Home Forum Twórczość spiskowców MarkraM – fragment paszkwilu (?) – do oceny

This topic contains 5 replies, has 2 voices, and was last updated by  Michau 4 months, 2 weeks ago.

  • Author
    Posts
  • #2832

    DzerseyJouls
    Participant

    Dzień dobry.
    To co chcę zaprezentować nie jest może publicystyką – ale… tu podlegam pod waszą ocenę. Będzie mi miło ją usłyszeć. (tu znajdziesz więcej)
    I w skrócie:
    Czy to satyra na małość ludzką – czy na małość polityczną? A może tylko komentarz do czasów… albo zgryw – zabawny?, mało zabawny?, w ogóle niezabawny?

    MarkraM – palindrom powstały z imienia bohatera Marka Valde.

    Ukazuje losy […] nie tylko na podstawie małego wzrostu bohatera […] ale przede wszystkim jego wielce zdeprawowanej moralności. Zahukanej osobowości, która odnajduje swoją wielkość dopiero w lustrze, we własnym odbiciu – w ,,bracie”, który ukazuje mu jego moc, siłę i nieugiętą determinację. […] Buduje poprzez to w sobie i w bliźniaczym bracie – katedrę. Katedrę MarkraM. […]
    Proszę o podpowiedzi, wskazówki, rady…

    MarkraM

    Napoleon Bonaparte:

    ,,Umysł ludzki ma szczególny pociąg do przesady”

    – co widać po rzeczy poniższej.

    Stał przed lustrem i spoglądał na swoją postać. Nie był dużym, wysokim mężczyzną, raczej kurduplem – ale jak tak stał przed swoim odbiciem, tak zawsze rósł w oczach i wydawało się, że potrafiłby przebić głową sufit najwyższy, jakąkolwiek ręką zawieszony w powietrzu, gdzieś tam niebotycznie – zenit, podnóżek Nieba. Stał i spoglądał w siebie – ileż to razy tak stał.

    Spoglądał, oglądał – jego postura przedstawiała mu się najszlachetniejszą na ziemi, a twarz… Dlaczego tak niewielu to widzi? Co w niej jest takiego… – jest wszystko!

    Głupcy! – charkło w nim chwilowe rozwolnienie i szybko minęło, jak mijają chwilowe wzdęcia. Wzdęcia jak bańki energicznie pryskające nabrzmiałym gazem, mimowolnym skurczem. Twarz – odbicie twarzy – w niej jest wszystko co niemożliwe: ,,Niemożliwe – to słowo dla głupców.”

    Ja! – uśmiechnęło się oblicze naładowane zimną stalą oczu.

    Otóż to, to jego: ,,Ja!”, było wielkie, nie przymierzając katedra… he, większe. Potężne, ogromne, wszechogarniające Ja; spoglądające z góry, do przodu, w boki, do tyłu. Potrafiące sięgnąć w pamięci nawet przyszłości; wiedząc dokładnie jaka będzie. Nie jak w wizyjnych obrazach, ale w przeczuciu napływającym i wypełniającym jego najodleglejsze komóreczki. Z jednej strony fascynowały go te przeczucia, że nie potrafił, a nawet nie chciał odrywać od nich uwagi, z drugiej, obawiał się ich. Bo gdyby tak sięgnąć dalej, odrobinkę dalej, mógłby odkryć swój kres, a tego byłoby za wiele. Za wiele, biorąc zarazem pod uwagę i mimo tego, że splendor gościł tam aż po horyzont, aż pod nieboskłon. Tyle, że był to kres, grób, śmierć – bardziej ciemność, chłód i nicość. Opuszczony splendor, zimny i przez to nieefektowny, czyli splendor bez splendoru, brry…

    Co mu po najwspanialszym grobowcu, złotych zgłoskach sławiących jego dokonania, najszlachetniejszych marmurach, granitach, porfirach, w których najznakomitsi rzeźbiarze epok minionych swymi dłutami oddali jego blask, chwałę, szczyt, potęgę i geniusz?

    Nie był tak mocny, by zapobiec kresowi życia, nie był Bogiem, wiedział to i jakby mógł, zbuntowałby się przeciwko tej wiedzy. Owszem, taką pokładał nadzieję, choć było to więcej niż nadzieja, to była pewność – zajęcia miejsca, tam w górze, w Edenie, w Raju, w Boskim Ogrodzie, u stóp, po prawicy czy po lewicy Boga, obok Niego. A może nawet za Nim, może nie nad Nim, ale tak jakby nad Nim, by swą mądrością oświecać, wspierać, podszeptywać, radzić… A w razie Jego nieobecności decydować… w Jego imieniu… A nawet… – obrazoburcze myśli nachodziły go często i gęsto – w swoim własnym imieniu. (Obrazoburcze – żeby nie powiedzieć, że heretyckie – również i z tego powodu, że mógł zakładać Jego ,,nieobecność”!)

    Tak, wiedział to. Do tego był zdolen, tam i tu. Nikt inny.

