Home Forum Twórczość spiskowców Opowieści z mojego świata. Opowieść pierwsza. Ea 1

This topic contains 2 replies, has 2 voices, and was last updated by Karawan Karawan 3 weeks, 1 day ago.

  • Author
    Posts
  • #2763
    Karawan
    Karawan
    Participant

    Opowieści z mojego świata – opowieść pierwsza: Ea 1

    W Górach Północnych stanowiących naturalną granicę Królestwa, o tydzień drogi od Trzynastej Strażnicy, mieściła się Siedziba Zakonu Dębu.

    W ogromnej dolinie ogrodzonej z trzech stron stromymi górami i wypełnionej dwoma jeziorami rozdzielonymi wielką wyspą i bagnem, założyciel zakonu, poszukujący ziół, znalazł na wyspie, na skraju jeziora, pół zrujnowaną niewielką wieżę. Jego uczniowie i ich rodziny szybko wznieśli w pobliżu pierwsze budynki a, w ślad za nimi, pierwsze umocnienia. Potem wzniesiono opasłą wieżę jako twierdzę przetrwania, a później zamek z którego można było wycofać się do wieży. Z czasem Zakon zajął cała wyspę stawiając potężne mury od południa – jedynej strony skąd można by spodziewać się napaści. Za murami znajdowały się nie tylko zabudowania zamieszkane przez braci, ale i stajnie, obory, spichlerze, chaty rzemieślników, kilka pól uprawnych, kawał łąki i młyn nad łączącym jeziora potokiem. Prawdę mówiąc za murami mieściło się małe miasto. Nad nim i obronnymi murami wzniesiono potężną wieżę z której wartownik mógł obserwować jedyną prowadzącą do Siedziby wąska drogę. Ale napaści nie pamiętali najstarsi bracia zakonni. Życie w zakonie toczyło się powoli i spokojnie. Na łące i w pobliżu murów pasły się krowy, owce, i kilka koni. Wokół domu piekarza jak zwykle roiło się od drobiu. Kowal z pomocnikiem wygrywali swoją melodię na kowadle, a koło młyńskie akompaniowało im chlupotem.

    Niezależnie od pory roku niektórzy bracia zakonni wychodzili za mury w poszukiwaniu ziół, inni pielęgnowali pieczołowicie zioła, uprawiane w niewielkim, wydzielonym, ogródku. Wiadomo było powszechnie, że sporządzone przez nich specyfiki były najwyższej jakości. Sława zakonu, jego maści, lekarstw i pomad była tak wielka, że Zakon otwarł szkołę w dalekiej stolicy, a filie szkoły w miasteczku blisko stolicy oraz w największym portowym mieście. Szkoła i filie przyjmowały na naukę zielarstwa i lecznictwa wszystkich chętnych, a najzdolniejszych wysyłały do Siedziby Zakonu.

    Zakon Dębu co rok, wysyłał Kwestarza, który, w ciągu kilku miesięcy wędrówki, zbierał datki w naturze i zamieniał je na złoto i srebro lub przydatne zakonowi zasoby.
    Wyprawy Kwestarza zaczynały się zwykle w początku czerwca a kończyły czasem w porze jesiennych słot i wichur. Nie raz i nie dwa informacje okazywały się cenniejsze od datków, a wtedy Kwestarz wracał do siedziby Zakonu.
    ***
    Kwestarz w towarzystwie wielkiego młodzieńca wyglądającego na 18-19 lat wędrował wąską drogą na której mógłby się zmieścić jedynie tylko mały, jednokonny wóz. Tydzień temu wyruszyli obaj z Trzynastej Strażnicy. Droga wiodła po zboczach gór, wśród lasów, błądząc w lewo i prawo, to wznosząc się, to opadając. Za którymś kolejnym zboczem, po wyjściu na wzniesienie, ukazały się szczyty dwu wież, a wkrótce zobaczyć można było jezioro i wyłaniające się z wody mury obronne. Droga opadała zmieniając się, z usianej kamieniami gliniastej powierzchni, w skalną groblę ledwo co wystającą z otaczającego ją bagniska. Wzdłuż wyrastającej coraz wyżej skalnej ściany, ociekającej cieniutkimi strugami wody ciągnęło się z lewej strony grobli bagnisko. Z drugiej strony grzęzawisko rozciągało się aż do niewielkiego jeziora. Za pomostem, nad szczeliną w skalnej grobli, droga skręcała w prawo i wiodła wzdłuż oddzielonego bagnem brzegu jeziora, do przyozdobionej rzeźbą Fior – bogini wszystkich roślin – bramy. Za jeziorem, z prawej strony, widać było, równie strome jak ściana z lewej, zbocza gór.

