytał jeden, o posępnym głosie, który wydał się mu dziwnie znajomy. Mężczyzna podniósł na niego wzrok.
– Nie wiem. Teraz chyba o życie.
Czuł, jak krew cieknie mu po ramieniu i wsiąka w odzież. Przestał słyszeć, co do niego mówią, przestał myśleć o tym, co się może wydarzyć. Zamiast tego rzeczywiście zastanowił się nad tym, dlaczego tu jest i gdzie są jego przyjaciele. Odpowiedź przyszła wraz ze strzałą, przeszywającą jego klatkę piersiową.
Był tu, bo tak chciał władca. Był tu, bo potrzebował pieniędzy, by zapomnieć o przeszłości. A jego przyjaciele… Przecież najemnicy nie miewają przyjaciół.
Tabarka
Widać, że umiesz opowiadać i sprawnie ubierać myśli w słowa – pod tym względem to z pewnością dobry tekst. Mam jednak wrażenie, że w pewnym momencie szwankuje najpierw rytm, a potem sypie się konstrukcja. Po kolei.
Najpierw rytm, w tym fragmencie: „Jednak Amythiel był już zmęczony walką, miał dość zapachu krwi, jego ciało przestało poruszać się instynktownie. Otrzeźwił go ból rozrywanego ramienia. To był idealny moment. Pchnął mieczem wprost w trzewia drugiego.”
Zakładam, że Amythiel to główny bohater fragmentu. Rozumiem z tego wszystkiego tyle, że bohater jest na początku zmęczony, ergo – że nie ma przewagi, że czeka go ciężka walka. Potwierdzasz te przypuszczenia wspominając o ranie, i o tym, że to właśnie ona bohatera budzi. I nagle jebs – momentalnie mamy idealny moment i zwycięski cios bohatera. Ciężko mi to sobie wyobrazić, a co gorsza, jako czytelnik mam mętlik. Co się stało? To był zmęczony i półprzytomny (że aż się musiał „budzić”?), czy to jakaś ściema? A może on ma takie odruchy nadludzkie, że instynkt szarpie jego ciałem nawet jak umysł ledwo zipie? No nie wiem, nie dało się niczego więcej wyczytać. Dla mnie to zbyt chwiejny rytm, nagłe przejście od podkreślania słabości bohatera do niespodziewanego i zbyt zaskakującego zwycięstwa.
Później – konstrukcyjnie – tylko gorzej. Żołnierze, choć wcześniej zaabsorbowani własnymi pojedynkami, nagle wszyscy stają i patrzą na bohatera. Co się w zasadzie stało, że taki obrót spraw? I w trakcie tej całej bitwy nagle ktoś pyta bohatera, po co walczy? No ej, pyta go?! Powinien wrzeszczeć mu w twarz „Bóg ze mną!” i walić toporem, sugerując tym samym, że bóg z kim jak z kim, ale z bohaterem to sztamy na pewno nie trzyma. Tymczasem mamy zamiast tego kulturalną rozmowę.
Bardzo prawdopodobne, że całe to zamieszanie wynika właśnie z tego, że tekst był napisany na szybko – i stąd moja rada, żeby jednak tak nie pisać. Bo ogólnie, moim zdaniem, język masz bardzo dobry. Spokojnie z jego pomocą możesz tworzyć arcydzieła i bestsellery. 🙂 Poćwiczyć jednak warto umiejętność konstruowania opowieści, żeby była jasna i spójna. Na początek dobrym wyjściem jest po prostu planowanie z wyprzedzeniem tego, co chce się napisać. Np. dzięki liście punktów, liniowo wyliczających co dzieje się po czym, w logicznej kolejności.
Czarnowłosy młody mężczyzna stoi w pustym zniszczonym przez niezliczone kule i spadające bomby domu. Od tych maniaków opętanych wyuzdaną wizją Boga przez ich proroka, dzieli go tylko betonowa ściana . Czemu tu był? Czemu nadal walczył? Czy to ma sens? Oczywiście że ma, jest nim blond włosy Anioł uwieziony dwadzieścia metrów dalej w wielkim gotyckim zamku, który nie został złamany przez nowoczesną palną broń używaną jak zabawka w rękach chorych ludzi. Czekała tam na niego, wiedziała że przybędzie po nią choć drżała na myśl o jego bezpieczeństwie. A on? Pragnął tylko wyrwać ją z rąk osób, które miały ją za idealny prezent dla swego stwórcy. Wiedział, że może nie przeżyć, ale jej wolność, jej szczęście były dla niego najważniejsze. Tak Jin kochał Karinę całym swoim jestestwem, całym sercem i był gotów oddać za nią życie .
Dookoła rozlegają się okrzyki – AAAGhhrrrR! Zabić to ścierwo! Giń! Zdychaj! W kręgu stoją rycerze. Bronią się przed hordą dziwnych stworzeń, które przypominają ni to orki, ni to minotaury. W każdym razie nie są to ludzie. Chyba nie…. Stalowi rycerze, ze złotym smokiem na tarczach, stoją ramię w ramię. Ten walczy toporem, ten mieczem, a inny włócznią. Każdy zabił już chyba ze 30 tych, hmm.., stworzeń, ale kolejne szeregi nacieraja na tą ostatnią grupkę skupioną wokół księcia Haralda. – Niepotrzebnie pchałem się do tej bitwy. Trzeba było słuchać doradców. Gdzież oni są teraz? Przygnieceni zwałami trupów…. Zbezczeszczone i obrabowane zwłoki…. Mózg wdeptany w błoto. Fortuna odwróciła się ode mnie…. Moi rycerze nie zabili mnie tylko dlatego, że są zajęci walką. Walczą już nie o honor, nie o sławę, nie o swojego księcia ale o życie. Chociaż wiedzą, że na niewolę liczyć nie można… Walczą aby zginąć jak przystało na wojownika. Trubadurzy będą o nich spiewać pieśni, ich męstwo sławić będą poeci.. ciekawe ci napiszą o mnie.. Głupi książe Harald, co szukał łatwej sławy, powiódł na śmierć swe najlepsze oddziały albo: pierwszy do wypitki, do ksiąg ostatni, zginął na bagnach, płacza po nim dziatki Czy to koniec? Tak miałby skończyć życie książe Harald? O nie! Jeśli już mam przejść do historii, to w glorii bohatera! Naprzód! Na nich! Do bojagrhsrhhsas – strzała przeszyła gardło księcia Haralda…
– Stop kamera! No panowie, walczcie jakoś energiczniej. Grajcie więcej twarzą, ja chcę widzieć zdeterminowanie, wściekłość, barbarzyństwo! Pan z łbem byka, do charakteryzacji. Dajcie tu jakiegoś zmiennika. No jeszcze raz. – Szefie, może chwila przerwy? – Dobrze Stasiu, tylko wyjmij se te strzałę z gardła, bo przestraszysz panią Jadzię z bufetu. – Spoko. – gdzie jest scenarzysta? Chodź tu pan. Nie można jakoś zmienic tego monologu Harolda. Taki trochę pompatyczny, ale tak w negatywnym znaczeniu. Bo ja na przykład zrobiłbym to tak….
To i ja spróbuję…
Stała w ciemnym korytarzu. Bała się otworzyć drzwi. Wiedziała, że ta wojna trwa od dawna. Tylko kto ma rację? – zapytała własnych myśli. Za dużo widziałam już cierpienia i bólu. Ten dzień kiedyś nadejdzie, tylko czy to już dziś?
Nie wiedziała dlaczego znalazła się akurat tutaj, akurat teraz. Nogi zaprowadziły ją na Krańcową 6. Niski budynek w nieciekawej dzielnicy małego miasta. Szara, smutna, wyludniona okolica. Kiedyś był tu hotel pracowniczy, jednak po upadku fabryki popadł w ruinę i dziś budynek zamieszkiwali bezdomni. Nie wiedziała po co tu przyszła, choć przeczuwała najgorsze. Weszła na trzecie piętro. Obskurne ściany i zapach stęchlizny wzbudzał w niej odrazę. W budynku panowała niepokojąca cisza. Coś zaprowadziło ją pod drzwi z numerem 18. W swoim życiu widziała już wiele. Naciskając klamkę, wyobrażała sobie co może ją spotkać za drzwiami. Wstrzymała oddech, zmrużyła oczy i weszła do pokoju. Obraz, który zobaczyła, przeraził ją bardziej niż jej własna wyobraźnia.
Stała przez chwilę nieruchomo i obserwowała otoczenie. Wszędzie widziała śmierć. Serca porozrzucane po podłodze. Twarze powykrzywiane w grymasie bólu. Krwawe łzy jeszcze spływały po sinych policzkach. Co tu się stało? Zastanawiała się. Podeszła do okna w nadziei, że światło dnia choć trochę złagodzi ten makabryczny obraz. Pociągnęła za zasłonę i odskoczyła z przerażenia. W pierwszej sekundzie oślepiło ją słońce. Chwilę później na szybie ujrzała napis: „WYGRAŁEM”. Krzyknęła. To niemożliwe – powiedziała. Niemożliwe!
Przez chwilę zastanawiała się czy to na pewno on. Czy w ten sposób chce jej dać do zrozumienia, że to on wygra tę wojnę? Czy to może zwykły przypadek, że znalazła się właśnie tu? W głowie miała mętlik. Rozejrzała się szybko po pokoju w poszukiwaniu wroga. Nikogo nie było -spóźniła się. Wsłuchiwała się w ciszę, w nadziei, że usłyszy czyjś oddech. Ktoś musiał przeżyć! Biegała od jednego ciała do drugiego. Nasłuchiwała, krzyczała. Nie mogła w to uwierzyć. Została sama. Ktoś musiał widzieć, ktoś musi powiedzieć, ktoś… szeptała do siebie. Wiedziała, że to się kiedyś wydarzy, jednak od lat modliła się, by ten dzień nigdy nie nadszedł. Nie wiedziała, czy jest gotowa. Uczyła się od lat, wypełniała wszystkie otrzymane instrukcje. Od lat dopatrywała się znaków, obserwowała świat. – Zrobiłam wszystko tak jak mówiłeś, krzyknęła.
Roztrzęsiona wybiegła z budynku, rozejrzała się i zdała sobie sprawę, że została sama. Nie było nikogo, kto mógłby jej pomóc. Sama. Obawiała się najgorszego. W miasteczku panowała przerażająca cisza. Zaczęła się zastanawiać, czy zostali zabici tylko lokatorzy hotelu, czy zamordował wszystkich mieszkańców miasteczka. To tylko pokaz jego możliwości, czy pierwsza walka? Przegrała, czy tylko próbuje ją przestraszyć?
Znała swoje zadanie – musiała zająć się zmianą. Była odważna, jednak zdawała sobie sprawę, że przeciwnik jest silny.
Nie poddam się, słyszysz? Nie poddam! – krzyknęła najgłośniej jak potrafiła. Wiedziała, że wojna właśnie się zaczęła.
Muszę odnaleźć Greya- pomyślała, on na pewno ma broń.
Cześć, bardzo mi się podoba pomysł bloga :). Wczoraj tu trafiłem i od razu spisałem co mi przyszło do głowy.
Wciskam twarz jeszcze głębiej w ślady czyichś butów. Zapach wilgotnej ziemi zagłusza nieludzki hałas bitwy. Zupełnie tak, jakby wtulając się w rzadkie kępki suchej trawy można było uciec od koszmaru. Taki niespodziewany powrót do dzieciństwa, kiedy głowa pod poduszką dawała miłą świadomość bezpieczeństwa i ochrony przed potworami z ciemnego kąta pokoju.
Dziwna perspektywa zmienia malutkie listki w giganty tropikalnej dżungli i oszukuje mózg, pozwalając przez chwilę wierzyć, że można schronić się bezpiecznie między ogromnymi grudkami ziemi. Ten zapach sprawia, że iluzja staje się nad nadspodziewanie kompletna i nawet przerażający krzyk Andrzeja wydaje się coraz mniej realny.
Krzyk. Zasnąłem na chwilę? Niemożliwe, nie tutaj. Raczej jakiś program w mojej głowie próbuje mnie odciąć od rzeczywistości przekraczającej jakiś miliony lat temu głęboko zapisany próg alarmowy. Ale ja nie mogę mu ulec. Już nie okładamy się kijami. Teraz Śmierć dostała do ręki nowe zabawki i bije rekordy skuteczności. Jeden drobny ruch palca i ułamek sekundy później kolejny ktoś zmienia się w coś. Nie, dysocjacja już się nie sprawdza, trzeba się skupić.
Niech krzyczy, może lżej mu będzie. Przecież nie wie, że nikt nie słyszy. Nikt oprócz mnie, ale moim celem jest teraz płytki dół jakieś dziesięć metrów przede mną. Tam odpocznę na chwilę i spróbuję pozbierać w sobie resztki nienawiści, konieczne do przetrwania tej walki. Nienawiść to najbardziej kaloryczne paliwo wojny. Bez niej nie podniósłbym się dzisiaj rano z ziemi, nie zrobiłbym nawet jednego kroku. Tu w piekle pieniądze to tylko puste liczby, zupełnie się nie liczą. Może były ważne kiedyś, wieki temu, zanim pierwszy raz padłem twarzą w błoto jakiejś łąki pośrodku niczego i zacząłem modlić się do nieistniejącego Boga. Potem została już tylko nienawiść. Gdzieś tam rośnie stan mojego konta, ale w tej chwili wydaje się to tak absurdalne, że nie mogę powstrzymać śmiechu.
Tych kilka kaszlnięć przywraca mi niespodziewanie poczucie realności prawdziwego świata. Zaczynam znowu słyszeć nisko latające pociski i kombinuję jak wydostać się z tego gówna.
Oglądam się. Jakieś 120 metrów bez żadnej osłony. Strzelnica. No to do przodu.
Kompromis między strachem, który każe przeskoczyć te dziesięć metrów jednym susem i jak najszybciej zakotwiczyć nos w tej ziemi obiecanej a strachem, który każe poruszać się jak najwolniej, żeby Oni nie wypatrzyli ruchu. Ostatni metr. Czekają? Torturują mnie dając nadzieję, tylko po to żeby ustrzelić w ostatniej chwili? Pewnie uśmiechają się teraz do siebie i pokazują sobie tego robaka pełznącego do swojej upragnionej norki. Zaraz go załatwimy. Niech pomyśli, że mu się udało i wtedy… Nie zdążyli. Zsuwam się na dno zagłębienia. Teraz nie wydaje się takie bezpieczne, muszę rozlać się na dnie jak 90 kilogramów rtęci w kolorze khaki. Z daleka, przez furkot karabinowych pocisków zaczyna się przebijać coraz głośniejszy świst. Większy kaliber. Artyleria? Raczej mały moździeż, Coraz głośniej. Walnie gdzieś blisko… naprawdę blisko, serce szaleje, ułamki sekund rozciągają się w minuty. Proszę, proszę, proszę tylko nie ja…, ja pierdolę przecież to nie może…
Językowo to jest bardzo, bardzo dobre. Moim zdaniem, sprawnie odmalowujesz, co się dzieje. Wyłapałem co prawda kilka konstrukcji, które można poprawić, np. „kolejny ktoś zamienia się w coś” (chyba „w nic”? Choć IMO cała ta forma jest do przekształcenia), albo „poczucie realności prawdziwego świata” (ten „prawdziwy świat” jest niepotrzebny) – generalnie jednak, to są drobiazgi. Takie potknięcia poprawia się edytując tekst po tym, jak już trochę „odleżał”.
Gdybym miał się wgryzać, to widziałbym problem z tym, że wiesz – trwa bitwa, kule świszczą, bohater leży na ziemi (może przed chwilą uniknął śmierci?), a tymczasem znajduje okazję do spokojnego filozofowania. To jest możliwe, a już z pewnością jest to możliwe w literaturze. 😉 Niemniej, rzucenie czytelnika w taką sytuację wymaga jakiegoś wyjaśnienia, albo wprowadzenia. Może bohater dostał w głowę i go zamroczyło? Może jest w szoku, bo mu przed chwilą zabili towarzyszy? Warto zacząć od takich informacji, od zakorzenienia czytelnika w scenie. Inaczej ryzykujesz, że nie odczyta tego tak, jakbyś chciał (albo, co gorsza, nie zrozumie i się znudzi).
Patrząc jednak ogólnie na ten tekst, jest bardzo dobry. Z tego poziomu spokojnie możesz trzaskać kasę na pisaniu. O ile już tego nie robisz. 😀
Dzięki za ciepłe słowo :). Rzeczywiście założyłem, że czytelnik widzi tę scenę dokładnie tak jak ja i zabrakło wprowadzenia w klimat.
Od dawna już próbuję znaleźć trochę czasu, żeby zapisać historie z mojej głowy, ale jeszcze mi się to nie udało 🙂
Dziękuję za recenzję.
Bardzo, bardzo, bardzo mi się podobało. 🙂
Nie dodam teraz nic bardziej elokwentnego, przepraszam. ^^
Wiem, że post jest z zeszłego roku, ale nie mogłam się powstrzymać, aby nie skomentować – tekst bardzo mi się podobał, właściwie każdym słowem rozbudzasz wyobraźnię czytelnika. W tak krótkim tekście zawarłeś kilka poważnych myśli, wcale nie nudząc czytelnika (a przynajmniej mnie:) ), utrzymując dobry poziom napięcia i akcji. Podoba mi się, że dotknąłeś różnych aspektów przedstawionej sytuacji (np. „rośnie stan mojego konta”).
I ośmielę się nie zgodzić z komentarzem Autora SP (w moim pierwszym poście, o zgrozo! 😀 ) – właśnie sformułowanie „kolejny ktoś zamienia się w coś” bardzo przemówiła do mojej wyobraźni! Ktoś – człowiek zamienia się w coś – zwłoki, martwą materię organiczną… Dla mnie to sformułowanie miało w sobie coś z poezji i to pasowało w tym tekście. Ale to tylko subiektywne odczucie, profesjonalistką nie jestem, więc się nie znam;)
Witam 🙂 Cieszę się, że tu trafiłam. Bardzo pomocne rady i ciekawe posty. Duży plus dla autora. 😉 Po przeczytaniu kilku komentarzy i ja postanowiłam podzielić się swoim pomysłem. ^_^
Wrogów przybywało. Na miejscu każdego zabitego pojawiało się trzech kolejnych. Jednak Karin zdawał się tego nie zauważać. Krew zalewała mu oczy, rąbał na ślepo, ale klinga jego miecza bezbłędnie sięgała wrogów wyrywając z nich siłą życie oraz dusze. A z każdym poległym przybywało mu nowej mocy. Rany się zabliźniały, znacząc skórę brzydkimi szramami, ramiona odzyskiwały dawny wigor, dłonie ściskały pewniej broń, a stopy trzymały się twardo podłoża.
Nie pamiętał, o co walczył. Nie pamiętał, po której ze stron się opowiedział. Nie pamiętał nawet, czy ma dla kogo żyć. Teraz liczył się tylko ogarniający go szał. Chęć mordu, pragnienie cudzej krwi. I siła spływająca z jego ostrza, dotyk śmierci.
Posoka barwiła świat na czerwono. Lepiła włosy, znaczyła skórę niczym rytualne znamiona. Szkarłatny deszcz, wżerający się w umysł, ciało, powietrze i ziemię. Ofiara dla bezlitosnych Bogów Wojny.
Walczy niestrudzenie, sam, do końca. Póki słońce nie zgaśnie, póki niebo się nie zapadnie, po kres świata, niebios i piekieł. Jego uszy pieści muzyka bitwy. Niczym utęskniona kochanka, mami go cichą obietnicą. Szczęk stali wyznacza rytm, w którym porusza się ciało mężczyzny. Sprawne, szybkie, pełne energii, szukającej ujścia w groteskowym tańcu śmierci. Krzyki umierających scalają się w jedną, dziką pieśń, a nieme błagania ulatujących z ciał dusz majaczą gdzieś skraju umysłu. On słyszy je wszystkie i każdej pragnie odpowiedzieć.
Spotkamy się po drugiej stronie, przyjaciele.
W końcu muzyka milknie. Na polu bitwy nastaje nienaturalna cisza mącona krakaniem wron i trzepotem skrzydeł sępów. Zachodzące słońce zalewa niebo pomarańczową poświatą. Świat odzyskuje powoli dawne barwy. Tylko jego miecz pozostaje rażąco szkarłatny. Podoba mu się to. Tak jak wzgórze usłane trupami. Tysiące pustych oczu wpatruje się w niego z pogardą i wyrzutem, jednak on odpowiada na to tylko drwiącym śmiechem. Mdląca woń rozkładających się ciał wsiąka w ubrania i ciało. Opuszczają go powoli siły. Bitewny szał znika, a umysł trzeźwieje. I wie już, o co walczył, dla kogo, oraz to, że jest martwy, jak otaczające go truchła. Bez duszy. Bez nadziei. Bez przyszłości.
– Dobrze się spisałeś, synu – słysz dźwięczny głos.
Przed nim wyłania się kobieta. Całą skąpana w blasku białego światła. Jej włosy delikatnie falują na wietrze, a łagodny uśmiech obezwładnia.
– To wszystko dla ciebie.
Boginka kiwa w zadowoleniu głową, akceptując ofiarę, którą złożył jej u stóp.
– Czy teraz będę wolny? – pyta.
Kobieta smutno kręci głową i znika. Jego zalewa ciemność. Dryfuje w niej, przepada. Zatraca siebie. Wspomnienia się zacierają, a czas scala w jedną bezkresną przestrzeń. Aż w końcu wyłania się przed nim świat. Kolejne pole bitwy. Kolejne dusze, które musi oddać swej pani. Rozpoczyna się następna wojna.
Kurczę, nie jestem pewien, co o tym myśleć. Z jednej strony – no jest to tekst napisany barwnym językiem, ogólnie sprawnie. Na poziomie języka nie bardzo mam się czego czepić (poza drobiazgami, ale chyba nie będę tego ludziom wytykał paluchem). Naprawdę nie masz się czego wstydzić w kwestii operowania słowem.
Z drugiej strony, podczas lektury miałem wrażenie, że coś mi zasłania ten obraz, który chcesz pokazać. Musiałem się dodatkowo skupić, żeby faktycznie sobie wszystko wyobrazić. Teraz myślę, że powodem może być właśnie to, że próbowałaś zbyt wiele ująć w słowa. Być może dasz czytelnikowi lepszy widok, jeśli użyjesz mniejszej ich ilości? Ostatecznie, z każdym usuniętym zdaniem rośnie wartość tych, które zostaną.
Ciemne żelazo przeszyło ciało. Ciało tak delikatne w porównaniu z ostrzem miecza. Pierś człowieka uniosła się po raz ostatni i zamarła w bezruchu na zawsze. Przerażony żołnierz przytrzymał niezgrabnie martwe już ciało aby wyciągnąć z niego stal.
Młody człowiek trząsł się strasznie. Ledwie trzymał się na nogach. Był przerażony wszystkim dookoła. Nie tak to sobie wyobrażał. Teraz wiedział dlaczego to nie legioniści zostają poetami opiewającymi chwałę zwycięstwa. Tutaj nie ma żadnej chwały. Zamiast niej są tylko krzyki, krew, deszcz i … oczy. Cholera, te oczy, martwe oczy.
Wyciągnięcie oręża spowodowało potok krwi i innych płynów ustrojowych wprost na jego rękę.
Szybki odruch był nie do powstrzymania. Żołnierz zgiął się w pół i wyrzucił na zewnątrz skromną zawartość żołnierskiego żołądka.
Kurwa, czy po pierwszym trup zawsze kończył się tak samo? Przynajmniej następnym razem nie będę już miał czego zwymiotować.
Szybko podniósł broń z błotnistej kałuży i rozejrzał się dookoła. Jedynym słowem, które przyszło mu do głowy był chaos.
Splunął na ziemię resztkami wymiocin.
-Oby śmierć przyniosła ukojenie.
Scenka jest fajna, ale tekst krzyczy o bardziej wyrazisty język i płynniejszą narrację. Weźmy ten fragment, bo łatwo mi na nim pokazać, o co chodzi: „Wyciągnięcie oręża spowodowało potok krwi i innych płynów ustrojowych wprost na jego rękę”.
W tej formie zdanie jest po prostu koślawe, trochę jak z pisma urzędowego. Możesz je zmienić na wiele sposobów, żeby robiło lepsze wrażenie. Ja proponuję coś takiego:
Ścisnął rękojeść mocniej i pociągnął ku sobie. Krew trysnęła jak z zarzynanego prosiaka, prosto na nowe rękawice, które matka przysłała mu na zimę.
Celem opisu jest wprowadzenie czytelnika w to, jak na świat patrzy bohater (lub narrator, jeśli nie jest neutralny). Musisz to zrobić z użyciem możliwie niewielu słów, więc warto korzystać z każdej okazji, żeby zasugerować dodatkowe znaczenia albo wprowadzić szczegóły budujące postać i okoliczności.
Staraj się unikać sformułowań, które uświadamiają czytelnikowi dystans do wydarzeń lub przekazują mu zbytnio przetworzone informacje. Na przykład, piszesz „Był przerażony wszystkim dookoła”. Lepiej pokazać czytelnikowi całe to okropieństwo wojny, tak jakby patrzył bezpośrednio oczami bohatera. Mam zresztą wrażenie, że tego próbujesz, ale opis wychodzi zbyt oględnie. Jedyne, co zapada mi w pamięć to martwe oczy, ale one też pojawiają się bez kontekstu (czyje to oczy i dlaczego mam się nimi tak bardzo przejąć?).
A, i jeszcze jedno – unikaj powtórzeń jak ognia. Masz, na przykład, trzy razy „ciało” w pierwszym akapicie. Ludzie mogą Ci wybaczyć źle postawiony przecinek czy jakąś okazjonalną literówkę, ale powtórzenia zauważą bardzo szybko.
Trochę późno trafiłem na ten wpis, więc wątpię, żeby ktoś przeczytał moje wypociny, ale napisałem, to się podzielę 🙂
Korgh ociekał krwią, krwią wrogów, a zabił ich już wielu. Wokół niego można było pełno ciał, jednak dalej było znacznie więcej, wciąż żywych wojowników. Spierali się ze sobą wszędzie. Wymieszali się tak bardzo, że ciężko było rozróżnić, czy to swój, czy wróg. Niejednemu w ferworze walki zdarzyło się zranić swojego przyjaciela nim zdążył się spostrzec, kim naprawdę on jest.
Korgh ostrożnie przeczesywał wzrokiem okolice, w poszukiwaniu swojego celu. W końcu go dostrzegł – hełm z niebieskimi rogami. Musi to być w takim razie Maug, jeden z najważniejszych generałów Kheargickich wojsk. Jego śmierć może całkowicie zmienić wynik tej bitwy.
Korgh czym prędzej udał się w tamtą stronę. Wypluł resztki krwi, które miał w ustach i ostrożnie posuwał się w stronę swojego celu. W prawej dłoni trzymał potężny topór, w lewej natomiast okrągłą tarczę. Nie był jednak odziany w żadną zbroję, gdyż ograniczała ona tylko jego ruchy. Dostrzegł lukę w szeregach przeciwnika. To może być to! Schował się za pobliskimi skałami i gdy tylko nadarzyła się okazja, wyskoczył i kilkoma sprawnymi cięciami swojego topora pozbawił życia dwóch wrogich wojowników, co pozwoliło mu bez problemów dalej przedrzeć się w stronę Mauga. Pozostałymi żołnierzami się nie przejmował, gdyż ciężkie zbroje znacznie ich spowalniały. Wystarczyło tylko uciec na tyle daleko, żeby nie mogli niczym w niego rzucić. Konnica natomiast była na froncie, co oznaczało, że jedynym jego problemem mógłby być…
Korgh usłyszał jakieś poruszenie z lewej strony, a następnie dźwięk zwalnianej cięciwy. Czym prędzej podniósł tarczę, aby zasłonić głowę i bok. Całe szczęście łucznik nie celował w nogi. Strzała utkwiła w tarczy. W jej dolnej części znalazła się po chwili jeszcze jedna strzała, następna natomiast chybiła. Korgh oddalił się już na tyle daleko, że nawet wprawnemu łucznikowi trudno byłoby wycelować.
W końcu dostrzegł Mauga, przyspieszył więc kroku. Kiedy znalazł się już tylko kilkanaście metrów od niego, zaczął biec. Następnie rzucił tarczą w przeciwnika, chwycił topór w dwie ręce, podskoczył i zadał potężny cios zza głowy. Topór precyzyjnie trafił w sam środek hełmu i przeciął go na dwie równe połowy, wraz z jego zawartością. To był szybka śmierć. Był to też zapewne koniec bitwy.
Pozostało mu jeszcze czym prędzej schować się w bezpiecznym miejscu i oczekiwać dalszego przebiegu wydarzeń…
Uff… Za dużo ekspozycji! Opisujesz wszystko na chłodno i dostarczając zdecydowanie nazbyt licznych szczegółów.
Szczegóły, same z siebie, są dobrą rzeczą – czytelnik chce wiedzieć, co się dzieje. Prawda jest jednak taka, że łatwo przegiąć i zarzucić go informacjami zupełnie nieistotnymi. Bo to Ty, jako autor tekstu, decydujesz, co jest istotne i na co chcesz zwrócić uwagę. Jeśli Twoim zdaniem istotne jest wszystko, co Ci przyjdzie do głowy, każdy dodatkowy szczegół umniejszy tylko znaczenie pozostałych. Ostatecznie – na własne życzenie odbierasz swojej prozie impet.
Przykład. Piszesz: „Korgh ostrożnie przeczesywał wzrokiem okolice, w poszukiwaniu swojego celu. W końcu go dostrzegł – hełm z niebieskimi rogami. Musi to być w takim razie Maug, jeden z najważniejszych generałów Kheargickich wojsk. Jego śmierć może całkowicie zmienić wynik tej bitwy.”
Po kolei. Skoro Maug jest szychą, nie musisz czytelnikowi mówić, że jego śmierć będzie miała znaczenie dla wyniku bitwy. Ostatnie zdanie jest więc w całości do wyrzucenia.
Dalej. Maug jest „jednym z najważniejszych generałów”. To ilu tych generałów jest jeszcze na tym samym polu walki? Ilu musi Korgh zaciukać, żeby było, że wygrał? Jeżeli Maug to głównodowodzący sił obecnie zaangażowanych w bitwę, nie piszesz o tym, że są jeszcze jacyś inni dowódcy, gdzieś tam, pięćset kilometrów stąd, w stolicy. Maug to po prostu przywódca, wódz – cel dla Krogha.
Dalej! Skoro Maugha można łatwo poznać po niebieskich rogach na hełmie, Krogh nie musi dywagować czy to on, czy nie on. Piszesz: „Musi to być w takim razie Maug”. Krogh to morderca. Drapieżnik. Widzi ofiarę i rzuca się na nią. Stwierdzenie „musi to być w takim razie” ani razu nie zaświtało mu w głowie. Czemu na się pojawiać czytelnikowi?
Jak to zrobić lepiej? Można na wiele sposobów, oczywiście. Ja proponuję tak:
Krogh podniósł się znad martwego ciała i rozejrzał wokół. Tam, daleko, za szeregami Khergickich wojsk, tchórzliwie krył się Maug, generał trzeciego legionu. To jego ludzie palili wioski stąd do wybrzeża. Korgh chwycił mocniej topór i ruszył przed siebie.
Dzięki za odpowiedź. Masz rację, w Twojej wersji brzmi znacznie lepiej 🙂
Nie wiem, czy ktoś to jeszcze przeczyta, ale napisałem to się podzielę, chociaż jest to dość krótkie w porównaniu z resztą obecnych tu dzieł 🙂
Żołnierze Zjednoczenia z przerażeniem w oczach spoglądali na potwora walczącego po stronie Koalicji. Wyglądał jak człowiek, ale jednocześnie człowieka w niczym nie przypominał. Nie miał broni, walczył gołymi rękami, skąpanymi w błękitnych płomieniach. Splamiona krwią, młoda twarz wykrzywiona była w nieludzkiej ekstazie, w czarnych oczach błyszczały srebrne iskierki.
Och, jak Jayden to kochał, tak bardzo kochał rozszarpywać tych wszystkich słabych ludzi, pożerać ich żałosne duszyczki. Kule nie stanowiły dla niego problemu, potrafił ich unikać, roztapiać w powietrzu płomieniami Piekła, zbroja, w którą zaopatrzyła go Koalicja również robiła swoje.
Nic jednak nie było w stanie uchronić żołnierzy Zjednoczenia przed jego głodem.
No tak, rzeczywiście krótki tekst. 🙂 W zasadzie to po prostu opis bohatera. Ogólnie jest spoko, choć moim zdaniem dałoby się to zrobić bardziej dynamicznie i „gładko”. Na przykład zdanie „Wyglądał jak człowiek, ale jednocześnie człowieka w niczym nie przypominał” – samo z siebie niczego nie mówi czytelnikowi. Po takim zdaniu musisz doprecyzować, o co ci chodziło (że miał ludzką formę, jak zakładam, ale człowiekiem nie był). No a skoro musisz zmarnować przestrzeń na dodatkowe zdanie precyzujące pierwsze, to znaczy, że pierwszego do niczego nie potrzebujesz.
A – i nie kumam zakończenia. Przechodzisz od opisu rynsztunku bohatera do sytuacji, w jakiej są żołnierze Zjednoczenia w taki sposób, jakby to zbroja Koalicji miała owych żołnierzy chronić przed głodem Jaydena.
Żałuje, ze trafiłam tak późno w to miejsce. Ćwiczenie wykonałam, więc wkleję. Potem sukcesywnie zabiorę się za następne. Nawet jeżeli nikt nie przeczyta – mam zapis treningu (chociaż lepszy by był z uwagami ;P)
Przetarła twarz wierzchem dłoni. To co jej chlusnęło przed chwilą w oczy z pewnością nie było tylko błotem. Spojrzała na swoje ręce uwalane w krwi, drobinki kości i mięsa komponowały się na jej skórze w drobne, niesymetryczne kwiaty. Leżała tak w błocie i kontemplowała swoje dłonie, kiedy obok niej z łoskotem uginającej się blachy gruchnął sir Bond.
Popatrzyła na niego beznamiętnie, po czym sięgnęła i popukała w jego przyłbicę.
– Bond?
Przybliżyła się aż dotknęła nosem metalu. Odór skwaśniałego trawionym winem oddechu i śmierci gryzł ją w oczy.
– Sir Bond?
Znów gruchnięcie, tym razem za nią. Jakiś rzezimieszek z nadmorskich Miast Pirackich tańczył w konwulsjach. Zmarszczyła brew. To jest to. Gdzie ludzie Miast Pirackich tam i wywerny. Wychyliła się znad warstwy trupów, która ukrywała ją skutecznie do tej pory. Nasłuchiwała wśród szczęku broni i okrzyków zwierających się zbrojnych. W końcu odnalazła. Ciche piśnięcia, na granicy słuchu ludzkiego. Zwierzę zbliżało się do powalonego pana wydając z siebie żałosne, krótkie szczeknięcia. Narya pochyliła się ukrywając za ciałem rzezimieszka. Z obrzydzeniem odnotowała, że jej dłoń zapada się w czymś obrzydliwie ciepłym, odepchnęła te myśli. Maleńka wywerna przycupnęła przy głowie swojego pana i trącała wąskim, gadzim pyszczkiem jego bujną, aczkolwiek szczególnie martwą brodę.
Narya przez chwilę obserwowała zwierzę, w końcu jej dłoń wystrzeliła i pochwyciła mocno zaciskając palce na wątłej szyi. Nie dbała o życie stworzenia, nie musiała go dostarczyć żywego, ponadto jej palce były ubabrane wymieszaną z błotem krwią co skutecznie utrudniało chwyt. Wywerna wiła się sycząc, rozkładała drobne skrzydełka i drapała jak oszalała, jednak łotrzyca wciąż zacieśniała chwyt i w końcu pogruchotała cienką szyję. Przyciągnęła truchło do siebie i sięgnęła po sztylet, którym do tej pory torowała sobie drogę wśród gąszczu upoconych walką ciał.
Niezły zarobek. Skóra wywerny, jej pazury, a także serce i jad osiągały naprawdę niezłe ceny. Tym razem jednak nie zarobek chodziło. Zleceniodawca miał jej brata…
Trzaśnięcie odebrało jej dech i wzrok. Ciemność, która zalała otoczenie odebrała jej także czucie w rękach. Zamroczona szarpała się by odzyskać panowanie nad sobą. Słabe przebłyski docierały do niej, w końcu budząc ją w pełni bólu i świadomości. Otworzyła oczy, jej głowa była obrócona na bok, widziała swoją dłoń, w której nadal trzymała wywernę. Jednak ręka ta była niepokojąco daleko. Zanim dotarły do niej wszelkie refleksje z tym związane, poczuła na twarzy podmuch. Odwróciła się jękiem.
Patrzyła w olbrzymią, wypełniona ostrymi zębami, wąską paszczę. Spomiędzy ostrych jak szpilka, śmiercionośnych kłów zwisały ścięgna, a krople krwi kapały jej prosto w oczy. Mrużyła je oszołomiona widokiem. Wyglądała jakby płakała posoką.
– Niezły zarobek…
dopiero wczoraj wpadłam na spisek, spodobało mi się ćwiczenie pierwsze, więc napisałam, co mi przyszło pierwsze na myśl
Ustaliliśmy, że tym razem zrobimy mały krwawy szoł. Granie w kapeli trash metalowej zobowiązuje. Zeb zgodził się upaprać w czerwonej farbie Ja miałem tubki w rękach, żeby jak rozerwę mu kamizelkę, to niby ze skórą i wyciągnę niby serce i będzie niby szamańsko. Zwłaszcza, że koncert będzie na wolnym powietrzu, niebo, gwiazdy, wiatr.
Przy trzecim kawałku doskoczyłem do Zeba i chlas! Publiczność zawyła. Nasze wilki! To, plus mały kwasek przed koncertem zadziałało jak petarda. Rozkręciłem się i zacząłem mazać łapami po wszystkich instrumentach i drzeć mordę bardziej niż zwykle. Trochę za dużo miałem farby i się rozlała i pierdolnąłem na podłogę i cisza.
Ocknąłem się na ziemi pod sceną, ktoś mnie poił wódką. Chciałem odepchnąć go ręką, ale nie miałem czucia, pokręciłem głową, żeby przestał. Przestał i pobiegł, a mój wzrok za nim.
Ludzie szaleli z pochodniami, machali nimi i rzucali, próbowali podpalać siebie nawzajem. Niektórzy mieli chyba noże, ale jakieś takie duże, bo widziałem je z daleka. Widziałem też jak się zamachują, ale nie widziałem czy kogoś ranią. Dwóch długowłosych, naćwiekowanych dryblasów niosło ze sobą trzeciego, który się wyrywał. Nie wiem gdzie poszli, bo zniknęli za sceną. Wrzaski i wycie wszędzie, charczenie, szczekanie, bieganie, tarzanie. I swąd. Skąd oni kurwa wzięli pochodnie? Kto ich wpuścił z nożami? Dlaczego tak się zachowują? Gdzie jest pierdolona ochrona?
Po prawej stronie usłyszałem rytmiczny tupot, coś jakby marsz. Odwróciłem głowę i widzę słup, a do niego przywiązany jest człowiek. Nie wiadomo czy to chłopak, czy dziewczyna, wszyscy mają czarne skóry i długie włosy. Ten człowiek się nie rusza. Kilka osób układa gałęzie pod stopami przywiązanego. Inni tupią w jeden rytm. Jest kurwa jasne, że chcą podpalać. To nie może być prawda! Zaczynam wrzeszczeć na całe swoje trashowe gardło, ale nikt mnie nie słyszy. Nie mogę się ruszać, rzucam się na brzuch i próbuję czołgać. Mam czynne tylko ramiona, więc przesuwam się w nanoodcinkach. Ktoś przebiegł mi po plecach. Odwrócił się, wraca, bierze mnie pod pachy i wlecze w stronę słupa.
Dopiero odkryłam tę stronę, ale już mi się podoba, jest wprowadzona w ciekawy sposób, więc jestem pewna, że będę tu często wpadać, a o to co udało mi się napisać:
Idę….
Biegnę… Wszystko wiruje, potykam się o ciała, nie widzę żadnej żywej duszy, wszystko zamarło…
Stanąłem… już chyba nikt mnie nie goni, tak chyba jest już spokojnie, stoję przed ciałem pięknej dziewczyny, musiała nie dawno zginąć, bo po jej policzkach spływa jeszcze krew. Stoję i patrzę jak kropla po kropli upada na rozżarzony asfalt. W rozbitej witrynie sklepowej widać zakrwawione kawałki szkła. Zaraz za nią leży ciało mężczyzny. jego ubranie jest poszarpane, kawałki materiału ledwo trzymają się ze sobą, jakby kosztowało je to wiele wysiłku. Jego ciało jest całe we krwi wszędzie widać rany jakby od cięcia nożem. Nie daleko, pod ścianą była dziewczyna, ale miała mnóstwo ran – jak ten chłopak, nie mogła żyć… a jednak! Ruszyła się. Patrzę na nią w osłupieniu, może była jednym z nich. Tak… otworzyła oczy i już wiem, jest moim wrogiem.Moje serce zaczyna bić szybszym tempem , ale wiem, że muszę uciekać. Cholera jasna stoję na środku ulicy nad jakąś dziewczyną, jestem łatwym celem. Zaczynam uciekać w stronę kamienicy, obracam się widzę jak wstaje, jak składa swoje ciało i zaczyna za mną biec. Tacy jak ona są nieśmiertelni, możesz władować im w serce cały magazynek a i tak ich to nie powstrzyma. Co to jest i jak to zabić? Są jak ludzie, tylko ich oczy… tak te ich oczy. Całe czarne jakby wypełniała je pustka, Jest w tym coś mrocznego, ale i fascynującego. Chowam się w jakiś mieszkaniu i szukam schodów. W Kamienicach takich jak ta zawsze są jakieś schody, pozostałości po wojnie państw, ale teraz…teraz to coś więcej, to wojna światów. Muszę znaleźć te schody, muszę uciec. Tak, są! Jak sprytnie schowane, odsuwam dolną półkę szafki i powoli wchodzę do środka, żeby nie robić dużego hałasu, potem zamykam drzwiczki i zasłaniam schody półką. Dobrze, że mam tę małą latarkę od siostry, Wprawdzie nie daje wiele światła, ale wystarczy, żeby oświetlić drogę. Schody są strasznie kręte i strome, ale muszę się spieszyć zanim mnie dogoni. Schodzę tak szybko jak tylko potrafię, po moim czole spływają krople potu a moje serce bije jak szalone. Już prawie jestem u celu, ale.. O nie! Leża tu ciała, chyba domowników, zaraz za nimi są drzwi, co jeśli te stworzenia tam są? Co jeśli zostałem zwabiony w pułapkę? Słyszę szelest i skrzypienie, to chyba te drzwiczki od szafki kuchennej. Znalazła to przejście? Chyba tak, właśnie przesunęła deskę. To koniec jestem w potrzasku. Ale jak udało jej się znaleźć to tak szybko, ja wiedziałem, że jest drugie wyjście, ale ona? Może…może ona zna to miejsce. Co jeśli oni też są tymi stworami. Sprawdzę ich oczy i tak nie mam już nic do stracenia. Tak… ich oczy są czarne… ale w takim razie jak zgineli, nie widać żadnych ran na ich ciele. Co je zabiło? Nie mam na to czasu, albo zaryzykuje i wyjdę przez te drzwi, albo tu zostanę. Nie ma już bezpiecznego miejsca, stawką jest życie i przetrwanie, ale jak mam tego dokonać?
Robi się coraz gorzej, co chwilę widzę padające ciała moich przyjaciół, ale nie mogę się poddać, nie teraz. Powinnam być teraz w domu, z dziećmi, ale nie mogę.
Zwinnym ruchem odcięłam głowę stworzeniu, które pojawiło się po mojej prawej stronie i dopiero teraz zauważyłam, że stoję pośrodku kręgu. Otaczały mnie nieznane mi dotąd istoty. Zdaje mi się, że każdy dowiedział się o nich dopiero dzisiejszego poranka, kiedy to potwory wkroczyły na teren Ameryki Południowej.
Jestem wdową a niedawno weszła nowa ustawa, mówiąca, że przynajmniej jedna osoba z domu musi być w pełni gotowa do służby. Byłby to mój mąż, był oficerem wojskowym, ale zginął podczas wojny w Iraku, a ze względu na to, że mój najstarszy syn ma 6 lat, musiałam to być ja. Dzisiaj równo o godzinie 5:35 nad ranem zapukali do moich drzwi żołnierze, powiadamiając o pilnym poborze. Powiedzieli tylko o mutantach, którzy są dwa razy silniejsi niż my, a pistolety nie mogą ich złamać. Rozpoczęła się szybka produkcja złotych mieczy, bo tylko złoto zdolne jest ich zabić. Przynajmniej tak mówili wieśniacy, którzy spotkali ich jako pierwsi.
Po co te potwory przybyły i skąd się wzięły? Nie mam pojęcia.
Spojrzałam na grupę obcych, którzy mnie otaczali. Byli mniej więcej mojego wzrostu, na twarzy pokryci okropnym, ciemnobrązowym futrem. Dłonie również pokryte były futrem, a kończyły się długimi na przynajmniej dziesięć centymetrów grubymi i ostrymi pazurami. Trzymali topory wykonane z tworzywa, którego nie mogłam rozpoznać, prawdopodobnie ludzkość jeszcze takiego nie znała.
Zdałam sobie sprawę ze nie uda mi się ich pokonać. Zrobiłam krok do przodu, wchodząc w kałużę gęstej krwi wymieszanej z posoką, płyn pobrudził mi nogawki przyległych, ale bardzo wygodnych spodni. Jednym ruchem odcięłam głowy trzem odmieńcom, ale to nie było dobrym pomysłem, gdyż reszta ruszyła w moją stronę, rozwścieczona śmiercią trzech sojuszników. Kopniakiem próbowałam odepchnąć jednego z nich, wtedy zostały trzy, z którymi i tak nie miałam szans. Wokół nas nadal toczyła się zawzięta walka miedzy ludźmi, a stworzeniami. Każdy był ranny, lecz pomimo to walczył. Ja też. To nie była zwykła wojna. Tu nie chodziło o poszerzanie terenów, czy pożyczone przez jakiś kraj pieniądze. Tu chodziło o życie naszych dzieci, które teraz wystraszone siedziały w domu, o ile jeszcze żyły. Chodziło o przetrwanie. Nagle ktoś od tylu poucinał głowy dwom stworom. To człowiek! Ktoś mi pomógł! Może mi się udać…
-Dziękuję- krzyknęłam.
-Nie mamy czasu na dziękowanie!- odkrzyknął mężczyzna. Oczywiście, miał rację, przecież jesteśmy pośrodku wielkiej bitwy o nasze dalsze życie albo śmierć.- Uważaj, za tobą!- Wrzasnął.
Odwróciłam się szybko, ale niczego tam nie zauważyłam. Każdy walczył jak przed dziesięcioma sekundami, nic się nie zmieniło, czemu mnie ostrzegł? Odwróciłam się z powrotem. Mężczyzna zadał mi cios w brzuch krótkim nożem. Nie wiedziałam czemu to zrobił.Spojrzałam na dół, w miejscu brzucha rozprzestrzeniała się wielka czerwona plama. Nie mogłam dłużej, rzuciłam się na kolana z bólu. Zauważyłam że twarz mężczyzny się zmienia. Zaczęło na niej wyrastać futro, ostre zęby ukazały się w przerażającym uśmiechu, a paznokcie zaczęły zmieniać się w okropne pazury. Odrzucił krótki nóż, a zza pasa wyjął długi na półtora metra miecz, taki sam jakie miała reszta z jego gatunku.
Kątem oka dostrzegłam jeszcze, ze ciała które wcześniej leżały, powalone przez niego, odnawiają się, wyrasta im nowa głowa a oni wstają i chwytają swoje miecze, całe ubrudzone krwią. Oni są niezniszczalni.
Mutant kopnął mnie jeszcze, a ja padłam na plecy, czując przerażający ból, nie mogę umrzeć, co z moimi dziećmi? Nie chce żeby zostały zabite. Liczyły że wrócę cała, a tymczasem nie dość że ja umrę, to jeszcze one zginą z rąk tych potworów. Odmieniec wbił swój długi miecz w moje serce.
Zrozumiałam, że ta bitwa nigdy nie będzie wygrana.
Tętent końskich kopyt zagłuszał metaliczne odgłosy zderzających się mieczy i ostatnich tchnień wojowników. Większość z nich już dawno zapomniała dla kogo walczy i po co. Po głowie chodził im tylko strach. Strach przed śmiercią. Strach przede mną. Och, oni mnie oczywiście nie widzą, ale wyczuwają. Każdym porem skóry, każdym wdechem, każdym dźwiękiem. Czują mój zimny oddech na ich karku.
Gdybym powiedział im czego tak naprawdę się boją byli by zszokowani. Ponieważ oni nie boją się mnie, dusza nie lęka się śmierci ona ją akceptuje. Tak naprawdę każdy z nich boi się …strachu. Strachu przed uderzeniem przeciwnika, a nie uderzenia, strachu przed bólem a nie samego bólu. Gdy stoję tak pośród nich i zbieram swoje żniwo niewidzialny, a jednak obecny ktoś mógłby powiedzieć, że to ja zabieram im życie. Cóż ja tylko ..zbieram dusze.. przepełnione nienawiścią, gorące od gniewu , przelane rozpaczą dusze. Z moich wieloletnich obserwacji wnioskuje, że ludzie nigdy nie przestaną się zabijać. Z jednej strony jest mi to na rękę bo nigdy nie stracę roboty, a z drugiej.., czuję żal. Żal do tych wszystkich, którzy nieumiejętnie pokierowali życiem. Żal do tych lekkomyślnych za ich głupotę, że nigdy nie zastanawiali się czy wrócą z tego szaleństwa? Bo czymże jest wojna jeżeli nie szaleństwem?, istną głupotą ludzi. Bo na całym świecie tylko jeden gatunek jest na tyle idiotczny by zabijać się nawzajem. Ciekawe, który…
Kolejna kula świsnęła mi koło ucha. Czuję, że już niewiele wytrzymam. Drżącą ręką chwytam pistolet. Celuję do stojącego najbliżej mężczyzny. Przyglądam mu się chwilę. Wygląda bardzo młodo. Zbyt młodo na śmierć. Dlaczego musiało nas to spotkać? Świadomość odbierania komuś życia przytłacza. Jeśli za chwilę nie nacisnę spustu, to właśnie moje ciało dołączy do tego przerażającego cmentarzyska. Huk.
I już po wszystkim. Pod moimi stopami płynie ocean ciemnej powoli krzepnącej krwi. A w nim toną bezwładne ciała innych żołnierzy. Moich przyjaciół i wrogów. Jeszcze chwilę temu stali po przeciwnych stronach, teraz wspólnie odchodzą do innego świata. I nagle nie ma bezsensownych podziałów. Nagle nie liczą się odmienne poglądy czy inna flaga na mundurze. Więc po co to wszystko? Patrzę na kolejnego młodego chłopaka, który rzucił się na pomoc koledze. Nie wie, że moje kule są bezbłędne.
I znowu mam idealną okazję. Podnoszę pistolet. Tysiące myśli. Ale tylko jedno pytanie: dlaczego? W oddali słyszę jakieś krzyki. Już wszystko mi obojętne. Już nigdy więcej nie zabiję. Rzucam broń.
I nagle ogarnia mnie dziwne uczucie. Powoli osuwam się na ziemię. Łapię ręką za serce. Ciepło. Zbyt ciepło. Zamykam oczy. Przepraszam – szepczę ostatkiem sił. I tonę w krwistej czerwieni.
Postanowiłam, że podejmę się wszystkich ćwiczeń, które daliście do zrobienia więc zaczynamy.
Pustynia Slag przepełniona była zwłokami Aniołów i demonów. W powietrzu unosił się zapach krwi i jadu, potu i śmierci, które były wynikiem sądu ostatecznego. Wszyscy walczyliśmy w jakimś celu, ale tylko jedna strona mogła wygrać. Idę środkiem rzezi, która z pewnością przejdzie do nowej Biblijnej historii. Nie było mowy o przymierzu, choć wielu z początku o niego walczyło. Rozgrzane podłoże pustyni mogłoby stopić podeszwy butów, a szczeliny w ziemi prowadziły do najkoszmarniejszego miejsca w całym wszechświecie – nicości. Wielu wiernych starało się jeszcze resztkami sił zawalczyć o swoje. Ludzie – gatunek, który utracił władze już dawno i do tego został ukarany za to, że mu ją dano. Sami są sobie winni. Nie zasłużyli na dar jaki im podarował, bo nie potrafili go właściwie wykorzystać. Mimo to dostałem się do świątyni, która jest jedynym ratunkiem dla nas wszystkich. Właściwie nie ona, ale to co się w niej znajduje.
Zaginiona od stuleci włócznia, którą przebito bok Jezusa. Dała początek nowej erze i teraz ma szanse zrobić to znowu. Wystarczy tylko, że dostanę się do środka i ją odnajdę. A później wrócę do piekła i wymierzę ją w Szatana. Tuż przed wejściem zdaje sobie sprawę, że moje plany zostały rozszyfrowane. Czemu? Głównie dlatego, że zostałem otoczony przez piątkę Cieni, która najwyraźniej nie przyszła pogadać o tym co u mnie przy piwie.
– Witam panowie, szukacie czegoś? – pytam z sarkazmem. Odpowiada mi tylko głucha cisza. Jak zawsze są rozmowni. Główny dowódca, który stoi przede mną podnosi dłoń, próbując mnie tym gestem zatrzymać. Nie rozmyślam zbyt długo tylko łapię za rękojeść miecza, który zwinąłem archaniołom kilka tygodni temu. Oni mieli te swoje anielskie moce, mi nie zostało już prawie nic. – Okej, jak wolicie. – Szybkim ruchem wyciągam potężny miecz zza pleców sprawnie wymierzam ostrze w jednego z nich. Cofa się do tyłu od zadanego ciosu, ale zostało ich jeszcze czterech, których nie mniej szybko atakuje. Staram się celować w szyję. Po ich odcięciu mam przynajmniej pewność, że już się nie odrodzą. Jednak oni sprawnie unikają moich ciosów, a ostrze trafia tylko w ścianę gorącego powietrza. Próby trwają kilka minut, czyli wystarczająco długo bym zmęczył się tym całym uganianiem. Kiedy jestem bliski końca i upadam na kolana, wpatrzony w pękające podłoże pustyni myślę tylko o tym, że przynajmniej próbowałem. Słyszę jak czwórka wysłańców Szatana zbliża się do mnie chcąc wymierzyć ostateczny cios.
Ich chłód otacza mnie ze wszystkich stron, ale nie mogę się poddać. To takie nie w moim stylu i nawet nie na miejscu zważając na okoliczności. Ostatkiem sił unoszę swoje ciało, trzymając miecz w dłoni i z okrzykiem unoszę się na nogach, zataczam bronią koło wokół siebie pozbawiając wszystkich czterech cieni głów i ostatecznie usuwając przeszkodę ze swej drogi. Ich ciała zmieniają się w pył, a przede mną rozpościera się mój ostatni cel. Świątynia Czterech Żywiołów, która pogrzebała Włócznię Przeznaczenia.
Czekam na ocenę i pozdrawiam
Ojejej, szkoda, że tak późno ćwiczenie zauważyłam :< Skoro tylu próbuję, to i ja coś od siebie machnę. Miało być krócej, a wyszło, jak zwykle ;-;
Ten moment jest inny. Różni się od innych, choć ciężar na moim grzbiecie nie zwiększa się, a ustrojstwo zamontowane w pysku jest tak samo niewygodne. Czuję to napięcie, niezliczoną ilość razy większe, niźli dotychczas. Chcę w końcu rzucić się naprzód, w tę rozmazaną przestrzeń, ale jednocześnie zawrócić i uciec jak najdalej. Niezdecydowanie sprawia, że nie mogę ustać w miejscu, ryję spękaną ziemię kopytami, niepewny chwil, które mają nastąpić. Co się stanie? Dlaczego wszyscy tak się denerwują, dlaczego niektórzy moi krewniacy wycofują się i stają dęba?
Boją się.
Czy ja też powinienem?
Powoli, jedna za drugą, moje nogi stawiają kroki w tył. To się dzieje niezależnie od mojej woli. Coś we mnie wie doskonale, że tam, przede mną, czeka śmierć, zimna i ciemna, roztaczająca swoje ramiona niczym noc. Tam, przede mną, czeka krew, strach i ból. Mam dobrowolonie pójść? Mam pozwolić się zabić? Przecież to absurd, to szaleństwo! Szarpię głową w geście odmowy, nie czując, jak ręka mojego pana ruchami coraz bardziej zdecydowanymi nakazuje mi posłuszeństwo. Nie pójdę! Nie!…
A co z moim panem? Czy on też się boi?
Nie sprawia takiego wrażenia, a przynajmniej ja nie czuję jego strachu. Nagle ogarnia mnie coś na kształt otępienia, zaniechuję wszelakich protestów i posłusznie wracam do szeregu. Nie mogę się bać, skoro mój pan tego nie chce. On na mnie liczy. Jego tylko mam. Nie wiem, czego chcesz od tej wojny, mój panie, a tym bardziej, po co ja ci jestem potrzebny, ale będę dobrym koniem. Nie zawiodę cię.
Nagle – krzyk.
To już, to ten moment! Chcę ruszyć, ale pan nie pozwala. Spokojnie ujmuje wodze w dłoń i dopiero teraz daje ów bolesny sygnał ostrogą, znaczący, że mam dać z siebie wszystko. Zrywam się więc z miejsca, od razu przechodząc w galop, ignoruję wszelkie inne czynniki. Słyszę już tylko tętent kopyt moich krewniaków i swój, świst piór u zbroi mego pana oraz szum gorącego wiatru w uszach. Strach i niepewność znikają, już nie ma odwrotu.
Szybciej, szybciej, szybciej!
Widzę przed sobą inne konie wraz ze swoimi panami. One także pędzą wprost na mnie i, tak, jak ja, nie wiedzą, po co to robią. Zatrzymać się? Nie, pan daje wyraźny sygnał, pan każe biec dalej, nie zważając na to, że jeżeli nie zwolnię, zderzę się z nimi? Że pozabijamy się nawzajem?
Czy to o to właśnie chodzi panu? O śmierć tamtych?
Brzeszczot czyjegoś miecza z brzękiem odbija się od mojego stalowego napierśnika, a ja widzę przed sobą twarz owego człowieka, twarz, na którą rzuciło cień przerażenie i perspektywa rychłej śmierci pod moimi kopytami. Mężczyzna pada, a ja czuję, jak moje kopyta zagłębiają się w jego ciało. Wiem, że będą kolejni, którzy podzielą los tego człowieka, ale już nie przejmuję się tym tak, jak przejmowałbym się jeszcze przed półgodziną. Adrenalina mojego pana udziela się i mnie, z uporem prę naprzód, nie widząc śmierci, zbierającej swe żniwa. Nie widzę bólu, lejącej się wszędzie krwi i z wolna ogarniającego wszystko chaosu. Mam tylko jeden cel: słuchać rozkazów pana, on zaś mówi – "Naprzód!"
W pewnym momencie pan zmienia jednak zdanie. Ostrym szarpnięciem za kawałek metalu, umieszczony w moim pysku, osadza mnie w miejscu tak nagle, że przysiadam na zadzie, zadzierając głowę i wystawiając na cios nieosłonięte gardło. Płacę teraz cenę za swą głupotę – w moją miękką szyję, niczym wilcze zęby, wgryza się grot wypuszczonej przez kogoś strzały. Nie mogę nabrać powietrza, a mój rozpaczliwy kwik zalewa fala krwi. Nogi, sparaliżowane bólem, nagle odmawiają posłuszeństwa, uderzam więc swoim ciałem o przesiąknięty cudzą posoką grunt, przygniatając sobą pana.
Cały świat, wszystka ta bitwa rozmywa mi się przed oczami, czernieje. Ból, rozchodzący się po całym ciele powoli gaśnie, zgiełk bitewny cichnie. Nie chcę umierać, nie mogę zawieść pana! Próbuję jeszcze poruszyć się, ale jestem już zupełnie odrętwiały. Nie mogę nic zrobić, nic, tylko osunąć się w tą ciemną i zimną otchłań.
Ach, panie, panie, zawiodłem cię!…
Nad polem bitwy unosił się okropny smród.
Łuny na wschodzie i północy rozświetlały horyzont. Wszędzie dookoła płonęły zniszczone wozy, barykady i stosy martwych ciał. Było niemal tak jasno jak za dnia.
Roland_11 rozglądał się szukając swego celu. Hełm wyrzucił już na początku bitwy, przeszkadzał mu tylko. Ograniczał pole widzenia i potęgował panujący dookoła łoskot broni zmieszany z wrzaskami rannych i umierających.
Poprawił łuskową zbroję ciasno opinającą jego ciało nadal obserwując sytuację dookoła i wreszcie go dostrzegł. Jakieś dwieście kroków przed nim nad zmasakrowanym ciałem pochylał się chudy człowiek w czarnym płaszczu.
Po chwili człowiek ów powoli podniósł się i jakby nie zważając na toczącą się wokół bitwę zaczął szybkim krokiem maszerować w sobie tylko znanym kierunku.
Roland bez zastanowienia rzucił się za nim i w tym samym momencie na jego drodze stanął potężny mężczyzna odziany w ciężką zbroję płytową. Otaczające go płomienie odbijały się w wypolerowanym metalu nadając mu upiorny wygląd. Efektu dopełniały płonące w głębi garnczkowego hełmu pałające nienawiścią oczy.
Roland ledwie uskoczył przed ostrzem spadającym na niego z prędkością błyskawicy, wykręcił się w półpiruecie i ciął mierząc w szparę pomiędzy płytami pancerza. Nie trafił, stal brzęknęła głośno. Przeciwnik zaatakował ponownie, tym razem celując nisko, w kolana. Roland_11 przeskoczył nad mknącym nisko ostrzem i z całej siły uderzył głowicą swego miecza w hełm przeciwnika.
Ten zachwiał się i zrobił dwa kroki do tyłu. Roland korzystając z bliskości przeciwnika wyszarpnął zza pasa puginał i z całej siły pchnął nim w odsłonięty bok wroga.
Wtem usłyszał jak ktoś wykrzykuje jego imię. Odwrócił się i w tym momencie otrzymał potężny cios pancerną rękawicą w tył głowy.
Zwalił się na ziemię i zdążył tylko zobaczyć spadający na niego sztych miecza. Zapadła ciemność.
– Roland… Roland!- kobiecy głos dochodził do niego coraz wyraźniej.- Roland, synku!
– Czego chcesz mamo?- zapytał rozdrażnionym głosem.
– Synku, skończ wreszcie z tymi grami, wyjdź na zewnątrz, pobaw się z kolegami.
– Mamo mam dwadzieścia pięć lat. Nie mam już kolegów- odpowiedział zdejmując swój najnowszy nabytek, hełm 3D wysokiej rozdzielczości z interfejsem mózg-komputer.
No, to i ja spróbuję… Nabieram rozpędu do wznowienia prac nad powieścią, poniższy fragment uznaję jako koncept większej całości 😉
Chwilę potem byli już pod gospodarstwem. Z placyku i otaczających go budynków dochodziły jęki i konwulsyjne wycie. Stalkerzy rozdzielili się na dwuosobowe oddziały i każdy zajął bojową pozycję we wcześniej ustalonym miejscu. Plan na nic! Kogoś zauważono. Rozległy się strzały. Ciche podwórze zmieniło się w pobojowisko.
Kirył obiegł dookoła starą stodołę, a może szopę na sprzęt rolniczy – niski, przysadzisty, betonowy budynek bez okien z tej strony – i wpadł w sam środek wymiany ognia. Po przeciwnej stronie, w na wpół zawalonym piętrowym domku dostrzegł jakiś ruch. Na płaskim dachu budynku po lewej też. Z dobudowanej do mijanej przed chwilą stodoły niewielkiej szopki wychyliła się głowa, a tuż za nią ręka ściskająca słabo PMm. Odruchowo wypalił w tamtą stronę. Drewniana framuga drzwi popękała, jakby miała eksplodować – wszędzie latały wióry, trociny i szczapki zgniłego materiału. Z ciemnego wnętrza dobiegł słabnący jęk. Po chwili zza ściany wylała się omdlała, bezwładna dłoń. Pistolet wypadł i wylądował dwa kroki dalej.
Nie widział tego. Schował się za paskudnie zżartym przez rdzę kombajnem z lewym kołem na wsporniku. Poszycie maszyny zaczęło nagle dudnić i dzwonić. Burty kolosa przyjmowały coraz silniejszy grad pocisków, który po dosłownie kilku chwilach ucichł, jak ucięty nożem. Kirył czekał.
– Suka! Tfu, twoja mać! – Krzyknął ktoś na podwórzu. – A masz!
Sądząc po głosie, Witia właśnie rozprawiał się z którymś z kończących żywot zbirów.
– Eee, tyyy, stałkioooor! – Huknął w stronę kryjówki Kiryła – Dawaj tutej! Czysto już. Cho, no.
Ukrywający się za kombajnem mężczyzna wychylił się ostrożnie zza osłony, w rękach ściskając pistolet maszynowy MP5. Na środku placu, przy chyba jeszcze bardziej zardzewiałym traktorze dostrzegł Witię trzymającego jakiś ciemny kształt – może przeciwnika, którego udało się schwytać żywcem – zza ścian i załomów wychodziły kolejne znajome twarze. Ludzie z obozu.
– No, ja myślał, że ty większy Dżon Remboł. – Odezwał się rezolutnie Witia.
– Że co?
– Ja więcej położył, jak ty, a?
– No chyba tak. Tak wyszło.
– To ty nie jesteś wybrańcem?
– Co ty pleciesz?! – Kirył naprawdę nie pojął zadanego pytania.
– No, ja był przy Wyroczni tam, w Sarkofagu. I ona mówi do mnie: przyjdzie na świat, do Zony tutaj, człowiek potężny, który oswobodzi nas spod złego Sasa-kutasa! Przyćmi on swym blaskiem nawet stalkera Pietrowa! Zjawi się, niby… Eee…. Niby……
– Niby co?
– Nu, bladź! Zapomniałem…
– Skończcie pleść durnoty, panowie! – do rozmowy włączył się Wilk. – Dobrze się spisaliście. Obaj. A swoją drogą, Witia, co ty tu robisz? Miałeś w wiosce zostać!
– Wołk! Nu, prosto, ja nie mógł tak siedzieć i tylko słuchać jak wy tam walicie. Nie karaj!
– Dobra, tym razem, słuchaj, przymykam oko, bo mamy ciulika żywcem. Ale następnym se uważaj. Nie mamy tyle zaopatrzenia, żeby każdy mógł we własnym zakresie do wojny dołączać.
– Poniał, poniał, Wilk… – Witia uciął temat smętnym mruknięciem.
– Kirył, jesteś cały? Nie powiem, chłopie. Więcej spędziłem na oglądaniu ciebie w akcji, niż na walce. – Dowódca ściszył głos do teatralnego szeptu i nachylił się nad mokrą od potu łepetyną stalkera. – Imponujesz mi. Nie, żeby coś. Po prostu, samo poruszanie się podczas walki, ta gracja…
– Nic takiego. Parę lat się w specjalnych było, ot.
– Jak mówiłem, dobrze się spisałeś. – Wilk znów mówił normalnym, może nawet trochę bardziej wyniosłym niż wcześniej głosem. – Pomóż ogarniać ten bajzel. – Zwrócił się do krzątających się wokół stalkerów. – Szybko! Zaraz zlecą się psy, albo i trepy! Zwijamy co się da i wracamy! Znalazł już ktoś Sasina?!
– Tu jest! – Głos odezwał się z wnętrza małej przybudówki przy szopie, w której stał kombajn. Kirył zerknął w tamtą stronę i dostrzegł na framudze dziury po dziewięciomilimetrowych pociskach. – Trup! Trafiony w przedramię i bark. Ranny już wcześniej był.
– No i dobra… – podsumował Wilk. – Znaleźć mi tu jakąś skrzynię! Bierzemy szpej i wracamy. Podzielimy się już na miejscu.
Unoszący się w powietrzu zapach śmierci. Odór palonych ciał. Przerażenie widoczne w oczach mojej ofiary, gdy wbijam jej sztylet prosto w serce. Koło mojej głowy słyszę świst przelatującej obok strzały. To wszystko dzieje się tak szybko.
Moor, uciekaj! – Krzyczę, z trudem łapiąc powietrze. – Ta wojna nie ma sensu! Uciekaj!
Drobna sylwetka obraca się w moją stronę, posyłając mi zdziwione spojrzenie.
Myślisz, że cię tak zostawię?! Jeszcze tak nisko nie upadłem!
Mylisz się, tu nie chodzi o to. Po prostu…. nie mogę cię stracić!
W tej samej chwili szyję rozkojarzonego mężczyzny przebija strzała. Piórka ma czerwono – złote. Rozpoznaję je. Z okrzykiem bólu padam na kolana, zdejmuje hełm. Moje długie włosy spadają mi na ramiona. To już koniec, myślę. Nic mi już nie zostało. Mimo, że sylwetki walczących coraz bardziej się rozmywają, potrafię dostrzec, dlaczego nagle zrobiło się tak cicho. Przegrywamy.Głowa opada mi na ramię. Powieki są takie ciężkie. A potem jest już tylko ciemność.
Plunął mu w twarz, tamten odruchowo odstąpił kilka kroków i opuścił gardę.
Idealna okazja.
Doskoczył do przeciwnika, układając ostrze sztyletu wzdłuż przedramienia. Przejechał klingą pod pachą żołnierza, po czym wykonał zgrabny obrót i rozerżnął mu potylicę.
Niektórzy by powiedzieli, że to niehonorowe. Ci jednak nie żyją.
Mężczyzna pobiegł dalej, przyklęknął przy trupie i wydłubał niewielki szafir z naramiennika.
Dyshonor? Zły adresat.
Usłyszał krzyk. Obrócił się w lewo, by ujrzeć szarżującego na niego jeźdźca. Instynktownie rzucił się na ziemię, turlając się i zbierając garstkę mokrej od krwi ziemi. Zlokalizował przeciwnika i czekał. Rycerz ponowił natarcie, lecz gdy dzieliło ich zaledwie kilka stóp mężczyzna sypnął koniu w oczy brudną ziemię. Zwierze zajęczało rozpaczliwie, zwaliło się na bok, przygważdżając swojego pana.
Mężczyzna wolnym krokiem podszedł do rycerza.
– Nigdy nie znajdziesz drogi w Lesie – wystękał żołnierz.
– Jeśli takowy jest, owszem. Ale z pewnością będę musiał jej szukać dużo później od ciebie.
Ziemia niczyja.
Zewsząd słychać strzały, przeszywające mundury i ciała, nieszczęśników zesłanych w to zapomniane przez Boga miejsce.
Biegłem pod ostrzałem artylerii, widząc jak seria z CKM-a ściąga krwawe żniwo.
Wpadłem do okopu.
Zakrywając uszy podskoczyłem, kiedy niedaleko coś rozsadziło biegnących soldantów. Niezdarnie wdrapując się po ścianie okopu, wystawiłem karabin oddając salwę w wyłaniających się z dymu napastników.
Znów wstrząs.
Jakaś kończyna przeleciała mi obok hełmu.
Ukryłem się, zamykając oczy. Modliłem się żeby był to tylko kolejny koszmar, że rano obudzę się nic nie pamiętając z tego piekła. Jednak wiedziałem w głębi że nic nie jest prawdziwsze od aktualnych zdarzeń.
Sam się na to zgodziłem. Robiłem to jednak dla ojczyzny. Umiłowanej ojczyzny…
Nie mogłem pozwolić żeby bolszewia ogarnęła mój nieszczęsny umęczony kraj.
Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, jak wyglądałaby Polska po przemarszu tej czerwonej szarańczy.
Jak wyglądałaby Europa?
Coś huknęło.
Odwróciłem się, do okopu wpadł granat ręczny.
Wyskakując jak poparzony, przewróciłem się ulegając sile wybuchu.
Zacząłem gnać prosto na wroga, co jakiś czas oddając serie z karabinu.
Nie mam pojęcia czy trafiałem kogokolwiek, myślałem o ucieczce.
Nigdzie już nie widziałem naszych chłopców. Sam pędziłem prosto w nawałnice czerwonej zagłady.
Żegnałem się z życiem, wystrzeliwując magazynek.
Wtedy coś gruchnęło.
Przewróciłem się, lądując przy zakrwawionym truchle sowieckiego dowódcy.
Z obrzydzeniem spojrzałem na wykrzywioną bólem twarz, tak przerażająco podobną do oblicza Lenina.
Coś pękło we mnie.
Przypomniałem sobie dom, szczęśliwą rodzinę, sam znajdując się na granicy życia i śmierci. Przesiąknięty smrodem rozkładających się ciał, wstałem zalewając się rzewnymi łzami.
Przegrałem tą grę.
Jeźdźcy Apokalipsy wyłaniali się z mgły, wyjąc niczym nieboskie stworzenia.
Poczułem nagle ciepło domowego zacisza. Zaczęło przepełniać mnie stopniowo, dając ulgę od obrzydliwych obrazów wojny.
Spojrzałem na swój mundur i wykwitłą na nim karmazynową plamę rozrastającą się z wolna.
Uśmiechnąłem się do siebie, ocierając łzy.
Upadłem na twardą, umęczoną ziemię, zostawiając ziemskie sprawy.
Ziemia niczyja.
Zewsząd słychać strzały, przeszywające mundury i ciała, nieszczęśników zesłanych w to zapomniane przez Boga miejsce.
Biegłem pod ostrzałem artylerii, widząc jak seria z CKM-a ściąga krwawe żniwo.
Wpadłem do okopu.
Zakrywając uszy podskoczyłem, kiedy niedaleko coś rozsadziło biegnących soldantów. Niezdarnie wdrapując się po ścianie okopu, wystawiłem karabin oddając salwę w wyłaniających się z dymu napastników.
Znów wstrząs.
Jakaś kończyna przeleciała mi obok hełmu.
Ukryłem się, zamykając oczy. Modliłem się żeby był to tylko kolejny koszmar, że rano obudzę się nic nie pamiętając z tego piekła. Jednak wiedziałem w głębi że nic nie jest prawdziwsze od aktualnych zdarzeń.
Sam się na to zgodziłem. Robiłem to jednak dla ojczyzny. Umiłowanej ojczyzny…
Nie mogłem pozwolić żeby bolszewia ogarnęła mój nieszczęsny umęczony kraj.
Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, jak wyglądałaby Polska po przemarszu tej czerwonej szarańczy.
Jak wyglądałaby Europa?
Coś huknęło.
Odwróciłem się, do okopu wpadł granat ręczny.
Wyskakując jak poparzony, przewróciłem się ulegając sile wybuchu.
Zacząłem gnać prosto na wroga, co jakiś czas oddając serie z karabinu.
Nie mam pojęcia czy trafiałem kogokolwiek, myślałem o ucieczce.
Nigdzie już nie widziałem naszych chłopców. Sam pędziłem prosto w nawałnice czerwonej zagłady.
Żegnałem się z życiem, wystrzeliwując magazynek.
Wtedy coś gruchnęło.
Przewróciłem się, lądując przy zakrwawionym truchle sowieckiego dowódcy.
Z obrzydzeniem spojrzałem na wykrzywioną bólem twarz, tak przerażająco podobną do oblicza Lenina.
Coś pękło we mnie.
Przypomniałem sobie dom, szczęśliwą rodzinę, sam znajdując się na granicy życia i śmierci. Przesiąknięty smrodem rozkładających się ciał, wstałem zalewając się rzewnymi łzami.
Przegrałem tą grę.
Jeźdźcy Apokalipsy wyłaniali się z mgły, wyjąc niczym nieboskie stworzenia.
Poczułem nagle ciepło domowego zacisza. Zaczęło przepełniać mnie stopniowo, dając ulgę od obrzydliwych obrazów wojny.
Spojrzałem na swój mundur i wykwitłą na nim karmazynową plamę rozrastającą się z wolna.
Uśmiechnąłem się do siebie, ocierając łzy.
Upadłem na twardą, umęczoną ziemię, zostawiając ziemskie sprawy…
(…) Dzwoni mi w uszach ,a oczy łzawią od unoszącego się wokół dymu i ulicznego kurzu. Pył wypełnia mi klatkę piersiową ,aż krztusząc się i plując pozbywam się tego świństwa zalegającego w ustach i nosie. Niestety na wiele się to zdaje. Ból uszu od wkręcającego się w czaszkę nieustającego pisku niemal powala mnie z nóg. Próbuję złapać oddech, wciąż krztusząc się piachem unoszącym się w powietrzu. Przez chwilę mam wrażenie ,że świat stanął w miejscu, ledwie do mnie dociera gdzie jestem i co się stało. I ,gdy tak próbuję się skoncentrować , nagle dociera do mnie ,że dźwięk świdrujący mój mózg nagle ustał , ale zamiast niego dociera do mnie inny, gorszy ,bo zalegający ciężkim ołowiem na duszy krzyk rannych , płacz niemowląt i dzieci.Ogarnia mnie niepojęty strach. Opadający powoli dym i kurz odsłania widok , który powala mnie z nóg. To i tak cud ,że jeszcze stoję. Setki ciał , rannych i martwych rozrzuconych dookoła uświadamia mi bolesną prawdę, której nie potrafię strawić. I gdy tak stoję osłupiała, z cisnącymi się do oczu łzami , z krzykiem,który uwiązł mi w gardle nagle dociera do mnie powaga sytuacji. Trzeba się ruszyć, pomóc innym, rannym, odszukać zaginionych. Zrywam się z miejsca, adrenalina robi swoje.Serce pompuje i tak już podburzoną krew ,że o mało nie eksploduje mi z piersi. W głowie tłucze się jedna myśl- pomóc , pomóc innym. Ale zanim dobiegam do pierwszej ofiary , ziemią wstrząsa kolejnych wybuch. Tony piasku ponownie unoszą się w powietrzu wypełniając mi ponownie usta i nos , a w uszy wdziera się znany już dźwięk. „Kolejna bomba ” – myślę ,ale tym razem nie daję się zawładnąć panice. Szok minął, pora na działanie.(…)”
Strach tnie głębiej niż miecze.
Aed widział tylko rozmazaną plamę tam gdzie jego przeciwnik uderzył mieczem. Uzbrojony w czerwoną jak szkarłat zbroję miał na niej wyszyte gorejące serce z czarnym jeleniem w środku. Słyszał w oddali, że jego kompani zaczynają wchodzić na mury Winterfell.
Dookoła otaczali go wrodzy żołnierze starego lorda Waldera, którzy byli tak samo jak on nieprzystosowani do panującej tam zimy. Wiedział, że jeżeli chce przeżyć, musi na nich ruszyć. Teraz. W ręku ściskał miecz, wystarczająco lekki aby utrzymać go w jednej ręce. Momentalnie zastawił się przed ciosem jednego z ludzi Boltona uzbrojonego w młot bojowy. Jego lewą rękę przeszył potworny ból jednak zdołał go opanować i mieczem w dłoni ruszył na człowieka, który go zaatakował.
– Rhllorze, usłysz mój głos – zaśpiewał donośnym głosem – albowiem noc jest ciemna i pełna strachów!
Wpadł w dziki szał wojny i rzucił się na człowieka Północy. Był on ubrany w grube skóry i przez to jego miecz jedynie zadrasnął tamtego w pierś. Zwinnie uskoczył przed kolejnym ciosem młota i ponowił atak. Tym razem miecz odbił się od nadlatującego młota i wypadł mu z ręki. Kopnął północniaka w kolano, jednak to nic nie dało, gdyż tamten zamiast normalnie upaść, sięgnął po swój wielki młot i ponowił atak. Aed ledwo uchronił się przed ciosem i złapał swój miecz. Miał przewagę – był niższy, chudszy i zwinniejszy niż ogromny człowiek na usługach Dreadfort. Skierował całą swoją siłę na kolejne uderzenie, tym razem w rękę.
– Ty mały skurczybyku – zagrzmiał jak dzwon Królewskiej Przystanii wielki człowiek na widok połowy dłoni leżącej na śniegu. Wyjął miecz i złapał go lewą dłonią.
– Zatańczmy – głośno odparł żołnierz Stannisa i zaczął okrążać rannego wroga.
Cholerny Stannis, powinien wziąć ze sobą kobietę w czerwieni. Dobrze pamiętał bitwę pod Czarnym Nurtem, wielką porażkę lojalistów. Wtedy też jej z nami nie było. Zaklął i zbliżył się do swojego przeciwnika. Wykończ go. Podpowiadał mu głos w umyśle. Rzucił się na niego, lecz tamten zagrzmiał śmiechem i uchylił się a żołnierz spadł gębą w śnieg i poczuł w ustach smak krwi. Jego przeciwnik zasłonił się zdobyczną tarczą przed nadlatującym bełtem kusznika i stał odwrócony od niego. To jedyna okazja. Wbił swój miecz od tyłu w kolano. Stal przeszła na wylot i usłyszał głośne chrupnięcie, po czym wielki człowiek upadł na ziemię. Miecz nie chciał wyjść z kolana, więc podniósł z ziemi oręż przeciwnika i wbił go w jego szyję.
Nagle poczuł rozchodzące się ciepło w piersiach. Co jest? Schylił głowę i zauważył wystający bełt. Upadł na twarz. Umierając myślał o czerwonej kapłance.
– Musisz mi pomóc – mówi. Jej twarz wykrzywia spazm bólu. Karabin wypada jej z rąk, a ona łapie się za ramię i próbuje bezskutecznie powstrzymać krew, która spływa jej z rany. – Proszę.
Nie jestem pewny, czy powinienem to robić. Pomagam jej odsunąć się z linii ognia chowając się za czołgiem.
– Rachel – mówię – nie mam dużo czasu. Scott i jego ludzie niedługo tu będą. Muszę ukryć Suzie w bezpiecznym miejscu.
Dziewczyna z wysiłkiem odsuwa się ode mnie.
– A więc masz zamiar się poddać? – dyszy. Kręcę przecząco głową.
– To nie tak – mówię – Ale Suzie jest tylko małą dziewczynką. Ta wojna ją przeraża.
– Wszyscy zginęli – mówi bezbarwnym głosem Rachel osuwając się na ziemię – A ty chcesz uciec?
Jej oczy wypełniają się złowrogim blaskiem. Chcę położyć jej dłoń na ramieniu, ale ona się odsuwa.
– Zostaw mnie, zdrajco – syczy próbując wstać – Mój mąż zmarł dla idei, ale ty wolisz zachować się jak tchórz?
Jej słowa bolą. Przeszywają mnie niczym ostre kolce lodu.
– Nie rozumiesz… – mówię, ale ona już się podnosi. Powoli zatacza się w kierunku wrogów, którzy nas otoczyli. W dłoniach dzierżą ciężkie pistolety. Zastygam na chwilę.
– Pokażę Ci jak umiera bohater – odpowiada i idzie z podniesiona głową idzie w kierunku najbliższego żołnierza. Nie próbuję jej zatrzymać. Patrzę jak kulejąc rzuca się na niego, a wtedy zewsząd rozlegają się strzały. Jej ciało zostaje niemal dosłownie rozszarpane na strzępy. Widzę lufy wycelowane w moją twarz, ale nic nie widzę. Jakaś mgła zasłania mi widok i nie zdaję sobie sprawy co to takiego, dopóki nie czuję słonego smaku łez. Ciągle stoję w miejscu patrząc na ciało Rachel leżące na ziemi niczym porzucona zabawka i zastanawiam się, po co mam żyć.
– Poddajesz się? – niski głos żołnierza przebija się do mojej świadomości dopiero po kilku sekundach. Przez chwilę zastanawiam się, gdzie jestem. Kim jestem. Jedyne co pamiętam to, że martwa dziewczyna leżąca przede mną zmarła właśnie bohaterską śmiercią. I nic więcej.
– A więc się nie poddajesz. – stwierdza przywódca i daje znak pozostałym. Wiem, że za chwilę umrę. I nagle, jak błyskawica, mój umysł przeszywa jasna myśl.
– Poddaję się! – krzyczę, podnosząc ręce do góry. Czuję obrzydzenie na myśl o tym co właśnie zrobiłem, ale wiem, że zrobiłem to dla jednej osoby. Dla osoby, której życie liczy się dla mnie najbardziej. I dla osoby, którą obiecałem chronić. Dla Suzie – mojej córki.
Długo zbierałam się, żeby to zacząć, ale w końcu się przemogłam i jest 🙂
Znalazłam się na równinnej, dosyć dużej polanie, jednak poza nią nie widziałam nic innego. Żadnego drzewa czy budynku. Była tylko ta łąka z równą trawą, jakby przed chwilą ktoś skończył ją kosić. Coś przeoczyłam, jak mogłam nie zauważyć że otacza mnie masa ludzi. Boże, oni walczą ze sobą! Zacisnęłam pięści i poczułam gniew, nigdy nie lubiłam wojen, a teraz, nie wiadomo w jaki sposób znalazłam się w jej centrum. Otaczały mnie setki ludzi, trzymali w dłoniach długie miecze, których ostrza odbijały promienie światła.
-Światło? –pomyślałam i kiedy wstałam zauważyłam że lewą stronę pokrywa mrok, przeważały odcienie ciemnej i jasnej szarości. Co dziwne, po prawej stronie widziałam jasność, blask, który w pewnym punkcie stykał się z szarością.
Moją uwagę przykuły stroje wojowników. Nie były to stroje przystosowane do walki, nie pojawiały się zbroje, ani nawet jakieś prymitywne ochraniacze. Byli ubrani jedynie w koszulki i spodnie, nie mieli nawet butów. Odepchnęłam się dłońmi od podłoża by sprawnie wstać. Teraz widziałam dokładnie. Wojowników różnił ubiór, a właściwie kolor. Przeważali ci, ubrani na czarno. Tych w białych strojach była tylko garstka. Wykrwawione ciała leżały dookoła w krwawych kałużach. Wynik walki zdawał się być przesądzony. Wywnioskowałam to chociażby po stosunku białych do czarnych. Ale chwila. Niczego już nie rozumiałam. Stałam na środku, bez broni, zupełnie bezradna, a nikt mnie nie atakował, wręcz przeciwnie, wojownicy starali się mnie przyciągać na swoje strony. Czyżbym była neutralna? Odsunęłam z twarzy kosmyk kasztanowych długich włosów i dopiero teraz zauważyłam, że mam na sobie tylko zieloną koszulę nocną. Kiedy wytężyłam wzrok, zaczęłam rozpoznawać ludzi. Widziałam jak moja była przyjaciółka walczy z moim kuzynem. Ona w czerni on w umazanej krwią, ale nadal białej bluzce. Czarne włosy Sylwii wtapiały się w ciemność, a jej pulchna postura utrudniała walkę, natomiast Wiktor skutecznie odpierał jej ataki, z resztą przecież walki to jego pasja. Mógł mówić o historycznych walkach godzinami. Dotarło do mnie, że po stronie mroku znajdują się wszyscy moi wrogowie: ludzie ze szkoły, fałszywi przyjaciele, a także on, Norbert. Człowiek którego nienawidziłam z całego serca za to, iż zmienił moje życie w piekło, zbliżył się dostatecznie do mnie, złapał mnie dłońmi za ramiona i zaczął mnie przeciągać w mrok. Nie cierpiałam jego dotyku, bolał tak bardzo, że nie mogę znaleźć porównania. Chciałam się wyrwać, ale zawsze pod wpływem jego dłoni paraliżowało mnie. Tym razem było nie inaczej. Chciałam, ale na tym się kończyło. Chwilę później widziałam jak głowa Norberta oddziela się od tułowia i opada na trawę, i znaczy krwią swoje terytorium. Przed moimi oczyma ukazała się osoba której wiele zawdzięczam, mój anioł bez skrzydeł – Ksawery. Wziął mnie na ręce i niósł w jasność. Czułam łagodny zapach jego wody kolońskiej, który taj niedawno mogłam wyczuć na moim kocu. Pogładziłam jego ciemne włosy, a potem przesunęłam palcami po ostrych rysach jego twarzy. Biali żołnierze bronili naszych tyłów podążając za nami. Co dziwne, czarni ludzie padali jak muchy z niewiadomego powodu. Widziałam moją przyjaciółkę, wszędzie poznałabym jej szczupłą figurę i zawsze falujące się blond włosy. Zbliżaliśmy się coraz bardziej do najbardziej jasnego miejsca. Przez ramię Ksawerego dostrzegłam brązowe, dłuższe włosy i delikatną jak na mężczyznę twarz. Szerokie usta wygięły się w ciepły uśmiech, a w policzkach ukazały się cudne dołeczki. Dawno już go nie widziałam.
-Ksawery – szepnęłam – za tobą jest Marek. Co tu się u licha dzieje? Przecież on nie żyje od dwóch lat.
Milczeli. W końcu poczułam grunt pod nogami, Ksawery wypuścił mnie z objęć, chociaż miałam ochotę jeszcze chwilę w nich przebywać. Były takie delikatne a za razem silne, czułam się w nich bezpiecznie. Obaj chłopcy ucałowali mnie w czoło, a następnie jednocześnie popchnęli w jasność. Odruchowo zamknęłam oczy, a kiedy je otworzyłam, świetlówka podrażniła moje oczy. Leżałam na łóżku, cała obolała i odrętwiała. Nade mną pochylała się szczupła kobieta o rudych włosach związanych w kucyk. Oślepiła mnie latareczką i zanotowała coś na kartce.
– Weroniko, witamy wśród żywych – powiedziała miłym tonem głosu – Wiesz co się stało? – ale zanim zdążyłam pokręcić przecząco głową sama udzieliła mi odpowiedzi – Przedawkowałaś leki na sen, o twoje życie walczyło trzech najlepszych lekarzy. Walka nie była łatwa, ale udało się i wypłukaliśmy tabletki z twojego organizmu. Najgorsze już za tobą. – uśmiechnęła się i wyszła zdecydowanym krokiem za drzwi.
Rozejrzałam się. Tak, znajdowałam się w szpitalu, w białej jak mleko sali, podłączona do kilku maszyn, o których istnieniu nie miałam pojęcia, a poza mną nie było żywej duszy. Zrozumiałam, że cała ta bitwa działa się tylko w mojej głowie.
Kate drżała z przerażenia. Szła skulona, kurczowo ściskając drewniany tłuczek do mięsa. Odgłosy wystrzałów wydawały się bardzo odległe, ale to nie one napawały ją lękiem. Była sama. Samotność oznaczała śmierć.
Przeklinała się w myślach. Jeszcze niecałe dziesięć minut temu była z całą grupą, czuła się bezpiecznie i swobodnie. Wszystko zmieniły strzały. Ktoś niespodziewanie otworzył do nich ogień. Wydawało się, że napastnicy są wszędzie. W całym zamieszaniu schowała się w dokach. Nie chciała ryzykować biegania po otwartej przestrzeni. Pozostali byli innego zdania. Odłączyła się od nich. Ale wiedziała, że wciąż żyją. W końcu ciągle słyszała echa krzyków przeplatane odgłosami strzelaniny.
Nie wiedziała co ma zrobić. Wchodziła coraz głębiej do portowego magazynu, ponieważ nie potrafiła ustać w miejscu. Potok myśli by ją zabił. Tak mogła chociaż częściowo skupić się na swoich krokach i badaniu okolicy. Wolnym tempem wspinała się po zardzewiałych schodach. Popełniała błąd. Dobrze wiedziała, że im wyżej jest tym mniej ma możliwości ucieczki. Ale nie potrafiła się zatrzymać. Musiała coś robić. I za to była na siebie zła. Złość była lepszą opcją niż strach. Ręce jednak wciąż drżały, a serce waliło jak oszalałe. Pociła się, choć dzień wcale nie należał do ciepłych.
Nagle rozległ się przeraźliwy dźwięk skrzypiącego metalu. Ktoś otwierał drzwi u szczytu schodów. W jednej chwili zrozumiała, że może zginąć, jeśli natychmiast czegoś nie zrobi . To nie była jej myśl. Jakaś obca istota, pierwotny instynkt nagle szarpnął jej ciałem. Widok przysłoniła jej czerwona mgła, gdy dwoma susami doskoczyła do otwierających się drzwi. Jej ruchy były pewne, bezbłędne. Jej ciało wiedziało co ma robić. Musiało przetrwać.
Tłuczek zanużył się w ciemność, uderzając między drzwiami a ścianą. Idealnie na wysokości głowy. Odgłos pękającej czaszki i żałosny jęk wydawały się dobiegać gdzieś z oddali. Kate nie miała czasu na to by myśleć, musiała działać, wyeliminować zagrożenie. Łokciem rozsunęła drzwi, uderzając ponownie. Nie usłyszała już jęku, jedynie coś lepkiego oblało jej twarz. Ale to nie wystarczyło. Zagrożenie musiało zniknąć. Całkowicie.
Bezwładna postać padła pod naporem ciała dziewczyny, która wciąż uderzała tłuczkiem. Wymierzała cios za ciosem, aż odgłos mlaskania i pękających kości ustąpił dźwiękowi drewna trzaskającego głucho o posadzkę.
Bestia ustąpiła. Kate odzyskała kontrolę nad swym ciałem, choć czuła że jej instynkt wciąż czai się gdzieś w zakamarkach jej głowy, gotów zmusić ją do walki o życie. Jej ręce, brudne od krwi i oblepione resztkami włosów, znów zaczęły drżeć.
Wstała, spoglądając na truchło. Była to kobieta. Miała na sobie brudne szmaty. Nie miała broni. Kate chciała wierzyć, że to był jedynie żywy trup. Nie chciała mieć na sumieniu kolejnej osoby.
Bestia się z niej śmiała. Jakie to ma znaczenie? Liczyło się tylko, że żyje. Dobrze wiedziała, że dla przeżycia zrobi wszystko. Nie było sensu z tym walczyć. Ani wmawiać sobie wyrzutów sumienia.
Po drugiej stronie pomieszczenia dostrzegła okno. Nie dawało wiele światła, więc sala tonęła w mroku. Teraz jednak odgłosy strzałów znów stały się bardzo wyraźne. Przypomniały Kate, że znajduje się w środku strzelaniny.
To oznaczało, że jej przyjaciele wciąż żyli. Nie wiedziała jednak jak wielu. Ani jak długo. Skulona podbiegła do przeciwległej ściany, wyglądając na port. Dzień nie był zbyt słoneczny, w szarości jej wzrok odmawiał odrobinę posłuszeństwa, ale wciąż potrafiła dostrzec sylwetki ludzi. Pożałowała, że w jej pistolecie skończyły się pociski. To było idealne miejsce by oddać jeden lub dwa strzały.
Niestety mogła jedynie obserować. Była pewna, że widzi Samuela i Samanthe, próbujących przekradać się między kontenerami. Widziała, że kierują się w stronę brzegu rzeki. Kilkanaście metrów przed nimi znajdowała się niewielka przestrzeń między metalowymi ścianami. Musieli przez nią przejść, przez chwilę pozbawieni jakiejkolwiek osłony. Widziała też rozłożonego na blaszanym dachu strzelca, który mierzył dokładnie w to miejsce. Nie widziała go dokładnie, ale czuła, że jest gotów do strzału. W przeciągu kilku sekund mógł posłać do grobu jedno z jej znajomych. Chciała krzyknąć.
„Nie rób tego!” ryczał głos wewnątrz jej głowy. Wiedziała, że jeśli spróbuje ostrzec przyjaciół, zdradzi swoją kryjówkę. A nie miała gdzie uciekać. I nie miała broni. Jej silna wola przetrwania nie mogła pozwolić jej tego zrobić. Wydałaby na siebie wyrok śmierci.
Głos zamarł jej w gardle. Bezradnie patrzyła jak Samantha przesuwa się oparta o ścianę. Prawie jej nie widziała. Łzy zalewały jej oczy. Już raz, kilka dni temu porzuciła ją, skazując na śmierć. Teraz robiła dokładnie to samo… Chciała zamknąć oczy, ale jej instynkt lubił patrzeć. Z ciekawością spoglądał w tamtą stronę, zmuszając do tego Kate.
To był jej błąd. Bestia poczuła się bezpiecznie, oddając dziewczynie ponownie władzę nad ciałem. Wykorzystała to natychmiast.
Padnij, Sam!
Echo tego okrzyku rozeszło się po całym porcie, a zaraz za nim dźwięk chybionego strzału. Kate uśmiechnęła się do siebie widząc jak zarówno Samantha jak i Samuel przykleili się do ziemi. Chwilę później kolejny strzał uderzył o parapet, zaledwie kilkanaście centymetrów od miejsca gdzie stała. Wiedzieli gdzie jest, czuła że zaraz spróbują ją dopaść.
Bestia nie myślała o przeszłości. Nie robiła Kate wyrzutów. Zamilkła, szykując ciało dziewczyny do kolejnej walki o przetrwanie. Dziewczyna była prawie pewna, że ten dziki pomruk w jej głowie przez chwilę przypominał śmiech. Miała nadzieję, że się myliła.
Nic nie widzę, – to już koniec – pomyślałem. Na zmianę czołgałem się i szedłem, próbując zahamować wypływ krwi z postrzelonego ramienia. Widząc naokoło ciała od których bił chłód tak przenikliwy jakby to moje ciało zaczynało tracić ciepło, myślałem sobie że jeszcze wczoraj byli tacy sami jak ja i czy dla mnie jutro nie jest tym czym dla nich dzisiaj i czy jutro nade mną nie będzie ktoś rozmyślał, albo czy leśne potwory nie rozszarpią mą padlinę jak czynią to teraz nie zrażone wstrętnym odorem zwłok? nie odpowiedziałem szczerze na żadne z tych pytań tylko szedłem łudząc się i próbując oszukać, że musiałem to zrobić i że to nie moja wina, że to świat jest tak skonstruowany. Chcąc, czy nie chcąc szedłem dalej… dalej? Czyli gdzie? Nie wiedziałem, nadal nie wiem. Czemu nikt nie krzyczał, nie strzelał, czemu nikt nie chciał mnie zabić albo uratować. Na moje krzyki, błagania, płacz odpowiadała mi tępa, koląca moje uszy cisza…Czy już oszalałem? Z pewnością, ale w tym nędznym wyrwanym z filmu grozy krajobrazie było coś, co mnie zdumiewało, kazało zadawać sobie kolejne pytanie, na które nie sposób było znaleźć wtedy odpowiedzi, ani wtedy, ani nigdy potem, zobaczyłem w oddali chłopca, właściwie dziecko, stał z bronią i wlepiał we mnie swoje czarne, jakby widokiem zniszczone oczęta, które wcześniej widziały rzeczy o wiele gorsze, niż to co napawało mnie niezmierzonym obrzydzeniem, mimo, że byłem szkolony na żołnierze odkąd pamiętam, właściwie wtedy niewiele pamiętałem, w sumie nawet nie próbowałem zastanawiać się skąd w jego oczach ta dojrzałość. Chłopiec miał w ręku karabin, z niedbałością dziecka przyciskał go z całych sił do małej umorusanej ziemią piersi. Nagle podniósł sztucer, wycelował i… strzelił. I leżałem tak nie wiem ile czasu, który dłużył się, kiedy ja czekałem tylko na śmierć, jednakże zbawienny pocisk nie okazał się być poświęcony dla mnie, choć z początku nie widząc nikogo innego tak uznałem. Mnie jednak dobiła zbłąkana kula nieprzytomnego kompana, który mając oczy zalane krwią wystrzelił z pistoletu ostatni raz, a następnie sam padł raniony przez chłopca. Ja nie mogąc, czy może nie chcąc oddać ostatniego tchu leżałem obok dawno już poległych żołnierzy polskiego obozu pomieszanych z wrogami, wtedy wszyscy byli równi, nieprzyjaciel obok nieprzyjaciela, generał obok zwykłego pachołka i dziecko obok starca…
Ćwiczenie bardzo ciekawe i też postanowiłam spróbować 😉
Raine wyrwała szable z ciała przeciwnika. Razem z ludzkim mięsem, na jej twarz chlusnęła czerwona posoka. Sprawnym ruchem otarła krew i czujnie rozejrzała się dookoła. Nieopodal ujrzała walczącego Elenora, który niczym rycerz z baśni ciął wrogów swoim claymore. Jego srebrna zbroja lśniła w słońcu. Dziewczyna splunęła, pozbywając się flegmy i krwi zalewającej jej gardło. Tacy jak on umierają pierwsi, wychwalani w pieśniach. Odważni bohaterowie walczący ze smokami. Szkoda, że smoki już dawno wymarły.
Podniosła szable broniąc się przed atakującym ją dzikusem. Śmierdział potem, koniem, brudem i nie wiadomo czym jeszcze. Miał krwawy, rozbiegany wzrok, a w ręku nieporadnie dzierżył kawałek metalu. Jednym, silnym pchnięciem przecięła go na pół, jakby był kawałkiem mięsa. O najemnikach nikt nie pamięta. Są cichą armią Królestwa. Walczą za sakiewkę złota, nie dla chwały.
Kolejnemu ucięła rękę w łokciu. Szła naprzód zbierając krwawe żniwo. Włosy kleiły jej się do czoła. Ktoś Bez Twarzy ośmielił się ją zranić, odpłaciła się krojąc go na kawałki. Z paskudnej rany nad brwią sączyła się krew zalewając jej oczy. Świat zabarwił się na czerwono, w kolorze krwi. Mimo to, niestrudzenie parła naprzód niczym Bogini Zemsty. Walka była jej życiem. Od dziecka, kiedy to w wieku 10 lat przez przypadek zabiła swojego towarzysza zabaw Mikela. Wyrzucona z wioski. Starała się przeżyć. Kim teraz była? Czy kolejnym bezimiennym najemnikiem, leżącym wśród trupów? Nie. Wciąż żyła. Sprawne ramie wymachiwało szablą torując jej drogę wśród rozszalałych dzikusów. Elenor zdychał gdzieś w morzu trupów, błota i krwi. Została sama na polu walki, otoczona przez wrogów. Pewniej chwyciła szable. Za bardzo kochała życie, aby umierać. Nie mogła umrzeć. Przepowiednia głosiła, że ostatni Krwawy utopi świat we krwi.
Raine była Córką Krwawych, ostatnia. Nie mogła umrzeć.
Khem. Troszkę dodaję to z opóźnieniem, jednakże niedawno namierzyłam tę stronkę.
Wiem, że nagięłam kilka „warunków”, jednakże nie mogłam powstrzymać się.
„Sprawa nie wyglądała najlepiej. Było hukowo. Z chęcią użyłby słowa o mocniejszym wydźwięku, jednakże jeszcze tydzień temu składał obietnicę matcę, iż daruje sobie słówka składające się na pojęcie przekleństwa.
Stał otoczony. Nie miał, gdzie się ruszyć. Przeciwnicy utworzyli nieprzepuszczalną arenę, w której centrum znajdował się on sam, niczym słońce w układzie planetarnym. Hukowo. Oni posiadali broń. Prezentowali ją w sposób dosyć groźny. Już małe dzieci pouczano, by nie biegały z nożyczkami ułożonymi w tej pozycji. Z czubkiem do przodu. Widocznie większość z nich nie zapoznała się z tą zasadą, nie przełożyli jej na inne sfery życiowe albo zwyczajnie ignorowali. Gdyby Hadriel posiadał taką maczetę zapewne również korzystałby z niej zupełnie zapominając o zasadach BHP. Cóź, mógłby także pokazać im przy okazji jak należało obchodzić się w sposób bezpieczny takową bronią. Jednak nie przeznaczono mu rolę nauczyciela, inaczej siedziałby o tej porze w jakiejś smętnej klasie pełnej niedouków, którzy i tak będą niedoukami. Zachciało mu się wojny. Mamusia powtarzała „nie idź!”, a co on zrobił? Poszedł. Jak to się skończyło? Zgodnie z pesymistycznymi wizjami matuli. Hukowo. Nawet pole bitwy przypominało mu rodzicielkę. Wiecznie słyszał jej uwagi i komentarze. Kiedy dopadała go deprecha (od tego wewnętrznego marudzenia matki), wysłuchiwał pouczeń. Nie byle jakie, bo nie dość, że makabrycznie głośne to jeszcze bezużyteczne. Kiedy matce wyrosną wąsy, bez przeszkód może ubiegać się o stanowisko wioskowego kaznodziei. Motywator z niej kiepski, ale strasznie piekłem, Sądem Ostatecznym oraz innymi makabrami chrześcijanin miałaby opanowane. Wszelkie uwagi przeszkadzały mu w prowadzeniu życia pospolitego żołnierza. Gdyby nie zalecił się do jednej z nich, męczyłby się gdzieś na drodze do stolicy, zamiast stać otoczony przez wrogów. Rada była prosta, przekaz jasny. Zbieraj dupę w troki i już cię tu nie ma. Tzw. ratowanie życia. Armia i dowództwo (szczególnie oni!) nazywali to odrobinkę inaczej. Dezercja. Jeżeli ktoś potrzebował przymiotnika do czyniącego to osobnika, bez czekania usłyszał tchórzliwy. Hadriel zagłuszył drugą część myśli i zastosował się do zaleceń. Poczekał, aż zaczną się zbierać. Powędrował za nimi. Zwolnił. Opuścił oddział. Banalne, kiedy maszerowało się na końcu brygady. Z rana przypominali falangę zombie, więc odłączenie się od grupy nie było takie trudne. Nikt nie zauważył, nikt się nie przejął, nikt się nie czepiał. Cudownie. Szkoda, że później zrobiło się hukowo. W ślad za armią podążyli nieprzyjaciele. Dziwne, że ziomkowie Hadriela nie skapnęli się, iż za nimi podążali w równym odstępie wrogowie. Szykowali zasadzkę. Gdyby tylko udało mu się wymknąć i polecieć do swoich, mógłby uprzedzić o pułapce. Gdyby. Pięcioliterowe słowo, dające się we znaki. Supcio. Znaczy, hukowo.
Nie pozostało nic innego jak stać prosto z wysoko podniesionymi rękami i modlić się o przeżycie. Nie pragnął leżeć w trumnie w kawałkach. Nie zamieścił tej pozycji w swojej liście marzeń ani też nie zamierzał umieścić jej w testamencie. Nie spisał ostatnie woli, jednak przebywając w takim towarzystwie, przychodziło mu kilka opcji do głowy. Ciało spalić i prochy położyć w urnie na kominku. Rzeczy osobiste oddać matuli. Pozostałe przedmioty sprzedać. Za uzyskane pieniądze kupić czerwoną Alfę Romeo. Wjechać nią do morza razem z jego prochami. Następnie helikopter miałby zatańczyć nad nim w powietrzu macarenę śpiewaną przez przyjaciół z wojska. Nie przejmował się wykonaniem testamentu. Nie wierzył, by ktoś go wykonał. Nawet nie przeczytaliby. On by się nie przejął. Nawet trup żywemu nie naskoczy. Jako duch też niewiele by zdziałał. Zdecydowanie wolałby podensić (od angielskiego „dance”) wśród tancerek hula. Najlepiej z pochodniami w obu dłoniach. Jeżeliby trafił do raju, chciałby też mieć wypasioną klatę. Nie żadną hukową. Jeśli wylądowałby w piekle… Cóż, mógłby to wykonywać z podstarzałymi wdowami zbliżającymi się do siedemdziesiątki i z wielkim bębnem zamiast brzucha. Jeszcze do tego bermudy. I kilt. Sandały. Długie skarpetki. Pochodnie z podpisem „Biedronka”. Drobniejszym drukiem „Made in China”. Wianek upleciony z babki lancetowatej i jednej stokrotki. Tunele w uszach. Różowy kolczyk w dolnej wardze. Może władca piekieł zatrudniłby go jako zmorę pozostałych udręczonych? Taka praca musiałaby być całkiem wesoła… Jednak nie mógł liczyć na tę fuchę, przynajmniej przez najbliższe lata, z dwóch prostych przyczyn. Jedną było to, że Bóg zamierzał ocalić go, natomiast druga, jeżeli Niebieskiemu plany by nie wypaliły, etat był zajęty przez jakiegoś zioma pełnego zmarch.
Okrąg został przerwany. Zbliżył się do niego jakiś pan (matka kazała mu zachować uprzejmość w stosunku do starszych obcych) w fikuśnym kapelindrze (nie miało być to oblegą, bo matula…). Popatrzył na niego (on również zdrowo się pogapił), pomiętolił w zębach, co miał do pomiętolenia (ale Hadriel nie mógł dojść do tego, co to mogło być. Hubę bubę nie przypominało), zapanował nad lewym tikiem, wzruszył ramionami i rzekł.
Jednak Hadriel go nie zrozumiał.
Akcent utrudniał zrozumienie zioma. Tempo również przeszkadzało. Gadał szybciej niż błyskała błyskawica. Najgorsze jednak było to, że przemawiał w innym języku. Hadriel nie był pilnym uczniem w szkole. Gdyby uważał choć troszkę, wiedziałby, że nawet nie mieli zajęć z owego języku. Obcy człek pomerdolił coś jeszcze niezrozumiałego i spojrzał na niego pytająco. Hukowo. Domagał się odpowiedzi. Czekał. Co miał zrobić? Przeniósł taktykę z innej sfery życiowej. Przechylił lekko głowę, uśmiechnął się zniewalająco, a następnie gorąco przytakiwał. Czynił tak jako nastolatek, kiedy uszy zakrył słuchawkami, a zmysł słuchu otumanił potężnym rockiem. Kiedy to jego ulubiony zespół zmarł? Dobre trzydzieści lat temu, kiedy zmienił się rząd. Zabawna sprawa, wszyscy zginęli tego samego dnia. Nie podano w wiadomości przyczyny, ledwie napomknęli. Zbytnio skupili się na nowych posłach, senatorach, prezydencie i huk wie kim jeszcze. Nie interesował się polityką. Bieganiem też nie. Ani ćwiczeniami. Ani wszystkim, co wiązało się z wojskiem. Przystąpił do niego, bo brakowało ludzi. Nic dziwnego. Kiedyś to były prawdziwe, humanitarne walki. Waliło się rakietą z odległości kilkuset kilometrów, ewentualnie z kilkunastu metrów wlepiało się komuś kulkę w łeb, a teraz? Hukowo. Powrócono do metod dzikusów i zarzynano się maczetami. Zarazki, choroby, przestrzeń osobista. Pal licho wszystko i rżnij jakbyś rąbał drzewo na opał. Nie przeszkadzało mu to, dopóki sam nie stawał się surowcem. Jak do tej pory ktoś go wybawiał (łudząc się na odwet). Gdzie się podziały tamte czasy? A, tak, porzucił je razem z odmaszerowującym wojskiem. Nie miał tam przyjaciół. Już nie. Odszedł po tym jak stracił ostatniego. Zjedli go na kolację. Lubił tego króliczka. Dbał o niego. Przyniosił mu trawkę. Zwykłą. Przez halucynogeny stracił wcześniejszych. Pana Kicajło najbardziej kochał ze wszystkich. Hukowo.
Generał-Parskamy-I-Udawajmy-Że-To-Słowa szturchnął go maczetą. Nie wyrządził większych szkód. Ledwie przebił się przez cienki materiał krzywo zapiętej koszuli. Nasz bohater nie przepadał za guzikami. Zdecydowanie wolał suwaki, jednak nie mógł wybrzydzać na wojaczce. Nikogo nie interesowały jego widzimisię. Tym bardziej, że ekspresy należały do przedmiotów nieosiągalnych, nie w tych czasach. Biżuteria była tańsza. Złoto, srebro, klejnoty. O nie ludzie w przeszłości dbali. Kogo interesowały zwykłe suwaki? I tak się hukowo złożyło, że na szyi każdej bidoty wisiał przynajmniej jeden naszyjnik. Wyznacznikiem statusu został ekspres na współkę z dużą, pojemną torbą. Urocza ironia losu. Nie brakowało plastików. Oj tak, to się wszędzie poniewierało. Zaczęto je przetwarzać. Co sprytniejsi chwytają zużyte reklamówki i wszywają je w ubrania jako spodnią warstwę. Ekstrawagancja wykorzystywała ją również na wierzch. W teorii miały zapobiegać przemoknięcia ubrania. Jak w praktyce? Nie wiedział. Brakowało mu nitek oraz zdolności, aby to opatentować.
Mamrotał coś. Gdyby zastał go ubranego jak wioskowego szamana, podejrzewałby go o odprawianie czarów. Zmarszczone brwi i skupienie na twarzy. Tragedia. On chciał mieć zmarszczki?! Dlaczego nie oszczędzał się? Dopiero teraz zauważył w kącikach oczu kurze łapki. Na litość boską! Ile on mógł mieć lat?! Najwyżej osiemdziesiąt i już miałby takie nieestetyczne syfy na fejsie?! …”
Dalsza część w trakcie 🙂
– Gustaw! Gustaw! – kobiecy krzyk uniósł się nad głowami walczących. – Gustaw! Kochany!
Głuche plaśnięcie, wydobywanego z głowy przeciwnika miecza, zmieszało się z nawoływaniem kobiety. Gustaw usłyszał głos ukochanej. Ale nie reagował.
Urszula była coraz bliżej.
Gustaw walczył zajadle z napierającymi zewsząd truposzami. Zrobił wypad w przód. Czarna krew i tkanka mózgową rozbryzgały na wszystkie strony.
Nawoływanie Uli było coraz bardziej natarczywe, coraz bliższe…
Gustaw nie mógł pozwolić, aby do niego dotarła.
Musi ją chronić. To było najważniejsze. I dziecko… jego dziecko…
Wiedział, że sam nie da rady. Zombie napierały ze wszystkich stron. Ciął w prawo. Nagły szybki półobrót, uratował mu życie. Truposze wokół niego padały, jak szmaciane lalki. Jeden po drugim.
Panika. To uczucie wypełniało Gustawa od stóp do głów. Mimo tego, walczył. Pokonał zatrważający strach, pokonał samego siebie.
– Gustaw! Aaa! – mężczyzna znieruchomiał.
Nagły ból w łydce. Ale to nie on krzyczał.
Zęby jednego z żywych trupów, wbiły się w nogę Gustawa.
Mężczyzna padł na kolano.
– Gustaw! Pomocy! Pomocy!
Urszula! Przecież to ją musi ochronić. To dla niej pokonał słabości. Kochał ją. Da radę! Nie pozwoli żeby coś złego stało się Uli.
Nie miał już siły na utrzymanie miecza. Wyciągnął zza paska starego rugera. Zostało mu tylko sześc naboi. Zęby truposza wciąż pozostały w jego nodze, gdy Gustaw odesłał zgniłego staruszka w zaświaty.
Mężczyzna oswobodził się. Kulejąc, najszybciej, jak mógł biegł do Uli. Wymierzał do truposzy dwa razy. Nie marnował naboi. Strzelał tylko z konieczności.
Biegł przed siebie, mając za cel coraz to słabszy głos ukochanej.
Znalazł ją.
Leżała pod drzewem, a w jej bok wczepiony był zombiak. Pożywiał się. Gustaw trzęsącymi się rękoma wycelował w kobietę pożerająca jego kochankę.
Urszula płakała. Gustaw ukląkł przy niej. Próbował być twardy. Dać jej nadzieję. Ale nie potrafił. Ula widziała bezsilność w oczach ukochanego. Chciała powiedzieć mu, że go kocha, żeby zrobił wszystko, by przeżyć. Nie wiedziała…. nie mogła wiedzieć…
– Nie, nie, nie, nie – Gustaw płakał nad dogorywającym ciałem kochanki. Łzy skapywały mu ciurkiem po czubku nosa. Spadały na czoło Urszuli, żłobiąc na jej brudnej twarzy koło, jakby cel.
Ręka Urszuli spoczęła na rugerze, który leżał obok uda Gustawa.
Zrozumiał.
Ręka drżała mu, jak ćpunowi na głodzie, gdy przystawiał lufę pistoletu do bladego czoła kochanki. Szloch wydobywał się z gardeł obojga. Urszula położyła rękę na jego ręce.
Razem nacisnęli spust
Rozdzierający jęk uniósł się echem między drzewami, strasząc ptaki. Gustaw spojrzał na swoją dłoń i spoczywającego w niej rugera.
Nie zastanawiał się długo.
Wystrzelił.
Trzy truchła leżące na podściółce w lesie pozostały tam na wieczność. Dwoje kochanków i diabeł. Dwie dusze, które zaznały spokoju i jedna błąkająca się niepewnie, między innymi duszami, których było już tysiące. Tylko niektórzy z nich zaznawali spokoju…
Bardzo motywujące ćwiczenie, toteż dodaję swój tekst mimo pewnego opóźnienia 🙂
Stał niemo wpatrując się w zwłoki przed sobą. Dyszał ciężko przez usta wykrzywione w grymasie bólu, a w jego oczach jawił się obraz człowieka odsuniętego od zmysłów. Znajdował się w samym centrum piekła rozpętanego przez Niemców, w powietrzu nieustannie świszczały kule, z których każda mogła go właśnie trafić. Stracił jednak zdolność racjonalnego zachowania. Napięte od wielu tygodni nerwy nie wytrzymały kolejnego ciosu, jakim była śmierć przyjaciela. Jego zmasakrowane ciało miał teraz u stóp. Coś w nim pękło. Nie słyszał dramatycznych nawoływań kolegów z oddziału, którzy z przerażeniem patrzyli jak wystawia się na ostrzał wroga.
Nagle poczuł silne szarpnięcie za ramię. To brutalnie wyrwało go z letargu, w którym jeszcze przed chwilą się znajdował.
-Spieprzamy stąd- krzyknął żołnierz, i pociągnął go za sobą do pobliskiej bramy- Co Ty do cholery wyczyniasz, Janek?!- zapanowała chwila ciszy, przerywana odgłosami toczącej się wojny-Janek, słyszysz mnie?- Potrząsnął swoim kolegą nie widząc żadnej reakcji z jego strony.
W tej samej chwili unikając ognia nieprzyjaciela podbiegło do nich dwóch powstańców Casanova i Gawron.
– Tadek, co z nim?- spytał Casanova kiwnięciem głowy wskazując na Janka.
-Nie wiem, coś mu się popieprzyło. Nie ma z nim kontaktu- odparł Tadek z rezygnacją w głosie- Musimy go stąd natychmiast zabrać.
– Wszyscy się stąd zawijamy, wycofujemy się, rozkaz porucznika. Ci pieprzeni Niemcy ścisnęli nas jak sardynki. Nie mamy wyjścia.
Tadek otworzył usta, żeby coś jeszcze powiedzieć, ale w tym momencie pocisk trafił w górne piętro budynku, pod którym się znajdowali. Rozległ się głośny grzmot, z góry spadła na powstańców lawina gruzu. W powietrzu, które spowiła gęsta zasłona kurzu poniósł się rozpaczliwy jęk Gawrona.
Tadek przetarł niedbale oczy z kurzu i podążył wzrokiem w kierunku Gawrona, po czym całe jego ciało przeszył gwałtowny dreszcz. Widok był makabryczny. Ogromny kawał oderwanego gzymsu spadł wprost na brzuch Gawrona, rozrywając go doszczętnie. Wnętrzności rozlały się po bokach, a z rany sączyło się morze krwi. Nogami i rękoma targał mechaniczny pląs. Tadek z trudem opanował konwulsje.
Zataczając się podbiegł do rannego i z wielką ostrożnością chwycił jego twarz w dłonie.
-Ja… ja nie mogę umrzeć. Co na to moja mama?- wyszeptał nieskładnie Gawron krztusząc się własną krwią.
-Spokojnie, już dobrze. Już wszystko jest dobrze- odpowiedział Tadek, a po policzkach płynął mu strumyczek łez. Tego już Gawron nie dostrzegł, w jego oczach gasło życie, aż w końcu utraciły swój blask na zawsze.
Całej sytuacji w osłupieniu przypatrywał się jeszcze tylko jeden żołnierz: Casanova. Janek także poległ tego dnia.
Akt selekcji naturalnej nastąpił w tym przypadku dość masowo. Oto tłumy zwierząt zaciekle zarzynają się nawzajem na wszelkie sposoby nie podając w rzadną wątpliwość sensu tej rzeźni, która na dobrą sprawę ich nie dotyczy. Zdumiewające, jak zgrabnie można zaciągnąć stado na rzeź, by walczyło o twoich kilka dolarów, rubli, funtów, czy marek. Wymyślono w tym celu doskonałe narzędzie zwane patriotyzmem i kilka innych- nienawiść bez przyczyny i chęć bohaterstwa, jakże chwalebnie to brzmi. Jeśli przeżyję przypną mi kawałek żelastwa i nazwą honorowym- za wyprucie flaków paru synom, ojcom, bratom, mężom i kochankom jakiś kobiet, co zanoszą się właśnie płaczem w swoich domostwach, gdy ktoś wspomni o ich bliskich na froncie. Z każdym trupem upadającym u mych stóp patrzę na siebie z coraz większym obrzydzeniem. Jednak nie mogę powiedzieć, że miałem inne wyjście. Przychodzi taki moment w życiu, że albo wyrywasz się ze swojej rodzinnej zapleśniałej rudery, albo umierasz w środku i z szklanym, mętnym wzrokiem nalewasz ten miód w najbliższej karczmie lub zmywasz ten sam miód z podłogi. Z braku wyjścia więc znalazłem się tutaj. Jestem pacyfistą, dołączyłem, a raczej nie ukrywałem się przed branką tylko dla tego, że mówili „nie będzie wojny”. Umarłbym pewnego dnia tak, czy siak, a teraz umrę po odebraniu życia tuzinowi ludzi. Nie chodzi tu o perspektywę piekła- jestem ateistą, ale żre mnie sumienie moich własnych zasad życiowych. Ileż to razy powstrzymywałem się, żeby komuś dać w mordę, a tu proszę bardzo- wszystko na marne. Ziemia stopniowo robiła się coraz bardziej czerwona, a niebieskich płaszczy ubywało. Spora grupa myślących istot rzekomo posiadających duszę zaminiła się w kupę mięcha. I ja sam coraz ociężalej zadawałem ciosy, nie mogłem już dłużej ignorować bólu w wielu częściach ciała. Krew ciekła mi z rozciętej skroni do oczu i albo nie widziałem na jedno oko, albo traciłem cenny czas, który mógł zawarzyć na moim życiu na wycieranie jej. Nagle, z tyłu ktoś mnie uderzył w głowę. Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Potem poczułem dziwne uczucie- najpierw zimno, a potem ciepło rozlewające się po mojej klatce piersiowej. Nie mogłem złapać tchu. Miałem wrażenie, że odlatuję gdzieś, zasypiając, ale słyszałem, co się dzieje dookoła. Słyszałem upadające zbroje i miecze, ryki umierających koni, jęki, krzyki i lamenty ludzi. A potem… jakby ktoś zatkał mi uszy… i oczy… i podał morfinę.
A więc się stało. Demony wypowiedziały nam wojnę. Staraliśmy się utrzymać pokój, a otrzymaliśmy coś przeciwnego. Harmonia między Dziewięcioma Światami została zachwiana i nic nie można już zrobić. Jedynie walczyć o życie. Czy tylko to nam już zostało?
– Seerina uciekaj stąd!- krzyknął Gaarl przy okazji tną c kamiennemu trollowi palce u rąk.
– Nie ma mowy! Mój miecz pragnie zemsty! – odpowiedziałam ciskając mym nożem w ogromnego wilka patrzącego na mnie jak na wyśmienitą kolację.
– Nie odkupisz za to wiecznego spokoju! Twój ojciec zatoczy się w grobie… – rzucił swój miecz w powietrze, skoczył na kark bykowi, ujął bogato zdobioną rękojeść i cisnął nią w demona. Potwór wydał z siebie niedźwiedzi ryk i upadł z wielkim hukiem.
Mężczyzna odziany w błękitnej zbroi zszedł z ciała, ściągnął hełm i po patrzył na mnie zielonymi oczami. Nawet w ciemności widać było jego mocne rysy twarzy i złociste włosy. Zmarszczył brwi gniewnie i powiedział:
– Twoja śmierć w niczym nam tu nie pomoże. Wróć do Agaras i wezwij posiłki. Zabierz ze sobą Tamarosa, Rotti i Ricki, odnajdźcie Albatrosa, on będzie wiedział, co zrobić.
– W żadnym wypadku, nie zostawię cię samego! – mówiłam ledwo łapiąc oddech. Po moim policzku poleciały łzy.
Nie, muszę być silna.
Muszę zostać tu i walczyć.
Ojciec nigdy by mi tego nie wybaczył.
Ojciec…
Pamiętam, jakby to było wczoraj.
Tata trenował mnie od kiedy pamiętam. Uczył mnie walki wręcz, samoobrony i posługiwania się bronią. Mimo sędziwego wieku tryskał energią. Nigdy nie pokazywał po sobie zmęczenia. Miał tylko mnie. Mama umarła miesiąc po moim narodzeniu. Brat został wygnany z miasta za zdradę. On sam był Kapitanem Gwardii Królewskiej. Często pokazywał mi walki swoich rycerzy. Mówił wtedy, że jest ze mnie dumny tak samo, jak z nich. Kochałam go, tak samo jak on mnie.
Wszystko się jednak zmieniło.
Miałam wtedy dziewięć lat. Ojciec pokazywał mi, jak obezwładnia się wroga. Po kilku nieudanych próbach pojawił się mężczyzna, prawdopodobnie po trzydziestce. Ciemne włosy, brązowe oczy. Ubrany w szlachecki płaszcz z herbem czarnego konia na ramieniu. Przedstawił się jako Posłaniec Królowej Elenory i powiedział dość ochryple, że przynosi rozkazy od Korony Królewskiej. Heryn, mój tata, wyrwał kawałek papieru mężczyźnie i wyszedł. Pojawił się dopiero po zachodzie słońca. Panna Klara, pokazywała mi wtedy podstawy przędzenia kądzieli i wrzeciona. Podszedł do opatki i szeptem przemówił. Widać było, że jest smutny i zamyślony. Bez zbędnych wyjaśnień podszedł do mnie, pogłaskał po głowie i pocałował w czoło. Potem stanął przede mną i spojrzał mi w oczy. Piękne, błękitne ślepia patrzyły na mnie z powagą. Wreszcie usta zaczęły mówić:
– Córciu, zostawiam cię w rękach opatki. – Spuścił głowę, a zaraz znowu spoglądał na mnie. Tyle, że szlochał.
– Obiecaj mi, że będziesz grzeczna. – Pocałował mnie powtórnie i odszedł.
Na zawsze.
Dopiero po trzech miesiącach jego gwardia powróciła. Ale tylko jedna trzecia przeżyła. Reszta zginęła. Mój tatko też. Dlatego pomszczę go odnajdując i zabijając jego mordercę.
,, Twój przyjaciel ma racje. Twoja agonia nic tutaj nie zmieni, pomożesz tylko żyjąc. Czasami trzeba odpuścić, żeby wygrać. Wiesz, co jest słuszne.”
Mamo… Masz rację.
Otarłam oczy i popatrzyłam na swój miecz. Czerwona ozdobiona złotymi wzorami rękojeść, metalowa, dobrze naostrzona głownia. Spojrzałam na moją czarną, całą we krwi zbroję. Przebiegłam wzrokiem przez pole bitwy i zrozumiałam powagę jego słów. Wszędzie truchła i krew. Walka i dominowanie. Demony i ludzie. Po krótkiej chwili dotarły do mnie słowa Gaarla:
– Wracaj do Agaras, to rozkaz. – Otrząsnęłam się, wyprostowałam i odetchnęłam głęboko.
– Tak jest. Wykonam swoje zadanie Admirale. Niezwłocznie. – Odwróciłam się. Schowałam ostrze do pochwy. Już zaczęłam stawiać pierwszy krok, kiedy złapał mnie za rękę, obrócił, przysunął do siebie i dotknął swoimi ustami moje wargi. Rozchyliłam je, więc odpowiedział mi głębokim, namiętnym pocałunkiem. Trwaliśmy tak złączeni, aż wydawało się, że słychać było syk naszej pary. Czułam żar, podniecenie. Świat wirował. Pragnęłam go, a on mnie. Odsunął usta, uwolnił mnie z objęć i popatrzył w oczy. Zatrzepotałam rzęsami, a on powiedział:
– Uważaj na siebie. – Przysunął moje dłonie do ust i pocałował. – I pamiętaj o mnie. – Puścił mnie i odszedł walczyć.
Trafiłem tu niedawno, ale staram się nadrobić. Liczę na jakąś opinię na te wypociny. 🙂
….Zapach kwiatów, słońce grzejące w twarz, śmiech dzieci biagajacych po podwórku w jakiejś radosnej zabawie. Obok żona która się przytula. Złudzenie się staje coraz bardziej mgliste. Piach w ustach, okropny pisk w uszach przez które przebijają się krzyki.
– Kurwa żółtki atakują!
– Roger łap Renie i wal w nich!
Wspomnienia ostatnich miesięcy przelatują przed oczami. Wyjazd do Chin, przydział do wysuniętego posterunku, koledzy rozlatujący się w strzępy po trafieniu z moździerza. No i te z ostatnich minut. Widok lecącego granatu, strach w oczach Mike’a a potem błysk. Nie ma jednak czasu na rozmyślania, szybko oglądam swoje ciało wszystko w porządku choć prawy bok mocno mnie boli, gdzieniegdzie widać brunatne plamy na mundurze. Nie ma czasu by się nimi zajmować.
– Kurwa Roger chcesz by nas wszystkich zajebali?!
Roger, kolejny krzyk i dociera do mnie ze to ja jestem Roger. A Renia? Mój CKM. Potrafi zrobić sito nawet z gości w kamizelkach. Tylko gdzie kurwa jest?! Granat, miałem ją w rękach, pewnie rzuciłem i spierdalałem jak najdalej od epicentrum. Musi gdzieś tu być. Kątem oka dostrzegam ją, leży w krzakach. Doczołguję się do niej i kieruję lufę w stronę atakujących. Wciskam spust, Szmer pocisków sunących w taśmie by zostać trąconym spłonką. Huk strzałów i czyjś krzyk. Mój krzyk…..
Człowiek na łóżku podniósł głowę znad kartek. Został przywieziony razem z innymi z posterunku 286. Byłego posterunku 286. Chińczycy zaatakowali szybko i z zaskoczenia. Szkieletowa załoga na warcie nie wytrzymała oporu. Reszta spała. Nigdy już się nie obudzi. Z wszystkich przeżył tylko ten Roger Netning. Kolejna wojna, kolejne ofiary i brak odpowiedzialnych za tę rzeźnię. W wiadomościach mówią, że to dla obrony suwerenności. Roger zostanie odznaczony Medalem za odwagę, po czym po wyzdrowieniu znów przydzielą go do jakiegoś posterunku na granicy. By podnieść morale. By zginąć w następnym ataku.
Carmen zrobiła szybki obrót. „Wreszcie sekunda na zastanowienie!” – pomyślała. Głośno wypuściła powietrze, uświadamiając sobie, że przez kilka ostatnich chwil, które spędziła zabijając Mortęgi, nie śmiała rozproszyć się oddychaniem. Natychmiast tego pożałowała, bowiem smród gryzący usta i dławiący gardło sprawił, że zakręciło jej się w głowie.
„Powtórzmy to jeszcze raz, Carmen. Zeszłaś do tej paskudnej jaskini na polecenie mężczyzny, którego znasz od kilku godzin, tylko dlatego, że był zbyt czarujący, że hipnotyzował cię swoimi słowami. Odwagi, Carmen! – krzyczał. Poznasz swoje przeznaczenie, Carmen! Ph!” – sama czyniła sobie wyrzuty. „Teraz jesteś w środku mroku, otoczona truchłami Mortęgów twoja kobieca orientacja niezbyt pewnie wskazuje ci drogę powrotną. Ach, gdyby tylko mieć tu kogoś, kto mnie pocieszy!” – ze smutkiem oparła się o ścianę, coś zastukało. Carmen z niedowierzaniem pokręciła głową a uśmiech sam pojawił się na jej ustach. Szybkim ruchem sięgnęła do kieszeni kamizelki i mocno pociągnęła z wyjętej piersiówki. „No, od razu lepiej! To teraz w drogę, wracamy… przynajmniej taką mam nadzieję.” W chwili, gdy skończyła celebrować tę piękną myśl, za plecami usłyszała ruch. Mortęg. Czknęła.
Obróciła się na pięcie, jednak stworzenie było szybsze. Skoczyło jej na plecy tak, że jej niezdarny piruet spowodował upadek. Carmen na powierzchni skwitowałaby taki wypadek serią wymamrotanych przekleństw, podziemna Carmen nie mogła pozwolić sobie na chwilę rozluźnienia. Udało jej się sięgnąć za pasek po nożyk, którym odcięła wbijającą się pazurami w delikatną skórę jej szyi łapę. Mortęg przeturlał się za nią, sycząc z bólu.
Próbowała krzyczeć, te podziemne stworzenia źle reagowały na hałas. Smród korytarza był jednak tak okropny, że z jej ściśniętego gardła wydobył się tylko charkot. „Trudno”- westchnęła – „z Tobą rozprawię się tradycyjnymi metodami.”
Lekko skoczyła do przodu, jedną ręką zakrywając cierpiące usta. Drugą zamachnęła się na rzucającego się na nią Mortęga.
Jestem całkowicie sama. Widzę mnóstwo czerwonej farby rozsianej na drodze. Śledzę jej drogę. Początkowo jest ciszą i zupełną ciemnością. Ciemnością, która jednak nie uspokaja, nie tą, która usypia do snu. Wszyscy mieliśmy szeroko otwarte oczy. Ona przechodzi leniwie w napięcie, które czuję wciąż w uszach. Jakby ktoś trzymał miliardy małych grudek zamkniętych w małym pojemniku tuż nad twoim uchem. Później strzały. Wcześniej, ręka, która mnie trzymała była ciepła i czuła. Już nic mnie trzyma. Czerwień pojawia się znikąd i rozpryska się nad wszystkim powoli zastępując powietrze. Wiesz, że blisko ciebie osoba trzymająca broń nacisnęła spust.
Teraz wstaje i otrzepuje brudne spodnie. Obdarta nogawka przykleja się do skóry. Rozglądam się próbując złapać równocześnie wcześniej trzymającą mnie rękę. Jednak ręka, już nie tak czuła i ciepła, leży delikatnie przy swoim ciele. Nie dotykam jej, lecz wiem, że jest zimna. Wiatr kładzie się na moich nagich ramionach. Podnoszę zatem martwą rękę, ciągnąc marynarkę z szeregowym zapięciem w ciemnozielonym kolorze. Guziki nie zaczerwieniły się w żadnym miejscu.Wyglądają wciąż tak dostojnie jak dwadzieścia minut temu. Jedynie na barku marynarki dostrzegam krew. Słyszę jak ciało opada o beton, lecz w tym samym czasie już sprawdzam, jak marynarka układa się na moim ciele. Jest jeszcze ciepła. Z lewej kieszeni wyjmuje małe lusterko.
W lusterku widzę siebie. Wilgotną chusteczką wycieram twarz. Zaczesuje palcami włosy.Pojedyncza łza spada na szkło,które upada w chwili kiedy ona zagarnięta jest przez mój nadgarstek. Nawet jeśli płakałam, nie było dowodów rzeczowych. Teraz idę, równym krokiem, pośród farby, która zaczyna przyodziewać się w czerń. Językiem dotykam spuchniętych warg. Kiedy widzę mężczyznę patrzącego na mnie po drugiej stronie mostu przyśpieszam. Idę jednak wciąż delikatnie i subtelnie. W końcu wpadam w jego ramiona- większe od moich, znacznie silniejsze. Nie patrzy na mnie szukając oczami ukochanej.
-Widzisz, a mama mówiła, że wszyscy umrzemy.
Ramiona może i mam wiotkie, ale żyję.
Trochę długawe i w nieco specyficznej formie, wybacz 🙂
Stał tam. Wokół śmierć szalała, wymachiwała kosą i tańczyła, dzika i nieokiełznana jak wiatr. Niebo osłoniło się chmurami, gotowe zmyć z ziemi ten grzech. Masy żelaznych mieczy, nacierały na siebie, choć nie wiadomo od kiedy, ani ile miało to jeszcze trwać. Słyszał ich szczęk – zimny i nieustanny jak strumień rwącej rzeki, która lada chwila może zatopić własny brzeg i porwać to co się na nim znajduje. Zdradliwy i złowrogi niczym dzwonki nad diabelską kołyską. Nie widział kto walczył, ani kto wygrywał, prawie zapomniał po co to wszystko. Krew strumieniami ściekała po jego ciele, chociaż nie miał pojęcia do kogo należała. Przeleciało mu przed oczyma kilka twarzy, to ludzie których zabił. Chwilę zastanowił się nawet czy to on nie został przypadkiem zabity. Przed oczyma migotało mu tylko szarawe światło odbijane od kolczug i krew tryskająca z podrzynanych gardeł, przebijanych brzuchów oraz roztrzaskiwanych głów.
On sam w środku tego wszystkiego, niby oku cyklonu po prostu stał. I patrzył.
Na nią.
Była na przeciwległym końcu polany, w miejscu tak niepasującym do całej tej rzezi. Tak jakby w tamtej przestrzeni nigdy z młotem nie zderzył się miecz, nie spotkali starzy wrogowie, ani nawet nie stanęła chociażby jedna ludzka stopa.
Czy to możliwe? Możliwe, albowiem dla Kerrana, kobieta ta wydawała się nie człowiekiem lecz aniołem.Wspierała się na drewnianej lasce i spoglądała na niego ciepło, posyłając mu coś na kształt uśmiechu.
W rzeczywistości Kerran był zupełnie zaślepiony tym widokiem, nie widział bowiem w owym geście tego czym był naprawdę – zwykłego uśmiechu. Co prawda rzadko spotykanego w takich okolicznościach, ale niezaprzeczalnie był to właśnie uśmiech, i nic więcej. Kerran jednak poczuł się pobłogosławiony. Wybrany. Tak jakby sam Bóg spojrzał nań swymi bożymi oczyma, dotknął swym bożym palcem i rzekł: „Wybieram Ciebie, Kerranie. Dbaj o mój lud.”, „Zabijaj dla niego. Zgiń za niego.” czy coś równie patetycznego.
Kerran z dumą więc wypchnął pierś do przodu, kamiennym uściskiem chwycił rękojeść swego miecza i zdecydowanym ruchem wysunął go z pochwy, wstrzeliwując wysoko, ku chmurom, jakby pragnął musnąć je koniuszkiem ostrza. Te zaś, co za ironia, zalśniło w słońcu, które akurat wyszło zza ciemnych obłoków, co tchnęło rycerza dodatkową porcją męstwa i utwierdziło w przekonaniu o swej nieśmiertelności i protektoracie niebios.
– W imię Najwyższego. – rzekł patrząc w powoli rozdzierającą się nad nim błękitną dal. Spojrzał na swego anioła – nadal posyłającego mu owo osobliwe błogosławieństwo – a następnie na wojowników zaciekle walczących dookoła niego. Poczuł to. Wziął jeszcze jeden głęboki wdech, po czym wydarł się tak by usłyszał go chyba świat cały: ZA OJCZYZNĘ!
Wreszcie rozpoczął szarżę w kierunku, gdzie batalia toczyła się na najintensywniejszych obrotach. – ZA MIŁOŚĆ! – darł się biegnąc z z ramieniem uniesionym, gotowym rozłupać wszystkie czaszki jednym zamachem. – ZA HON… – Zatrzymał się. Drugą połowę słowa „honor” wybulgotał dławiąc się własną krwią, po tym jak strzała przeszyła mu gardło i posłała najpierw umierającego na kolana, później martwego na ziemię.
Nie bądźmy jednak okrutni w ocenie, Kerranowi należy się chociażby jeden ukłon, ponieważ przynajmniej jedno z trzech Bożych nakazów udało mu się zrealizować. Miał przecież zginąć.
Ale to wojna. Tu się nie pierdoli.
Szeregowy William zaczął powoli wygrzebywać się spod błota. Dzwoniło mu w uszach. Pocisk uderzył około 10 metrów od niego, zostawiając po sobie sporej wielkości krater.
– Ciągle żyje – powiedział z niedowierzaniem sam do siebie
Rozejrzał się dookoła. Ze wszystkich stron dobiegał rytmiczny hałas – coś jak by potężna metalowa machina toczyła się po twardym gruncie. Jednak Will doskonale znał ten dźwięk – to nie maszyna a serie niekończących się salw i eksplozji. Przeciwnik znajdujący się po drugiej stronie zasieki nie odpuszczał.
Miał szczęście. Wróg skupił swoją uwagę na innym celu. Huk eksplozji zaczął dobiegać z południowej części umocnień.
„Pewnie myślą że wszystkich zabili” – pomyślał William, po czym podniósł wzrok i spojrzał w miejsce gdzie jeszcze chwilę temu stało całkiem solidne umocnienie – „chyba się nie pomylili”- pomyślał ze smutkiem. Konstrukcja którą z wielkim trudem wznosili kilka dni, dosłownie zniknęła z powierzchni ziemi.
Zaczął powoli czołgać się w stronę najbliższego leja. Nie było to zadanie łatwe. Padający od kilku dni deszcz zamienił ziemię w trudne do przebycia grzęzawisko. Zapach błota wymieszanego z ludzką krwią przyprawiał go o mdłości. Jednak Will wiedział że nie może zostać w tym miejscu. W każdej chwili mógł zostać dostrzeżony przez wrogiego snajpera. Każda minuta na otwartej przestrzeni była dla niego śmiertelnym zagrożeniem.
Pełzł. Powoli ale systematycznie, centymetr po centymetrze, metr za metrem zbliżał się do upragnionego celu.
„Jeszcze tylko kilka metrów” – zbocze leja było co raz bliżej.
Wtem spostrzegł przed sobą na wpół przysypane ciało. Paul Johnson. Razem zaciągnęli się do armii. Oczy trupa były otwarte. William przez chwilę miał wrażenie że nieboszczyk spogląda na niego z wyrzutem
– Nie tak to sobie wyobrażaliśmy.
Przypomniały mu się chwile gdy w upalne dni sierpnia 1915 roku pełni euforii opuszczali rodzinną Anglię. Wojna miała potrwać najwyżej do gwiazdki.
Był marzec 1916 roku.
Po przeczytaniu bardzo bym prosił o wrażenia. Tylko tak człowiek może się naprawdę uczyć, bo życie to nie sci-fi.
W głowie rozlega się mi jedna myśl: ,,wytrzymać!” To dziwne, pierwszy raz od lądowania na tej przeklętej planecie słyszę nędzne, ale jednak, słowo otuchy. ,,Wytrzymać…” co innego miałbym zrobić? Nadstawić pierś i dać się rozstrzelać? Nie, wytrzymam, z tym dam sobie jeszcze radę, ale towarzysz z oddziału, Bil, dobry chłopak, leży w kałuży krwi metr dalej. Poznałem go na trzy miesiące przed startem. Kupował lalkę dla córki. Wiedział, że poleci tutaj, być może nawet wiedział, że nie wróci. Ona podarowała mu niebieską chustę, więc chciał się zrewanżować. Po wszystkim, o ile oczywiście ,,wytrzymam”, wyjmę mu ją z rękawa i wyślę pocztą do jego domu, nie chcę się pokazywać rodzinie, to ożywi zbyt wiele ran, których nie da się wyleczyć. Tego dnia, kiedy poznałem Bilego, sprzeczaliśmy się o tę jedną konkretną lalkę. Została ostatnia przedstawiająca postać z bajki kochanej przez nasze córki. Musieliśmy się dogadać, sprawę załatwił rzut monetą. Przynajmniej to jej zostanie po tatusiu.
Bili nie żyje, połowa oddziału także. Huk wybuchającego granatu zagłusza 50 smutnych historii o znanych mi ludziach. Wystawiam akcelerator znad osłony. Komputer pokładowy łączy się z moim mózgiem, przetwarzając wspólnie informacje. Osiągam krótki czas reakcji. Celność posiada odchyl trzech milimetrów na dwadzieścia kilometrów. W zasadzie nie widzę pozycji przeciwnika, ale przyrządy optyczne w zbroi przekazują wszystkie potrzebne mi dane, wzbogacone o meldunki dowództwa. ,,Ostrzelać lewą flankę”, naciskam spust czując pozycję wroga, nie, widząc. Małe cząstki wylatują z akcelatora z zawrotną prędkością. Wróg nie ma szans wykonać uniku, dzieli nas tylko pięć kilometrów. Mają wadliwy system obronny, lecz nasz także nie jest idealny. 50 moich przyjaciół potwierdzi, że pomimo badania wektora zwrotu samej lufy wroga, tworząc wirtualną trajektorię lotu jeszcze przed wystrzałem, dochodzi do pomyłek. Jest tak niewiele czasu. Jeden z towarzyszy spostrzegł akcelerator skierowany w moją stronę, aktywuję dodatkowe wspomaganie egzoszkieletu, rzucając się na ziemie w czasie, w którym normalny człowiek nie zdążyłby mrugnąć.
Tutaj tracimy człowieczeństwo, o ile kiedykolwiek nim dysponowaliśmy. Łączenie umysłów wszystkich żołnierzy na froncie razem z komputerami w jedną sieć to system militarny, nie armia ludzi. W cywilu nasze mózgi też są podłączone do siebie nawzajem. Ciekawi mnie tylko jedno: dlaczego mamy w sobie jeszcze cokolwiek z dawnego pojmowania homo sapiens? To wszystko nieważne, drony przed zestrzeleniem wykryły cztery plutony wroga zachodzące nas od tyłu. Gdzieś przełamano nasze linie, teraz nas wyrżną.
Wychylam się, oddaję strzał, chowam – czysta mechanika, gdyby nie fakt, że ludzkie mózgi, szczególnie od czasu technologicznego przyśpieszenia ewolucji, są pod każdym względem lepsze od maszyn, nie wysłano by nas. Lecz czy byłoby sprawiedliwe, aby to właśnie maszyny ginęły za naszą sprawę? Myślimy zbyt podobnie, aby odróżnianie nas miało jakikolwiek sens, różnica polega tylko na tym, że jesteśmy silniejsi.
Pociski padają wszędzie, przemieniając nasz okop, a właściwie wielokrotnie rozsadzoną dziurę w ziemi, w cmentarz anonimowych, z powodu zbyt zaawansowanego uszkodzenia ciała, ciał.
W głowie słyszę nową myśl. To dowództwo ponownie nawiązuje ze mną kontakt. ,,Przepraszamy”. Szkoda, że to nie ja wygrałem lalkę. Pęka mi szybka w hełmie. Ostatnie, co słyszę, to dźwięk syreny i miły głos kobiety oznajmiający aktywowanie systemów ratowniczych. Jeszcze bym to przeżył, ale kolejny pocisk trafił bezpośrednio w plecy.
Super blog, trzymam kciuki za jego rozwój! 🙂 Poniżej pierwsza w życiu wprawka pisarska, jaką stworzyłem (dzięki Spiskowi Pisarzy). Będę wdzięczny za uwagi czytelników.
—
Koński oddech zamieniał się w parę w mroźnym powietrzu, gdy Berdo jechał stępa przez pobojowisko, w jakie zamieniło się pole bitwy. Zmrożoną, spękaną ziemię pokrywały trupy, a śnieg w wielu miejscach przybrał różową od przelanej krwi barwę. Stroje i uzbrojenie martwych żołnierzy wskazywały na to, że śmierć równo obdarowała obie strony starcia. Jeździec oderwał wzrok od ciał i spojrzał w górę. Czyste niebo zdawało się emanować chłodem. Między gałęziami rzadko rozmieszczonych potężnych świerków widać było oślepiająco białą tarczę słońca, która muskała już zachodnie szczyty. Berdo zdał sobie sprawę, ile czasu minęło od momentu, gdy o brzasku dowódcy klanów zdecydowali się na szturm na obozującą w kotlinie armię cesarza. Przewaga terenu i zaskoczenia sprawiła, że pierwsza szarża była wyjątkowo skuteczna. Potem jednak dały o sobie znać klanowe podziały. Wszelkie próby skoordynowanego dowodzenia kończyły się porażką. Na szczęście nieprzygotowanemu przeciwnikowi również nie udało się zorganizować spójnej obrony, gdyż inaczej atakujących czekałaby rzeź. W niedługim czasie bitwa przerodziła się w szereg małych pojedynków i rozlała się po całym terenie kotliny. W umyśle Berda ostatnie godziny stanowiły niekończące się pasmo nierozróżnialnych od siebie potyczek. Postacie zarówno wrogów, jak i sojuszników zlewały się jedno. Szał bitewny, a potem coraz większe zmęczenie nie pozwoliły żadnym szczegółom przebić się przez kurtynę szczęku broni, krwi i bólu.
Od pewnego czasu jechał między drzewami samotnie, nie napotykając już nikogo żywego. Dobiegające z północy – gdzie, jak sądził znajdowało się centrum rozproszonej bitwy – odgłosy walki niedawno oddaliły się, przycichły i straciły na regularności. Berdo wyjechał zza ogromnego zwalonego świerku, gdy jakiś ruch po lewej stronie przyciągnął jego uwagę. Około dwieście kroków od niego jeździec dosiadający czarnego wierzchowca walczył z dwoma uzbrojonymi w krótkie topory wojownikami. W pieszych zbrojnych Berdo rozpoznał członków klanu Borsuka, ale to na widok postaci na koniu mocniej zabiło mu serce. Burza czarnych włosów okalała wykrzywioną w grymasie furii twarz, którą rozpoznał nawet z tej odległości. Widok był tak niespodziewany, że Berdo wstrzymał konia w miejscu i zamarł na kilka oddechów.
Walczący jeszcze go nie spostrzegli. Otrząsnął się z osłupienia, poprawił tarczę umocowaną na lewym przedramieniu i ścisnął wierzchowca kolanami. Jeden z toporników odwrócił się słysząc tętent kopyt, co kosztowało go życie. Długi miecz jeźdźca rozpłatał mu głowę, gdy Berdo miał jeszcze sto pięćdziesiąt kroków do walczących. W pełnym galopie puścił wodze i chwycił w prawą dłoń ciężki toporek do rzucania. Kilka uderzeń serca później obrona drugiego wojownika załamała się pod gradem ciosów czarnowłosego. Potężne uderzenie wbiło się w bark aż po mostek, prawie oddzielając rękę od tułowia. Dostrzegając swoją szansę, Berdo wziął szeroki zamach i rzucił. Toporek pofrunął przez powietrze ze śpiewnym świstem. Jeździec wyszarpnął miecz z padającego ciała i w ostatniej chwili zasłonił się przed nadlatującą bronią, która z brzękiem uderzyła w osłaniającą przedramię żelazną obręcz. Siła uderzenia wyrzuciła wojownika z siodła. Nie przerywając szarży, Berdo sięgnął za plecy po jednoręczny topór o krótkim stylisku i krzyknął na swojego konia, zmuszając go do jeszcze szybszego biegu. Zsunął się na prawą stronę chcąc zdruzgotać zbierającego się z ziemi przeciwnika jednym uderzeniem. Czarnowłosy zaskoczył go jednak swoją szybkością. Rzucił się w kierunku pędzącego wierzchowca celując mieczem w jego podbrzusze. Cios rozerwał bok konia, który runął do przodu. Berdo, głęboko pochylony, z ręką uniesioną do uderzenia stracił równowagę i wypadł z siodła lądując na mokrym od krwi śniegu. Zerwał się z ziemi akurat na czas, żeby zasłonić się tarczą przed nadchodzącym ciosem miecza. Okute żelazem drewno jęknęło, a odrętwienie przeszyło rękę wojownika od dłoni aż do barku. Odskoczył od przeciwnika, żeby lepiej mu się przyjrzeć.
Przewyższał Berda wzrostem przynajmniej o głowę. Nabijana ćwiekami skórzana kurta była ochlapana krwią i nie miała żadnych oznaczeń wojsk cesarskich. Jego przedramiona opasywały żelazne obręcze pokryte symbolami, których Berdo nie rozpoznawał. Przypominał raczej najemnika, niż żołnierza. Jego postawa, każdy ruch, gest, mimika twarzy – wszystko to zalewało Berda falami wspomnień i emocji. Dawno już uwolnił się od myśli, że kiedykolwiek spotkają się ponownie. Teraz jednak cały ból, żal i wściekłość, które pielęgnował przez długie lata powróciły w jednej chwili. Wiedział, że jeśli chce wyjść z tego niespodziewanego spotkania cało musi zamknąć umysł na te uczucia i skupić się na tym, co tu i teraz.
Ich spojrzenia przecięły się i Berdo zobaczył, jak oczy przeciwnika rozszerzają się w nagłym zdumieniu. Dopiero teraz?, pomyślał, czując kolejne ukucie żalu, zaskakująco silne. Dopiero teraz mnie poznałeś?
Na oblicze czarnowłosego wypełzł uśmiech. Warknął i ruszył do ataku. Uderzał szybko i celnie. Berdo przyjmował ciosy na tarczę lub odbijał je toporem, ale każdy taki blok wprawiał jego mięśnie w coraz większe odrętwienie. Zmęczenie całodzienną bitwą dawało o sobie znać, a wywołana spotkaniem adrenalina nie wystarczała żeby mu się przeciwstawić. Cofając się krok za krokiem pod naporem uderzeń miecza zdał sobie sprawę, że przeciwnik jest silniejszy i lepszy. Ze stęknięciem zablokował kolejny cios i poczuł jak jego tarcza pęka na dwoje. Z przymocowanego do przedramienia pasa zwisały jedynie kawałki drewna. Zobaczył, ze czarnowłosy wzniósł miecz do cięcia znad głowy. Berdo okręcił się na pięcie przechodząc w lewo, czując, jak ostrze przelatuje cale za jego plecami. Nie napotkawszy oporu, miecz pociągnął wytrąconego z rytmu przeciwnika za sobą. Berdo ciął krótko celując w nieosłonięty prawy nadgarstek, ale chybił celu. Topór trafił w trzymającą miecz dłoń, gładko odcinając trzy palce. Czarnowłosy zawył, gdy krew trysnęła strumieniem. Machnął ramieniem trafiając topornika żelazną obręczą w twarz. Trzasnął łamany nos. Głowa Berda odskoczyła do tyłu, a on sam runął na twardą zmrożoną ziemię wypuszczając broń z ręki. Gdy otworzył oczy plując krwią i wybitymi zębami ujrzał nad sobą dyszącego ciężko przeciwnika, który klęczał, przygniatając kolanami jego ramiona. Berdo szarpnął się w próbie uwolnienia, ale bezskutecznie. Czarnowłosy położył okaleczoną dłoń na jego czole, przedramieniem drugiej zaś przycisnął jego szyję. Krew z odciętych palców spłynęła po twarzy leżącego mieszając się z jego własną. Spojrzał w oczy przeciwnika i z przerażeniem ujrzał w nich zupełnie coś innego, niż spodziewał się w nich zobaczyć. Spokój, miłość i współczucie. Nacisk żelaza na krtań Berda wzrósł, odcinając dopływ powietrza. Jego spojrzenie zaszło mgłą.
– Żegnaj, bracie. – usłyszał jeszcze, zanim zapadł w ciemność.
Dojrzały warsztat. Ile lat ma autor?
Autor ma lat 25. Dziękuję za pochlebną opinię.
– Padnij! –Nagle usłyszał przeraźliwy huk. W jednym momencie wszystko pociemniało. Upadł na ziemię ściskając obolałe ramię. Nie słyszał własnego krzyku. W uszach wciąż dudniło mu od wystrzału kuli armatniej. Ból był przeraźliwy. Czuł jakby miał mu rozerwać czaszkę od środka. Przez ułamek sekundy widział jak przyjaciel podbiega do niego i krzyczy jakieś słowa w jego stronę. Obraz zaczął się rozmazywać. W tej chwili było mu już wszystko jedno. Padając twarzą przed siebie poczuł smak ziemi w ustach. Zapadła ciemność.
Strzał. Nienawidziłem lekcji baletu na które posyłała mnie matka. Przeładowanie broni. Jaki chłopiec chciałby chodzić na balet? Strzał. Trafiony – Niemiecki żołnierz upada na trawę i przestaje się ruszać. Masz teraz takie cudowne, płynne ruchy. Strzał. Chowam się za drzewem, coś jest nie tak; nie widzę na jedno oko. Mamo koledzy się ze mnie śmieją i nie cierpię tych głupich kapciuszków. Dotykam dłonią twarzy, ledwo widzę, ale patrzę na dłoń – jest cała we krwi. Uspokój się, przyda Ci się to w przyszłości, zobaczysz. Siadam, nie czuję ciała, upuszczam broń. Kochanie może zapiszmy go na karate, nauczyłby się trochę dyscypliny. – powiedział ojciec. Zamykam oczy, jestem tak bardzo senny. Wiesz, że nie lubię przemocy, ale w ramach kompromisu zgodzę się na jedną lekcję karate w tygodniu – odpowiedziała matka mierzwiąc moje włosy. Zasypiam.
Uff..pierwszy raz się na to porywam:-)
– Co to? Co się stało, gdzie są wszyscy? Nie, to niemożliwe.
Karol, wstań, co Ci jest? Krew? Boże, tylko nie to.Karol, Karol, proszę Cię wstań.
Dym i kurz opadały i oczom Piotra ukazywało się coraz więcej martwych ciał. Rozszarpanych na strzępy, pozbawionych rąk i nóg. Zmasakrowane twarze, roztrzaskane głowy i krew. Skąd tyle tej krwi?
Piotr podchodził po kolei do każdego ciała. Niektórych rozpoznawał. Koledzy, dowódcy. Jednych lubił, innych nie, innych się bał. Teraz to wszystko nie miało znaczenia. Wszyscy oni byli martwi. Jak to się stało, że on przeżył?
– Hej, jest tu ktoś żywy? Tutaj jestem, niech się ktoś odezwie! Proszę niech się ktoś odezwie.
– Stój! Zostań tam, gdzie jesteś.
– Nie ruszaj się i rzuć broń przed siebie. Rzuć broń, słyszysz gnoju, rzuć broń!
Rosły mężczyzna, który wyłonił się nagle zza budynku przy którym leżał martwy Karol, podbiegł do niego i jednym kopniakiem wytrącił mu broń z ręki, drugim wymierzonym prosto w brzuch powalił na ziemię.
– Przestań idioto, chcesz go zabić?
– Tak! Chcę zabić tego skurwysyna – mężczyzna wymierzył mu drugiego kopniaka.
Piotr zwinął się z bólu i odruchowo zasłonił brzuch i głowę.
Płakał. Płakał coraz głośniej, jak wtedy, kiedy uderzył go starszy brat, a on pobiegł poskarżyć się mamie i płakał w jej ramionach, w których czuł się tak bardzo bezpieczny. Całym jego ciałem wstrząsał płacz, którego nawet nie próbował opanować.
Kilku mężczyzn w mundurach stało teraz wokół niego i bez słów patrzyło na przebieg wydarzeń.
– Daj spokój Harry, to jeszcze dziecko.
– Dziecko? Zapytaj ilu naszych to dziecko ma na sumieniu. No, gnoju ilu zabiłeś? Dobrze było? Dzieci też, co? Strzelałeś im prosto w twarz czy w plecy? – Mężczyzna twardym butem przyciskał mu teraz coraz mocniej głowę do ziemi, a w jego głosie słychać było bardziej rozpacz niż złość.
Ten, który stanął wcześniej w jego obronie odsunął agresora, schylił się do Piotra i pomógł mu usiąść. Ten, który go kopał, zaklął mocno pod nosem, odwrócił się i szybkim krokiem odszedł, pozostali wciąż milcząc także się rozeszli.
Mężczyzna odgarnął mu włosy z czoła i popatrzył w oczy. Lustrowali się przez chwilę, wreszcie tamten powiedział: – Chodź, już po wszystkim, zajmiemy się Tobą.
Wziął go na ręce i wolnym krokiem ruszył za resztą. Piotr, wbrew wszystkiemu poczuł się bezpieczny. Jak dawno już tego nie czuł, jak bardzo tego potrzebował. Znowu zaczął płakać, tym razem cichutko.
– Przepraszam – wyszeptał do ucha mężczyźnie.
– Już dobrze. Ile masz lat?
– Siedem.
Byle lepiej 🙂
Jego ruchy były wyuczone. Poruszał się z gracją, przecinając przeciwnikom brzuchy i wyjmując im gołą dłonią flaki. Ile finezji potrafił włożyć w zwykłe podżynanie gardła! Niewątpliwie było to godne podziwu. A przynajmniej byłoby, gdyby był przy tym wszystkim wyjątkowy. A nie był.
Młodzi chłopcy bez rodzin w ciałach dorosłych wojowników. Większość posługiwała się ksywką wymyśloną nad kuflem z piwem, gdyż nie pamiętali swoich prawdziwych imion. Niektórym nawet i na ten, najmniejszy, podstawowy luksus nie pozwolono – wtedy jedynym, co po nich pozostawało w razie śmierci, był numerek wpisany do grubej księgi. Jeden z wielu.
Do tych biedaków właśnie należał On, nr. 2164. Zabrany rodzicom w niemowlęctwie, całe życie poświęcił zabijaniu. Najpierw chwiejne, pierwsze kroki przy ucinaniu głów nieposłusznym niewolnikom. Wtedy się jeszcze zastanawiał, co ich od niego różni. Potem było na szczęście z górki: jeńcy wojenni, mniejsze bitwy, pojedynki. Aż dotarł tutaj. Nazywano to miejsce Kipielą. Od kilku miesięcy bezustannie dorzucano tu nowych ludzi z obu stron. To była jedynie kwestia czasu, zanim wrogim państwom po prostu zabraknie wojska – wojna się wtedy skończy, nie dlatego, że jeden kraj wygra, tylko dlatego, że drugi przegra. Ale czy 2164 mógł się tym przejmować? Z pewnością nie. Mechaniczne sentencje, powtarzane w kółko przez tyle lat, pochłonęły go zupełnie. Nie czuł. Nie zastanawiał się.
To był dopiero drugi dzień walki. Nie był najlepszy, ale nie był też najgorszy. Nie dawał też nadziei. Zmysł węchu miał trochę przytłumiony, wszechobecny smród krwi i przegniłego ciała już doń nie dochodził. Oprócz zmęczenia i chwili ulgi, kiedy umierał, czuł lekko metaliczny posmak na języku. Był tylko jednym z wielu, którzy nie tyle umarli na darmo, co żyli bez celu.
Borys nie wierzył, że to dzieje się naprawdę. Trzymał na rękach swojego najlepszego druha. Trzymali się przez całe szkolenie razem. Pili, grali w karty, zdobywali damskie serca z miasta nieopodal koszar. Borys nigdy nie przypuszczał, że zbrata się z kimś tak mocno. Pewnie godziny szkoleń w terenie i to, że zawsze mogli na siebie liczyć i wspierać się nawzajem splotły Borysa i Antona niewidzialną więzią przyjaźni i oddania. Teraz jednak wroga kula zerwała tą więź.
W górskiej drewnianej chatce dwóch żołnierzy zostało osaczonych przez wrogi oddział. Żadne z nich nie przypuszczał, że rutynowy patrol zmieni się w koszmar. Borys i Anton zostali zmuszeni do odwrotu podczas gdy natknęli się na wrogi oddział i zastrzelili dwóch wartowników. Nie spodziewali się tak licznej grupy wroga. Zaczęli uciekać przez las, puszczając co chwilę za siebie magazynek kul. Wpadli na polane, gdzie natrafili na drewniany domek tak dobrze im znany. Sprawdzali go codziennie czy jakiś zabłąkany cywil lub żołnierz nie nocował w nim. Wtargnęli do domku i osadzili się w oknach, strzelając do wrogich żołnierzy. Kula jednego z nich trafiła Antona w aortę. Anton padł na podłogę i z fontanną krwi lejącą się spod jego rąk zaciśniętych na szyi wierzgał nogami. Borys padł odruchowo na ziemię i patrzył na swojego przyjaciela plamiącego wszytko w okół krwią. Ostrzeliwanie domku ustało. Borys podczołgał się do Antona i klęcząc chwycił go na ręce.
Łzy ciekły Borysowi po policzkach. Szeptał w kółko, że to co się stało nie mogło być prawdą. Drzwi otworzyły się z trzaskiem. Światło wlało się do środka, rażąc Borysa swą ostrością. Promienie rozbarwiły kałuże krwi. Cienie przelatywały przez snop światła. Borys naliczył ich 5 choć nie był pewny. Ktoś go szarpnął go za mundur. Borys niczego nie czuł. Był w szoku. Nie mógł się pozbierać. Nie walczył.
Wyciągnęli go przed domek. Mętnym wzrokiem patrzył przed siebie. Ustawili go na klęczkach. Głowa opadła. Wzrok wbił w ziemię. Zauważył tam biedronkę przechadzającą się po źdźble trawy. Jeden z nich wyciągnął broń osobistą i stanął naprzeciwko Borysa. Biedronka otwarła skrzydła i poszybowała w górę. Śledził ją nieobecnym wzrokiem unoszącą się na tle munduru. Usiadła na lufie wycelowanego w jego głowę pistoletu. Pistole wystrzelił…
Wokół mnie stosy ciał. Jego świta. Kule przeszyły każdą klatkę piersiową przynajmniej raz. Już dawno przyzwyczaiłem sie do tego smrodu krwi.
A on stoi na przeciwko mnie niewzruszony. Ostatni przeciwnik. Największy i najsilniejszy wróg. Najdroższy. Wydaje sie być pełen entuzjazmu chociaż trudno powiedzieć czy ten uśmieszek na jego twarzy to po to aby mnie wystraszyć czy dlatego że ze mnie drwi.
On robi krok w prawo ja robię krok w lewo. Szykuje sie do ataku.
– Tyle czasu czekałem aż w końcu Cię zabiję. – mówi. – Każdy mój plan, każdy przekręt. Wszystko idzie na marne ponieważ TY. Ty zawsze musisz dołożyć swoje dwa grosze.
Prycham drwiąco.
– Skoro tak uważasz.
Zgrzyta zębami.
– Nie złość się. Przecież taką mam pracę.
– A gdzie Twoja broń? – słyszę nutkę irytacji w jego głosie.
– Nie korzystam z broni. – wyjmuję srebrny nóż z za paska i wymahuję nim lekko.
– No to masz pecha. – uśmiecha się i wyjmuje pokaźnych rozmiarów pistolet.
Jednak zanim on zdąży choćby go przeładować mój nóż już tkwi w jego sercu. Szkoda. Fajny był z niego facet. Nawet zabawny. Jednak praca to praca. Pieniądze mi się należą.
Dziewczyna stoi pośrodku pola bitwy. Ogląda się za siebie, przebiega szybko wzrokiem. Kurz, pył i zapach krwi unoszą się w powietrzu. Mężczyźni zabijają się nawzajem. Są tym tak zajęci, że nie dostrzegają białej niewiasty aż proszącej się o skrócenie o głowę.
Kobieta tymczasem zmieniła taktykę. Już nie kręci się wkoło. Staje prosto, bez ruchu i rozwiera oczy. W dłoni trzyma nóż. Ręce ma tak szczupłe, że widać na nich każdą pojedynczą żyłkę.
Jeden z osiłków ją zauważa. Wstaje z ziemi, pachnący i ociekający krwią. Idzie ku niej, najpierw wolno, potem szybciej, aż przechodzi w bieg. Nie ma żadnej broni.
Dziewczyna próbuje uciec. Nogi same układają jej się do biegu, ale w ostatniej chwili zmienia zdanie. Mężczyzna wbiega na nią. Niewiasta w ostatniej chwili unika go i wbija tępy nóż w plecy. Właśnie zabiła pierwszego człowieka.
Nagle słychać rogi. Tysiącletnia melodia oznacza koniec bitwy. Mężczyźni biegiem ruszają w jednym kierunku. Pchają się, nie zwracając uwagi na dziewczynę.
Między włochatymi głowami, kobieta dostrzega wojsko. Co najmniej dwa tysiące rycerzy w srebrnych zbrojach. Z nadzieją zaczyna przedzierać się ku nim
– Stop – zatrzymuje ją młody żołnierz z zaczesanymi wąsami – Nie dajemy schronienia żebrakom, włóczęgom…
– Farysie! – z tłumu wyłania się królewski skryba w pasiastej kamizelce- Wiesz do kogo mówisz? To Twoja królowa! – wrzasnął. Spojrzał niepewnie na jej twarz i zakrwawioną suknię. – Wasza Wysokość… Misja się powiodła?
Dziewczyna patrzy na niego. Wygląda, jakby miała upaść w każdej chwili.
– Mag Aerlond nie żyje