    Nie, jednakże nie. Nie chciał sięgać tak daleko, to zostawiał sobie na później, zawsze na później. Bał się tego kresu. Bał się przeczucia tak daleko sięgającego. Mimo fascynacji jaką odczuwał na swoją, z natchnienia spływającą, wielkość, miał przeczucie równoległe. Nie tak jak tamto mocno wyrysowane. Ledwie zaznaczone, mgliste, niewyraźne i jakby tylko pojawiające się czasem gdzieś obok, za, tu, tam. Nigdy do spostrzeżenia, nigdy do odczytania, nigdy wyraźne, bo pierzchało równocześnie gdy skupiał na nim całą chęć pochwycenia go i niepewnie wywijał gałkami. I to nim chwiało, zamraczało mu wzrok, destabilizowało równowagę ciała; chwiało jego pewność, zaciemniało obraz, odwracało tendencję powiększenia i burzyło spokój osamotnienia. Tę jedyną równowagę, którą posiadał… Że to mrzonki, lub szaleństwo umysłu, albo skuszenie diabła…

    Trzecia opcja nie była najgorszą… Ale te odczucia, te trzy opcje, gdy sięgał dalej – za daleko, jak mówił sobie – właśnie mrzonką tylko były, szaleństwem i skuszeniem diabła. Żeby go zwieść, odwieść od tego do czego był przeznaczony. Tu i teraz – na ziemi.

    Najlepiej czuł się sam ze sobą. Nikt go tak nie rozumiał jak on sam… i ten brat w lustrze. Ten drugi on. Zawsze wielki, zawsze nieustępliwy, nigdy się nie łamiący, zdeterminowany i władczy, mądry i piękny, szlachetny i prawy, delikatny i czuły. Po prostu nie żywy człowiek, ale potęga, posąg, mit. Moc sama w sobie.

    Wśród innych on, nie tamten z lustra, był jak inni – czegoś mu brakowało, aby objawić się prawdziwym sobą. Mówił sobie: ,,Do tego trzeba dojść”, ,,Dojść, nie dorosnąć, dojść przez rozwój wewnętrzny”, ,,Rozbudować się, na nie do skruszenia fundamentach”.

    Dorosłym był już dawno, coś jedynie się w nim hamowało, nie chciało dojrzeć, dorosłość swoją wypuścić na zewnątrz; ona dawno już była gotowa we wnętrzu. W dzieciństwie chęć, w młodości siła ducha eksplodowała, czyniąc go nad wyraz jego wieku dorosłym, strukturalnie rozbudowanym. Tylko te skrupuły, jakieś wewnętrzne wątpliwości młodości, ,,wstydliwe” bariery, brak zdecydowanego tupetu, zahartowania, dumy jak stal, pewności wszystkich swoich władz wewnętrznych i zewnętrznych wpływały na to, że nikt go nie dostrzegał, bagatelizując jego siłę i imperatyw jego ducha. Łamał się w sobie z tego powodu: ,,Jak to?” – jarzył umysł. ,,Dlaczego?” – brzęczał wyrzut. ,,Co jest…? Ooo, zobaczycie!” – groził palcem wewnętrznym i uśmiechał się zagadkowo, jakby przeżuwał prymkę.

    Nie mógł długo przełamać siebie, ale zaczął to już mając lat szesnaście, czy siedemnaście – no może i wcześniej, ale wtedy już z pewnymi osiągnięciami. Próby lepsze, gorsze, podpowiadały mu, że gdzieś, w którymś momencie, przełamie się przez ścianę, wyważy drzwi z impetem herosa, osiągnie apogeum samym tylko chceniem.

    Jego wzrost nie działał na jego korzyść. Od dzieciństwa zadzierał wciąż główkę i nie mógł, oprócz tych chwil spędzanych na dachach, spojrzeć z odpowiadającej mu perspektywy na innych. Zostało mu to do dzisiaj. Wzrost nie wystrzelił w górę, ciało jak liche było tak i pozostało – obrastając jedynie znacznym i nieznacznym tłuszczem – na twarzy niewiele, za to w tułowiu i na udach, cho-cho. Co przyczyniło się do zwiększenia wagi, ale przy okazji czyniąc z niego bardziej kulkę niźli postawnego herosa – taki pączuś.

    Poczucie niższości (z powodu wzrostu) działało czasem na ogólne wrażenie niższości, jednakże tylko wśród innych – niezależnie czy było dwóch ludzi, czy kilkadziesiąt. U siebie, samotnie nigdy tego nie odczuwał. Chyba, że akurat coś mu się przypomniało. Jakieś zdarzenie, które hańbiąc go, wracało i swym wstrętnym powrotem tłumiło charakter i faktyczną wielkość ducha. Tym bardziej, że roztrząsał te chwile z goryczą opuszczonego kochanka.

    A przecież tam na dachu ludzie byli mniejsi od jego najmniejszego palca u stopy – po prostu takimi ich widział. Był wysoko ponad nimi i nikt wtedy nie mógł mu dorównać. Wieczorami niemal sięgał księżyca i obracał go w dłoni, bawiąc się imaginacją. Dziurawił chmury, swym oddechem poruszał gwiazdy, czasem jak zechciał, to je nawet gasił. Porywał księżyc i miał go tylko dla siebie. Ze słońcem nie było tak łatwo. Przeczytał gdzieś, że mnisi, chyba buddyjscy, ćwiczą wzrok spoglądając w słońce poprzez lód wkładany do oczu i sam popróbował tej metody, chcąc otrzymać efekt niezłomności we własnym – kto spogląda bez zmrużenia w słońce, temu nie strach spojrzeć w najmocniejsze, najzimniejsze, najgorętsze i najgorsze gały, jakie widział świat. Niestety po trzecim razie zaniechał tych prób. Niestety, bo mu się wzrok nie poprawił, to znaczy nie zhardział, nie ogorzał, nie stwardniał. I tak jak wcześniej uciekał na boki przy spojrzeniach klasowych rozrabiaków, przeciętnych ludzi, starszych uczniów, albo swoich zwykłych rówieśników, którzy akurat zbyt długo mu się przyglądali, tak w dalszym ciągu nie próbował, nie mógł, nie wytrzymywał tych spojrzeń. Nie mówiąc już o dziewczynach, do których zawsze czuł w sobie płochość i niepewność.

    Na spoglądanie w czyjeś oczy, bez ich zmrużenia, czy ucieczki w bok, pewnie, mógł sobie pozwolić tylko ze zwierzętami. Właśnie tak się ćwiczył. W ten sposób chciał się przełamać: chomik, którego mu kupili rodzice miękł szybko. Koty nie były przeciwnikami, obcych psów unikał, paskudy były niebezpieczne, mogły chapsnąć niespodziewanie w nogę, rękę, czy nawet w twarz. Psy znajomych nie przedstawiały, po krótkim okresie prób, żadnych przeciwników. Za to wszystkie zwierzęta z ogrodu zoologicznego, i te największe i te najgroźniejsze, prędzej lub później kapitulowały – jedynie gadzie oczy i ich nieruchawość, niepłochliwość na siłę jego wzroku mogła być dyskusyjna, ale nie dla niego. Później obrał sobie za przeciwników dzieciaki, niedorostki i szło mu niezgorzej; barierą okazywał się wzrok młodzieży już dojrzalszej, ale wciąż młodszej od niego – ze względu na jego wzrost buńczucznie stawiającej mu odpór. I w tym pomogło mu lustro, a właściwie postać je zamieszkująca, oczywiście tylko ta postać, jak sam przed nim stawał, samotnie. O tym za chwilę.

    Pochodził z dobrego domu – tak się mówi, mówiło i chyba, przez jeszcze jakiś czas, będzie mówiło – i uczył się w miarę dobrze. Mark Valde nie był nigdy prymusem, nie aspirował do stania się naukowcem w wąskim zakresie jakiejś specjalizacji. Mark Valde chciał być dobrym we wszystkim po trochę, no oprócz sportu i zbyt logicznych przedmiotów ścisłych. Nie ignorował ich, woląc ogólnie przyjętą humanistykę, poprzez człowieka oglądając świat i tak siebie w nim widząc – mimo wszystko. Mimo wszystko, bo żaden z innych bytów, nie był dla niego wystarczający. Przy jego bycie były po prostu niezadowalające, błahe i marne, żeby nie powiedzieć, że niepotrzebne – tak z pewnością by nie powiedział. Muszą być doły, żeby były góry; szerokie doły i rzadkie szczyty, i najrzadsze najwyższe szczyty, oraz… jeden jest tylko Olimp!

    Byty wyższe były w innym wymiarze, w świecie, którego nie bagatelizował, nie znajdując ich konkretnych wymiarów tu, teraz. Wszakże dostrzegał ich oddziaływanie na ludzi i nie odżegnywał się w poznaniu struktur tego wpływu. Oddziaływanie na człowieka przez humanistyczną naukę, wychowanie i wpływ kultu, tradycji, otwarło w nim pokłady na historię i prawo. Natomiast walka z sobą, ustawiczna walka, aby nie czuć się niższym i praktyka walk na siłę wzroku, dopełniała go swoiście pojętą psychologią i swoiście się jej uczył, poprzez obserwacje zachowań swoich i innych w różnych sytuacjach życiowych.

    Psychologia w praktyce – z której, ewentualnie, zawsze po osiągnięciu wyników, można by wysnuwać jakieś teorie, czego zresztą nie robił, co go zupełnie nie interesowało, zapamiętując tylko konkretne konstrukcje i schematy, logiczne i czasem absurdalne, i tym bardziej przez to logiczne następstwa – dostarczała mu konkretnych atrybutów i środków do osiągnięcia panowania nad sobą i, przede wszystkim, nad innymi. Zdobywał się na głupie dowcipy, które z najtwardszych robiły zawstydzonych smarkaczy. Obserwował reakcje, konotował co, gdzie i jak najbardziej boli. Preparował odczynniki, przygotowywał dokładnie lub spontanicznie miejsce, obiekt; planował z góry, działał pod impulsem, wynajdywał przyczyny, zapisywał efekty, eksperymentował – czasem parząc się dotkliwie, gdy wychodziło na wierzch, że to jego sprawka: podstawiał nogi, obgadywał, słał liściki podrabiając pismo, kradł notatniki, dzienniki, osobiste listy, podsłuchiwał, przymilał się, jak trzeba było wkraść się w czyjeś zaufanie, opracowywał miny na każdą okazję, stosowne słowa, budował w sobie dżentelmena, lub zimnego drania, czasem odkrywając dobroć swego serca, czym się nie dziwił, bo w gruncie rzeczy nie czuł w sobie złości, złego.

    Nie był zły. I chciał być dobry…

    Ale wszystko musiał wypracować – takie miał przeczucie – aby osiągnąć cel. Więc zniżał się do podłych gatunkowo instynktów innych, co w jego mniemaniu nie było obniżeniem, lecz jedynie środkiem do osiągnięcia celu. A cel uświęca wszystko.

    Więc się szkolił, wyrabiał ucho, ostrzył język, ćwiczył umysł. Próbował żonglować strategią i taktyką. Dochodząc do wprawy w przestawianiu słów, co czyniło jakąś rzecz, przedmiot, osobę albo sytuację, prawo, teorię, czy twierdzenie odmienne od wcześniej spostrzeganej.

    Bawiło go to, że mógł puścić plotkę, iż najlepszy biegacz na roku oszukuje. Nikt nie wiedział, bo w samej plotce nie było to zawarte, jak oszukuje. Ale Mark już mógł obserwować, gdy przez ustawiczne, tak sobie, mimochodem, lecz uporczywe powtarzanie, że coś jest nie tak, coś tam jest nie tęgo, ten biegacz jest jakiś nie tego, jakaś ciemna sprawa, małe oszukaństwo – skutkuje podejrzliwością i powątpieniami w talenta sportowe.

    Małe oszustwo rosło.

    ,,Jak to małe, jak małe, gdy oszukuje” – ktoś już rzucił. Ale jak, już nie mógł konkretnie odpowiedzieć.

    Gdy podrzucił komuś, że od kogoś usłyszał, od tego, tamtego: ,,Piasek, małe kamyczki, coś klejącego, jakieś robactwo i drobne ślimaki.” – co miało oznaczać i tak zostało przekazane dalej, że: ,,Nawrzucał wszystkim swoim przeciwnikom w biegu, zaraz przed zawodami, w szatni: piasku, małych kamyczków, paskudztwa klejącego, jakiegoś robactwa i drobnych ślimaków do butów” (to oczywiście było opcjonalne, zależnie kto powtarzał plotkę – lub szło wszystko razem jak wyżej). ,,Żaden, nawet po szybkim wytrząśnięciu butów, jeśli się który zorientował – rozumiesz, to musiało być niedługo przed startem, gdy zakładali buty – nie mógł dokładnie ich wyczyścić”. ,,Spójrz na jego twarz, ta twarz coś ukrywa”, ,,Zobacz na jego wzrok, to wzrok oszusta”, itd.

    O, teraz to się zaczęło, jeden przez drugiego sobie przekazywali, że ich kolega, czempion roku, to oszust. Ostracyzm w bardzo szybkim tempie, jak sprint, dotknął sportowca, który, na początku, nie zdawał sobie sprawy o co chodzi; gdy do niego w końcu doszło, jakie są oskarżenia wysuwane pod jego adresem, wdał się w kilka bójek i w sprawę wmieszała się dyrekcja. Dopiero ich interwencja i zaprzeczenia pozostałych uczestników biegu, że nic takiego, jak: piasek, kamyki, coś klejącego, czy ślimaki nie miało miejsca i nie przeszkodziły im w biegu. ,,Był po prostu lepszy” – jak mówili, rozstrzygnęło sprawę czempionatu roku, bez ponawiania biegu i już bez podważania jego zwycięstwa.

    Valde skrupulatnie to obserwował. Zauważył, że raz rzucone oskarżenie, u niektórych kolegów nigdy tak naprawdę, do końca, nie rozwiało podejrzeń, mimo zaprzeczeń innych uczestników biegu i oczywistości wygranej – bo zawsze ktoś mógł tego nie zauważyć (piasek w butach mógł się znaleźć po biegu, ale może i przed…) – przecież ten sportowiec niejednokrotnie jeszcze biegał i z powodzeniem wygrywał. Co dziwnego, nawet i ci, którzy nie mieli wcześniej wątpliwości, w kolejnych biegach obserwowali poczynania czempiona przed i w trakcie zawodów. A niektórzy zawodnicy sprawdzali po kilka razy sprzęt, w tym szczególnie buty, gdy mieli z nim rywalizować, albo gdy mogło z nim dojść do rywalizacji – zwycięzcy poszczególnych biegów awansowali do kolejnych, aż do finału.

    Czempion na trzecim roku przeniósł się do Akademii Sportowej, gdzie chyba jego ambicje lepsze znajdowały pole do realizacji. Poza tym wpływ na to miał inny incydent, który zdarzył się w trakcie juwenaliów i oskarżeniem powrócił jak bumerang o jego nieuczciwości sprzed dwóch lat. Cóż, Markowi Valde było przykro z powodu tego incydentu i odejścia sportowca. Nie ma co się nad tym rozwodzić. Było mu przykro tylko z powodu chłopaka, nie z tego, że miał rację – swoją wyższą rację – gdy ponownie komuś podszepnął w przypomnieniu dawną sprawę. Juwenalia to też alkohol, dobry katalizator.

    Usprawiedliwiało go, nie trzeba dodawać, że we własnych oczach, że musiał przeprowadzić podobny eksperyment (i wiele innych), aby poznać bliźnich i siebie samego. Żeby zrozumieć człowieka, co nim powoduje, jakim siłom ulega, jak działa – on i każda osobna jednostka, każdy poszczególny człowiek i w całości grupa, jakaś społeczność. Jak działa na niego plotka i wiele innych drobniejszych i większych spraw, jak solidarność i jej brak, uśmiech i sroga mina (naturalnie ze strony Marka sztucznie wywoływane), zawiązywanie się i rozwiązywanie sympatii, gdzie jest kres koleżeńskości, czym to jest motywowane, małe zazdrości, większe, powodzenie, jego brak, co znajduje posłuch i jakie tu atrybuty są potrzebne, logika wywodów, jej ewentualna sprzeczność, absurd i paradoks, pewności i wątpliwości… – jakże dużo musiał ogarnąć. Przejąć we władanie i nie utracić człowieczeństwa. Tak, to było bardzo ważne.

    Żałował czempiona, lecz cele są najważniejsze. Zdobycie, posiadanie człowieka, całej jego chmary, tabunów ludzkich, społeczeństw, i w końcu narodu. Przez człowieka i mimo człowieka. Bo wartość to całość jaką jest naród – z najlepszym, genialnym przedstawicielem na czele.

    W narodzie najbardziej liczą się rodzynki, genialni sprawcy – a najlepiej jeden, żeby dysonansy nie psuły wysiłków – którzy nadają smak tortu, jakim staje się w ich rękach cała społeczność. W poszczególnościach jedynie wybitne jednostki – nie stroniąc od pospolitych ale zaufanych i w zupełności oddanych temu kto im przewodzi. Na dalszym planie ważne postaci – jak takie i owakie autorytety. Dalej uzdolnione, praktyczne, wynalazcze i przedsiębiorcze rzesze. Na samym końcu nie odznaczający się tłum. Niemal bezosobowy, ale tylko niemal, bo miał swą poszczególną twarz, chęci, nadzieje, aspiracje, żądania, zwątpienia – i którym można sterować – ku którego rozwojowi, poprawie egzystencji i świetlanej przyszłości trzeba było się poświęcić.

    Poświęcić…?!

    Przedstawiał siebie i widział siebie poświęcającego się ku pożytkowi ogółu. Nie czuł swojej świętości, bo świętość to sprawka zbyt czysta, zbyt uległą w jego oczach objawiając siłę. Była świętość, tak. Ale nie za życia. Chyba, że wybitnego rodaka, na którego można się powołać, który wprawdzie nie wtryniałby się w posunięcia doczesności narodu i najlepiej jakby działał na arenie szerszej, a nie tu w kraju i w dziedzinie zupełnie niestycznej z jego wizją działalności. Ale te rozważania wynikły dużo później. Wtedy jeszcze nie władał sobą, co dopiero mówić o władaniu kimś, a już w ogóle o władaniu rzeszami.

    Taki jeden eksperyment, jak w przypadku czempiona, nie dawał wystarczających danych, zbyt skąpych do przeniesienia go w inne regiony walki. Mark powtarzał eksperymenty, zmieniając obiekt oddziaływania, metody i środki. Próbował wyprowadzić w pole najlepszych uczniów, wprowadzić w błąd, oszachrować. Czy to na polu wiedzy, czy na polu relacji międzyludzkich. W końcu odkrywając na nowo płaskość globu ziemskiego wprowadzał do dyskursu oczywiste fałsze, broniąc ich zajadle. Sprzeciwiał się prawdziwości zdań w logice. Kij nie musiał mieć dwóch końców w jego wywodach, bo mógł być zagiętym i połączonym kręgiem, jak w hula-hopie; mieć ich trzy jak igrek – i tą procą walił po kiniolach nawet profesorskich. Czyż stołek nie może mieć trzech nóg – może; czyż nie może mieć ich dwóch – może; czyż nie może mieć jednej – może. Gdzieś kiedyś wyczytał, że takie jedno-nóżki (dwunóżki też) stosowano dla takich, aby nie przysypiali (w szkole, w pracy?). Czyż może być ich w ogóle pozbawiony? – i owszem, jest to możliwe, wystająca decha ze ściany jest tym właśnie. Czy gdy coś jest w górze jest w istocie bezsprzecznie w górze? – a dla tych co żyją na antypodach? Zenit z nadirem da się przekalibrować, zależnie jak się na nie spojrzy.

    A powszechna reguła o wyjątkach? Och, zabawna sprawa – mamy wydzielony teren, dajmy na to w mieście, jest jakiś festyn, nie wolno w tym obszarze spożywać alkoholu. Poza tym miejscem, na zewnątrz można, a w tym wydzielonym tylko, dajmy na to, w jednej otwartej knajpce. Ale nie można w tej knajpce spożywać alkoholu przyniesionego z zewnątrz, chyba, że się dobrze znało właściciela, który udostępniał dla znajomków osobną ,,komnatę” – reguły i ich wyjątki. (Relatywizacja prawa, począwszy od reguł i skończywszy na wyjątkach – znajomy właściciel knajpki, osobna komnata… Względność każdych reguł.)

    Czy według prawa, że wszyscy jesteśmy równi – Egalite Francuskiej Rewolucji – względem prawa nie podważa immunitet?, nie podważają osiągnięcia jakiejś jednostki, którą społeczeństwo wywyższyło i osąd (np. artyście wolno więcej) może być różny od założeń tego prawa? Ależ oczywiście: nie ma równości – jak może być, gdy ktoś jest większy i zjada więcej, takie ma zapotrzebowanie ciała, gdy ktoś jest dentystą, a ktoś tylko internistą, wiadomo jakie zarobki, gdy ktoś wlot się czegoś uczy, a drugi musi wkuwać dniami i nocami, jeden jest dyrektorem, drugi wyrobnikiem, ten gwiazdą, tamten gra w podrzędnym teatrze, nie mówiąc o sporcie, bo w ogóle by go nie było, jakby wszyscy i zawsze przybiegali równo na metę. Nie byłoby czempionów.

    I nie ma po co robić niepotrzebny mętlik w głowie stwierdzeniem, że chodzi o równość wobec, względem prawa, raczej równość prawa względem wszystkich – tak niestety nie jest, chyba nie trzeba przypominać bogatych i ich światłych, ale cholernie drogich adwokatów. Gdy ktoś działa w imieniu narodu szpiegując inny naród – jest dla nas bohaterem, ale agent innego narodu szpiegujący nasz naród – jest dla nas zdrajcą. I jest tak w istocie, ale gdy na czele naszego narodu jest przywódca zawszony i zły – zależnie od sposobu patrzenia – to role się mogą odwrócić? Gdy mówimy, że prawa trzeba przestrzegać, coś może z nas zdjąć odium podległości temu prawu, np. wyższy cel niż samo prawo? (Tam litera, tu duch prawa.) Nawet sama przyszłość narodu, a co za tym idzie i samego prawa?

    Gdy ktoś mówi dwa plus dwa to cztery: jeśliś przeszedł ulicę w miejscu niedozwolonym, ulica jednak była pusta i pora spokojna, wznosił hasła, albo spiskował w celu obalenia władzy, bez względu na to czy demokratycznej czy nie, lub tylko w przypływie szczerości robił sobie kwadratowe jaja, zawsze musisz podlegać tej samej interpretacji kodeksów? Gdy to prawo samą swą konstytucją projektów jest niezgodne z logiką praw ludzkich, praw natury – albo uchwalone w pozornej tylko zgodzie z prawami już istniejącymi, lub działa mimo wszystko wstecz, wcześniej nie zakładając takiego działania? A jeszcze co to są prawa natury? Jest jakaś wielka księga, którą się czyta paragraf po paragrafie, jak wierszyk w szkole o lokomotywie?

    Autorytet profesorski nie gwarantuje za każdym razem tej samej bezsprzecznej wiedzy. I Valde wiedział, że na wydziale prawa nie uczą tylko prawa, przepisów, kodeksów, paragrafów, ich interpretacji; prawdziwą nauką jest to co powyżej, ale z uwzględnieniem najważniejszej, być może najpoważniejszej opcji, czyli ominięcia prawa. Wykazywania sprzeczności, arbitrowania jednej sprawy z innego punktu widzenia, posługiwania się kruczkami, lawirowania, nadinterpretacji, podinterpretacji, biegłości w posługiwaniu się wyjątkami, zbyt oczywistego odczytywania, albo niedoczytywania, odwracania słów korzystnie dla siebie, lub przeciw komuś, przeciw czemuś, balansowania na granicy prawa, bez jej przekroczenia oczywistego, a jak już to w ramach niby tego samego prawa, ale pod innym paragrafem wyłuszczonego, wieloznaczności nagromadzonych artykułów, gdzie dwa i dwa zawsze mogą dać inny wynik od oczywistego (gdzie w zwyczajnych okolicznościach tylko w przybliżeniu wychodzi cztery) i tylko pospolicie się uważa, że oczywistość jest zawsze zachowana.
    (tu znajdziesz więcej :-) ) ( a tu resztę z upublicznionego fragmentu)

  • #2846

    DzerseyJouls
    Participant

    Haj!
    Coś tu pustki… – u mnie! (?)
    Nikt mnie nie oceni?
    Nikt nie wypowie słów gorszych, lub lepszych…?
    Brak mi wskazówek – wiem, że piszę nie tak jak tutaj ogólnie, na tym portalu, się przyjęło. Chyba nie jestem z takiego Marsa, że nikt mi oceny nie może wystawić? Naprawdę mi tego brak – nie wiem, nie czuję tego w sobie, jak piszę i jakie popełniam błędy. Naprawdę szukam wsparcia. Jeśli nie jest to dla Was nuda – te moje wypociny – to oceńcie. Bardzo proszę!
    Nie mam nikogo – z zewnątrz – który świeżym okiem, czujem, duchem i logosem, spojrzałby i wskazał błędy. Większe i mniejsze pomyłki.
    Jakbyście mogli wspomóc – byłbym bardzo wdzięczny. We mnie brak krytyka.
    Z góry wielkie dzięki

  • #2847

    Michau
    Participant

    Momento, dziś ogarnę 😀

  • #2848

    Michau
    Participant

    Nic dziwnego, że trafiłeś na mały odzew. Pomijając fakt, że forum zdaje się szczególnie żywe nie jest, to pozostaje problem z samym utworem. Otóż jest za dobry, aby takie średniaki jak np. ja w ogóle mogły tutaj poratować Cię jakąkolwiek radą, czy podbić sobie samoocenę jadąc po nim;

    Przyznam szczerze, że czytając króciutkie wprowadzenie w pierwszej chwili nie wyczułem od razu w jakiej sferze się poruszamy. Jeżeli przyjmę określenie ,,opowiadanie” – to prawdopodobnie popełnię jakieś terminologiczne faux pas, ale trudno. Ważne, że mamy tutaj jakąś historię, która została przez Ciebie bardzo precyzyjnie opisania. Tj. samo rozłożenie na czynniki pierwsze tego wszystkiego co siedzi w głowie Marka… Mi się podoba 😀 Pod względem warsztatowym – jest super, a czytało mi się to z umiarkowanym zaciekawieniem (choć jak to przeciętny czytelnik – poczułem się w pewnym momencie nieco przytłoczony tymi wywodami [uczciwie – zaczęły mnie nużyć, co jest anty-celem w momencie gdy tworzymy jakikolwiek tekst] – ale to subiektywne odczucie, może zasiadając do tej lektury o innej godzinie rozsmakowałbym się w bogactwie myśli głównego bohatera. Na plus na pewno fakt, że historię Marka śledzimy torem jego myśli, co najpierw przyciąga uwagę [bo nieco inaczej prowadzisz ,,akcję”; później te jego wywody, momentami zahaczające o truizmy nieco ,,zwalniają” całokształt).

    Oddzielna kwestia – właśnie te niektóre truizmy o względności prawa; wyjątkach od reguły – no fajnie, fajnie choć gdybyś dysponował nieco gorszym warsztatem, to przemyślenia te w tym tekście wywoływałyby tylko przewracanie oczami przez czytelnika (znaczy na pewno przeze mnie :D).

    Najfajniejszy moment – to opowieść o biegaczu. Przez chwilę akcja stała się bardziej ,,uchwytna” w tym sensie, że poznaliśmy jakiś ciekawy fragment z życia Marka. Opis lawinowych skutków plotki też spoko, chociaż po mojemu jest w tym pewna sterylność. A z drugiej strony – wcale się przecież nie siliłeś na wierne odtwarzanie nastroju ,,szkolnej społeczności”; tylko zrewidowałeś jakieś istotne wspomnienie Marka.

    Fajnie, że piszę o rzeczach, z których zdajesz sobie pewnie sprawę, nie? 😀 To wada czytelnika, który nie jest dość dobry by wytknąć jakieś istotne wady, czy coś konkretnego doradzić. Ale skoro poprosiłeś o feedback – to lepiej taki, niż żaden.

    Aby mieć pełny obraz Marka musiałbym przebić się przez kolejne fragmenty, ale na ten moment skojarzył mi się on z ,,wrednym dzieciakiem” z opowiadania Kinga ze zbioru ,,Bazar złych snów”; nie pamiętam czy opowiadanie było pod tym samym tytułem czy nie, ale ten quasi-socjopatyczny rys przywiódł mi akurat na myśl tę wredotę 😀 Posiłkowanie się przykładem Kinga i odwoływaniem do niego chyba aż nazbyt wyraźnie wskazuje czy jestem targetem czy nie 😀 Toteż moje uwagi o nieco nużących opisach możesz podzielić przez 2/4 w zależności od tego jak bardzo nie chcesz celować w szeroko pojęty main-stream, który skupia się na tym by czytelnika nie zanudzić (a dzisiaj; jak przez 10 stron nikt nie ginie, nie zmartwychwstaje, ani nie przechodzi metamorfozy – to czytelnik zaczyna umierać z nudów i rzuca książkę).

    W przypadku opowiadania w ,,Internetach” sprawa ma się jeszcze gorzej, bo czytelnik zupełnie nie ma szacunku do tekstu; kieruje się polityką tl;dr – może to i również jest przyczyną słabego feedbacku 😀 Teraz zastanów się tylko czy jest to jakaś szczególna wada Twojego tekstu. Bardziej rzekłbym, że użytkowników forum (+ ewentualnie ich brak, no ale to swoją drogą).

    Chciałbym móc wykrzesać z siebie jakąś uwagę merytoryczną, ale idzie mi to bardzo topornie 😀 Może mógłbyś powiedzieć coś więcej o tym tekście? Może w ogóle nie wyłapałem w jakim kierunku chciałeś pójść z tą historią. Czy aby na pewno chcesz tworzyć historię w jakimś linearnym sensie postępujących przemian, kolejnych przeżyć i tak dalej… Pytam pod kątem ewentualnego nastawienia na kolejne fragmenty.

    Pozdrawiam 😀

  • #2856

    DzerseyJouls
    Participant

    Myślę, że aż tak dobry to ten utwór nie jest. Znaczy warsztat i co tam jeszcze…
    (Nawiasem mówiąc – jakim nawiasem, bez nawiasu – po prostu dzięki Michau, żeś spróbował moją wypocinę ocenić!
    Wiem, jak trudno to zrobić – i nie chodzi mi o Ciebie, lecz o mnie – bez odpowiednich narzędzi: predyspozycji, czuja, znajomości rzeczy, wiedzy, czy odpowiedniej szkoły – to oczywiście żart. Nie ma szkół krytycznych, stricte od literatury. Nie biorę pod uwagę filologicznych. Tam może są zręby czegoś takiego, ale… Wśród osób takie kończących, znaleźć dobrych krytyków, to tak samo jak znaleźć dobrych pisarzy. Trzeba mieć to coś. Co to jest? Nie wiem. Genom, zmysł… Jest takie wyświechtane słowo – powołanie…
    Nawias się niestety wydłuża: Wiem jak trudno jest ocenić początki pisania, zaczątki kogoś aspirującego w dziedzinie literackiej, bo sam nie umiem ocenić siebie – tu to wiadomo, brak dystansu i zapewne braki w wykształceniu, luki początkującego – i nie bardzo się garnę do oceny innych. Z różnych powodów. Złych wskazówek i niedostatecznych wniosków, różnych tych obaw, że się bardziej zaszkodzi niż odrobinę pomoże, pochwali tam, gdzie jeszcze do pochwały powinno się, co najmniej, chwilkę zaczekać. Trochę przesadzam, ale mam podobne obawy. Że nie będę merytoryczny, konkretny, a raczej poboczny i właściwie zbyteczny. Po prostu, nie jest to łatwe i wymaga takiego samego wysiłku jak własne pisanie. A każdy pisarz wie, że się ma za mało czasu – kruca bomba, strasznie mało czasu.
    Wyszedł na koniec mój egoizm – wy oceniajcie, ja nie mam czasu. Niestety, brak go na własne prace. Poza tym uważam, że być krytykiem, to co innego, niż być pisarzem. I pisarz, jeśli nie czuje w sobie krytyka, nie powinien się za to zabierać. I odwrotnie, jeśli krytyk nie czuje w sobie literata, niech stroni od kartek, gdzie czai się świerzbiące go hasło: ,,własna literatura”. Pamiętam, ale nie pamiętam kto o kim, tak oto napisał: nie mógł być dobrym literatem, więc zajął się krytyką – z głowy, tak mniej więcej to pamiętam (chyba o Irzykowskim). Nie jestem oczywiście aż takim purystą, ale z krytyką trzeba być ostrożnym. Polecam to tym, którzy potrafią i mają dużo czasu. No, ale tu zabrnąłem już za daleko, bo myślałem o literaturze lepszej niż moja, a moja ścieżka jest dopiero tuż za startem, albo jeszcze przed linią startową. Pomyślałem, żeby wykasować cały ten nawias, ale może to być zaczątek na jakiś temat. Wykasowania podziękowań dla Michau’a nie zakładałem.
    Ach, oczywiście nikogo nie nakłaniam, ani nie chcę przekonać, żeby zrezygnował/a z tutejszych ocen i krytyki utworów – po co sam o to bym prosił…)
    Wracając do pierwszego zdania tego wpisu. Tematyka i sposób, w jaki piszę, nie są łatwe do oceny. Dajesz mi o tym znać, o, tutaj, ,,czytało mi się to z umiarkowanym zaciekawieniem” – domyślam się, że jest dużo takich momentów, które nużą – ,,poczułem się w pewnym momencie nieco przytłoczony tymi wywodami”. Mam niestety taką tendencję, którą eliminuję, ale nie zawsze mi się udaje, bo nie wiem gdzie się to znajduje. Gdzie mi się to wkręca, a jak czasem znajdę, to uważam za przydatne, jeżeli nie za istotne dla całości. I tu jest mój problem – tak naprawdę nie jestem tego pewien. Ty niestety nie wskazałeś mi konkretnych fragmentów – nie mam o to pretensji. Nawet dziękuję Ci, bo znów mi to przypomniałeś i muszę na to uważać. Tu się spełnia w pełni krytyka, przypomina o błędach, lub wskazuje takie, które się przeocza.
    Faktycznie nie piszę tak, żeby epatować brutalnością, albo cudami, lub nadprzyrodzonymi cechami, choć nie stronię od nich. Kiedy są potrzebne, gdy coś wymaga takiego, a nie innego przedstawienia, gdy całość utworu jest tak skonstruowana, że, nie wiem, ktoś zmartwychwstał… no to zmartwychwstał, został zabity, po chwili przeżył metamorfozę, odrodził się w brzuszku innej matki i powrócił w przeszłość, żeby zabić swego pradziadka. Co oczywiście skutkowało wekslowaniem małego wycinka rzeczywistości itd., i protagonista albo się nie narodził, albo pozostał bez przeszłości… Zależy czemu to ma służyć. Jeśli tylko napisaniu jak największej ilości cudowności, to nie używam. Jeśli jest to ciekawa historia, dlaczego nie. Lecz stronię jednak od nawarstwiania tych atrybutów na rzecz innych, ciekawa rzecz, które mi słusznie wytknąłeś, czyli wywodów, zamiast akcji. Co bywa błędem, lecz nie musi.
    Wielkie dzięki za miłe słowa, o warsztacie i innych takich. Nie mnie to oceniać, przyjmować jak zasłużone… Sam tego jeszcze nie czuję. Mój target to ludzie nie stroniący od zastanowienia się nad słowem i zjawiskiem, czyli nad pewnymi przesłankami wynikającymi i ze słowa pisanego i tego co dookoła, co w życiu jest, lub czego brak, lub jak się to odczuwa – to już jest przestarzała dziedzina, metafizyka. Ale jest to też odczucie artystyczne – i twórcy i odbiorcy – czucie, przeżycie, wrażliwość… Dobra, koniec. Wiadomo – truizmy.
    A! Wspomniałeś, pytałeś się, co mógłbym powiedzieć więcej o tym tekście. Tu, na Spisku, jest tylko fragment. Reszta jest na mojej stronie – powyżej są odnośniki. Przypomnę je tutaj: (więcej moich opowiadań :-)) (a tu reszta z upublicznionego fragmentu :-)) Tam jest dużo większy fragment – chyba cztery piąte opowiadania.
    Sam nie wiem, czy można ten tekst uważać za ,,opowiadanie”. Bo jest dość długi. Ale jeśli przyjąć, że opowiadanie skupia się głównie na jednej osobie, bez wprowadzenia na scenę innych, pełnokrwistych aktorów, nie przeplatając pobocznych wątków i zdąża prosto od A do Z, nawet z wieloma dygresjami, to ryzykując falsyfikowanie krótkich form, opowiadanie może mieć nawet ponad sto stron. Nie podam ci tutaj tytułu (tytułów, było więcej niż jakiś zagubiony singiel), ale na pewno coś takiego, co za opowiadanie uchodzi – i było dłuższe od standardowych, miało więcej niż jednego, pełnokrwistego bohatera, wraz z pobocznymi wątkami… – czytałem.
    Jeszcze raz dzięki. Nie obiecuję… jak będę miał czas – zakładam, że taka opcja (tfe, co za słowo… zresztą może być… ale jednak), że taka możliwość, taka okazja się przytrafi – to może też coś skrobnę w ocenie. Coś zapewne z tego rodzaju: Lubię, albo: Nie lubię. Kurde, rozbiór tekstu na podstawie wyliczanki, lub jak się zrywa listki: Kocha – Nie kocha. Lakonicznie – byle tylko na temat. Do sedna i w sedno.
    Pozdrawiam.

  • #2858

    Michau
    Participant

    Jednego Ci odmówić nie można – jesteś autentyczny w swoich tekstach :) Twój komentarz, jak i Twoje opowiadanie są na swój sposób ,,spójne”.

    Dla kontrastu niejako stwierdzę krótko – autor musi być egoistą. W jakimś stopniu zawsze będzie.

You must be logged in to reply to this topic.