    Wędrowcy, dotarli do siedziby Zakonu Dębu. Okrzyknięty wcześniej przez wartownika Kwestarz rozmawiał przez chwilę z kimś za furtą w bramie. Chwilę później otwarto ją, a Ea posłyszał końcówkę rozmowy – „…i zostaw tego drągala na dziedzińcu” – po czym obaj wędrowcy weszli w obręb murów Zakonu Dębu.

    – Poczekaj tu chwilę. Któryś z uczniów zaprowadzi cię do Najstarszego – powiedział Kwestarz i odszedł zostawiając współtowarzysza wędrówki niedaleko murów na placu przypominającym bardziej ryneczek małego miasta niż siedzibę szacownego zgromadzenia. Rozglądający się ciekawie dookoła Ea, nie zauważył podchodzącej do niego dziewczynki i zwrócił na nią uwagę dopiero gdy się odezwała do niego.
    – Przyszedłeś tu z Kwestarzem. – bardziej stwierdziła niż zapytała dziewczynka, która jak pomyślał, nie miała więcej niż 12-13 lat.
    – Kwestarz kazał zaprowadzić cię do Najstarszego- dodała po chwili z zadartą do góry głową, przyglądając się wysokiej postaci chłopaka.

    Po przejściu przez dziedziniec doszli do bramy świątyni Fior, stojącej w pobliżu wysokiej wieży. Mimo kryształowo czystego nieba i słonecznego dnia, wewnątrz świątyni, panował półmrok rozjaśniany jedynie płonącymi na postumentach pod przeciwległą ścianą ogniami. Migoczące płomienie rozświetlały ścianę, która była wyobrażeniem bogini. Głowa Fior wyłaniała się spośród gałęzi i liści wielkiego dębu, a z różnorodnej gęstwiny roślin wyłaniały się dłonie. Jedna trzymała kosz owoców, druga gładziła łeb krowy. Nogi od kolan w dół niknęły w drzewach owocowych i krzewach, a reszta nieubranej postaci, wiecznie młodej Fior, przyodziana była jedynie w pnące się po niej liście bluszczu. Całość wyobrażenia w migoczącym ogniu sprawiała wrażenie ciągłego ruchu. Przed ogniami widać było stół ofiarny.

  • #2824

    Licho
    Participant

    Rozpędziłam się dzisiaj to jeszcze i to skomentuje. Tylko nie proś mnie o pomoc przy tych wierszopodobnych, bo to kompletnie nie moja bajka.

    „Niezależnie od pory roku niektórzy bracia zakonni wychodzili za mury w poszukiwaniu ziół, inni pielęgnowali pieczołowicie zioła, uprawiane w niewielkim, wydzielonym, ogródku.”
    Powtórzenia
    „Sława zakonu, jego maści, lekarstw i pomad była tak wielka, że Zakon otwarł szkołę w dalekiej stolicy, a filie szkoły w miasteczku blisko stolicy oraz w największym portowym mieście”
    Nie dość że powtórzenie, to zapisane dwoma sposobami.
    „Kwestarz w towarzystwie wielkiego młodzieńca wyglądającego na 18-19 lat wędrował wąską drogą na której mógłby się zmieścić jedynie tylko mały, jednokonny wóz.”
    Mam wrażenie że taki dokładny wiek nie jest potrzebny.

    „Nie raz i nie dwa informacje okazywały się cenniejsze od datków, a wtedy Kwestarz wracał do siedziby Zakonu.”
    Nie mógł gołębia wysłać? Powrót jednak swoje trwa, w dodatku trzeba potem wracać po resztę datków.

    „Okrzyknięty wcześniej przez wartownika Kwestarz rozmawiał przez chwilę z kimś za furtą w bramie.”
    Okrzyknięty kim?

    „Po przejściu przez dziedziniec doszli do bramy świątyni Fior, stojącej w pobliżu wysokiej wieży.”
    To osobny akapit i jestem trochę zdezorientowana o kim mówi, bo wcześniej bohaterowie się rozdzielili na dwie grupy(chłopak i dziewczynka, Kwestarz i ktoś za furtą)

    Trochę to przypomina streszczenie zwłaszcza początkowy fragment bez dialogów. Boję się że wrzucając coś takiego na wstęp zmęczysz czytelników. Zacznij lepiej od jakiejś akcji a opisy potnij na małe kawałki i powrzucaj pomiędzy.

  • #2828
    Karawan
    Karawan
    Participant

    Licho Baardzo! dzięki. Będę musiał wiele przekonstruować.

You must be logged in to reply to this topic.