Przejdź do treści

Czego można się nauczyć od Pilipiuka?

Andrzej Pilipiuk to jeden z najbardziej płodnych współczesnych pisarzy polskich. Stworzył postać Jakuba Wędrowycza, wiejskiego egzorcysty i bimbrownika. Napisał o jego wyczynach siedem grubych tomów. Dorzucił do tego trzy cykle powieściowe (łącznie tak ze dwanaście pozycji). Pod swoim nazwiskiem wydał ponadto trzynaście niepowiązanych fabularnie książek, a pod pseudonimem – kolejne dziewiętnaście części przygód Pana Samochodzika. Łącznie ponad pięćdziesiąt tomiszczy. A facet nie ma jeszcze czterdziestki.

Jeżeli nie znasz Andrzeja Pilipiuka, zajrzyj na jego stronę autorską, albo po prostu wpisz go w Google. Pełno go w internecie. Ma wyraziste poglądy, z którymi nie musisz się zgadzać – to nie one są istotne. Ważne, że jego książki rozchodzą się na pniu, a jeśli zsumować nakład wszystkich jego dzieł, byłoby tego więcej niż dorobek Pilcha i Grocholi razem wziętych (no dobra, może przesadzam, ale byłoby dużo!).

Czego można się od niego nauczyć, żeby zostać dzięki temu lepszym pisarzem?

Zacznijmy od stwierdzenia, że Pilipiuka generalnie nie można tak określić. Nieważne, jaką miarą go mierzyć, trudno przypisać jego twórczości miano dobrej. Jego bohaterowie, poza nielicznymi wyjątkami, są papierowi. Jego fabuły zwykle rozwijają się liniowo, wedle sztampy. Dialogi potrafi mieć niemiłosiernie drętwe. A styl i fraza?… Cóż, powiedzmy po prostu, że Pilipiuk nie robi pięknych książek. Robi książki funkcjonalne. Przewidywalne. Takie, po które można bez strachu sięgnąć w dworcowej księgarni, żeby mieć niezobowiązujący materiał do przetrawienia podczas długiej podróży. Coś jak Harlekiny, tylko bardziej dla chłopców.

Tak więc – nie ucz się od niego, jak ładnie pisać, bo są szanse, że już teraz potrafisz to równie dobrze (jeśli nie lepiej).

Sam jednak fakt, że taki Pilipiuk istnieje, tworzy, jest publikowany i kupowany w nakładach pozwalających mu na życie z pisania – sam ten fakt powinien dać Ci do myślenia. Bo tak, Pilipiuk, choć nie jest mistrzem pióra, spokojnie żyje ze swoich książek. Nie ma żadnej fuchy na boku, ani intratnego kontraktu na felietony. Nie jest krezusem, ale biedy na pewno nie klepie. Osiągnął to, co jest marzeniem wielu początkujących pisarzy, a co podobno udaje się tylko garstce najlepszych.

Oto dwie rzeczy, których nauczy Cię przykład Pilipiuka:

Nie trzeba być najlepszym, żeby pisać i mieć wiernych czytelników. Pilipiuk trafił w pewną niszę, może artystycznie niezbyt atrakcyjną, ale proszę bardzo – potrzebną ludziom. Ty też nie musisz porywać się od razu na tworzenie arcydzieł. To żadna ujma napisać romansidło albo powieść pulpową, zwłaszcza jeśli potrafisz to zrobić sprawnie. Tworzenie książek to trochę większa sztuka, niż na przykład, sklecenie artykułu do prasy. Nic nie zastąpi Ci takiej praktyki, nawet jeśli masz trenować na dziełach pośledniego gatunku. Staraj się też nie porzucać swoich tekstów w połowie drogi, tylko dlatego, że nie są idealne. Skończ je mimo wszystko. Gwarantuję, że znajdą się czytelnicy, którzy nie będą wobec nich tak krytyczni, jak Ty. I przede wszystkim, pamiętaj: nie wstydź się pisać, nawet jeśli na razie nie wychodzi Ci świetnie. Pilipiukowi też nie zawsze wyszło, ale facet się nie kryguje. Grafomania to dobra cecha u pisarza.

Jeśli nie umiesz pobić ich jakością, pobij ich ilością. To wręcz credo Pilipiuka, które powtarza w wywiadach, zapowiadając upadek bardziej utalentowanych, lecz mniej płodnych twórców. I ma rację. Osobiście życzę Ci wybicia się dzięki jakości – bo tego zawsze za mało na rynku – ale umiejętność produkowania dużej ilości tekstu jest nieoceniona. Im więcej książek opublikujesz, tym bardziej rozpoznawalne będzie Twoje nazwisko i tym silniejsza będzie Twoja marka. Im lepiej ludzie będą Cię kojarzyć, tym łatwiej będzie Ci sprzedać kolejne powieści. Owszem, ten sam efekt możesz osiągnąć dzięki jednemu arcydziełu, które zostanie w porę zauważone i docenione (a nie, np. po Twojej śmierci). Żeby tak się jednak stało – tzn. żeby udało Ci się wybić jedną książką – musisz mieć albo wiele szczęścia, albo naprawdę wyjątkowe umiejętności marketingowe. Choćby z tego względu, ta droga jest ryzykowna. Stworzysz jedną perfekcyjną powieść, mało kto się nią w pierwszym momencie zainteresuje – i co? Pozostanie Ci psioczyć na świat, że nie docenia prawdziwego talentu? Wyjściem jest tylko pisanie kolejnych książek, do skutku. Dlatego oszczędź sobie zachodu, dbaj o jakość tego, co produkujesz, ale nastaw się na maraton, a nie sprint. Ćwicz wytrwałość i produktywność. Tak jak Pilipiuk.

 

Foto: pilipiuk.com

16 komentarzy do “Czego można się nauczyć od Pilipiuka?”

  1. Może Pan Andrzej Pilipiuk nie pisze „pięknie” ale mnie jego książki się podobają bardziej niż jakieś Masłowskie

  2. Trzeba jednak znaleźć wydawnictwo które będzie chciało wydać i mieć kasę na to wydanie poza tym początkujący musi się liczyć dziś z tym że jeśli to standardowe 10 tysiaków wyda to przecież zarobi mniej niż 6 bo to przecież debiut jego…tak więc jak tu żyć?

    1. To jest komentarz a propos innego wpisu, prawda? 🙂 Ale ogólnie, to co mówisz, to niestety smutna rzeczywistość. Początkujący pisarze nie powinni zakładać, że będą mogli wyżyć z pisania.

  3. W kilku powieściach Pilipiuka przewija się postać mocno antypatyczna pisarza-grafomana, zawsze to odbierałem jako odreagowanie kompleksów. Ale może to podejście z dystansem do własnej twórczości?

    1. Tomasz Olszakowski – Wielki Grafoman, to też pseudonim pod którym Pilipiuk pisał kolejne tomy przygód Pana Samochodzika. W swoich ksiażkach pojawia się także jako archeolog, którym jest z wykształcenia.

  4. Nigdy tak o tym nie myślałam, ale rzeczywiście coś w tym jest. Debiutanci wybijają się często na czymś kontrowersyjnym, innym niż pozostałe pozycje na półkach lub może faktycznie dzięki ilości wydanych książek:) Pozdrawiam

  5. Pana Pilipiuka znam przede wszystkim z serii 'Oko Jelenia’, na który to siedmiotomowy cykl trafiłam absolutnym przypadkiem w miejskiej bibliotece… I to tylko dlatego, że zajmował sporo miejsca na półce i miał ładne grzbiety 😉 niemniej, lektura była bardzo przyjemna, nawet jeśli rzeczywiście książki zostały napisane z pewną dozą sztampowości. Styl zabawny i w zasadzie przyjazny czytelnikowi – czyli, jak pan Tomasz wspomniał, idealna lektura na podróż pociągiem… Albo jako odskocznia od 'arcydzieł’, która swoją drogą też się czasem przydaje. Mam też znajomą, która Pilipiuka wręcz ubóstwia, co jest najlepszym przykładem tego, że taki pisarz może zdobyć wiernych czytelników 😉

    Wpis bardzo ciekawy i dający do myślenia. Bo a nóż rzeczywiście nie trzeba od razu pisać dzieł wybitnych…?

    1. Osobiście mam ambiwalentny stosunek do twórczości Pilipiuka – no, ale to widać już po samym artykule. 😉 Żeby jednak nie było, że taki ze mnie mądrala, co to tylko za ambitną literaturę chwyta – swego czasu zaczytywałem się do oporu opowiadaniami o Jakubie Wędrowyczu. W Polsce za mało jest literatury podanej lekko i humorystycznie.

  6. „Gwarantuję, że znajdą się czytelnicy, którzy nie będą wobec nich tak krytyczni, jak Ty.”
    Dobre słowa 😀 To motto powinnam sobie zawiesić nad łóżkiem.

    (a nie, np. po Twojej śmierci).
    Parsknęłam śmiechem. Pocieszająca wstawka xD

  7. Pilipiuka znam, ale nie jestem w stanie czytać go jednym ciągiem. Szybko się nudzi. To czytadło, kiedy nie mam sił angażowac się zbytnio intelektualnie w lekturę, a czymś oczy bym zajęła, zeby się nie nudzić.
    Problemem jego twórczości, jak dla mnie, jest to, że kompletnie nie przywiązuję się do bohaterów. Fabułę zapominam zaraz po zamknięciu książki.

    Podobnym czytadłem jest Pratchett, ale jak dla mnie stoi o kilka poziomów wyżej od Pilipiuka, bo przynajmniej pamiętam wyrazistych bohaterów.
    Może to wynik tego, że bliższe mi sa poglądy Pratchetta niż Pilipiuka?

  8. „To nie żadna ujma napisać romansidło” – a ja kiedyś tak myślałam. Dość zgrabnie mi szło tworzenie takich historii, lecz zawsze bałam się je pisać, bo przecież ROMANSIDŁO! Toż to wstyd! Aż wreszcie odważyłam się zacząć. I okazało się, że po kilkudziesięciu stronach tekst nie jest nużący. Jest zabawny. Wątek romantyczny nie dominuje. Że można ugryźć temat inaczej.
    I dlatego postanowiłam jednak pracować nad tym dalej. Bo mam wrażenie, że akurat romanse to bym mogła pisać w niezłym tempie – może nie takim, jak pan Pilipiuk, ale i tak w naprawdę przyzwoitym ^^ Poza tym lepiej jest napisać choćby romansidło niż tylko siedzieć i mysleć o tym, jakie to genialne dzieła mogłoby się stworzyć…

  9. Choć przyznam, że z większością pańskich opinii się zgadzam całkowicie albo chociaż w znacznej części, jedno zdanie z tego artykułu wręcz mnie uderzyło i niemal zwaliło z krzesła swoją – moim skromnym zdaniem – absurdalnością. Naprawdę. „Grafomania to dobra cecha u pisarza.” – To chyba jedno z tych zdań, z którymi nie zgadzam się w żadnym, ale to żadnym wypadku. Nie wyobrażam sobie w jaki sposób nieudolne pisanie tudzież bezwartościowe utwory literackie (czyli właśnie grafomania) mogą być DOBRĄ cechą kogokolwiek, a co dopiero pisarza. To jak powiedzenie, że białe jest czarne. Jedno wyklucza drugie…

    1. http://pl.wikipedia.org/wiki/Grafomania

      Za wikipedią:

      „Grafomania (z greckiego: „gráphein” – rysować, pisać i „mania” – szaleństwo), patologiczny przymus pisania utworów literackich. (…)”

      Pierwotnie „grafomania” oznaczała konkretne zaburzenie psychiczne (tudzież konkretny objaw większego kompleksu) – słowo miało zabarwienie neutralne. Oczywiście, środowisko literackie to siedlisko megalomanów i kabotynów, więc z czasem, żeby się wywyższyć cudzym kosztem, jeden drugiego zaczął wyzywać od grafomanów (w sensie, że ten ów to pisze, bo jest chory na głowę i nikt normalny jego wypocin czytać nie powinien). Tak jakby ktokolwiek pisał z innego powodu, niż wewnętrzny przymus.

      Nie wiem, co tu jeszcze wyjaśniać.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *