Home Forum Twórczość spiskowców Jabłko niezgody

This topic contains 1 reply, has 2 voices, and was last updated by Karawan Karawan 2 months, 3 weeks ago.

  • Author
    Posts
  • #2865
    Remedium
    Remedium
    Participant

    PROLOG

    He loved her and she loved him
    His kisses sucked out her whole past and future or tried to
    He had no other appetite
    She bit him she gnawed him she sucked
    She wanted him complete inside her
    Safe and sure forever and ever
    Their little cries fluttered into the curtains
    Her eyes wanted nothing to get away
    Her looks nailed down his hands his wrists his elbows
    He gripped her hard so that life
    Should not drag her from that moment
    He wanted all future to cease
    He wanted to topple with his arms round her
    Off that moment’s brink and into nothing
    Or everlasting or whatever there was
    Her embrace was an immense press
    To print him into her bones
    His smiles were the garrets of a fairy palace
    Where the real world would never come
    Her smiles were spider bites
    So he would lie still till she felt hungry
    His words were occupying armies
    Her laughs were an assassin’s attempts
    His looks were bullets daggers of revenge
    Her glances were ghosts in the corner with horrible secrets
    His whispers were whips and jackboots
    Her kisses were lawyers steadily writing
    His caresses were the last hooks of a castaway
    Her love-trick were the grinding of locks
    And their deep cries crawled over the floors
    Like an animal dragging a great trap.

    Her promises took the top off his skull
    She would get a brooch made of it
    His vows pulled out all her sinews
    He showed her how to make a love-knot
    At the back of her secret drawer
    Their screams stuck in the wall
    Their heads fell apart into sleep like the two halves
    Of a lopped melon, but love is hard to stop

    In their entwined sleep they exchanged arms and legs
    In their dreams their brains took each other hostage

    Kim jestem?, spytał sam siebie, a cichutki głos w jego głowie zatarło skrzypnięcie łańcucha starej huśtawki. Za samotnym, wymarłym placem zabaw nie było już nic, jedynie koryto wiecznego, groźnego oceanu. Za kilkaset lat pochłonie i to miejsce, uświadomił sobie. Huśtawka spocznie gdzieś na jego dnie, obok czegoś, co kiedyś było jego prochami.
    Znów dzwoniła. Właściwie „znów” nie było dobrym słowem – od czasu, gdy się poznali, zrobiła to dopiero dwukrotnie. Jednak sam fakt, że w ogóle usłyszał ponownie jej głos, wpędzał go w niewyobrażalne szczęście wymieszane ze zdumieniem. Czy zrobiła to za darmo? Nie. Czy było jej go żal? Nie był pewien.
    W każdym razie, nie wyglądała na kogoś, kogo cokolwiek kiedykolwiek wzruszyło. Miała smutne oczy i posągowe, blade ciało, ponadprzeciętną inteligencję i to wystarczyło, by pomyśleć, że w wyidealizowanym świecie zapewne by za nią szalał. Wyidealizowany świat był wymyślną farsą, w której każdy mógł pozwolić sobie na słabość kochania, bo istniało tylko jako uczucie stałe, dozwolone i przyzwoite. Nieomal się przy niej nie popłakał, opowiadając na zmianę z powstrzymywaniem fali gorących łez listę rzeczy, które chciałby zrobić, gdyby tylko był kimś innym, odmienną strukturą, czymś prostym i nieskomplikowanym. Wierzył w prozaiczność szarych ludzi. Nie przeszkadzała mu jej łagodna obojętność. Nie widział w niej ani grama współczucia czy smutku. Ona sama momentami sprawiała wrażenie zmyślnej maszyny i zastanawiał się, czy gdyby przekręcił korbę na jej karku, wyłączyłaby się, tracąc wszystkie zainicjowane wśród ludzkiego gatunku wspomnienia.
    To, co o niej wiedział, zdołałby policzyć na palcach jednej ręki i nie miał pewności, czy wśród tych szczegółów znajduje się jej nazwisko, prawdziwe nazwisko. Kojarzył ją jako przeciwieństwo fałszu i podziwiał za to, że jej cienkich ramion nie oblepia lepka pajęczyna kłamstw. Wolał nazywać to w myślach tajemnicą; byli dla siebie nikim, dlaczego więc miałaby kłamać? Czym było kłamstwo dla dwojga obcych sobie ludzi? Znów rozmyślnie zaprzątał sobie głowę jej osobą, a może duchem człowieka. Wiedział, że już nigdy jej nie spotka.
    Kwadrans później wrócił do posiadłości. W ręku trzymał brunatny kamień, podmiot własnego szaleństwa, który swoim kształtem obudził w nim skostniałą wenę. Uchylił drzwi frontowe, wślizgnął się do milczącej sieni i wrzucił kamień do wielkiego, przezroczystego słoja. Do tego czas był pusty.
    Uchylił również drzwi sypialni tylko po to by przelotnie nasycić wzrok obrazem białego młodzieńca w swej skotłowanej, białej pościeli. Pasował do oślepiającego światła pokoju jak nic innego, z szopą platynowych pasm pasm rozsypanych na poduszce i anorektycznym, alabastrowym ciałem wtopionym w tło. Mimo, że słyszał jego spokojny i błogi oddech, czuł się, jakby podziwiał kolejny mebel.
    Wiedział, że minie sporo czasu, zanim otworzy sklejone powieki. Właściwie, to miał pewność, że zrobi to, gdy świat stanie się lżejszy o te kilka gramów.
    Rzucił okiem na porozrzucane wokół łóżka papiery. Kartki ze szkicownika, nieudolne, krzywe linie tworzące morze niewspółmiernych portretów chudego chłopaka zatopionego w pierzu. Miał kości policzkowe jak ostrza noży i gęsty wachlarz rzęs, ale z arkusza skropionego nieprzyzwoicie drogim, czerwonym winem spoglądało na niego przerysowane, bulwiaste dziwadło. O tyle dobrze, pomyślał na pocieszenie, że dzieciak był dość pijany, by nie widzieć swojej żałosnej podobizny. Za każdym razem, gdy próbował nakreślić choćby banalnie prostą linię szczęki, chłopak jakby na złość zaczynał się kręcić, wypluwać z siebie potok słów. Sprawiały, że artyście kręciło się w głowie, a obraz rozmazywał przed oczami, więc obiecywał, że jeśli tylko pozostanie w bezruchu przez następną minutę, poczęstuje go kolejnym łykiem wina. Na ten układ przystawał chętnie, i w ciągu kilku sekund mężczyzna mógł podziwiać jego soczyste, owleczone cienkim pergaminem skóry jabłko Adama.
    Tej nocy, pijąc czarną kawę i wpatrując się w śpiącego modela, pogrążał się w rozpaczy. Problem nie leżał w zdurniałych studentach, których od tygodni sprowadzał do posiadłości i poił najlepszymi trunkami za użyczenie ich piękna; chodziło o bezwartościowy niedopałek jego talentu. Mutanty uwiecznione na płótnie zdawały się prześladować go we śnie – malował jak dziewięcioletnie dziecko zapatrzone w niezrozumiały absurd prac Francisa Bacona. On sam był jak on, lecz nic, co wyszło spod jego pędzla, nie było planowaną brzydotą powstałą w głowie. Jedynie skutki uboczne. Wszystkie zjawiskowe twarze, które widział w rzeczywistości, spływały na papier jako swoje mdłe karykatury. Wreszcie zrozumiał – tak jak wypalił się on, wypalił się jego dar. Zawiłość myśli użyczała się układowi linii kreślonych przez niego drżącą ręką, wpół bezwładną. To nie artretyzm, tylko automatyczna eutanazja.
    Jednak widział cień nadziei. Błękitny, spokojny płomień obojętności. W niej tliła się jakaś niepojęta siła, destrukcyjność, nienawiść. Stała się jedynym, z czego mógł czerpać inspirację, ostatnią muzą wypełniającą po brzegi naczynia obsesji gdzieś z tyłu głowy. Była trudna, niedostępna, wymagająca, a on niewystarczająco intrygujący. Sprzedaż swojego pięknego smutku znużyła ją i mimo coraz to bardziej bajońskich sum, kręciła głową i milczała, z jakimś dziwnym jadem, podłością znudzonego dziecka. Jakby doskonale wiedziała; znała swoją chorą wartość i manipulowała jego resztkami. Spaliła jego godność. Czasem miał ochotę udusić ją gołymi rękoma.
    Westchnął i podniósł niemal pustą butelkę wina z podłogi. Uliczna dziwka, pomyślał o niej już po raz setny.
    Przez chwilę wahał się, czy nie kazać się wynosić szczeniakowi, ale wolał udowodnić sobie, że nie jest już aż tak bezduszny. Mógłby rozorać mu klatkę piersiową i wyrwać serce, rozgnieść na płótnie w rytm opadającego bicia. Mógł zrobić wszystko. Sobie, każdemu, wszystkiemu. Jej.
    Był bezlitosny, rozleniwiony i wyzuty z moralności, ale z racji tego, że rzadko dawał podziwiać się ludzkim oczom, nikt nie miał pojęcia o żadnej z tych cech. Miał pewność, że są wrodzone, przekazane przez nierówną sieć genealogii, jak niechciany prezent. Jedynie czekały, aż zardzewieją wszystkie jego zalety, aż zgnije maska przytwierdzona do twarzy, kajdany wokół kostek ulegną. Aż uwolni własną bestię, by sam – chciał czy nie – stać się jej ofiarą.
    Wiedział jedno – nie skończy, dopóki nie upewni się, że każde z punktów jest tam, gdzie powinno. Odpowiedni ludzie mówili i odpowiedni odpowiadali na pytania, a obrazy przynosiły mu kolejne czeki na srebrnej tacy, więc pozostawało tylko jedno. Czekać. Nie mógł wybrać lepszego miejsca. Nic nie było bardziej spustoszałe, niż cmentarz jego dzieciństwa.
    Nie pamiętał, ile czasu minęło, zanim zadzwonił telefon. To było jak krótki skowyt, bo dopadł słuchawkę niczym wygłodniałe zwierzę. Słyszał, jak w drugim pokoju ciało chłopaka wlecze się ku drzwiom, zaalarmowane hałasem.Wiedział, że zmierzają do końca.
    Czuł, że zamarza, nie tylko powodu chłodu niesionego przez ocean, lecz słów po drugiej stronie aparatu. Łykał je posłusznie i z pokorą, ale nadal w żałosnej niezgodzie z samym sobą, jakby wcale nie był pewien, co nastąpi potem. Kiwał głową, jakby rozmówca siedział wprost przed nim i mamrotał monosylaby pełne potulnej aprobaty.
    – Co się stało? – wymamrotał przez suche wargi chłopak, stając w progu. Światło padało jedynie na jego twarz, ogrzewając chłodne, wyrzeźbione rysy.
    Mężczyzna przez chwilę spoglądał martwo przed siebie, ściskając w dłoni słuchawkę, po czym odłożył ją z głuchym hukiem na ladę.
    – To koniec. – rzekł aksamitnie. – Wreszcie.
    Młodzieniec zamarł ze słowami ugrzęzłymi w gardle.
    Artysta spojrzał na niego z rodzajem pogardy. Prosto w oczy.
    – Za kilka godzin – powiedział spokojnie – będzie tu całe, pieprzone NYPD.
    Wiedział, że usta świerzbią go, by coś powiedzieć, ale uciszył go gestem dłoni i wstał.
    – W porządku. – skleił na ustach uśmiech – Zanim nastanie świt, chcę ci coś pokazać. A może raczej – wykrzywił kąciki ust w chytry grymas – M u s z ę.
    Podążając za nim w mrok, chłopak wciąż czuł w krwi iskierki podniecenia.

    1
    Maszyny

    Nie chcę. pomyślała na początku. Chciała jedynie mieć skrawek własnej woli.
    Są sprawy, o których biegu nie mogą decydować aż tak przyziemne jednostki jak statystyczni nowojorczycy, i są sprawy, o których nawet nie mają pojęcia. Byli jak wylewająca się ze stoczni ruchomych schodów fala, prosto na sam skrawek platformy peronu. Oddałaby wiele za widok ich ustawionych w równym rzędzie ciał, tylko po to by mechanicznie wejść do pociągu jak nakręcane zabawki, w tym samym czasie, na czyjś znak. Jak rozproszone pogorzelisko myśli. Resztki rozumu kleiły się do kafelkowych ścian.
    Lubiła wcielać się w rolę obserwatora. To ona potrafiła wtopić się w tło mętnej beznadziei, utożsamić z nudną rzeczywistością każdego z przechodniów na swój własny sposób, aby tylko pozostać niezauważoną. Kiedy tak się działo, najprzyjemniej było patrzeć. Kiedy nikt nie zawieszał na niej nachalnego wzroku, mogła nie tylko patrzeć, ale i widzieć. Obserwowała obwisłą skórę naciągniętą resztką sił na wysmagane życiem twarze, świdrujące wnętrze wagonu oczy karmione mieszaniną brudnych chemikaliów, dyskretne zwały tłuszczu wyzierające zza rąbka bluzki. Jedynie chłodna, wyważona fascynacja, garść obrzydzenia. Były takie rzeczy, które łączyły w sobie te dwie cechy w mocnym uścisku, w swojej brzydocie i osobliwości wypełniając pomieszczenie niesmakiem zainteresowania. Sprawiały, że podróż wydawała się odrobinę bardziej niecodzienna, choć przecież takich ludzi spotykało się każdego dnia – tak samo źle dobrane oprawki okularów, wygięte w grymas słone wargi, miętowy oddech w nozdrzach każdego z pasażerów. Ładny chłopak, który łapie dłoń innego, zanim zdążysz na niego spojrzeć. Ostentacyjne spojrzenie ortodoksyjnego Żyda dobiegającego ósmej dekady życia. Ten człowiek, którego widziałeś wczoraj pod ratuszem akompaniującego na hawajskiej gitarze grupie strajkowiczów, dziś już nie ma nic wspólnego z muzyką, bo składa tostery w ogromnej, podupadającej fabryce badziewi. Brzydka koszula to jedyne, co może przywodzić na myśl wakacje na Hawajach. To zamierzony efekt.
    Grali w swoje gierki. Jej ojciec też był człowiekiem. I dlatego lubił kpić nie tylko ze swojej rasy, ale też z niej, najmniej ludzkiej istoty, jaką kiedykolwiek przyszło mu poznać. Dlatego wysłał jej prezent. Bez życzeń.
    Otworzyła pięść. Spojrzała na śnieżnobiałą pigułkę wielkości ludzkiego paznokcia. Jedna, jedyna dryfująca po oceanie jej farmaceutycznego dobytku. Zważyła ją, wahając się chwilę. Równie dobrze mogłaby trzymać pająka, tego z długimi, owłosionymi kończynami, którego rozgniatało się bez skrupułów na parapecie. Kiedy uniosła dłoń do ust, poczuła, że toruje sobie drogę przez jej gardło, plotąc niewielką sieć w przełyku. Potem ślina wymazała gorzki smak i mogła czuć się lepszym człowiekiem.
    Nie wiedziała, dokąd zmierza, choć powtarzała nazwę od rana. Nie bywała w takich miejscach. Dusiła się w takich miejscach. Brzydziła się takimi miejscami. Mówiąc lakonicznie, to było ostanie, czego by się po sobie spodziewała. Rozejrzała się po ciasnym wagonie, zwiędłym entuzjazmie. Coś wisiało w powietrzu.
    Oni naprawdę są jak maszyny, pomyślała od niechcenia. W wiecznym strachu przed sekundą kontaktu wzrokowego, z cichą odmową na ustach. Ci dekadenccy – śladowe ilości – stali przy drzwiach, spoglądając tylko na cudze kieszenie. Czasem patrzyli w twarz, jakby myśleli, że są śmiercią zakradającą się wgłąb ludzkiej duszy przez osadzone głęboko, pociemniałe oczy. Jakby im się wydawało, że jedyne, co interesuje pasażerów, to pozbycie się ich z siebie, strzepnięcie z ramion taksującego wzroku, dyskomfortu gdzieś w dolnej części ciała. Oni byli rzezimieszkami, drobnymi złodziejami, słabo zamaskowanymi dilerami w białych rękawiczkach. Sprzedawali haszysz młodym dziewczynom w oblezionych zgnilizną łazienkach podziemia Nowego Jorku z kwitnącym na ustach uśmiechem wilka w owczej skórze. Znała ten rodzaj drobnego zła.
    Gdzie zaczynało się prawdziwe zło?
    Na powierzchni, wśród ślepnących od światła twarzy. W mieście oddychającym ośmioma milionami płuc.
    Spojrzała w dół. Coś, co mogło być martwym szczurem, okazało się zużytą prezerwatywą. Jeszcze raz rozejrzała się po wagonie. Na wszystkich twarzach wymalowane było milczenie. Zupełnie, jakby ktoś zasznurował im usta, zabawne, może zaprogramował na jakiś apatyczny tryb anty-człowieczeństwa. W końcu największą rozrywką ludzi jest rozwieranie warg. To, co następuje później, najlepiej zbyć machnięciem dłoni. Metropolia powoli zażywała morfinę, cicho, gdzieś na skrzypiącym łóżku w rogu szpitalnej klity. Połowa mieszkańców ma już dość dźwigania tego świata. Przynajmniej na dziś. Czas na objęcia Morfeusza.
    Morfeusz ma wiele twarzy. Morfeusz jest bogiem toksycznego Wielkiego Jabłka, jego panem i ostatecznym sędzią. Jest robalem drążącym w nim korytarze bezsenności. Napędza metropolię, nadaje mu nazwę czegoś, co nigdy nie śpi. Zszywa ludzi, łata ich rany. Potem wypluwa w sam środek własnego bałaganu. Skleja jej powieki, pragnie zakopać w pościeli. Cóż za czas, myślała ironicznie. Jak mogła spać, gdy wokół tak wiele się działo?
    Dziwaczne maszyny. Niby takie same, a jednak różniące się pojemnością mózgu.
    Jej stacja, nieco brudniejsza od reszty. Świeżo po remoncie, ale pełna kurzu i ulicznych śladów ludzi. Ludzi w ogóle. Pociąg wydał z siebie krótkie sapnięcie, pragnąc pozbyć się jej z siebie.
    Starzy ludzie pożegnali ją powłóczystymi spojrzeniami wraz z dźwiękiem zatrzaskiwanych drzwi. Porozrzucane po mieście, wysuszone postacie, które tak trudno było znaleźć w tej dzielnicy, jakby ktokolwiek próbował ich szukać. Czuła się całkiem sama w drodze na powierzchnię, zawiśnięta pomiędzy dwiema stronami. W nozdrza wdzierało się inne powietrze, bardziej specyficzne, zapach młodej skóry, głupoty i histerycznego podniecenia.
    Istny rój. Kawalkada ciał, w której można się zgubić, dać się ponieść. Miasto pędziło, mimo, że zostawiła duszny wagon za sobą. Tysiące tysięcy stóp ugniatających rozgrzany beton. Najszlachetniejsze tworzywo dwudziestego pierwszego wieku.”
    To był koniec lata. Niebo nad Coney Island miało mieć już wkrótce mieć depresję; szeroki brzeg miasta-wyspy wydawał się jeszcze bardziej wyludniony niż kiedykolwiek. A przecież wszędzie się walali. Ludzie pod jej nogami. Szła, patrząc i powstrzymując się przez westchnieniem. Bardzo dużo ludzi wszędzie i nigdzie, a w samym środku firmamentu ( tego, który lokalizowała gdzieś nad Brighton Beach ), wśród całej kolonii rosyjskich imigrantów stała Helena, nieskazitelna jak zawsze. Bardzo pasowała do wizerunku suchej rozpaczy i całego tego rytuału przejścia; w zasadzie sama była sucha i pragnąca innowacji, wciąż i wciąż, przede wszystkim skupiona na unowocześnieniu siebie. Helena w rzeczy samej była królową targowiska próżności.
    W rzeczywistości, gdzie rządziła moralność, umieściłaby ją na końcu krótkiej listy ludzi godnych zaufania albo chociaż wartych otworzenia dla nich ust. Zlepienia kilku zdań, choć to często kończyło się wykryciem przez nią niedoboru patosu, który Helena uwielbiała bardziej niż wszystko. Ona charakteryzowała się raczej pasjonującą ironią mało ambitnej skali. Krótko, zwięźle, na temat. Rozmowa to już, jakby się dłużej zastanowić, spory wysiłek – mózg i ciało muszą się odpowiednio zsynchronizować, by zadowolić te drugie ciało i mózg na przeciwko.
    Jest akcja i reakcja, tak samo jak miasto reaguje na potrzeby swoich mieszkańców. Stacza się razem z nimi, wszystko koliduje, rozleniwione szyldy Times Square zaczynają się walić, grube panie ( tą kategorię lubiła najbardziej ) wypuszczają hot dogi z rąk. Do diabła i psiakrew odbijane w powietrzu jak piłki na chińskim turnieju tenisa stołowego, i ta męcząca zbiorowa nostalgia najstarszych dzielnic, jej kojarząca się raczej z nieludzkim czynszem; było też jej własne ciało sunące wraz z wylanymi na Piątą Aleję pomyjami na sam skrawek Ameryki, choć w zasadzie Ameryka i Nowy Jork są jak dwa osamotnione lądy. To jedność jedynie z nazwy, mocno spojona stosem papierów i niewygodnych tradycji. Nie chcą się pogodzić, trwają w rozedrganym konflikcie. To dobrze, myślała. Czuła, że gapiąc się lekko pogardliwie na lud przybywający na nowy, nieodkryty ląd wydyma nie amerykańskie, lecz po prostu swoje wargi.
    Ulica wirowała, wypełniona po brzegi morzem hałasu i tym uciążliwym stukotem szpilek. Wybebeszona muzyka w próżni. Przeciskała się, używając wszystkich możliwych kończyn, torowała sobie drogę razami łokci. Potrafiła nawet gryźć, ale to nie była ta noc, nie ten rodzaj ludzi. Kiedyś była zbyt drobna, nienaturalna; ludzie bali się, że skruszą jej kości samym dotykiem. Zmieniła się, jak zmieniał się świat; wyrastała już nad skurczybyków w głupkowatych mundurkach z emblematem liceum naszytym starannie przez ich matki, którzy śmieli próbować rozpiąć jej stanik. Robili to, dopóki nie sprała jednego z nich na kwaśne jabłko i została zawieszona. Gwar tętniącej własnym życiem alei również rządził się własnymi prawami. Trudno było doszukiwać się w tym choćby przebłysku sprawiedliwości.
    DON’T GET LOST IN HEAVEN, przestrzegał motłoch neonowy napis, który stał się jej ostatecznym drogowskazem. Stał na straży budynku, choć wydawało jej się, że strzeże samego miasta, ostrzega podróżnych, turystów obwieszonych pamiątkami. Pozostawało jedynie znaleźć wejście.
    Kwestia wieku w mieście, które nigdy nie śpi musi być jasna dla ludzi, z którymi robi się interesy, którym się płaci i od których czegoś się oczekuje. Gapiła się na bramkarza, przygryzając wargę i zatrzymując nagle w tym nieludzkim tłumie ciągnącym zgodnie w jednym kierunku. Kilka metrów od niej wszyscy stawali się jednym ciałem, które rozczłonkowywano; odłączano kości od mięsa, określając miejsca w hierarchii. Dzieci nie powinny bawić się w takich miejscach. Wystarczyła tylko czysta karta, kilka pogniecionych banknotów i obiecujący wyraz twarzy. Nie miała niczego z tej listy.
    Tłum wypluł ją pod sam nos tego ogromnego człowieka. Patrzyła na niego ze zmrużonymi oczami, dopóki jej nie zauważył, jakby oceniała własne szanse. Widziała ścigające się po jego skroni krople potu, zmierzające gdzieś w dół pleców, po równej powierzchni karku i łopatek. Duże, wygłodniałe zwierzę.
    – Dziwaczne imię – rzucił, spoglądając na jej prowizoryczny dowód.
    Miała pełne ręce roboty, a teraz świerzbiły ją, by wyrwać mu go z dłoni i ostentacyjnie wyminąć.
    – Mój ojciec uwielbia renesans. – wzruszyła ramionami.
    Wtedy się pochylił i spojrzał jej prosto w twarz, zbyt blisko, niechlujnie. Bezczelnie. W ciszy oceniał jej wiarygodność. Czego tu szukasz, dzieciaku?, zdawały się mówić jego rozbawione oczy, choć wiedziała, że jest jedynie kolejną kukłą wypchaną od środka.
    – Jak tam w college’u, ha?
    Każdy, komu dano sakiewkę złotych dukatów i wyrzucono za drzwi musiał posiadać nieposkromioną żądzę upicia się w piątkowy wieczór.
    Nawet nie mrugnęła okiem. Wyciągnęła jedynie rękę po to, co należało do niej.
    I tak dostała się do środka, zlała z całą resztą zrozpaczonych ludzi rozżarzonych z euforii, krzyczących jej prosto do ucha, że życie dopiero się zaczyna. Noc, wyrafinowana forma ukrycia własnego wstydu. To miejsce było świątynią egzaltacji; nawet w przesadnej ciemności widziała rozciągnięte szeroko głupawe uśmieszki, rozwarte w uniesieniu usta i zmarszczone brwi. Rozczarowanie, pogarda, zazdrość. Dziecko miotało się po świecie dorosłych z czystym współczuciem. Zawsze miała ochotę uciec świeżo po przekroczeniu progu. Paraliżowało ją zażenowanie sobą i nimi. Ktoś przypadkiem wylał na nią trochę alkoholu, ktoś przypadkiem dotknął jej piersi. To wszystko przez miękką obojętność jej twarzy, często interpretowaną jako bierność, przyzwolenie, zachętę do działania. Taka już była – mężczyźni myśleli, że błaga ich o wskazanie światła w tunelu.
    Wielokrotnie opracowywała w głowie technikę rozpoznania go. Tak po prostu przemknie pomiędzy każdym z nich, nie zostawiając żadnego śladu; a kiedy w końcu dotrze do celu, będzie wiedzieć. Odnajdą się. Tak po prostu.
    W ciemności wyglądała na starszą. Miała długie nogi i krótkie włosy, w odpowiednim świetle mogła zmienić się w istotę równie rozgoryczoną co reszta. Skanowała ich twarze z dokładnością maszyny. Znała jego wygląd na pamięć; to tylko kwestia czasu, kwestia czasu, nic więcej.
    W internecie dużo przeczytała o jego wstręcie do czwartej władzy i wszystkiego, co z nią związane, więc w pewnym sensie i do ludzkiej nadpobudliwości. Chciała myśleć, że czuje się równie nie na miejscu co ona. Najbardziej lubił milczeć i uśmiechać się zagadkowo w odpowiedzi na pytanie. Nie ma mowy, nie wpuszczę cię do środka. Jego ciało stawało się wtedy osobną historią, intrygowała już tylko fizyczna obecność. To taki psychologiczny trik, który sama wykorzystywała; gdy oczekują od ciebie wylewności, zasznuruj usta. Daj im to, czego najmniej chcą. Lubił irytować ludzi, bo z czasem weszło mu to w krew; nie można ich do końca nie znosić i nie czerpać z tego przyjemności. To pewien żałosny rodzaj profitu, a może wynagrodzenia za wytrwałość. W każdym razie, szukała dobrze wyglądającego mężczyzny o ciętym języku.
    Musiał być zuchwały, może obserwował ją od momentu, gdy przecisnęła się przez szklane wrota prosto w jego szpony. Jego teatrzyk. Jego marionetki, co do jednego upijające się w trupa. Jakby to było zbyt groteskowe, by nie być wyreżyserowane przez siedzące na końcu korytarza osoby trzecie. Mogłaby poręczyć własną głową, że zdążyła już poznać każdy element jego twarzy. I że bez wahania wskazałaby go w tłumie równie białych, gładko ogolonych i dobrze ubranych ludzi co on, ale to nie oczy okazały się kluczem. Jej oczy, atakowane przez śmieszną grę świateł, po raz pierwszy w życiu ją zawiodły. Usłyszała strzępek jego głosu.
    Gdy stanęła przed nim, skupionym na czymś odległym, na początku nie zrozumiał. Patrzył tylko, z nieruchomym wyrazem twarzy, lekko rozchylonymi ustami i oceniał jej dziecięcy wygląd, dziecięce ciało. Dziecko udające kobietę u jego stóp. Górowała nad nim; on siedział, sięgając po papierosa, ona stała z dłońmi na talii. Mierzyła go wzrokiem.
    Zatknęła mu usta. Nie milczał z własnej woli.
    – Cześć, Venus – rzucił. – Miło widzieć, że dostałaś się do środka.
    Przestał na nią patrzeć. Usiadła. Patrzyła, jak odpala papierosa i wciąga całą zawartość pakietu w płuca, nie mogąc się nie wzdrygnąć.
    Nigdy później nie spojrzał na nią z takim szokiem w oczach.
    – Nie sądziłem, że będziesz taka… – zaczął po ciszy, która trwała długie minuty.
    – Młoda?
 – Dosadna. Że będziesz chciała mi dyktować warunki od początku do samego końca. Nie miałem pojęcia, że mam do czynienia z nastolatką.
    Była usatysfakcjonowana oszczędnymi epitetami.
    – To dopiero początek. – powiedziała tylko. Jej twarz zginęła w mroku, a on jedynie po raz kolejny się zaciągnął. Ton jej głosu kłócił się z ciałem, w którym ją uwięziono.
    Nie miał zamiaru mówić od niej per pani, w sposobie, w jaki wypowiedział jej imię, odnalazła trochę ukrytej wzgardy. Miał ją za czyjś żart.
    – Dlaczego to robisz? – spytał wreszcie.
    Jego głos był cierpki, niski, ale wyczuwała w nim wrażliwość. Polubiła sposób, w jaki przeciąga sylaby. Wyczuła, że nie będzie się z nią bawić. Nawet nie będzie próbować.
    Milczała.
    – Prowokujesz mnie.
    – Dlaczego to robię? – spytała, zwracając się do czeluści, która mogła być jego twarzą. W pewien sposób zwracała się do samej siebie. – Napisałam. Tobie. Panu, panie Montaine. Sto słów.
    – Masz kłopoty? A może jesteś po prostu głupia?
 – To pan byłby głupi, nie chcąc tych pieniędzy.
    – Marnujesz mój czas.
    – A ty mój.
    Myślała, że utknie tu na zawsze. Że ta noc nigdy się nie skończy i będzie gadać do niego, a może do samej siebie; dwie twarze ukryte w ciemnościach zaczną zlewać się w jedną osobę. Mogliby być interesujący. Mogliby być wyjątkowo wynaturzonym tworem.
    Nie musiała już nic dodawać. Chciała dać mu tylko chwilę – tyle, co zazwyczaj – by trochę ochłonął, by mrok wsiąknął jej młody wiek, młody głos zniknął w próżni. Oczekiwała, że wyciągnie do niej dłoń, i że nie będzie musiała jej ściskać. To tylko taki symbol, że jej wierzy. Nie musi być pod wrażeniem – tym bardziej w szoku – niech po prostu udaje, że jej ufa.
    Podjął decyzję – widziała to – gdy światło na chwilę padło na jej twarz. Była pewna, że jedynie odjęło jej wiarygodności, ale nie zobaczyła w nim wątpienia. Jeszcze więcej detali, pergamin jej zbyt gładkiej skóry. Zmrużył oczy. Pochylił się, sięgając po kolejnego papierosa.
    – Evan Montaine. – rzucił, podniósł na nią wzrok i próbował unieść kącik ust, o tyle, o ile pozwalał mu na to zwisający z ust pet.
    Żałosny, przemknęło jej przez głowę.
    – Venus.
    Nienawidziła smaku własnego imienia w ustach. Jakby to nazwisko nie było wystarczająco groteskowe.
    – Venus O’Deneuve, nie pasujesz tu.
    Zobojętniały, wymiętolony przez własne nałogi. Obserwowała go, kiedy ten uciekał wzrokiem w miejsca, które miały tylko pomóc skupić się na myślach. To musiało być dla dla niego prawdziwie ekscytujące; analizowanie tego absurdu, którym była w jego oczach.
    – Nie wezmę od ciebie tych pieniędzy.
    Zmarszczyła brwi.
    – Dlaczego?
    – Zrekompensuję ci to, że żyjesz w kraju, w którym nieudolni funkcjonariusze mają większe kompetencje, niż pozwala im na to ich inteligencja.
    – To nie będzie potrzebne. – prawie warknęła.
    Jej sprytnie obmyślony scenariusz powoli się rozpadał. Nie chciał przyjąć głównej roli. Musiał zrobić coś wspaniałomyślnego, żeby zaakceptować ofertę. Zaakceptować ją. Stać się więcej wart, niż na ile go wyceniła.
    – Wierzę, że należą do ciebie. Nie musisz ich wydawać w takim celu, to skandaliczne.
    – Przestań. – syknęła.
    – Udajesz wyzwoloną. Samowystarczalną. – dorzucił. – Ale z jakichś powodów prosisz o pomoc mężczyznę.
    Dziwnie było słyszeć to słowo, słyszeć je, jakim naprawdę było. Nie uznawała czegoś, co można było łatwo wycenić, za pomoc.
    Czuła, że ją gani, nie daje się zwieść do końca. Wie, że kłamie. To było jak taniec; próba odczytania emocji z niczego, ułożenia całości z ości myśli. Jedno próbowało zdemaskować drugie.
    – Zrobię to. – rzucił. – Zrobię to tylko dlatego, że jesteś dobra.
    Uniosła brwi.
    – Prawie się nabrałem. – papieros oddalił się od jego twarzy na wystarczającą odległość, by mógł skleić na ustach odpowiednio widoczny wyraz swojego rozbawienia.
    Wszyscy uwielbiają takie kanalie. Utracjuszy, na których można patrzeć z dziwnym podziwem.
    Był wyjątkowo pustą stroną. Przeciwieństwem otwartej księgi. Wymazany z uczuć; żadnego impulsu, kim jest, żadnej fasady, by można uznać go za człowieka. Słuchała tylko, jak dym opuszcza jego usta, potem frunie z powrotem do płuc.
    Nie czuła się nieswojo. Czekała jak przyczajone zwierzę. Nie była ofiarą, lecz drapieżnikiem – przewidziała, co powie, przewidziała, że będzie zadawał mniej bystre pytania, niż ona, że będzie zachowywał się jak typowy Mężczyzna. Przeliterowała jego nazwisko w myślach co najmniej dwadzieścia razy. Postrzegała go jako intruza, mimo tego, że to ona go znalazła, to ona lgnęła – on jedynie nie zamierzał odmawiać.
    A może już odmówił sugerując swoją wspaniałomyślność, na samym początku, z trudem hamując wybuch śmiechu spowodowany jej widokiem? Tak, oczywiście. We’ll keep in touch, honey!
 – Pewnie nie pijesz, co?
    Podniosła na niego wzrok. Pokręciła głową.
    – Dzieciaki kochają pić.
    – Ja nie lubię.
    – To po co ci ten dowód? Wyrobiłaś go dla mnie?
 – Keep on dreaming.
    Zamówił drinka. Nie pamiętała, co dokładnie pije. Pociągnął łyk, patrząc jej prosto w oczy.
    – Nie znalazłem cię tam.
    – Tam?
    – W sieci. Tam, mnie gdzie ty znalazłaś mnie.
    – To tylko garść informacji. Pchasz się do wielu gazet.
    – A ty nie istniejesz. Jestem o wiele bardziej namacalny niż ty. Kilka fotografii, krótki życiorys, słowa, masa moich słów. Twoje nazwisko w wyszukiwarce wygląda groteskowo. Na tyle groteskowo, by zwyczajnie nie mieć racji bytu.
    Na chwilę zamilkli, oboje, on pił, ona nie miała co zrobić z rozbieganym wzrokiem. Utkwiła go w zgaszonym pecie w popielniczce.
    Jakie to imponujące, pomyślała. Dziennikarska mowa, prosto z nagłówka szmatławca. Pewnie miał wiele doświadczenia z trudną młodzieżą.
    – A pana, nie nuży cała ta idea? – spytała.
    Znów byli odgrodzeni od siebie kwestią dorosłości.
    – Bardzo.
    – Idea istnienia w dwóch wymiarach. Tego, które musisz komuś udowadniać, doglądać, by odpowiednia ilość towarzyszy w tułaczce je aprobowała i tego, w którym rozmawiamy ze sobą, w tej chwili. Tu i teraz. Zbierasz ich powoli. Kamień po kamieniu, a właściwie człowiek po człowieku. Łamiesz sobie kości na budowaniu fikcji. Ale to nieważne, bo ciągle tam są. Ich ślad pozostawia cię przy życiu.

  • #2871
    Karawan
    Karawan
    Participant

    Pytanie chyba najważniejsze; dla kogo został napisany ten tekst? Prawdę mówiąc nie bardzo rozumiem jego ideę, nie łapię co próbuje przekazać mi Autor. Uczciwie dodam, że w mojej tu wypowiedzi zawarte są negatywne emocje, które Autor zafundował mi nie pytając czy tego pragnę. Ale po kolei. Obserwuję manierę popisywania się znajomością i „znajomością” języka o korzeniach brytyjskich. Za każdym razem odbieram to jako osobisty afront, brak szacunku do Czytelnika, który nie ma obowiązku znać wszystkich języków świata. Jest więc to popisywanie się Autora pseudoerudycją, bo czym innym jest cytat obcojęzyczny a czym innym własna „produkcja”.
    Uwaga druga: „Za samotnym, wymarłym placem zabaw nie było już nic, jedynie koryto…” – Skoro nic (nothing!) to nic! Błąd logiczny.
    Uwaga trzecia: „Wyidealizowany świat był wymyślną farsą, w której każdy mógł pozwolić sobie na słabość kochania, bo istniało tylko jako uczucie stałe, dozwolone i przyzwoite.” – Jaki rodzaj nijaki zaistniał w tym zdaniu skoro go nie ma? Co i skąd istniało? Uczucie? Zdanie dotyczy tego świata, czyli rodzaju męskiego lub – ewentualnie – farsy, czyli rodzaju żeńskiego.
    Nie będe próbował dalej drążyć i wrócę do pytania podstawowego; dla kogo Autor popełnił ten tekst?

You must be logged in to reply to this topic.