Przejdź do treści

Tworzenie bohaterów: ludzka psychika to nie monolit

Składamy się z wielu części i nie każda jest kompatybilna z pozostałymi. Nie wszystkie żyją, ani nawet chcą żyć w zgodzie. Właśnie dzięki tej właściwości, literacko możliwy jest konflikt wewnętrzny.

*

Możesz już zamówić mój poradnik dla pisarzy – „Jak napisać powieść?”. Ten wpis jest jednym z darmowych fragmentów. Trzy dodatkowe rozdziały możesz ściągnąć ze strony:

Jak napisać powieść?

Ten tekst jest trzecim wpisem z cyklu rozważań o tworzeniu bohaterów. Pierwszy wpis możesz znaleźć tutaj, a drugi tutaj.

*

Opowieść bez konfliktu wewnętrznego musi opierać się na działaniu bohatera oraz na jego relacji ze światem. Warto jednak pamiętać, że nawet w takim wariancie powinny pojawić się momenty zwątpienia. Protagonista powinien ponieść porażkę na drodze do celu, albo trafić na przeszkodę, której nie sposób pokonać dotychczasowymi metodami. Jeśli ma na końcu zwyciężyć, oczywiście wydobędzie się z dołka, a sam stan zwątpienia okaże się momentem przełomu, kiedy to stare umiera, ale z prochów rodzi się nowe. Taki obrót spraw jest jednak możliwy tylko dlatego, że bohater nosił w sobie wizję porażki od początku. Cały czas miał potencjał do tego, aby walczyć, i aby się poddać. Wcale nie był więc monolitem, nieporuszoną skałą, herosem nieznającym klęski. Był człowiekiem – zapewne bardziej zdeterminowanym niż reszta, ale jednak. Mroczna strona jego osoby ciągle szeptała mu do ucha, aby przestał już się spinać, a zamiast tego legł i w spokoju poczekał na śmierć. Protagonista wybierał inną opcję – wybierał walkę. Taką właśnie mamy moc jako ludzie, że z całego naszego potencjału, ze wszystkich możliwych zachowań, możemy wybrać to, co nam służy. Nic jednak nie poradzimy na naszą naturę; cokolwiek w niej siedzi, prędzej czy później ujawni się przed świadomością – a jeśli świadomość będzie się opierać, czeka ją kolizja; moment, w którym musi na własnej skórze doświadczyć prawdy.

Można myśleć o tych „innych wersjach” siebie jako o podsystemach, które zawsze są aktywne gdzieś w tle, choć zwykle nie wypływają gwałtownie na wierzch. Masz, na przykład, podsystem odpowiedzialny za zarządzanie głodem. Twoi przodkowie przetrwali dzięki niemu, przez co stał się też częścią ciebie. Dopóki dostarczasz ciału wystarczająco wiele jedzenia, system objawi się najwyżej jako impuls, aby pójść do lodówki i coś przekąsić. Ewentualnie: jako sędzia, który w mgnieniu oka decyduje, jakie danie bardziej ci zasmakuje. Spróbuj jednak głodować przez kilka dni. Im mniej pożywienia przyjmiesz, tym bardziej intensywnie zadziała system, a im dłużej pozostaniesz w stanie deprywacji, tym większe napięcie i wreszcie – desperacja. Lubimy myśleć, że to wszystko reakcja na poziomie ciała, a nasz umysł jest ponadto. Tyle że nie jest. Głód zmieni sposób, w jaki myślisz i działasz. Ukierunkuje cię, pomoże podejmować decyzje, przyspieszy reakcję. Ale też wyłączy wszystko, co uzna za zbędne, na przykład zmysł moralny. Ludzie kradną z głodu, mordują się nawzajem, ba, zjadają innych ludzi. Żeby było śmieszniej, cały czas mają wrażenie, że podejmują autonomiczne decyzje – i tak jest faktycznie, moim zdaniem, lecz decydentem jest ich głód. Reszta psychiki dla własnego dobra siedzi cicho, bo śmierć z głodu lub pragnienia to koniec zabawy w racjonalnego człowieka.

Z praktycznego punktu widzenia, najlepiej patrzeć na te podsystemy jak na osobowości. Mają pragnienia, obawy, nawet ulubione sposoby ekspresji. Z całą pewnością możesz wyobrazić sobie własny głód jako człowieka. Możesz nawet z nim porozmawiać, a jeśli podejdziesz do sprawy z odpowiednią otwartością – możesz dowiedzieć się z tej rozmowy rzeczy, o których twoja zwyczajna świadomość nie ma pojęcia. Podobnie z systemami odpowiedzialnymi za strach, pożądanie, gniew; właściwie każdy stan psychiczny, który potrafi cię przenieść w inny punkt odniesienia. Jeśli wyobrażanie sobie tego wszystkiego jako zbiorowiska osób wydaje ci się zbyt dużą dawką fantazji, po prostu przypomnij sobie moment, kiedy porwała cię złość albo romantyczne uniesienie. Jak zmieniła ci się wtedy hierarchia wartości? Co było ważne, a co straciło znaczenie? Czy rzeczywiście cały czas utożsamiasz się z tamtym stanem, z tamtą perspektywą – z tym, co było cenne wtedy? Jeśli nie, z tej świadomości tylko krok do założenia, że składasz się z różnych, na wpół autonomicznych aspektów.

Kłopot w tym, że te aspekty nie zawsze działają we wzajemnej zgodzie. Kiedy czujesz głód, masz też potencjał do tego, aby być sytym – wręcz osobowość głodu dąży do tego, żeby uciec z miejsca, w którym musi działać tak intensywnie. Pomimo radykalnie innej natury, aspekty nie są sprzeczne. Ale już, dajmy na to, kiedy kogoś pożądasz, możesz też być przez tę osobę odrzuconym. Działają więc dwa odruchy, dwa dążenia; jedno motywowane przez pożądanie lub nawet miłość, drugie przez strach. Zamiast działać dla osiągnięcia wspólnego celu, aspekty ciągną w sprzecznych kierunkach. Z jednej strony chcesz podejść i zagadać, z drugiej – trzęsą ci się nogi i pocą ręce.

Na takim właśnie napięciu budowany jest konflikt wewnętrzny bohatera. Cała opowieść może być o tym, jak postać radzi sobie z tym rozedrganiem, a ostatecznie znajduje rozwiązanie problemu. To ostatnie jest zresztą łatwe – przynajmniej na papierze. Konflikt nie będzie trwać, jeśli aspekty zaczną działać we wspólnym celu. To znaczy, jeśli bohater świadomie dotrze do takiego zrozumienia, które – na przykład – pozwoli mu dążyć do pragnienia bez prowokowania strachu. Alternatywnie: zrozumienie może polegać na tym, że jeden z aspektów odpuści. W naszym przykładzie, być może strach jest tą częścią, która przesadza i blokuje bez dobrego powodu. Po dotarciu do sedna swoich obaw, po zmierzeniu się ze smokiem – bohater odkryje, że strach miał wielkie oczy, lecz ciało jaszczurki. Może też okazać się na odwrót, że to właśnie pragnienie jest źle ulokowane; to, czego bohater naprawdę potrzebuje, leży gdzie indziej. Strach wystąpi wtedy jako strażnik, swoisty głos rozsądku, który próbuje zatrzymać destrukcyjne dążenia. Tak czy siak, niezależnie od charakteru rozwiązania, protagonista dotrze do niego tylko poprzez zagłębienie się w konflikt wewnętrzny, oraz dzięki próbie uczciwej konfrontacji z własną naturą. Samo się nie zrobi. A przynajmniej: dobre opowieści nie są o problemach, które same przechodzą.

Kłopot z konfliktem aspektów polega oczywiście na tym, że rozwiązanie jest proste w teorii, a nie w praktyce. Łatwiej wyjść z koncepcją, niż wprowadzić ją w życie. Choć nawet ten etap – samego zrozumienia problemu – wielu ludziom umyka. Na przykład, chłopiec próbujący poderwać dziewczynę, ale jednocześnie przerażony samą perspektywą podejścia do niej, może zbyć sprawę, pod wpływem impulsu zdobyć się na odwagę i ruszyć do akcji. Jeśli jednak szybko nie otrzyma pozytywnego sygnału zwrotnego – choćby dziewczyna nie uśmiechnie się do niego – aspekt związany z obawą powróci i zacznie swoisty sabotaż: w dowcipach zaszyje niepokój, pomiędzy sprytne odzywki włoży niepewność. Na koniec chłopak sprawi dość przykre wrażenie. Chciał być przebojowy, a wyszło, jakby prosił o wyciągnięcie ze wrzątku. Szanse na podryw małe, chyba że dziewczyna się zlituje.

Po takiej porażce konflikt wewnętrzny tylko się zaogni. Z jednej strony chłopak będzie tym bardziej pragnął akceptacji, a więc tym silniej będzie go ciągnęło do tego, by spróbować ponownie. Z drugiej strony, tym bardziej będzie się też bać i tym szybciej widoczny stanie się jego niepokój. Inaczej mówiąc, dopóki nie zrobi nic, aby zagłębić się w naturę swojego konfliktu wewnętrznego, nasz bohater będzie zmuszony do powtarzania wciąż i wciąż tej samej walki, do odgrywania tego samego dramatu, który za każdym razem ma jednakie zakończenie. Wybawi go, być może, łut szczęścia (setna dziewczyna w końcu da się wyrwać). Wyjściem będzie też rezygnacja – wiąże się wprawdzie z frustracją, ale w pewnym momencie gorzki cynizm jest lepszy niż rozdrapywanie rany. Żadna z tych opcji nie jest faktycznym rozwiązaniem; w odpowiednich okolicznościach konflikt powróci. Rozwiązanie jest zupełnie poza zasięgiem naszego przykładu, ponieważ utknął na etapie odgrywania.

Nawet jednak dotarcie do konceptu, że oto mam w sobie dwie części, które chcą zupełnie różnych rzeczy, niczego nie gwarantuje. Może się bowiem okazać, że bohater jest przywiązany do obu stron konfliktu, i chce, aby wszystko pozostało po staremu. Możliwe też, że sam rytuał odgrywania wewnętrznej sprzeczki wrósł w jego życie, stał się dla niego normalny. Najgorzej, jeśli coś zostało na nim zbudowane, a więc rozwiązanie konfliktu będzie jak usunięcie fundamentów dla kariery lub związku. Im dłużej trwa walka, tym więcej powstanie wokół niej mechanizmów kompensacyjnych – albo choćby przekonań, które mają uzasadnić dysfunkcję bohatera. Wszystko to wrasta w tożsamość. Jestem taki i taki, to umiem, a tego nie potrafię. Mam takie a owakie problemy, ale mam je od tak dawna, że są już częścią mnie. Aby poczuć się lepiej, bohater może zbudować skorupę, w której zamknie się razem ze swoją neurozą.

Taka postać jest nieznośna, ponieważ przypomina czytelnikowi o tym, że i on utknął w pewnych dziedzinach. Co więcej, bohater celebruje swoją niemoc, znów – odbierając czytelnikowi nadzieję na zmiany. Tymczasem o wiele częściej czytamy książki, żeby przejść z bohaterem pewną drogę, nauczyć się czegoś razem z nim, niż po to, aby głębiej wklepać przeświadczenie, że nic się nie da, a więc została nam najwyżej rozrywka. Właśnie dlatego ciekawszymi postaciami zawsze będą te, które szukają wolności, chcą być bardziej świadome i żyć pełniej, niż dotychczas. Taka postać stoi jednak w trudnej sytuacji. Targa ze sobą wór śmiecia, które ma za cenne pamiątki. Na piedestałach układa kolekcję pustych przekonań, których jedynym celem jest złagodzić jej konflikt. Sama dla siebie buduje mury, aby nie wejść na teren, gdzie ujawni się jej napięcie. Wszystko musi spłonąć. Cała ta konstrukcja musi runąć.

Inaczej mówiąc, bohater musi być gotów na śmierć. A przynajmniej: na złożenie samego siebie w ofierze samemu sobie.

Ale o tym – w następnym odcinku!

3 komentarze do “Tworzenie bohaterów: ludzka psychika to nie monolit”

  1. „Dobre opowieści nie są o problemach, które same przechodzą” – najważniejsze zdanie artykułu. Niby oczywiste, ale często łapię się na tym, że nie jestem w stanie wdrożyć świetnych pomysłów, bo przez ostatnie lata niemal „zrosłam się” z moimi bohaterami ?. Ps. Gdyby moja Pani profesor zobaczyła co ja tu za cudzysłowy wstawiam, to pewnie bym powtarzała rok ?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *