W dobie mediów społecznościowych, memów i ogólnego rozpasania, nie da się już pisać z ambony. Dawne przyzwyczajenia pisarzy, dzięki którym żyli w wieżach z kości słoniowej, teraz prowadzą do twardego lądowania w gnojówce. Co zrobić, żeby nie zostać największą atrakcją Kwejków i Demotów?
Czasy nam się zmieniły i teraz komunikacja nie przebiega już w jedną stronę – od pisarza czy wydawcy do czytelników. Teraz czytelnicy odpowiadają! Oczywiście, używając tych kanałów, w których czują się najswobodniej, czyli głównie Internetu. Mają dzięki temu okazję nie tylko do przesłania maila ulubionemu twórcy, ale – przede wszystkim – do tego, żeby solidnie obśmiać tych, którzy w ich ocenie godni są takiego traktowania.
Żartuje się na forach. Żartuje się za pomocą memów. Ba, żartuje się, żonglując cytatami z wyśmiewanych dzieł. Pięknym przykładem jest sława, jaką cieszy się Paulo Coelho – Internet go kocha.

Domorośli spece od wizerunku twierdzą, że nieważne, jak mówią, byle nie przekręcali nazwiska. Na dłuższą metę – nie jest to najlepsza strategia. Bo powiedzmy sobie szczerze, kto nabrał ochoty na kupno książki Coelho po obejrzeniu powyższego mema?
O pisarzach najmocniej świadczy ich twórczość. To właśnie z jej pomocą zaskarbiają sobie serca czytelników. Prywatnie – mogą być neurotykami, ekscentrykami, bufonami i gburami. Mało kto będzie chciał zostać ich sąsiadem, ale publika wybaczy takie błahostki, jeśli pisarz rzeczywiście tworzy porywające opowieści. Jeśli do nich dociera. Ta tolerancja kończy się jednak w chwili, gdy przykre nawyki autora zaczynają dyktować jego pisarską drogę.
Internet jest bardzo wrażliwy na punkcie pewnych zachowań, a ze wszystkiego, co mu się nie podoba, potrafi szydzić bezlitośnie (i często mało subtelnie). W tym wpisie pokażę Ci więc trzy najważniejsze powody, dlaczego czytelnicy zaczynają bekę z autorów.
Nie idź tą ścieżką. Nie rób tego w domu!
Arogancja
Pisarze nie są skromni. Po prostu, taka natura tego fachu. Każdy, kto zapisuje słowa, jest przekonany, że ktoś – gdzieś, kiedyś – uzna jego wypociny za warte lektury. Inaczej, po co się męczyć? Powiem nawet więcej, miłość własną łatwo wykorzystać jako potężną motywację do tworzenia. W końcu człowiekowi łaknącemu uznania łatwiej znieść twórcze katusze, jeśli wierzy, że u ich kresu czeka uwielbienie mas albo przynajmniej skromny Nobel.
Kłopot z arogancją zaczyna się dopiero wtedy, gdy staje się widoczna w tekstach. Mówię o tych wszystkich momentach, kiedy lektura zaczyna kręcić się albo wokół samej persony autora, albo wokół jego ego („ależ on mądry”). Tutaj z przykładem zdąża niezawodny Michał Witkowski – od dekady nie napisał bowiem książki, która nie byłaby jakąś formą celebracji jego własnej osoby. Ot, choćby ostatnie dzieło, „Zbrodniarz i dziewczyna”, gdzie możemy śledzić alter-ego autora w roli detektywa. Założę się, że następna w kolejce jest realizacja fantazji o zostaniu strażakiem. Albo kosmonautą. Bo fantazje erotyczne opisywane są na bieżąco.
Bardziej subtelnym, choć równie nieznośnym arogantem jest choćby Andrzej Sapkowski. I nie mówię tu o słynnych wyczynach podczas konwentów. Mówię wyłącznie o jego twórczości. Pełno w niej przecież odniesień do kontekstów spoza opowieści, obcojęzycznych wtrąceń i w ogóle – „puszczania oka do czytelnika”. Większość takich przypadków nie jest konieczna z punktu widzenia opowieści, a całkiem sporo wręcz ją psuje. Teoretycznie tego typu wtrącenia mogłyby pełnić funkcję rozrywkową, ale cóż – wiele z nich nawet nie próbuje nikogo rozśmieszyć. Sapkowski jednak wciska je z kompulsywnym uporem. Tak jakby chciał zmusić swoje dzieło to mówienia „spójrz, jaki mój autor jest oczytany”. Och, jakimże jest erudytą.
Pycha oddala każdego twórcę od odbiorców. Jeśli piszesz po to, żeby coś komuś udowodnić, albo chociaż licząc na to, że w zamian spotkają Cię zaszczyty i uwielbienie – uważaj na siebie. Arogancja daje napęd, ale jeśli nie założysz jej cugli, po prostu Cię stratuje.
Mądrość z mikrofali
Opowiedziana w paru słowach, każda książka wyda się banalna. „Hobbit” Tolkiena? Banda kurdupli idzie ukraść skarb. „Ulysses” Joyce’a? Koleś chodzi po mieście.
Ostatnio Pilch zapowiedział swoją następną powieść słowami: „historia starego pisarza, który się nieoczekiwanie i fatalnie zakochuje w młodziutkiej kurwie”.
Superaśnie. Ręce świerzbią do czytania. Tak bardzo, że aż znów oddam głos nieocenionemu Coelho:

Gdybyśmy naprawdę każdą myśl potrafili w pełni i adekwatnie zawrzeć w ramach krótkiego aforyzmu, nie byłoby potrzeby, aby pisać książki. W rzeczywistości jednak jest inaczej – o impecie opowieści decydują przede wszystkim szczegóły. To tam schował się diabeł. Moglibyśmy, na przykład, wziąć mądrość w rodzaju „dzieci są okrutne”. No bywają, i co z tego? Ano, „Władca much” Goldinga. Albo – odkrycie spod znaku „w więzieniu jest źle”. Efekt? „Mury Hebronu” Stasiuka.
Nie chodzi o to, jak wielką mądrość masz do przekazania – tylko o to, jak potrafisz o niej mówić. Jeśli robisz to wyraziście, z impetem, nawet kompletnie banalne prawdy będą otwierać ludziom oczy.
Czytelnik sięga po książkę, bo łaknie nowych doświadczeń. Chce przeżyć coś, co go wzbogaci. Mówię tu o konkretnych wrażeniach, zmysłowych. Jeśli na kartach powieści komuś grozi śmierć, czytelnicy chcą poczuć bicie jego serca, smak krwi w ustach, uderzenie adrenaliny. W innej sytuacji, gdy bohater dochodzi do jakichś wniosków na temat natury świata, czytelnicy pragną śledzić jego myśli, skakać wraz z nim od konkluzji do konkluzji. Nie chcą dostać gotowca. Jeśli widzą i doświadczają tego, co bohater, mają wrażenie, że uczestniczą, że swoją obecnością pomagają zrealizować się opowieści. W takiej sytuacji dostarczanie im mądrości gotowej, przetworzonej – jest jak cios w pysk.
Pokazując czytelnikowi szczegóły, budujesz jego immersję. Podając gotowe formułki, mówisz do niego z ambony. Zastanów się, w którym doświadczeniu wolisz brać udział.
Fałsz
To jest absolutnie największy grzech polskich pisarzy. W zupełności zgadzam się z Łukaszem Orbitowskim, gdy mówi:
Polska literatura cierpi na chroniczny brak szczerości. Ludzie kłamią tak potwornie, tak nieudolnie, piszą książki bez wiary, wymyślone, tego się nie da znieść!
Istnieją niezliczone przykłady książek dziejących się w Polsce wydumanej, kompletnie nieprawdziwej, które jednak pretendują do tego, żeby mówić o Polakach jakąś prawdę. Może nawet – Prawdę, bo im większa litera, tym więcej bzdur. A to ktoś naczytał się „Frondy”, nasłuchał przemówień Kaczyńskiego, i dalejże pisać o straszliwej katolickiej Polsce, która chce pożreć własne dzieci. Ktoś naoglądał się „Ranczo” i „Plebanii” – i już myśli, że ma kompetencje, by pisać o prowincji. Zgłębił dzieła Ziemkiewicza albo Wildsteina, i już wie, że wszędzie sitwa i salon. Zbyt długo zabawił na stronie „Krytyki Politycznej”, i już zna Prawdę o krwiożerczym kapitalizmie.
Oczywiście, nikt nie pisze obiektywnie, możemy to robić tylko z konkretnej perspektywy. Chodzi więc o to, by być wiernym sobie – swojemu doświadczeniu, swojej wizji. Nie pisać o rzeczach, o których nie mamy pojęcia. Nie dzielić się cudzymi, wyczytanymi gdzieś mądrościami. Nie udawać, że świat jest lepszy lub gorszy, niż nam się rzeczywiście wydaje.
Gwarantuję Ci, że żaden czytelnik nie przyjdzie do Ciebie po więcej ściemy. Tego jest w świecie pełno, kompletnie za darmo. Nikt nie będzie się męczyć, czytać książki, tylko po to, żeby ostatecznie pozostać z wrażeniem, że po raz kolejny dał się zrobić w balona.
Jeśli chcesz stworzyć realistyczną opowieść – wyjdź na ulicę i opisz to, co faktycznie widzisz; nie to, co wszyscy opisują i nie tak, jak wszyscy to robią. Zrób to po swojemu, lojalnie wobec własnego oglądu rzeczywistości.
Jeśli wolisz jakiś rodzaj fantastyki – sięgnij w głąb i spróbuj uzewnętrznić swoje strachy i marzenia. Nie używaj smoków dlatego, że są cool i wszyscy o nich piszą. Użyj ich tylko wtedy, gdy ta ikona coś dla Ciebie znaczy. Gdy możesz za jej pomocą stworzyć opowieść o strachu i zniszczeniu, o godności i honorze, albo o odchodzącej magii i utraconej szlachetności. Fantastyka pozwala Ci ubrać pierwotne odczucia w konkretne kształty, opowiedzieć mity na nowo – więc dodaj do tego nurtu coś, co jest rzeczywiście unikatowe: swoją perspektywę.
Foto: Tambako the Jaguar / Foter /CC BY-ND 2.0
Jeśli dla kogoś świat wirtualny stał się światem pierwszym i najważniejszym, to rzeczywiście bycie pośmiewiskiem internetu może być problemem. Ale w innym przypadku wyłącza się komputer i idzie na ryby, na piwo czy co kto tam woli.
Hmm… Abstrahując od tematu – to nie jest tak, że świat wirtualny jest już dla nas rzeczywiście tym najważniejszym?
Młodzi ludzie coraz częściej jednak sugerują się Internetem, zresztą nie tylko. Internet wyznacza trendy, które podchwytują inne media – telewizja, czasopisma… Jeśli w Internecie coś jest passe, gdzie indziej też się nie przyjmie. Książki również się do tego ogólnego rozrachunku wliczają.
Witam,
Myślę, że temat arognacji jest przesadzony. Sapkowski pisze jak pisze, bo ma świadomość własnej wartości i jakości (sądzę, że w polskiej fatastyce nie znajdziemy obecnie lepszego pisarza), a jego erudycyjne wywody niekoniecznie mogą zniechęcać, ale wręcz przeciwnie – zmuszać czytelników do pogrzebania w źródłach, generalnie stymulowć rozwój osobisty. Kolejnym przykładem (nieskończenie potężniejszym od Sapkowskiego) jest Vladimir Nabokov – autor piszący wręzz książki z dedykacją dla siebie, który otwarcie kpi z czytelników, ale nie tylko – obiektem jego krytyki bywają nawet tacy ludzie jak Dostojewski. Wszytko co nie odpowiada jego poglądam może być po prsotu „zgonojone”,. Jemo jednak trzeba wybaczać wszystko – osiągnał taki poziom warsztatwu oraz percepcji artystycznej, że Prosut by się nie powstydził. Wszyscy darzą sympatia skromnych ludzi, ale jeżeli ktoś poświęciłwiele lat aby sie dokonalić i być lepszym w tym co robi od innych, to dlaczego nie może tego ujawnić w swoich książkach, zwłąszcza keidy portrafi robić to w sposób genialny (tutaj znowu ukłon w strone Nabokova)?
Ale właśnie o to chodzi. Ludzi naprawdę skromnych wśród pisarzy ze świecą szukać. Wręcz powiedziałbym, że oczekiwanie skromności po kimś wykonującym ten fach jest nierealistyczne. Gdybym zobaczył skromnego pisarza, prędzej bym założył, że ściemnia pod publiczkę, niż że faktycznie JEST skromny.
Ale to jedna sprawa. A druga – że ze wszystkim można przesadzić. Ja stawiam granicę tolerancji na poziomie tego, jak Ego pisarza wpływa na jego twórczość. Dopóki potrafisz pisać z nastawieniem „do ludzi”, to IMHO wszystko w porządku, miłuj siebie do woli. Jeśli jednak twórczość coraz bardziej służy realizacji jakichś swoich fantazji, albo po prostu pompowaniu Ego, to znaczy, że mamy do czynienia z najzwyklejszą pychą, którą trzeba dla dobra własnych dzieł poskromić. Oczywiście, potrafię zrozumieć, że komuś podoba się akurat taki, powiedzmy, erudycyjny styl – różne są gusta. Nigdy jednak nie uwierzę, że sentyment do tego stylu jest powszechny, albo że ludzie z chęcią lgną do bufonów. Dlatego jeśli mam dawać rady i opinie, w które wierzę, mogę powiedzieć tylko jedno: nie idź tą drogą. 🙂
przepraszam, Proust*
Ach, Sapkowski 😀
Cóż, może i zdarza mu się arogancja, nie zaprzeczam (chociaż sama nie jestem specjalnie wyczulona na takie rzeczy), ale nic i nikt nie jest chyba w stanie odwieść mnie od uwielbienia dla jego twórczości 😉
A tak w temacie: udany wpis. Przydatny. Co tu dużo gadać, poruszone kwestie potrafią wkurzać (wyjątek u mnie: patrz wyżej), nic dziwnego więc, że internety dają się potem twórcy we znaki i obrabiają cztery litery. Chociaż osobiście do Coelha nic nie mam, czytałam dwie jego książki i jakichś traumatycznych przeżyć w związku z tym nie miałam, nawet jeśli filozofowanie nie zawsze jest z naciskiem na „sophię”… Ale internety to internety.
Dzięki. A co do Coelho – też kiedyś rzuciłem na niego okiem i nie oślepłem, więc mogę śmiało powiedzieć, że nie zagraża zdrowiu. Nawet był trochę zabawny, choć trudno mi ocenić, jak bardzo intencjonalnie. Ale może za dużo wymagam? Koty są śmieszne, cały internet za nimi szaleje, a przecież nie robią tego celowo.
@Tomasz Węcki na to pytanie każdy powinien odpowiedzieć indywidualnie, nie ma sensu tworzyć jakichś sztucznych „nas”.
Prowadzisz bloga, komentujesz wpis na innym, masz – jak zakładam – profile w mediach społecznościowych, które regularnie odwiedzasz. Jestem przekonany, że większość Twojej komunikacji z ludźmi nie będącymi najbliższą rodziną lub współlokatorami jest zapośredniczona elektronicznie. „Nas” nie jest sztuczne – wszyscy tak bardzo żyjemy w świecie wirtualnym, że nawet tego nie zauważamy.
Cóż, właśnie ten artykuł powinien przeczytać niejaki Andrzej Tucholski 😉
Hehehe… Made my day.
Andrzej rzeczywiście ostatnio robi za pośmiewisko internetu i wielka szkoda. To bardzo sympatyczny chłopak. Myślę, że gdyby lepiej znosił krytykę, wyglądałoby to inaczej.
Nah. Akurat o tym faux pas internety szybko zapomną. A to, czego spróbował Andrzej, tzn. jego akcja promocyjna, to IMHO przedsmak zmian nadchodzących na rynku książki. Mam nadzieję, że uda mi się o tym napisać więcej niebawem.
Paulo Coelho nie jest aż tak obśmiewany jak się nam wydaje. Oczywiście, „my” wiemy, że PC jest słaby, okej? Ale miliony ludzi:
a) nie wiedzą, że jest obsmiewany
b) wiedzą, że jest obśmiewany, ale ich zdaniem nie jest słaby, pisze bardzo dobrze!
c) a w ogóle to odczepcie się od Paulo Colelho, on nie podaje mądrości z mikrofali, on je wypieka w piekarniku! Dla nas smakują jak domowe!
Jadąc tym torem rozumowania: może i wolałbym sprzedać tyle książek co PC, a być obśmiewany? Zaroiłbym sobie pieniędzy, a potem pisał coś ambitniejszego.
Co do arogancji; myśle, że pomieszałeś w tekście arogancję pisarzy „na żywo”, czyli spotkania, wywiady, z tą fantomową, która rzekomo występuje w ich dziełach. Nie mówię, że nigdy tak nie jest, ale:
„Pełno w niej przecież odniesień do kontekstów spoza opowieści, obcojęzycznych wtrąceń i w ogóle .’
Artur zwrócił już na to uwagę, bdb przykład z Nabokovem. Za wiele nie przychodzi mi w tym momencie do głowy, ale Jasienica, Parandowski. jej, nawet King w jakimś stopniu. Po prostu nie czyta się już klasyków, w szkole królują streszczenia, później – jest już za późno na nadrabianie zaległości. Czytelnicy nie są mądrzejsi, żeby użyć eufemizmu, więc odwołanie albo trafi w próżnię, albo rykoszetuje, bo „popisy”.
A w kilku słowach: po prostu do jednego worka wrzuciłeś prawdziwych bufonów z erudytami i największymi pisarzami.
A propos Coelho: jasne, że każdy chciałby mieć jego nakłady. 🙂 I tak, to jest bardzo sensowny argument, że skoro jest popularny, to COŚ jest na rzeczy i nie można go lekko zbywać jako zjawisko nieistotne czy marginalne; ot, taką głupkowatą ciekawostkę.
Z drugiej jednak strony, dopóki Coelho żyje – pokona każdego innego pisarza, który chciałby zadziałać DOKŁADNIE tymi samymi metodami. Wchodzenie w jego buty to najgłupsza rzecz, jaką można zrobić. O wiele rozsądniej przebadać grupę jego odbiorców, zidentyfikować, czego oczekują od literatury – i dostarczyć im tego samego, co Coelho, tylko w odmiennej, miejmy nadzieję lepszej formie. Ale akurat to wykonano już dobrych parę razy… 😉
A co do Sapkowskiego… Hmm… Naprawdę nie sądzę, że go źle oceniam. 😉 Styl erudycyjny można stosować z sensem i bez sensu. Dobre użycie to takie, które wzbogaca przekaz. Dostajesz odniesienie i jego znajomość – w tym konkretnym miejscu opowieści – sprawia, że łatwiej Ci zrozumieć, o co chodzi. Dzięki odniesieniu, zamysł autora nabiera większej wagi, a opowieść zyskuje na wiarygodności.
Złe użycie to takie, które polega na „puszczaniu oka do czytelników”, czyli wciskaniu odniesień, bo tak – bo autor lubi.
Za każdym razem, gdy odnosisz się do faktów spoza opowieści, podnosisz czytelnikowi poprzeczkę. Niektórzy lubią takie wyzwania, to prawda. Ale nawet z założeniem, że piszesz dla takiej publiki, ciężko wyczaić, co dokładnie będzie im łatwo zrozumieć, a co będzie mgliste. Innymi słowy, każde odniesienie to ryzyko; potencjalna blokada na drodze Ty – odbiorca. Jako taka, z założenia ODBIERA coś opowieści. Odniesienia to koszt.
Można kalkulować, że ten koszt zwróci się spotęgowanym zadowoleniem tych, którzy to wszystko wychwycą. I to jest racjonalne podejście, bo zmusza twórców do roztropnego dobierania odniesień, minimalizacji ryzyka i maksymalizacji zysków. Wychodzenie jednak z założenia, że odniesienia nie mają kosztu, albo wręcz że czytelnicy witają je z otwartymi ramionami – to efekt kompletnego niezrozumienia mechanizmu. Nikt nie czyta Sapkowskiego dla jego „puszczeń oka”, tylko dla bohaterów, historii i świata, czyli rzeczy zawartych w opowieści, nie umieszczonych na zewnątrz.
Jeśli ktoś chce więc pisać erudycyjnie, niech przy każdym odniesieniu zada sobie pytanie – po co mi ono? Jeśli po to, żeby wtajemniczony czytelnik lepiej zrozumiał, co chcemy powiedzieć – OK, można zaryzykować. Jeśli z jakiegokolwiek innego powodu – nic z tego, bez odniesienia będzie lepiej.
Czytając Sapkowskiego, przy większości odniesień miałem wrażenie, że odpowiedź brzmi: „jestem oczytany, więc mi wolno; licentia poetica, chamie!”
Sorry, chyba nie do końca masz rację: jestem jedną z osób, która po raz kolejny sięga po książki Sapkowskiego właśnie dla tych smaczków. I fajnie jest wrócić z jakiegoś dziwnego miejsca, czy przeczytać coś, o czego istnieniu mało kto wie – i eureka – słowo, czy zdanie, które na początku nie było żadnym puszczeniem oka, po prostu było, zwyczajnie, niekonflikowo płynęło w toku powieści – nagle się okazuje, że ma znaczenie. No i piękne są przypisy w sadze husyckiej. Natomiast to, co mi się w jego pisaniu nie podoba – jest to, że nie zna się na szermierce, w tym specyfice walki długim mieczem i „się tego nie wstydzi”. To kwestia mojego podejścia: znać się na tym, o czym piszesz. Pisać o tym, na czym się znasz. Co własnym przykładem potwierdzam: jak główna bohaterka książki jest wicemistrzynią Polski w szabli sportowej, a poza tym dorabia pokazami historycznymi, to choć to nie jest główny wątek, trzeba samemu najpierw zakosztować „krwi, potu i łez” na treningu i tego uczucia kota na łowach, kiedy walczysz i zwyciężasz. I tego, jak ci medal wieszają. Ale Sapkowski przynajmniej robi to tak, że laik się nie połapie. Osobiście ryczę ze śmiechu nad sagą Zwiadowcy i Drużyna Flanagana, które można potraktować jako instrukcję obsługi dla młodzieży – gdzie błędy widzi ktoś, kto chociażby spróbował robić jedną z opisywanych przez niego rzeczy. Dla mnie rekord to wyhamowanie łodzi wikingów płynącej po stromym bystrzu – ba wodospadzie – przez odbicie się wiosłem od zabójczego głazu i rejs rzeką od morza do morza (innego), cały czas z prądem.
Wydaje mi się, że przede wszystkim trzeba być wiarygodnym. Jeśli prowadzimy blogi, nie możemy sobie pozwolić, aby nasza opinia była z nieprawdziwych i niepotwierdzonych źródeł.
Hmm… Hmm… w zasadzie to temat-rzeka. 😉
Bo w wypadku dziennikarza wiarygodność można z całą pewnością zdefiniować tak, jak Ty to robisz – czyli że źródła mają być uczciwie przez niego zbadane. Żadnych własnych opinii, żadnego widzimisię, żadnego pitolenia. Jeśli są dwie opinie na dany temat, dziennikarz powinien je pokazać. Jeśli jedna z tych opinii jest bzdurna, pokazuje ją taką, jaka jest i nie przekonuje, że sprawa wygląda inaczej.
Blogi jednak są z założenia bardziej osobiste i opinie ich autorów mają tam większą wagę. Powiedziałbym więc, że blogerowi bliżej do pisarza. Zamiast suchym faktom, powinien być wierny własnej perspektywie. Oczywiście, pod warunkiem, że to nie jest przykrywka dla zwyczajnej ściemy. Tzn. głównym celem nie jest podzielenie się opinią czy nawiązanie dialogu z czytelnikami, ale wciśniecie czegoś, wykreowanie jakiegoś poglądu.
Więc być może blogerowi wystarczy, jeśli będzie szczery i otwarty?
Nie wiem. 🙂 Blogosfera to ciągle nowy wynalazek i w najlepsze trwają dyskusje, co wolno blogerom, a czego nie.