Przejdź do treści

Rok prowadzenia wydawnictwa, czyli 4 rzeczy, o których musimy Wam powiedzieć

Marcowy wpis będzie poświęcony stricte naszej najnowszej inicjatywie biznesowej, czyli właśnie wydawnictwu. Kilka dni temu wypuściliśmy kolejną książkę, nad którą pracowaliśmy miesiącami. I bardzo nas to cieszy.

Cieszy nas również to, czego nauczyliśmy się przez te 12 miesięcy. Rok temu decyzja o założeniu wydawnictwa była nieco przemyślana, a nieco spontaniczna. Poczuliśmy, że to ten czas zmian, w który musimy się dopasować. I mieliśmy rację. Rynek wręcz jest zasypywany przez nowe wydawnictwa najróżniejszej maści – od bardziej specjalistycznych po mocno mainstreamowe. Za wszystkie inicjatywy trzymamy kciuki, ale oczywiście skupiamy się na Spisku Pisarzy, bo kto się nim zaopiekuje, jak nie my. No i właśnie dlatego, że większością rzeczy zajmujemy się osobiście, mamy wiele okazji do zdobycia nowych doświadczeń, wyciągnięcia wniosków, zweryfikowania wiedzy.

A jakie lekcje odebraliśmy? Czytaj dalej – każdy punkt będzie podzielony na dwa głosy. Jeden jest Angeli, drugi Tomka. Ot, dla równowagi.

1. Łatwo rozpoznać debiutanta

Angela: Dostrzegłam to w trzecim miesiącu. Większość powieści zaczynała się bardzo podobnie, a wtórność motywów od razu wskazywała na debiutanta lub początkującego twórcę. Chodzi mi o takie rzeczy jak: zaczynianie książki pobudką bohatera, opisywanie wyglądu postaci, kiedy patrzy w lustro, lub tworzenie pierwszego rozdziału bez jakiegokolwiek Haczyka – elementu tekstu, który ma czytelnika wciągnąć, a nie uśpić.

Dzięki temu nauczyliśmy się jak szybciej selekcjonować powieści, które chcemy przeczytać. Dość łatwo odrzucamy też teksty z nudną ekspozycją na pierwszych stronach, czy takie z błędami ortograficznymi, które wręcz wypalają oczy. Nie chodzi o to, że oczekujemy doskonale zredagowanych tekstów – ale doświadczenie uczy, że jeśli początek powieści wypada słabo, reszta na pewno nie będzie lepsza.

Tomek: Debiutantów można rozpoznać też po zarozumialstwie. Mówiąc to nie chcę nikogo obrazić, ani tym bardziej nie twierdzę, że wszyscy debiutanci mają rozrośnięte ego. W tej masie propozycji, które dostaliśmy od początku działania wydawnictwa, zdarzyło się może kilkanaście napisanych w sposób, powiedzmy, przesadnie wychwalający jakość dzieła albo przymioty osobiste autora. Kilkanaście to niewiele, malutki odsetek. Ale jeśli już ktoś do nas pisał w ten sposób, za każdym razem przesyłał powieść tak kiepską, że było to aż zabawne.

Kiedy więc otwieram maila i w pierwszym zdaniu czytam „właśnie na moją powieść czekaliście” – to wiem, że na pewno na nią nie czekałem, a autor będzie mieć szczęście, jeśli przebrnę przez pierwszy akapit. Doświadczeni twórcy nie pakują się w tę pułapkę. Pisarz, który ma na koncie kilka powieści, już rozumie, że to, co się jednemu wydawcy nie spodobało, drugiego zachwyci. W związku z tym nie ma obiektywnej miary zajebistości książki, a tym bardziej nie da się porównać, który autor jest lepszy, a który gorszy (no chyba że mówimy o przypadkach granicznych i grafomana porównujemy z noblistą). Skoro tak, nie ma też potrzeby się spinać i obiecywać w propozycji więcej, niż nasza powieść może dostarczyć. To w końcu wydawca – a później czytelnik – decyduje, co mu podeszło. Żarliwe zapewnienia autora nic nie dadzą, jeśli sam produkt nie zadziałał.

2. Wiele propozycji nie nadaje się do publikacji

Angela: Kiedy nawiązałam współpracę w 2020 roku z Editio, tamtejsi redaktorzy zapewniali mnie, że większość tekstów nie nadaje się do wydania. Dziwiłam się, bo jednak wydawali sporo książek – z naciskiem na popularne romanse. Dopiero kiedy sama postanowiłam zostać wydawcą i zmierzyć się z propozycjami, dostrzegłam, że – kurde, mieli rację.

Wiele tekstów nie nadaje do wydania. Nie tylko przez błędy wszelkiej maści, ale przez fabułę, która jest powtarzalna, nie wychodzi poza sztampę, nie sprawia, że książka mogłaby się na rynku czymś wyróżnić. Ot. Schemat za schematem, który goni schemat.

Na takich książkach nam nie zależy – po roku działania wydawnictwa uzmysłowiłam sobie, że potrzebuję historii, które rozpalą mojego wewnętrznego czytelnika i pokażą nową perspektywę. To robi chociażby Tajne przez magiczne, gdzie akcja dzieje się w przedszkolu, ale książka jest wyłącznie dla dorosłych czytelników. Lub Tylko jeden dzień, w którym najważniejszy romans to ten bohaterki… z samą sobą.

Tomek: Trzeba jednak pamiętać o specyfice naszego wydawnictwa. My celowo wyszukujemy perełek. I to nawet nie dlatego, że jesteśmy tacy ambitni, tylko z konieczności. Nie stać nas na to, aby obniżyć poprzeczkę i publikować dużo. W tej chwili stać nas na około 6 książek rocznie. A skoro mamy taki niski limit, to jesteśmy zmuszeni do dbania o wysoką jakość – dzięki temu każdej powieści dajemy największe szanse na sukces.

Skutkiem ubocznym jest to, że ze wszystkich nadesłanych propozycji zawsze wybierzemy mały promil. Czyli przytłaczająca większość książek dla nas będzie „nie nadawać się do druku”. To nie znaczy, że są kiepskie. Inni wydawcy mogą mieć zgoła odmienną co do nich opinię.

3. Mały wydawca wcale nie ma jak pączek w maśle

Angela: Chciałabym, żeby autorzy zarabiali więcej. Sama jestem pisarką, żyję z pisania książek i opowiadań romansowych w różnych konfiguracjach. Czasami stawki są bardziej niż niskie – na przykład złotówka lub 2 złote z każdego sprzedanego egzemplarza. Kpina, prawda? I to kiedy książka kosztuje 45 złotych! Kłopot tylko w tym, że wydawca też nie dostaje aż tak dużo więcej.

Ostatnio robiłam wyliczenie, ile faktycznie zarabiamy na egzemplarzu. Ze zgrozą stwierdziłam, że po ostatnich podwyżkach kosztów z kwoty 45zł zostaje nam raptem około 10 zł netto. Z tego jeszcze dzielimy się z autorem. Kokosy toto nie są, prawda?

Nie możemy jednak narzekać, bo mamy wspaniałych twórców i współpracujemy z kompetentnym zespołem. Chcę jedynie podkreślić, że to nie jest biznes marzeń i nie zwraca się dziesięciokrotnie. Na rynku jest silniejszy gracz od wydawcy – i jest to oczywiście ogólnie pojęta dystrybucja, która prowadzi z innymi firmami tego typu wojny cenowe. Czyli: u nas jest najtaniej, czytelniku, chodź do nas. Dlatego rabaty są aż tak niskie.

Widzieliście kiedyś, by za grę komputerową płacić w dniu premiery mniej o przynajmniej 30%? No, ja też nie. A niestety książki nie są grami i nigdy nie będą. No, chyba że coś mocno się zmieni na rynku.

Aż sama jestem tego ciekawa.

Tomek: Nasze docelowe zarobki w wydawnictwie to raczej kilkanaście złotych na egzemplarzu, idealnie jeśli więcej niż 15 zł. Ale ostatnio nie byliśmy w stanie zorganizować tak dobrych cen druku, redakcji, korekty, itp. – inflacja siecze we wszystkich branżach. Co więcej, będzie tylko gorzej, a inne wydawnictwa już rok temu miały niższy zysk netto niż my teraz. Spodziewajcie się mocnych, ogólnopolskich wzrostów cen detalicznych książek w tym i przyszłym roku.

Natomiast co do tego, że jako mali wydawcy mamy pod górkę, trudno się nie zgodzić po ostatnim roku naszej działalności. Trzeba się mocno nagimnastykować, żeby z jednej strony zaistnieć w świadomości czytelników, a z drugiej – żeby zabezpieczyć dobre umowy z większymi kontrahentami. Nie mówiąc już o tym, że wysoka jakość książki nie spada z nieba i nawet najsprawniej piszący autor potrzebuje równie sprawnie zrobionej redakcji, korekty, składu, okładki. A to wszystko kosztuje. Wysokie koszty to z kolei większe ryzyko inwestycji (trzeba dłużej czekać na zwrot). No i tutaj właśnie jest źródło tego, że wydawca musi zarabiać na książce więcej od autora – autor nie ponosi żadnego ryzyka; czy książka się zwróci, czy nie, i tak trzeba wypłacić honorarium.

Podkreślę: od tego nie da się uciec. To jest podstawowy deal w tej branży. Można go podsumować takimi słowami: autor dostaje chwałę, wydawca dostaje hajs. Dopiero przy dużej sprzedaży działka pisarza robi się na tyle solidna, że można mówić o zarabianiu.

Zanim podpisaliśmy pierwszą umowę z autorką, zrobiliśmy sobie symulację, żeby ustalić, ile maksymalnie możemy zaoferować. Okazało się, że w okolicach 20% od ceny zbytu (około 4 zł od egzemplarza) nasze ryzyko robi się nieakceptowalne. W przypadku bestsellerowca, który sprzedaje się na pniu i to bez nakładów promocyjnych – jasne, można mówić o takiej, a nawet większej stawce. Ale przy przeciętnych nakładach książki, odpisywanie 4 zł od zysku robi olbrzymią różnicę. Przekłada się to, na przykład, na konieczność sprzedaży dodatkowych 25% nakładu, aby wyjść na zero. Optymalne ryzyko to dla nas honorarium w okolicach 10% ceny zbytu. Dla nas – nie mogę wypowiadać się za innych wydawców. Podejrzewam jednak, że te kalkulacje wyglądają u nich bardzo podobnie. Nie bez powodu 10% to tak zwana „przeciętna” stawka, jakiej w tej chwili może oczekiwać autor, niezależnie od tego, do jakiego wydawnictwa się uda.

4. To jest to, co chcemy robić do końca życia

Angela: Ten rok, pomimo wielu trudności, był niesamowity. Na Targach Książki w Krakowie poczułam to najmocniej. Usiadłam w sali na branżowym spotkaniu i aż się popłakałam. Zrozumiałam, że to jest to, co powinnam robić prócz pisania książek. I tak całe życie im poświęciłam, więc… Dlaczego nie?

Dodam, że przez dwanaście miesięcy wydaliśmy dwie książki, dodrukowaliśmy nakład poradnika Tomka – Jak napisać powieść?, a także nawiązaliśmy owocną współpracę z Virtualo i Empik Go. Tajne przez magiczne otrzymało tytuł jury Najlepsza Książka na Zimę w plebiscycie Granice.pl, a także pozostawiło ślad w środowisku fantastów i miłośników fantastyki. Cały czas audiobook (od stycznia!) utrzymuje się wysoko w TOPce Empiku, jeśli chodzi o fantastykę w wersji audio.

A Tylko jeden dzień? Pojawiło się dość szybko w księgarniach Empiku i w wielu innych, niszowych. Autorka, Karolina Kaszub, stała się lokalną gwiazdą, a na TikToku obserwuje ją prawie 4 tysiące osób. To wynik z zaledwie dwóch miesięcy! Chwalę się, bo mamy czym. Dla nas takie małe-duże kroki w przód są powodem do poczucia ogromnej radości.

Tomek: I na tym możemy skończyć, bo zgadzam się z tym, co napisała Angela. To trudny biznes – przyznam, że o wiele trudniejszy, niż myślałem, a przecież nie wchodziłem na rynek bez przygotowania. Ale jednocześnie jest niesamowicie satysfakcjonujący. Z pewnością potraficie to zrozumieć – działacie na tym samym rynku! 😉

4 komentarze do “Rok prowadzenia wydawnictwa, czyli 4 rzeczy, o których musimy Wam powiedzieć”

  1. A możecie zdradzić, o jakich nakładach mówimy? Tzn. jaki nakład osiągnęła wasza najbardziej popularna książka? Jeśli nie chcecie zdradzać konkretnych liczb, to wystarczą mi orientacyjne dane…

    1. Ostateczny nakład zależy od tego, jak książka się sprzedaje. Pierwszy nakład u nas to zawsze 1000-1500 egzemplarzy. Czyli, jak sądzę, obecny rynkowy standard w przypadku beletrystyki.

      Co do nakładu naszej „najbardziej popularnej książki” – obie książki wymienione przez Angelę są zupełnie świeże („Tajne przez magiczne” wyszło raptem pół roku temu) i nawet nie mamy jeszcze pełnych raportów sprzedażowych za ten okres. „Tajne” czeka niedługo pierwszy dodruk, ale nie zdecydowaliśmy jeszcze w jakiej wysokości – zwłaszcza że dobrze sprzedają się wersje elektroniczne książki.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *