Home Forum Twórczość spiskowców Fragment rozdziału, tytuł jeszcze nieznany

This topic contains 3 replies, has 3 voices, and was last updated by  Michau 2 weeks, 3 days ago.

  • Author
    Posts
  • #2839

    pablo
    Participant

    Witam wszystkich pisarzy.
    Jestem tutaj nowy i na dzień dobry chciałem podzielić się z wami moimi wypocinami.
    Proszę fachowców o rzetelną analizę i ocenę stylu.
    Co robię dobrze, a co źle, czy tekst jest zrozumiały, bez gramatycznych błędów itd.
    Dziękuję i pozdrawiam.

    ***

    Mrok spowił nunbaryjską ziemię, a na kobaltowym niebie zajaśniały pierwsze blade gwiazdy.
    Ulwir wiedział, że jeśli pomaszeruje naprzód, jeszcze przed brzaskiem wróci do rodzinnego domu. Przywita ciepłym pocałunkiem żonę, zanurzy swoje palce w jej złocistych lokach. Później zaleje się pewnie łzami, gdy uniesie z kołyski pierworodnego Ulwulfa, a na rumianej buzi synka pojawi się niewinny uśmiech. Niczego mocniej nie pragnął… niemniej marzył o krótkim odpoczynku.
    Od wędrówki leśnym traktem rozbolały go bardzo stopy. Przedwczoraj porzucił w głuszy dereszowatego konika. Znużone, biedne zwierze wlazło bowiem nocą w głęboką nieckę, łamiąc ze stęknięciem tylną nogę. „Kolejny przyjaciel, jakiego straciłem” – pomyślał wtedy. Nie miał innego wyjścia niż iść dalej pieszo.
    Mocno zdyszany dotarł na skraj porośniętej gęstą trawą łąki. Wiekowe górskie wiązy otaczały ją półpierścieniem.
    Robiło się coraz chłodniej. „Będzie mi lżej, jeśli nieco tu odsapnę” – uznał. Rankiem musi być rześki i pełen wigoru.
    Nie zamierzał przecież zataczać się ze zmęczenia w objęciach Lanny. Wystarczyło, że miał zaniedbane, skołtunione włosy i nierówną brodę, a na surowym obliczu goiły mu się świeże rany.
    Przycupnął więc wygodnie pod pniem, okryty najszczelniej jak tylko zdołał ciepłym, wełnianym płaszczem. Poczuł pod siedzeniem wilgoć murawy, w stopach natomiast pulsował mu ból. Jego żołądek przepoczwarzył się w pustą dziurę, jednak Ulwir stracił zupełnie apetyt. Miał też stanowczo za mało pożywienia, żeby móc się objadać.
    Odruchowo położył dłoń na rękojeści miecza.
    „Skrybowie wyliczyli, że wojna na Pogórzu trwała przeszło pięć miesięcy” – rozmyślał. To był czas strachu, śmierci i terroru, kiedy umierały wszelkie cnoty i nadzieje, a chorą tęsknotę zaprawiał żal. Rebelię południowców zakończył dopiero wielki triumf wojsk rodu Arronów na Polach Łez. Ulwir był ich zaprzysiężonym mieczem, dzięki czemu nie postradał życia ani jego wolności nie ograniczyły zimne, metalowe obrączki.
    – Bogowie osłonili nas swoją tarczą – powiedział mu po bitwie wysoki mężczyzna niosący dwa topory.
    – Niech żyje Engil! Niech żyją Arronowie! – skandowali inni.
    Po pięciu miesiącach starć Ulwir mógł bezpiecznie wrócić do domu.
    „Jestem wyczerpany”. Zdał sobie z tego sprawę, gdy po długim marszu usiadł w bezruchu na miękkiej, wiosennej trawie. Tysiąc gwiazd migotało na zmąconym wątłymi, czarnymi obłoczkami niebie.
    „O świcie mój umysł musi być wypoczęty” – pomyślał. „Przede mną najwyżej pięć mil, potem przekonam się, jak smakują usta Lanny, dziewczyny słodszej niż miód. A Ulwulf? Mój mały, słodki brzdąc. Ulwulf już pewnie tak wyrósł, że będę miał kłopot, aby go rozpoznać”. Byli jego drogocennym skarbem na tym padole wiecznych utrapień.
    Podziękował bogom odmawiając bezgłośną modlitwę, potem zasnął.
    Od wojny z Berami i Carfinami, z której przybywał opromieniony licznymi zasługami, nocami prześladowały go koszmary. Tak było również dziś.
    Nawiedziły go tragiczne choć poniekąd chwalebne wizje. Pełen obaw przechadzał się pomiędzy słupami ognia, ogromnymi jak strażnicze wieże. Była ciemna noc. W dłoni trzymał miecz, lecz nikt nie starał się go atakować. Z każdej strony dochodziły go żywe dźwięki tańczącej stali, głośne okrzyki rozpaczy mieszały się pośród dymu z jękami bólu. Widział splamione chorągwie łopoczące nad tysiącami głów. Odrąbane kończyny tryskały szkarłatną krwią. Ulwir słyszał wojenny ryk. Poczuł, jak zatrzęsła się ziemia przed nadciągającą z północy szarżą konnicy, a nad głowami przefrunęły brzęczące złowieszczo strzały. Czarne kruki wrzeszczały na trupach wojowników. Później…
    Ulwir przebudził się z niespokojnej drzemki. Prawie już świtało. Dygotał cały od zimna, a spod jego czaszki umykały w nicość krwawe koszmary. Opróżnił pęcherz, rozgrzał członki haustami miodu, zjadł również wyznaczoną porcję suchej wołowej kiełbasy. Z całego pętka w tobołku zostały mu jeszcze dwie. Miał jeszcze słodkie zimowe jabłko oraz garstkę odrobinę zjełczałych orzechów.
    Ruszył krętą ścieżką po niezliczonych wzgórzach ku osadzie. Od kilku dni nie spotkał po drodze żywej duszy. „W Kalargrund będzie ich za to wielu”.
    Zazwyczaj sny o bitwie przygnębiały Ulwira. Przywoływały bolesne wspomnienia przyjaciół, którzy zamknęli swe oczy na wieki. Pamiętał przebitego włócznią kowala Gurmunda. Bogobojny Halard zginął raniony końskimi kopytami. Pamiętał także Eidura, najdzielniejszego młodzieńca, jakiego w życiu spotkał. Chłopak w całej swojej arogancji wdarł się do obozu Carfinów z furią miecza i dębowej, malowanej tarczy. Przechwycił wspaniałą chorągiew z wizerunkiem sfinksa, lecz zanim Ulwir się zorientował, chłopaka rozpłatał topór zażywnego dziedzica rodu Berów, Olyvera. Olyvera wzięto w niewolę, gnił teraz pewnie w jakimś cuchnącym, ciasnym lochu twierdzy Amber Tower, skazany rychłą zgubę.
    Ani przyjacieli, ani Olyver, ani tysiące innych nie poczuje więcej słonecznego żaru albo chłodnej bryzy, nie zobaczą blasku srebrzystej kuli księżyca. Gdy Ulwir rozmyślał nad śmiercią, ogarniała go trwoga.
    Ale dzisiejszego poranka było inaczej.
    Przybliżył się już znacznie do domu, gdzie bliskość dobrodusznej Lanny i słodkiego Ulwulfa pozwolą mu choć na trochę zapomnieć o brutalnej rzezi klanów. Miał już dość buntów, śmierci i ambicji południowych władców. Pragnął w końcu poświęcić się rodzinie. Wkrótce już mocno ich przytuli, wyzna, jak bardzo ich kocha, jak szalenie się za nimi stęsknił. Wszystko inne przestało mieć sens.
    Grube kłęby chmur przesłoniły powstające słońce. Poranek przerodził się w chłodną, bezwietrzną odmianę szarości. Bardzo przypominał ów dzień, kiedy niesiony honorem i przepasany mieczem stawił się na rozkaz wodza Arronów Engila. Jednakże w przeciwieństwie do dawnych dni, dziś w sercu Ulwira rozbrzmiewała radosna pieśń. Jego troski i obawy umknęły jak para.
    Ścieżka powiodła go na dębowy trakt, skąd do osady Kalargrund, gdzie osiedli jego przodkowie, pozostały niespełna dwie mile. Traktem przeszedł cienisty zagajnik, następnie drewnianym mostem przeprawił się przez rwący potok Pstrągów. Po drugiej stronie z pomiędzy armii dębowych żołnierzy dostrzegał już niewyraźne kształty zabudowań. „Kalargrund”. Gdyby nie czuł się taki obolały, pobiegłby migiem przed siebie. „Nawet w dzień zaślubin nie byłem równie podekscytowany”.
    Po pewnej chwili wyczuł w powietrzu duszący odór. „Cuchnie jakby pożarem albo zgnilizną… i coś jeszcze”. Właśnie to nieprzyjemne „coś“ cuchnęło najohydniej, aż dreszcz wstrząsnął ciałem Ulwira. „Co się tutaj wydarzyło”? – pomyślał niespokojnie.
    Mijał płodne grunty leciwego i zamożnego kupca Morinana. Ulwir odniósł wrażenie, że stajnie oraz spichlerze staruszka strawiły płomienie. „Pewnie to sprawka zazdrosnych mienia prostaków”. Na tę myśl poczuł rozgoryczenie.
    Wnet usłyszał łoskot toczącego się leniwie traktem wozu. Wśród hałasu zaś zdławione męskie głosy. Kiedy woźnica spostrzegł na trakcie Ulwira, trącił łokciem siedzącego obok mężczyznę. Miał on krótko przystrzyżone białe włosy, gęstą białą brodę i pomarszczoną starczą twarz. Przyodziany był w pięknie zdobioną powłóczystą szatę barwy indygo. Na obwódce jej kaptura, na obrąbku oraz na rękawach widniały haftowane złote runy.
    „Kapłan bogów Rhun” poznał. „Co go przywiodło w nasze strony? I czym tak obrzydliwie zalatuje, do cholery”?
    Kiedyś Alkavar, bosy kapłan zielonej wiary, przestrzegał w świątynce zgromadzonych, aby zamknęli swoje uszy na zgubne nauki kapłanów Rhun.
    – Składają swoim bogom rzeźne ofiary. Bydło i ptaki, mordują nawet uczciwych ludzi – ostrzegał. – Jak więc można słuchać takich pasterzy?
    – Niech bogowie pobłogosławią tułacza siłą – przywitał Ulwira miłym głosem kapłan. Woźnica ściągnął wodze. Chabety prowadzące skrzypiący pojazd zatrzymały się. Z ich pysków buchały obłoczki pary. Wóz wyładowano misternie rytymi skrzyniami, małymi klatkami, pękatymi workami zimowych jabłek, jak również rzepą, kapustą, ziołami czy inkaustem. Zobaczył też beczułkę cierpkiego nunderiadzkiego. – Dokąd zmierzasz, bracie?
    – Do Kalargrund – odparł Ulwir. – Do domu.
    Nieznajomi wymienili krótkie spojrzenie.
    – Trakty są ostatnio bardzo niebezpieczne – oznajmił woźnica, spaślak o załzawionych oczach, wielkim nochalu i naznaczonej bruzdami twarzy. – Może zechciałbyś dołączyć do nas?
    Ulwir przymrużył oczy.
    – Trakty są puste, a wy jedziecie w złym kierunku. Dziękuję, ale wyczekuje mnie rodzina.
    Kapłan zlustrował go od stóp do głów, poruszając się przy tym nerwowo.
    – Czy o niczym nie słyszałeś, wielki wojowniku? – zapytał z nutą zdziwienia.
    – Wracam z Pól Łez. O czym niby miałem słyszeć?
    – Jak ci na imię?
    – Ulwir.
    – Czy ten odrażający swąd nie dosięgnął jeszcze twoich nozdrzy, Ulwirze?
    Czuł go. I to aż za dobrze. Serce załomotało mu mocniej pod płaszczem, kolczugą i warstwami ubrań.
    – Czuję – przyznał.
    Sługa bogów Rhun spuścił oczy.
    – Kalargrund splądrowano, dzielny wojowniku – oznajmił posępnym głosem. – To fetor zgliszczy i spalonych ciał ma tak nieprzyjemną woń. Bardzo nam smutno, drogi Ulwirze, ale nie odnajdziesz na końcu drogi tego, czego szukałeś.
    Odebrało mu mowę. Czy to jakiś niestosowny żart, perfidne kłamstwo? Świat zakołysał się pod nogami niczym rybacka łódź na burzliwym morzu.
    – Fetor… – jęknął. – Nie odnajdę… – Zdał sobie sprawę, że jego oczy robią się wielkie jak spodki. – Lanna! Ulwulf!
    Nie pamiętał, kiedy poderwał się do biegu, lecz nigdy nie zapomni chwili, gdy wpadł traktem do osady. Słone łzy wypłynęły na jego brudne, naznaczone świeżymi ranami lico.
    – Bogowie – wystękał. – Nie! Dlaczego?! NIE!
    Zastał osadę w doszczętnej ruinie. Kamienne domy i drewniane chaty przybrały barwę sadzy, zalegały pośród szarych popiołów, nad którymi unosiły się wstążki żałobnego dymu. Przy studni minął trzy szubienice. Dyndały na nich okaleczone, posiniałe trupy, a w zasadzie trzy pokraczne pozbawione kończyn korpusy. „Kobiety” – zauważył. Oczy znowu zaszły mu łzami. Czuł, że coś się w nim łamie, a jego serce rozdziera się na strzępy. Wrzaskliwe kruki zajęły się już oczami wisielców o przerażonych, rozoranych twarzach. „Żadna z nich nie jest moją Lanną”. Ale czy mógł być tego pewien?
    Zebrało mu się na wymioty, a kiedy zobaczył na targowym placu stos spalonych ciał oraz kości pobratymców, zarzygał sobie buty i nogawki żółcią, miodem i kawałkami kiełbasy. Większość szczątków pozbawiono przed spaleniem głów. W kopcu kości było tylko kilka czaszek, ale nie patrzył na nie zbyt długo.
    Pognał pędem ku włościom. Jego nogi uginały się niczym wierzbowe gałązki i z trudem zachował równowagę. „Lanna na pewno zdąrzyła uciec, na pewno ukryła się przed burzą” – powtarzał sobie w myślach, próbując w to uwierzyć. Każdy zakątek osady cuchnął śmiercią niczym Pola Łez.
    Gdy jednak ujrzał poczerniałe rumowisko, które zwał ongiś domem, padł na kolana. Zaszlochał wniebogłosy, aż zlęknione ptaszyska wzniosły się nad padlinę. Jego nadzieje i miłości zamieniły się w gruzy.
    „To koniec, nie mam więcej po co żyć”. Chciał sobie wyrwać garściami rozmierzwione włosy.
    Chata Ulwira przypominała rozdeptaną przez olbrzyma zabawkę. Pozostała z niej ledwie trzecia część parteru, centralna sala o kształcie pierścienia. Bał się do niej zajrzeć, aby nie znaleźć wewnątrz rozkładającego się ciała kobiety, którą zwał żoną, albo oseska, który zrodził się z jego lędźwi. Runął tylko twarzą w stertę prochu, modląc się gorliwie o śmierć…
    Ocknął się po pewnym czasie, kiedy wypłakał wszystkie łzy, a lament jego duszy zakłóciło dudnienie kopyt. Ktoś się zbliżał.
    „Zostać i dać się złapać, żeby mnie zabili, czy może lepiej ukryć się i pomścić moje nieszczęścia”?
    Nie miał nawet pewności, że powracają łupieżcy, równie dobrze mogli to być niczego nieświadomi kupcy, minstrele albo wieśniacy. Wydobył jednak mecz i umknął w cień starożytnych dębów. Serce chciało wyskoczyć mu z piersi.

    ***

  • #2840

    Licho
    Participant

    Fachowcem nie jestem. Biorąc jednak pod uwagę, że na opinie długo się tutaj czeka, to puki co ja się wypowiem.

    „Przedwczoraj porzucił w głuszy dereszowatego konika. Znużone, biedne zwierze wlazło bowiem nocą w głęboką nieckę, łamiąc ze stęknięciem tylną nogę.”
    Porzucił żeby jakaś tutejsza fauna rozszarpała go żywcem, bo konia z połamaną nogą nic innego czekać nie może. Pozytywny bohater, nie ma co. I czy ta niecka była w drodze, czy on z tym koniem przez chaszcze i rozmaite wertepy? Mam wrażenie że byłoby mu trudno. W dodatku niecka, to takie płytkie i raczej duże. Przynajmniej tak twierdzi Wikipedia i okoliczne strony. Jakiej definicji bym nie sprawdzała, wszędzie mają tylko niecki płytkie, a w dodatku takie wielkie, że złamanie w nich nogi jest chyba niemożliwe. No chyba że jeździec konia nie pilnował i pozwolił mu wpaść w coś wielkości małego stawu, wtedy to bynajmniej nie koń zawinił.

    „Jego żołądek przepoczwarzył się w pustą dziurę, jednak Ulwir stracił zupełnie apetyt. Miał też stanowczo za mało pożywienia, żeby móc się objadać.”
    Było konia dobić, miałby zapasy i zwierzę by się nie męczyło.

    „Przede mną najwyżej pięć mil, potem przekonam się, jak smakują usta Lanny, dziewczyny słodszej niż miód. A Ulwulf?”
    „Ulwulf chyba został poczęty korespondencyjnie, skoro ojciec dalej nie wie jak smakują usta matki.

    „Od wojny z Berami i Carfinami, z której przybywał opromieniony licznymi zasługami, nocami prześladowały go koszmary.”
    Przybywał i przybywał, aż zaczął przypominać księżyc w pełni.

    „Olyvera wzięto w niewolę, gnił teraz pewnie w jakimś cuchnącym, ciasnym lochu twierdzy Amber Tower, skazany rychłą zgubę.”
    „Na” brakło. W niewolę się bierze żeby dostać okup, nie skreślajmy jeszcze Olfy… Olyw… tego tam.

    „Ulwir odniósł wrażenie, że stajnie oraz spichlerze staruszka strawiły płomienie.”
    Jak to wrażenie? Wydaje mi się, że spłonęły, ale kto wie, może stoją nadal?

    „„Kapłan bogów Rhun” poznał. „Co go przywiodło w nasze strony? I czym tak obrzydliwie zalatuje, do cholery”?”
    Ten kapłan tak śmierdzi, że ileś metrów przed nim czuć?

    Idziesz tutaj dość utartym szlakiem. Jakaś wojna, dziwne imiona, sielskie obrazki z życia bohatera skontrastowane z tragedią, która zmusi go by ruszył w drogę. Po pierwszej wzmiance o żonie i synku, czujny czytelnik domyśli się zakończenia. Niewiele mogę powiedzieć po jednym, krótkim fragmencie. Błędów czy jakichś większych niezręczności nie zauważyłam.

  • #2842

    pablo
    Participant

    @Licho
    Dziękuje za opinię, krytykę i wyszczególnienie błędów, które już poprawiłem.
    Było ich troszkę, ale czasami pisząc łatwo coś przeoczyć.
    Powyższy tekst jest formą treningu, krótką historią, założyłem sobie, że mam się zmieścić w 5000 słów.
    Już na początku postanowiłem, że będą to losy powracającego z wojny mężczyzny, który zastaje dom w ruinie.
    O ile łatwo było przewidzieć początek, gwarantuję, że zakończenie będzie dość nietypowe i nieprzewidywalne.
    Kiedy skończę, na pewno wkleję.
    Ogólnie rzecz biorąc, zabieram się do pisania noweli, wiem, jakie tło historyczne wykorzystam, jakie będą w niej konflikty, stworzyłem swój świat, mam nawet dokładną mapę, ale ciągle pracuję nad drogą i osobowościami bohaterów, co jest najważniejsze.
    Dziękuję raz jeszcze.
    Pozdrawiam :)

  • #2843

    Michau
    Participant

    Niestety – żaden ze mnie fachowiec, ale powiedzmy że idziemy podobnym, utartym szlakiem 😀 Również siedzę w fantasy, do bólu oklepanym i wymęczonym już we wszystkie strony. Także patrząc na Twój tekst, widzę również to co męczy mnie w moim.

    Mrok spowił nunbaryjską ziemię, a na kobaltowym niebie zajaśniały pierwsze blade gwiazdy.

    W pierwszym zdaniu pojawia się dziwnie brzmiąca nazwa i lecimy od opisu przyrody, otacza nas bursztynowy świerzop i dzięcielina pała. Nie ma dobrej recepty na pierwsze zdanie [w ogóle początek opowieści]. Zwracam na to uwagę, bo ostatnio czytałem o tym w książce ,,Sztuka kreatywnego pisania” Joanny Bekier. Prowadzi ona swój blog – poradnik pisania – który Ci polecam. Książkę w sumie też.

    Wracając jednak – Pani Joanna, podobnie jak chociażby Stephen King – jest zwolenniczką literackiej brzytwy Ockhama. Tj. jeżeli jakieś słowo nie jest na pewno potrzebne, to na pewno jest zbędne. I ma podobną wizję rozpoczęcia akcji. Postuluje ona by zamiast leniwego początku łapać czytelnika od razu za mordę i wrzucać w wir wydarzeń. U Ciebie musimy na to trochę poczekać. I w sumie no jeszcze nie tak dawno nie powiedziałbym o tym ani słowa, bo sam bym pewnie zaczął moją opowieść w ten sposób. Wszak taka Olga Tokarczuk – której przykładem się posiłkuję, bo akurat czytam jej książkę – otwiera swoją powieść (Księgi Jakubowe) opisem ,,morza mgieł” i tego jak to pewien ksiądz się przez nią przebija i zastanawia jak się w niej znalazł. Skoro ona może to i ja dam radę.

    Ot różne koncepcje, obydwie warte przetestowania. Tym niemniej, ani ja, ani Ty nie jesteśmy niestety Olgą Tokarczuk 😀 Może kiedyś osiągniemy podobny poziom warsztatu, ale póki co zapewne nieco nam brakuje. Spróbuj może przy kolejnym jednostrzałowcu zacząć jak Hitchcock – od trzęsienia ziemi, a potem niech będzie tylko ciekawiej. Fakt, faktem można by rzec, że u Ciebie również mamy trzęsienie ziemi w życiu głównego bohatera, ale i tak wpierw musimy przejść przez pola burzanu i takie tam 😀 Poza tym ciężko mówić o trzęsieniu ziemi, gdy czytelnik jest wpierw zarzucany licznymi dziwacznymi nazwami.

    Przywita ciepłym pocałunkiem żonę, zanurzy swoje palce w jej złocistych lokach. Później zaleje się pewnie łzami, gdy uniesie z kołyski pierworodnego Ulwulfa, a na rumianej buzi synka pojawi się niewinny uśmiech.

    Człowiek otrzaskany z fan-fiction wszelakim, fantasy różnego sortu i ogólnie oklepanymi motywami literackimi – już w tym momencie przewraca oczami. I już w tym miejscu wie, że główny bohater nigdy niczego w niczym nie zanurzy. Nie jest to zarzut, ale stwierdzenie faktu. Zagrałeś dość oczywistym motywem. Poza tym – tak najzupełniej subiektywnie – nie przekonało mnie to :/ Sam nie jestem lepszy w opisywaniu trawiących ludzi emocji, bo bardzo łatwo tutaj wpaść w pretensjonalny ton. W moim odczuciu nieco to tak zabrzmiało. Zamiast zalewania się łzami i krzyków ku niebiosom ,,What a wonderful life” dałbym tutaj może opis jak ojciec chciałby nie wiem… nauczyć syna strzelać z łuku czy coś. Po prostu coś prostszego. Może bardziej pasującego do zaprawionego w bojach, starego wojownika. Tu znowu moja stricte subiektywna opinia, ale bohater pachnie nieco tą nieznośną egzaltacją charakterystyczną dla wszelkich Gary Stu i tak dalej.

    „Kolejny przyjaciel, jakiego straciłem” – pomyślał wtedy.

    …Jakoś tak czuć, że nie pierwszy nie ostatni, a w dodatku by chciał sobie synka i żonę odwiedzić… >> byłaby wielka szkoda gdyby… no nie wiem… wraca z wojny i w ogóle wszędzie czas pogardy… ktoś mu ich zabił? <<.

    „Skrybowie wyliczyli, że wojna na Pogórzu trwała przeszło pięć miesięcy” – rozmyślał. To był czas strachu, śmierci i terroru, kiedy umierały wszelkie cnoty i nadzieje, a chorą tęsknotę zaprawiał żal. Rebelię południowców zakończył dopiero wielki triumf wojsk rodu Arronów na Polach Łez. Ulwir był ich zaprzysiężonym mieczem, dzięki czemu nie postradał życia ani jego wolności nie ograniczyły zimne, metalowe obrączki.

    Początek opowieści. >> wojna na Pogórzu << ; >> rebelia południowców << ; >> ród Arronów << ; >> Pola Łez <<
    Mamy cztery nazwy, które mówią nam o jakimś konflikcie, jakimś rodzie, jakiejś rebelii. Nie wiadomo o co chodzi. Tj. wiadomo, Twój bohater wraca z wojny, było ciężko i okrutnie. Zaraz tam jeszcze pojawia się jakiś Engil. No spoko.
    Widać, że wykreowałeś jakieś uniwersum, które ma swoje wielkie rody, jakieś krainy i polityczne zawieruchy. Musi być tego całkiem sporo i chciałbyś tym się podzielić z czytelnikiem. Problem polega na tym, że większość opowiadań fantasy jest pełne rodów, krain i dziwno brzmiących imion. I to chyba działa na wielu ludzi odstraszająco. A gdy już na samym początku jesteśmy tym zasypywani… Robi się nieznośnie. Zwracam na to uwagę, bo też mam ten problem. Ciężko opowiedzieć historię co i rusz ucinając sobie skrzydła i uciekając od posługiwania się nazwami, z którymi jesteśmy oswojeni i z opowiadaniem o rodach, które mamy już wykminione do 10 pokolenia wstecz i z rozpisanymi ważniejszymi bohaterami. Trzeba jednak jakoś to wyeksponować. Na tyle nienachalnie by złośliwy czytelnik znowu nie przewracał oczami. A co gorsi od razu zaczęliby sobie porównywać – ,,rebelia południowćów” – no spoko, pewnie jacyś Dornijczycy z Gry o Tron z wodogłowiem. Ród Arronów – aha, no jacyś tam Arynowie. Wojna na Pogórzu…

    + za Pogórze. Brzmi to na pewno znacznie lepiej niż kolejna Kororlroland albo inna Bumbulandia. Niestety, ale wymyślać chwytliwe nazwy trzeba umieć. Też w tym siedzę i jestem mega niezadowolony z tych moich. Tj. tych w stylu właśnie Dudulandii czy innego cuda. Za to nazwy, które spokojnie mogłyby funkcjonować w naszym świecie są w jakiś sposób mniej inwazyjne mam wrażenie. Stąd np. nie irytuje mnie martinowskie Dorzecze, twoje Pogórze, czy inne Zamorze albo takie proste twory.

    Po pięciu miesiącach starć Ulwir mógł bezpiecznie wrócić do domu.

    Miło. Swoją drogą – niech nam żyje Engil i inni, ale finał konfliktu zbyłeś milczeniem. Może to i lepiej – bo gdybyś chciał nam teraz opisywać charakter politycznego konfliktu jaki właśnie się zakończył, szybko zapomnielibyśmy o czym w ogóle jest Twój tekst. Z drugiej strony – posłużyłeś się już nazwami ,,Arronowie”; ,,Południowcy” – i oprócz tego, że nazwy te padły, nie wiemy nic więcej. Twój tekst jest krótki, może się czepiam, ale jestem przeciętnym czytelnikiem, który nie jest przesadnie złośliwy. Inni na pewno będą.

    Mój mały, słodki brzdąc. Ulwulf już pewnie tak wyrósł, że będę miał kłopot, aby go rozpoznać”. Byli jego drogocennym skarbem na tym padole wiecznych utrapień.

    To jest wielki wykrzyknik, który mówi – ZGINĄ JAK NIC. NIE MA BATA. Jak wieczne utrapienia to wieczne.
    Swoją drogą – największym plot twistem w Twoim tekście byłoby gdyby główny bohater dotarł szczęśliwie do domu i na serio – pogadał z dzieciakiem, pokochał się z żoną 😀 Wtedy byłbym na pewno bardzo zaskoczony.

    Od wojny z Berami i Carfinami, z której przybywał opromieniony licznymi zasługami, nocami prześladowały go koszmary. Tak było również dziś.

    I znowu. Nie wiemy w sumie czy to nazwa narodu, rodu czy czegoś innego. Nie wiemy czy to są właśnie południowcy, którzy wywołali rebelię, czy zupełnie inna wojna. Znaczy może i dałoby się to wydedukować jakby teraz szybko przyrównać chronologię i tak dalej, ale przeciętny czytelnik na tym etapie pewnie już się wyłączy. Zobaczy kolejną nazwę, która nic mu nie mówi i przewróci oczami.

    Nawiedziły go tragiczne choć poniekąd chwalebne wizje.

    Zestawienie > poniekąd chwalebne < ; > tragiczne < – rozumiem myśl, ale jakoś tak to mi zgrzyta.

    Pełen obaw przechadzał się pomiędzy słupami ognia, ogromnymi jak strażnicze wieże. Była ciemna noc. W dłoni trzymał miecz, lecz nikt nie starał się go atakować. Z każdej strony dochodziły go żywe dźwięki tańczącej stali, głośne okrzyki rozpaczy mieszały się pośród dymu z jękami bólu. Widział splamione chorągwie łopoczące nad tysiącami głów. Odrąbane kończyny tryskały szkarłatną krwią. Ulwir słyszał wojenny ryk. Poczuł, jak zatrzęsła się ziemia przed nadciągającą z północy szarżą konnicy, a nad głowami przefrunęły brzęczące złowieszczo strzały. Czarne kruki wrzeszczały na trupach wojowników. Później…

    Świadomie lub nie stosujesz rozsądną technikę polegającą na odwoływaniu się do zmysłów głównego bohatera. I to jest super mechanizm, tak się powinno robić. Jest w tym pewna niekonsekwencja, bo choć ciemna noc (noc w sumie zwykle jest ciemna, tutaj to stwierdzenie pada zupełnie niepotrzebne, bo nieco wcześniej na przekór temu opisujesz płomienie, a więc pasowałoby tutaj nieco scalić te dwa sprzeczne obrazy. Albo chociaż zmienić kolejność. Bo być może noc była ciemna. Ale nieco dalej, bo tam gdzie właśnie znajdował się nasz heros rozświetlały ją języki ognia i takie tam). + Oczywiście opisy wojny i takie tam. Krzyki, krew… Bardzo wyraźny koszmar. Może i to dobre. Dla mnie jednak za mało plastyczne, jak na koszmar. Śniłeś ostatnio jakiś koszmar? Koszmary zwykle mają bardziej surrealistyczną formą i tutaj w sumie mógłbyś posłużyć się czymś znacznie bardziej plastycznym. Zamiast opisywać 1:1 wydarzenia z rebelii czy coś, dałoby się tutaj wtrącić coś innego. Może coś, co podkreślałoby piętno jakie tamte przeżycia w nim pozostawiły.

    Taka luźna myśl – skojarzyła mi się tutaj scena z ,,Nieboskiej komedii” i taniec pod szubienicą w obozie rewolucjonistów. To mogłoby stanowić fajne przemycenie Twojej myśli politycznej do tekstu. Np. ród X świętujący obalenie tyrana czy kogoś wokół szubienicy. No, ale to tam taka luźna myśl. Lecim dalej.

    Ruszył krętą ścieżką po niezliczonych wzgórzach ku osadzie. Od kilku dni nie spotkał po drodze żywej duszy. „W Kalargrund będzie ich za to wielu”.

    Unikaj takich słów, które same się człowiekowi narzucają. Mam tutaj na myśli ,,niezliczone wzgórza”, bo to kojarzy się nieco z baśniami, a zdaje mi się, że z baśnią wcale nie mamy do czynienia. No i swoją drogą – kolejna nazwa ,,Kalargrund”; kolejna nazwa, która nic nam nie mówi.

    Zazwyczaj sny o bitwie przygnębiały Ulwira. Przywoływały bolesne wspomnienia przyjaciół, którzy zamknęli swe oczy na wieki. Pamiętał przebitego włócznią kowala Gurmunda. Bogobojny Halard zginął raniony końskimi kopytami. Pamiętał także Eidura, najdzielniejszego młodzieńca, jakiego w życiu spotkał. Chłopak w całej swojej arogancji wdarł się do obozu Carfinów z furią miecza i dębowej, malowanej tarczy. Przechwycił wspaniałą chorągiew z wizerunkiem sfinksa, lecz zanim Ulwir się zorientował, chłopaka rozpłatał topór zażywnego dziedzica rodu Berów, Olyvera. Olyvera wzięto w niewolę, gnił teraz pewnie w jakimś cuchnącym, ciasnym lochu twierdzy Amber Tower, skazany rychłą zgubę.
    Ani przyjacieli [?] , ani Olyver, ani tysiące innych nie poczuje więcej słonecznego żaru albo chłodnej bryzy, nie zobaczą blasku srebrzystej kuli księżyca. Gdy Ulwir rozmyślał nad śmiercią, ogarniała go trwoga.
    Ale dzisiejszego poranka było inaczej.

    Twój bohater, jak na człowieka który miał styczność z taką ilością kampanii wojennych i trupów, jest niezwykle wrażliwym człowiekiem… Tutaj to wyliczenie poległych z jednej strony mi się nie podoba (kolejna fala dziwnie brzmiących imion), a z drugiej odrobinę przybliża nam ten konflikt. Po raz pierwszy czuć, że ktoś tam zginał. Wcześniej brzmiało to jak anonimowy konflikt dziwnobrzmiących narodów. Tyle, że to chyba jednorazowy wybieg stylistyczny. Gdyby dalej iść tym tropem, to łatwo by się to narzędzie stępiło.

    Przybliżył się już znacznie do domu, gdzie bliskość dobrodusznej Lanny i słodkiego Ulwulfa pozwolą mu choć na trochę zapomnieć o brutalnej rzezi klanów. Miał już dość buntów, śmierci i ambicji południowych władców.

    OKEJ! Czyli południe to krainy, gdzie rywalizują ze sobą jacyś królowie. To jesteśmy prawie w domu. Tyle, że nadal mamy o tym średnie pojęcie.

    Pragnął w końcu poświęcić się rodzinie. Wkrótce już mocno ich przytuli, wyzna, jak bardzo ich kocha, jak szalenie się za nimi stęsknił. Wszystko inne przestało mieć sens.

    Nie żyją. Bardziej niż oczywiste.

    Ścieżka powiodła go na dębowy trakt, skąd do osady Kalargrund, gdzie osiedli jego przodkowie, pozostały niespełna dwie mile.

    Okej, wiemy co to Kalargrund.
    Problem z tymi wszystkimi nazwami polega też na tym, że próba ich nieinwazyjnego przemycenia do tekstu + wyjaśnienia znaczenia czytelnikowi może być problematyczna. Bo jak to główny bohater, który wraca do rodzimej wioski, za każdym razem na jej wspomnienie miałby w myślach powtarzać, że ,,Ah… ależ wróciłbym do Kalargrandu, mojej rodzinnej wioski, gdzie osiedlił się mój praprawujek i zbudował tam dom i gdzie od wielu pokoleń mieszka tam moja rodzina, ród Koboldów, herbu ranna kapibara, który wierny jest królowi Tormundowi”… Ciężkie zadanie przed nami 😀 Ale po to się pisze, żeby ćwiczyć warsztat.

    potok Pstrągów

    Ta swojsko brzmiąca nazwa jest jak haust powietrza dla czytelnika tonącego w tych wszystkich Kalargrundach 😀

    o pewnej chwili wyczuł w powietrzu duszący odór. „Cuchnie jakby pożarem albo zgnilizną… i coś jeszcze”. Właśnie to nieprzyjemne „coś“ cuchnęło najohydniej, aż dreszcz wstrząsnął ciałem Ulwira. „Co się tutaj wydarzyło”? – pomyślał niespokojnie.

    Jak to co? To co spostrzegawczy przeczuwają już od początku tekstu. Ktoś sobie urządził grilla w rodzimej wiosce naszego wojownika.

    Mijał płodne grunty leciwego i zamożnego kupca Morinana. Ulwir odniósł wrażenie, że stajnie oraz spichlerze staruszka strawiły płomienie. „Pewnie to sprawka zazdrosnych mienia prostaków”. Na tę myśl poczuł rozgoryczenie.

    NO NA 100% X] Główny bohater jak na człowieka wracającego z wojny i dobrze zaznajomiony z charakterystycznymi dla niej ,,oznakami” w postaci palonych ludzi i niszczonych wniosek, dość długo musi dedukować nad stanem swojego domu. Nie wiem jaki jest rozkład tej wsi, ale czy nie powinna być ona na tyle centryczna by jej zniszczenie było dostrzegalne już na długo przed wjazdem do niej? Tj. jeżeli bohater czuje ten zapach, to to skąd ten zapach pochodzi musi być w pobliżu. A spalone domy i tak dalej raczej rzucają się w oczy.

    Wiem, wiem – czepiam się trochę, ale nie bardziej niż inni czytelnicy by się czepiali. Fantasy jest niezwykle popularne; wielu ludzi podejmuje swych sił w takich tekstach i wobec tego szansa trafienia na jakiegoś złośliwca-odbiorcę jest nieporównywalnie większa. + Gdy na tapecie mamy obecnie Grę o Tron; Hobbity i inne takie – po prostu każdy ograny schemat będzie bardzo mocno punktowany. A zagranie ze schematem premiowane (jak to niegdyś zrobił Martin zabijając głównego bohatera, a potem zabijając i poniżając tego, który miał go pomścić].

    „Kapłan bogów Rhun” poznał. „Co go przywiodło w nasze strony? I czym tak obrzydliwie zalatuje, do cholery”?
    Kiedyś Alkavar, bosy kapłan zielonej wiary, przestrzegał w świątynce zgromadzonych, aby zamknęli swoje uszy na zgubne nauki kapłanów Rhun.

    Tak pro forma. Już nie czepiam się tego, że wyskakuje nam kapłan takich i takich bogów i tak dalej, ale no skoro się pojawia, a jego religia jest na tyle specyficzna, a sam w sobie w tej scenie nie odgrywa specjalnie dużej roli…
    Nie jest błędem go tutaj umieszczać? Przecież te trzy zdania mógł wyrecytować nie kapłan jakiegoś ważnego boga, a choćby Pan Bułka, piekarz z wioski Tududuu. To trochę zmarnowanie potencjału – ostatecznie mogliśmy tego kapłana umieścić gdzieś indziej i opisać więcej niż to zdanie o składaniu ludzi w ofierze.

    >dialog<
    A dialog mi się nawet podobał. Nie wiem po co towarzysze na wozie tak lecieli w kulki z tym, że ,,ej a może nie wracaj do domu, wiesz, pojedźmy na ryby” a dopiero potem zdradzili głównemu bohaterowi, że ,,no wiesz, trochę nie masz do czego wracać” – tj. może nie chcieli tak bezpośrednio w niego walić, ale imo wyszłoby to nieco naturalniej. Albo znowu – zamienić kolejność. Nie masz do czego wracać przyjacielu. Nikogo tam nie odnajdziesz. Lepiej jedź z nami na ryby. Ot już nieco lepiej. + Podkreślałoby że dla kapłana Rhun życie ludzkie to ot płomień świecy i lekki podmuch może je zgasić i nie trzeba tym się aż tak przejmować.

    Ale czy mógł być tego pewien?

    Jak nic.

    Zebrało mu się na wymioty, a kiedy zobaczył na targowym placu stos spalonych ciał oraz kości pobratymców, zarzygał sobie buty i nogawki żółcią, miodem i kawałkami kiełbasy. Większość szczątków pozbawiono przed spaleniem głów. W kopcu kości było tylko kilka czaszek, ale nie patrzył na nie zbyt długo.

    Ja rozumiem emocje i w ogóle, ale reakcje fizjologiczne to nasz główny bohater powinien po takim pakiecie wojen z południa już +/- kontrolować. Wiem o co chodzi – ma to podkreślić w jak dramatycznej sytuacji się znalazł, ale… Nie porwiesz tym czytelnika. A przynajmniej mnie to nie porwało.

    Pognał pędem ku włościom. Jego nogi uginały się niczym wierzbowe gałązki i z trudem zachował równowagę. „Lanna na pewno zdąrzyła uciec, na pewno ukryła się przed burzą” – powtarzał sobie w myślach, próbując w to uwierzyć. Każdy zakątek osady cuchnął śmiercią niczym Pola Łez.

    Przejrzyj tekst przed wysłaniem. Dwa razy. Taki ort to głupia wpadka, ale w oczach złośliwców już jesteś literackim zbrodniarzem kalającym ojczysty język, który nie szanuje ich czasu, skoro sam nie miał go dość by dokładnie przyjrzeć się swojemu dziełu.

    Gdy jednak ujrzał poczerniałe rumowisko, które zwał ongiś domem, padł na kolana. Zaszlochał wniebogłosy, aż zlęknione ptaszyska wzniosły się nad padlinę. Jego nadzieje i miłości zamieniły się w gruzy. „To koniec, nie mam więcej po co żyć”. Chciał sobie wyrwać garściami rozmierzwione włosy.

    …nie czuję tego dramatu…

    Chata Ulwira przypominała rozdeptaną przez olbrzyma zabawkę.

    Tutaj mogłeś dać chociażby wspomnienie jak to z dzieciakiem budował zamek z piasku, który potem rozwaliliście czy coś. Trochę mniej krzyków i łez, trochę więcej jakichś nie wiem… może retrospekcji? O żonie i dzieciaku wiemy, że były. Tak, tak – mam z tyłu głowy, że może nawet nie miał okazji z dzieciakiem takich rzeczy robić wedle Twojej osi fabularnej, ale to by wymagało raptem jednej, drobnej modyfikacji.

    Ostatni fragment to zapętlone – ,,główny bohater jest smutny”. W wielu miejscach nazwałeś to co czuje główny bohater, ale tego nie opisałeś. Rzuciłbym jeszcze w tym miejscu jakąś mądrością, ale to strzępek myśli z książki, którą wyżej Ci polecałem. A zapadła mi w pamięć, bo sam często tak robiłem. Zamiast opisywać co czuje główny bohater nazywałem to. To skrót myślowy. Wiem, że tam padał na ziemię, krzyczał i tak dalej. Ale nadal to miało takie sztuczne brzmienie. Przynajmniej dla mnie.

    Pisz dalej i eksperymentuj z fabularnymi zabiegami. Spróbuj też nieco zejść z tonu. Sam mam podobnie – posługuję się czasami aż nazbyt wyszukanym wokabularzem, tam gdzie trzeba mówić prosto. Takie odniosłem wrażenie przebijając się gdzieniegdzie przez Twój tekst. Może dlatego tak przyjemnie czytało mi się dialog (choć jakichś mistrzowskich one-linerów w nim przecież nie umieściłeś).

    Masz skonstruowany jakiś świat, który chciałbyś wpleść w opowiadaną historię. Tyle, że gdy cały jego ogrom chcesz zawrzeć w tak krótkim tekście – główny bohater schodzi na dalszy plan, a bardzo nieprzyjemnie o atencję uprasza się cała reszta wielkich rodów, królów, kapłanów, krain i tak dalej. A to działa mega odstraszająco i zniechęcająco.

    Nie mam na to recepty, sam mam z tym problem – zwracam Ci jednak na to uwagę. Aż z ciekawości zerknąłbym jak sobie z tym radził Martin. Na ten moment, nie pamiętam już nawet czy w pierwszych rozdziałach od razu padały setki nazw i tak dalej (pewnie tak) – ale było to tam na pewno zdecydowanie lepiej rozłożone. Spójrz jak wiele obcych nazw umieściłeś w tak krótkim tekście.

    Tak na koniec – nie jestem ekspertem, ani fachowcem, ale zwykłym czytelnikiem. Pamiętaj, że po Twoje teksty najczęściej sięgać będą zwykli ludzie, a nie ,,zawodowi literaci”. Rozumiem jednak, że oczekujesz od nich jakichś porad. Może Pan Tomasz tutaj zajrzy i skrobnie dwa słowa, ale na wypadek gdyby to jednak nie nastąpiło – przejrzyj jeszcze może kilka blogów, porób ćwiczenia z kreatywnego pisania. Ćwicz warsztat :)

You must be logged in to reply to this topic.