Chcesz pisać lepiej? Posłuchaj rad Kurta Vonneguta, legendarnego twórcy science fiction, autora „Kociej kołyski” i „Rzeźni numer 5”.
Poniższe wskazówki pochodzą z eseju Vonneguta „How to Write With Style”. Przedstawiam je z własnej perspektywy, swoimi słowami, uwydatniając to, co moim zdaniem jest najważniejsze dla piszących po polsku.
1. Znajdź temat, który Cię poruszy
Twoja twórczość będzie autentyczna tylko wtedy, gdy piszesz o tym, co Cię porusza. Z pewnością jest taka rzecz na świecie. Być może znasz ją już doskonale. Być może musisz jej poszukać. Pisząc zupełnie bez emocji, na temat pozbawiony dla Ciebie znaczenia, możesz stworzyć dzieło technicznie doskonałe i językowo wykwintne – ale pozbawione duszy.
Z czytelnikiem nawiążesz więź tylko wtedy, gdy odkryjesz przed nim część siebie. Najłatwiej zrobić to wtedy, gdy piszesz o swojej pasji.
2. Nie ględź
Mówiąc o tym, co nas fascynuje, łatwo przesadzić i zagadać rozmówców na śmierć. Staraj się zachować umiar. Jedno słowo, które celnie trafi do czytelnika, warte jest więcej niż cały akapit, w którym go zgubisz.
3. Pisz prosto
Jak mówi Vonnegut:
Dwaj mistrzowie języka, Szekspir i Joyce, tworzyli zdania wręcz dziecięco proste, jednocześnie poruszając doniosłe tematy. „Być albo nie być?”, pyta Hamlet. Najdłuższe słowo tego zdania ma cztery litery. Joyce, gdy miał dobry dzień, potrafił stworzyć zdanie błyszczące jak naszyjnik Kleopatry, ale najlepsze zdanie jego autorstwa pochodzi z opowiadania „Eveline”. „Była zmęczona”. W tym punkcie opowieści, gdzie się znajdują, żadne inne słowa nie złamałyby serc czytelników równie skutecznie.
Prostota języka jest nie tylko pożądana – być może jest święta. Biblia zaczyna się słowami, które mógłby zapisać każdy czternastolatek: „Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię”.
4. Miej odwagę ciąć
Twoim najważniejszym celem jest dotrzeć do czytelnika. Styl, jaki obierzesz, powinien wspierać Cię w tych wysiłkach, a nie przeszkadzać. Elokwencja musi służyć zamysłowi. Jeśli zauważysz słowa, zdania, akapity i rozdziały, które nie przybliżają Cię ani do realizacji zamysłu, ani do czytelnika – musisz mieć odwagę, aby je usunąć. Nawet jeśli ich stworzenie kosztowało Cię mnóstwo pracy.
5. Staraj się mówić własnym głosem
W szkole uczą nas pisać stylem literackim. Nikt tak nie mówi, a już na pewno – nikt we własnej głowie nie układa myśli zgodnie z literackimi wzorcami. Styl klasyczny jest bezpiecznym wyborem, ale nie bój się łamać go wtedy, gdy czujesz, że własnymi słowami potrafisz coś powiedzieć lepiej. Ostatecznie chodzi przecież o to, czy czytelnik zrozumie Twoją myśl. Nie o to, żeby zadowolić wszystkich nauczycieli polskiego.
6. Mów wprost
Nie kręć, nie przedłużaj i nie bełkocz. Nie wszystko musisz podawać czytelnikom na tacy, ale nawet jeśli celowo wybierasz okrężną drogę do celu, nie wolno ci zaginąć w dygresjach. Twój tekst to maszyna. Nie może mieć zbędnych części, które nie pracują na całość.
Jeśli masz coś na myśli, jeśli chcesz coś przekazać, nie rozdrabniaj się – mów wprost. Pracuj na wyrażenie zamysłu, a nie tego, co akurat przyszło na myśl.
7. Ulituj się nad czytelnikami
Znów oddam głos Vonnegutowi, bo lepiej tego nie wyrażę:
Czytelnicy muszą rozpoznać tysiące malutkich znaczków na papierze i natychmiastowo odgadnąć ich sens. Muszą czytać, co jest sztuką na tyle trudną, że ludzie potrafią mieć z nią kłopoty nawet po ukończeniu szkoły średniej. Nam, autorom, nie pozostaje nic innego, jak pogodzić się z faktem, że nie mamy zbyt wielu opcji stylistycznych do naszej dyspozycji – w końcu nasi czytelnicy nie spełnią swojej roli doskonale. Publika wymaga, abyśmy byli wobec niej empatyczni i cierpliwi, zawsze skłonni do wyjaśnień i uproszczeń – nawet jeśli my sami z chęcią poszybowalibyśmy ponad tłumem, śpiewając jak słowiki.
Jak uważasz – Vonnegut uchwycił sedno pisania?
„Twoim najważniejszym celem jest dotrzeć do czytelnika”
No chyba celem jakiegoś chałturnika, co w przypadku jakiegoś popularnego pisarza SF jest pewnie całkiem celnym określeniem. Celem pisarza to jest napisać dobry tekst, bez oglądania się na cokolwiek innego, jak coś jest dobre, to jest dobre.
„ale nawet jeśli celowo wybierasz okrężną drogę do celu, nie wolno ci zaginąć w dygresjach”
Czytałem dzieła, gdzie dygresje były najlepszą częścią książki i były to świetne rzeczy, więc nie bardzo znów.
A punkt 7 to jest już jakaś totalna bzdura, zakładanie, że piszemy dla kogoś kto słabo rozumie czytany tekst? Bez żartów, naprawdę z takimi założeniami nie powstałaby połowa arcydzieł literatury światowej.
Obosz… Kolejny wyznawca filozofii „jestem lepszy od czytelnika, więc niech liże moje stopy”.
Panie Dicku, Vonnegut chałturnikiem? 😉 Chyba warto nadrobić lektury.
Wydaje mi się, że Vonnegut ma dużo racji. Nie przepadam za science fiction, mój mózg nie ogarnia tych wzniosłych wizji i technicznych spraw, ale książki Vonneguta pochłaniałam jedna za drugą i byłam zachwycona wszystkim co w nich spotkałam. Jednak mam wrażenie, że takie łatwe i przystępne pisanie trafia do wielu, czyni pisarza sławnym, popularnym. Ale nie wszystkim chodzi o popularność na dużą skalę. Są ludzie którzy piszą dla sprecyzowanej grupy, która jest w temacie i rozumie co czyta. Są ludzie, którzy świetnie rozumieją science fiction i to co pisze Vonnegut to za mało, a to czego ja nie rozumiem, ich zachwyca i nasyca. Jeśli coś ma się sprzedać, musimy wiedzieć komu chcemy to sprzedać i przynajmniej trochę się do konsumenta dostosować.
Pozdrawiam 🙂
Dobrze, że punkt pierwszy jest w punkcie pierwszym ponieważ to jest esencja całej twórczości, nie tylko literackiej. Reszta zależy do jakiego grona odbiorców autor chce trafić. Jeśli do przeciętnego Kowalskiego, trzeba zapoznać się z pozostałymi punktami, jeśli zaś chce pisać ambitne arcydzieła aby wzruszyć krytyków i być sławnym dopiero po śmierci, może sobie resztę darować. Ale jedynka najważniejsza dla obu.
Prawda! Z tym tylko wyjątkiem, że jak ktoś za życia nie dotrze do Kowalskiego, najprawdopodobniej i po śmierci nie będzie sławny. 😉
„Z tym tylko wyjątkiem, że jak ktoś za życia nie dotrze do Kowalskiego, najprawdopodobniej i po śmierci nie będzie sławny. ;)”
Nie zawsze. Vincent van Gogh, Philip K. Dick i inni artyści sławni dopiero po śmierci pozdrawiają. 🙂
Ogólnie ze wszystkim się zgadzam, prócz punktu piątego i po części siódmego. Zgoda, trzeba szukać własnego głosu, ale autor jednak musi mniej lub bardziej trzymać się ustalonych konwencji, bowiem odnoszę wrażenie, że egzekwują to nie nauczyciele (a już na pewno nie tylko oni), ale właśnie czytelnicy. Dla mnie nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ wszyscy jesteśmy przyzwyczajeni do pewnych standardów, poza które lepiej nie wychodzić, jeśli chcemy zaistnieć w publicznej świadomości. Chyba że ktoś naprawdę wie, co robi.
Siódmy punkt z kolei też budzi moje wątpliwości, bo owszem, to jest istotne, żeby autor wyłożył czytelnikowi swój zamysł dostatecznie klarownie – ale przecież czytelnik także powinien dać coś od siebie. Zdarza się, że kiedy czytam książkę, nie do końca rozumiem fabułę. Dopuszczam do siebie jednak myśl, iż przyczyna może tkwić po mojej stronie, bo np. nie mogłem się skupić wystarczająco, a wtedy nie mam po co posyłać gromów na autora. Dlatego kiedy sam puszczam coś do sieci, irytują mnie sytuacje, gdy ktoś czegoś ewidentnie nie zrozumiał i jeszcze mnie zarzuca, że źle to napisałem. Chociaż może rzeczywiście w takich sytuacjach powinno się mieć do czytelników więcej cierpliwości…
Ooo, akurat Dick był sławny za życia. 🙂 Naczekał się na tę sławę, ale jednak
No, ale moglibyśmy się tutaj licytować losami artystów w nieskończoność. Mnie chodzi po prostu o to, że szanse na docenienie po śmierci jednak maleją, razem z rosnącą złożonością i nieprzejrzystością prozy, zamiast się zwiększać. 😉
Co do punktu piątego, IMHO masz słuszność – eksperymenty są dla tych, którzy wiedzą, co robią. W oryginale Vonnegut mówił o rzeczy specyficznej dla języka angielskiego, tzn. o tym, żeby nie dać się przerobić na jedną modłę, na jedyny słuszny „rodzaj” angielskiego, bo lokalne dialekty też są OK. A jeśli ktoś wychował się z takim lokalnym angielskim, używanie tegoż przyjdzie mu łatwiej, będzie bardziej autentyczne i wyraziste. Nie każdy musi mówić jak angielski arystokrata. Ja na potrzeby artykułu i polskich odbiorców uogólniłem sprawę – tzn. mów jak chcesz, pod warunkiem, że wyrażasz zamysł adekwatnie, a czytelnik może Cię zrozumieć.
No a siódmy punkt, cóż… Wedle Vonneguta, czytelnik już na wstępie wykonuje spory wysiłek. Osobiście w dużej mierze zgadzam się z tym twierdzeniem i uważam, że pisarz zawsze powinien mieć to na uwadze. Czytelnicy nie czytają przecież dla autora, tylko dla własnej przyjemności (lub żądzy wiedzy). Oczywiście, można od nich oczekiwać jeszcze dodatkowego wysiłku, albo dodatkowych kompetencji, ale im bardziej na to liczymy, tym bardziej będziemy odebrani jako lenie lub aroganci…
Wszystkie rady w kwestii pisarstwa traktuję z przymrużeniem oka, ale jedną wziąłem sobie do serca:
„- Pijcie, dupczcie i palcie masę papierosów.”
Bukowski.
i zapraszam przy okazji na panslim.wordpress.com
Nie mogę się zgodzić. Tak czytam poszczególne artykuły i z mojej interpretacji wynika, iż wszystko sprowadza się do tego, by zacząć akcję, przeprowadzić ją i dotrzeć do celu, omijając przy tym zbędne wątki, nadmierne opisy. Dlaczego? Czy nie po to piszemy? By przenieść czytelnika w inny świat? Czy naprawdę w pisaniu liczy się tylko zwarta akcja? A gdzie miejsce na ciekawe metafory, barwne i plastyczne opisy, które pobudzają wyobraźnię czytelnika, pozwalają mu spojrzeć na wyjątkowy świat, w którym żyje jego bohater?
Znalazłam tutaj wiele ciekawych i godnych zapamiętania porad, ale nie mogę się zgodzić z oszczędnością. Wiadomo, co za dużo to nie zdrowo, nie wydaje mi się ciekawym rozwodzenie się nad filiżanką przez kilkanaście stron, ale… nie można popadać w skrajności…
Tak jak mówisz, nie wolno popadać w skrajności. Zapytam więc prosto: skoro jakieś wątki są zbędne, a opisy nadmierne – to po co w ogóle zaśmiecać nimi swoje dzieło? Dla pięknych metafor, które akurat przyszły nam do głowy?
Kiedy czytam współczesną polską literaturę (a z wiekiem robię to coraz rzadziej), prawie za każdym razem trafiam na autora, który zakochał się w swoich słowach. Tak bardzo, że kompletnie olewa wszystko inne. Jasne, nasz język można ładnie powyginać, więc gadanie wychodzi nam pięknie. I co z tego? Przegadane książki giną w dygresjach. Fabuła znika pod stertą śmieci. Napięcie co chwilę siada – o ile w ogóle jest w jakikolwiek sposób budowane. Tragedia. I taki badziew potrafi u nas uchodzić za literaturę wysokich lotów.
Oczywiście nie mówię, że każdy musi rzucać w czytelnika scenę akcji za sceną akcji, jak – za przeproszeniem – Dan Brown. Są różne opowieści i różne gusta. Osobiście nie będę jednak zachęcał ludzi do inwestycji w barokowy język, bo i tak w to inwestują zupełnie niezależnie ode mnie. Będę zachęcał do tego, żeby się zastanawiać nad własnymi celami fabularnymi, nad bohaterami, nad tempem akcji – słowem, nad mechaniką opowieści. Sam język bez mechaniki to pozłota.
Podpunkt 1, 2, 3 i 4 każdy powinien sobie wydrukować i powiesić nad swoim biurkiem. Serio. Literatura byłaby o niebo lepsza, gdyby każdy się tego trzymał. W ogóle każdy, kto ma choć trochę doświadczenia (i nie, nie musi to być pisarz przez wielkie „P” z wydanymi książkami na swoim koncie, bo wystarczy, że dla frajdy publikuje w Internecie i obserwuję, co mu mówią obcy ludzie), powinien zauważyć, że zdecydowanie przychylniej są odbierane te teksty, które trzymają się wyżej wymienionych wytycznych. Zresztą ładnie został już udowodniony punkt 3. Bo któż nie zna sławetnego „Być albo nie być? 🙂
Panie Cock, przepraszam, Dick – Zgaduje ze oprócz pisania dzieł klasy światowej zajmujesz się również studiowaniem prawa i treningami crossfit?
Ludzie – jak można się domyślać – i na co sami wskazują – zajmujący się pisaniem – a mają poważny kłopot z rozumieniem nie tylko tekstu pisanego, ale czegokolwiek. Zdarza się.