Home Forum Twórczość spiskowców Ćwiczonka

This topic contains 2 replies, has 2 voices, and was last updated by  Michau 1 month, 3 weeks ago.

  • Author
    Posts
  • #2854

    Michau
    Participant

    Myślę, że najrozsądniej z mojej strony będzie w jeden zbiorczy temacik wrzucać wszystko to co z siebie wypluję, coby nie robić bałaganu. Forum nie jest szczególnie aktywne, więc jakiekolwiek sztuczne pomnażanie tematów byłoby chyba rzeczą zbędną.

    Napisałem sobie paręset wyrazów na wprawę; tj. ćwiczonko na otwarcie akcji. Co tutaj się dla mnie liczy – pomijając oczywiście ocenę takich oczywistości jak język i styl; to przede wszystkim ile razy ziewnęliście, ile razy nie; czy któryś moment sprawił, że już teraz wiecie że nie będziecie mieli ochoty tutaj zajrzeć ponownie. No takie rzeczy.

    Zgodnie z paroma naukami książkowymi / poradnikowymi – akcje powinno się tak zawiązać, aby od razu trzymała czytelnika za łeb. Tutaj jako że to moje pierwsze podejście i nie chcę stosować manewru polegającego na natychmiastowym wrzuceniu czytelnika w wir akcji – postanowiłem zarysować delikatne wprowadzenie. Jak jakaś zabłąkana dusza tu zawędruje to poproszę o feedback. Zależy mi przede wszystkim na opisie waszych subiektywnych odczuć. Jeżeli ktoś postanowi dokonać sekcji zwłok wszystkich zgubionych przecinków – to od razu poproszę by zaniechał i nie marnował swoich sił, a więcej się rozpisał na temat samego odbioru tego krótkiego wprowadzenia.

    Dawno temu przyzwyczaił się do odgłosu kropel uderzających o posadzkę celi, a także do panującego w lochu odoru ludzkiego potu i krwi. Kulił się z zimna, ale dostrzegał też jasne strony sytuacji w jakiej się znalazł. Kronikarz swoje już przeżył i wiedział, że w wielu innych miejscach na świecie więźniów traktuje się znacznie gorzej. Tutaj przynajmniej dobrze karmili. Przy czym dobrze oznacza, że kleista maź, którą podawali była nawet zjadliwa. Gdzieś w oddali wyłowił odgłos przekręcanego zamka. Może w końcu przyszli go wypuścić? Postawiono mu jakiś absurdalny zarzut, najprawdopodobniej w wyniku urzędniczej omyłki, skwapliwie wcielonej w życie przez tych imbecyli ze straży. Chyba najwyższa pora aby to wyjaśniono. Jeszcze nie zastanawiał się czy będzie żądał satysfakcji za napsutą krew, ale czemu by nie? Kres to ziemia prawa. Po to spisane zostały gwaranty, aby móc korzystać z praw w nich zawartych.
    -Pisarzyna, podnoś się – usłyszał nieprzyjemny głos strażnika. – Kopnął cię w dupę wielki zaszczyt. Twoje przesłuchanie poprowadzi sama rada regencyjna.
    Choć był przemarznięty na kość, poczuł spływającą na niego falę gorąca. Na dźwięk słów ,,rada regencyjna”, szybko porzucił wszelką myśl o rychłym opuszczeniu tego więzienia i o przysługujących mu prawach.

    ***

    Siedzieli w podejrzanie przytulnej komnacie, która nijak się miała do normalnych pokojów ,,przesłuchań”. Zdziwiło go to nieco, ale też uspokoiło. Pewno nie będą go tutaj torturować, bo nie było ku temu warunków. Na ziemi leżał przepiękny dywan – zdaje się sprowadzony z Zamorza, krople krwi obrzydliwie by się na nim odbijały – ściany ozdobiono arrasami, a jego samego posadzono na niewygodnym, choć trzeba przyznać – misternie wykonanym fotelu. Rada regencyjna za nic nie kojarzyła się z katami, wydobywającymi prawdę z nieszczęśników zamkniętych w tym lochu. Trzej mężczyźni zasiadający za ogromną ławą przypominali raczej swoisty trybunał, przed którym miał się toczyć proces kronikarza.
    -Imię – rzucił siedzący pośrodku, nie odrywając jednak wzroku od leżących przed nim stosów dokumentów.
    -Feliks.
    -Znaczy szczęśliwy. Chociaż z tym szczęściem to może być różnie – dopiero teraz jego wzrok spoczął na przesłuchiwanym. – Pańska profesja to skryba, a przez kilka lat pełnił pan funkcję kronikarza na królewskim dworze – beznamiętny ton przewodniczącego wydał mu się dobrą wróżbą.
    -Wszystko się zgadza.
    -Skoro się zgadza to dobrze. Wobec tego bez zbędnego pierdolenia powiem panu jaka jest sytuacja. Ważą się w tej chwili pana losy i może pan stąd powędrować w kilka miejsc. Moi towarzysze upierają się, że jedyny słuszny kierunek to do ziemi, ale ja jestem optymistą i wierzę, że przebieg tej rozmowy potwierdzi moje przypuszczenia, a pan okaże się rozsądnym człowiekiem i wykaże wolę współpracy – Chuj, a nie dobra wróżba.
    -Lucius jak zwykle wszystko demonizuje – tym razem głos zabrał staruszek siedzący po prawej. Trzymał w dłoniach pióro, jednakże jak do tej pory niczego nie zanotował. Feliks szybko zrozumiał, że z jego przesłuchania nie zostanie sporządzony klasyczny protokół. – Nie chcemy mieszać panu w głowie, więc przejdziemy do konkretów. Zależy nam na tym, aby zrewidował nam pan jak najdokładniej wyprawę na Kaźń z 444 roku. Tą którą osobiście prowadził król Khadeus. Pan zdaje się był jego osobistym kronikarzem; miał dokumentować wszystkie chwalebne czyny jakie wtedy miały miejsce. Czy wywiązał się pan ze swoich obowiązków względem korony?
    Owszem, wywiązał. Sporządził kronikę tak szczegółową, że aż sam się nią brzydził. Nie uronił choćby i jednego chwalebnego czynu. Błędem było tylko to, że tej księgi nie spalił. Odnaleźli ją? Gdyby tak było to pewnie od razu by go zabili. Chociaż, może błędnie posądzili go o pragmatyczną przebiegłość i sądzą, że istnieje więcej kopii. No i to by tłumaczyło dlaczego dopiero teraz go pojmali.
    -Tak. Rzeczona kronika z wyprawy króla Khadeusa istnieje.
    -I gdzie się obecnie znajduje?
    -Powierzyłem ją przyjacielowi w Nikei – odpowiedział zgodnie z prawdą, chociaż przeczuwał że znajduje się już w rękach rady. Nie pomylił się.
    -Widzisz? Mówiłem, że pan Feliks wykaże wolę współpracy. Spieszę pana poinformować, że pański przyjaciel nie tak dawno popadł w długi, a cały jego majątek zlicytowano na aukcji. W tym także pańską kronikę. Szczęśliwym trafem wpadła ona w ręce człowieka odpowiedzialnego, który natychmiast przekazał ją odpowiednim służbom. Te zaś błyskawicznie odnalazły jej autora – znaczy pana – i bezpiecznie przetransportowały do tego lokum. Wie pan dlaczego?
    Wiedział. Kronikarska rzetelność sprawiła, że nie tylko nie pominął tego co chwalebne, ale nie omieszkał opisać także tego co z chwalebnością nie miało już nic wspólnego. A tego ostatniego w czasie tej wyprawy było znacznie więcej, niż zakładają nawet najwięksi krytycy ekspedycji Rogatego króla.
    -Dlatego, że albo napisał pan stek pierdolonych kłamstw, z których będzie się pan musiał tutaj przed nami rozliczyć… Albo co gorsza napisał pan prawdę. A zaprawdę powiadam, że za prawdę również można stracić życie. Dociera do pana waga przyszłych kilku godzin? Ma pan jedyną i niepowtarzalną szansę realizacji swojego prawa do obrony.
    -Nie będzie panom przeszkadzało jeżeli będę sobie spacerował, prawda? – podniósł się i zaczął krążyć po komnacie. Czuł na sobie uważne spojrzenia członków trybunału, jednakże wiedział, że w tym momencie to on ma przewagę. Nawet jeżeli dokładnie przeczytali jego dzieło, to był im potrzebny do przetłumaczenia tego dzieła na język obiektywnej, realistycznej relacji. Bo przecież to co tam jest opisane, z pewnością zostało w jakiś sposób podkoloryzowane albo przejaskrawione. Wszystkie kroniki, które zawierają w sobie samą prawdę są krańcowo nudne. Może oprócz tej jednej, która musiała kryć się w płótnie leżącym na skraju ławy. Nie zauważył jej wcześniej, ale to musiała być ona. Gabaryty się zgadzały. Jak nic, była to Kronika Kaźni pióra Feliksa Obrazoburcy z Caorn.
    -Nie będzie. Niech pan zacznie od audiencji u króla Khadeusa.
    -A szanowny trybunał wie w ogóle po co była ta cała heca z wyprawą na północ? Przeprawa przez morze i zapuszczanie się w głąb tej cholernej dżungli?
    Wymienili między sobą porozumiewawcze spojrzenia. Chyba nie wiedzą.
    -Chciałbym, żeby pan pamiętał, że to my tutaj zadajemy pytania – odparł w końcu przewodniczący. – Jeżeli ma pan życzenie ubarwić swoją historię jakimś ciekawym wprowadzeniem to proszę bardzo, słuchamy. Co stało za ekspedycją na Kaźń?
    Uśmiechnął się pod nosem, czego w panującym półmroku nie dało się dostrzec.
    -Na pewno nie zamierzam tej historii ubarwiać. Nie ma po temu żadnej potrzeby.

  • #2855
    Karawan
    Karawan
    Participant

    – Chuj, a nie dobra wróżba. – tak sobie myślę, że zbędny to wulgaryzm. Kronikarz-człek światły i obyty a po wtóre (przyjmując, że myśl taka powstała w jego głowinie) zabrakło mi zaakcentowania faktu iż myśl to jest owej ofiary losu. Oczywiście interpunkcja… ale reszta niczego sobie na moje niefachowe i kaprawe oko. Pozdrawiam.

  • #2872

    Michau
    Participant

    Znowu mechanizm się zastał, człowiek nie pisze, więc chociaż wrzucę ostatni ochłapek, II wersję tego samego ćwiczenia. To nie są jakieś większe części całości – chcę wiedzieć na ile tekst ,,przykuwa” i chciałoby się czytać dalej. Po mojemu jest lepiej niż ostatnio, ale nie ustrzegłem się tych samych błędów, które już mi ktoś wytknął, ale pozostawiam w stanie nienaruszonym. Niech się utrwali co jest do poprawki.

    Abertoth w życiu by nie powiedział, że stojący przed nim mężczyzna jest skrybą. Zdecydowanie bardziej przypominał weterana wojennego. Jego twarz była zniszczona, pokryta śladami po oparzeniach, prawy policzek szpeciły dwie bruzdy, a małżowina uszna została ohydnie postrzępiona. Stał prosto, ale była to tylko i wyłącznie zasługa misternie wykonanej protezy nogi. Rzadko widuje się w tych stronach takie cuda. Na dłoniach dostrzegł ślady przebytej choroby. Ohydne wrzody zniknęły, ale i tak odcisnęły swe piętno na skórze. Nic dziwnego, że resztę starych blizn zakryła wytworna, długa szata w kolorze antracytu. Bardzo elegancka i zapewne droga, ale raczej wysoce niepraktyczna w letniej porze. Abertoth gestem wskazał na krzesło stojące w rogu komnaty.
    -Siadaj przyjacielu. Spędzisz tutaj trochę czasu, więc nie warto męczyć nóżki.
    -A mogę wiedzieć dlaczego mnie kopnął w dupę taki zaszczyt, że jestem przesłuchiwany osobiście przez naczelnika Trybunału karnego? – Abertoth od razu rozpoznał kryzmirski akcent. Trochę zmiękczony wschodnimi naleciałościami, ale nadal kryzmirski. Dużo istotniejszy był ton jego głosu – bardzo nieprzyjemny.
    -A możesz, możesz. Najpierw jednak chcę uporządkować papiery – rzucił okiem na zgromadzoną dokumentację – Nazywasz się Medard Vinifiera i pochodzisz z…?
    Jego rozmówca zignorował to pytanie, rozprostował ramiona i bezceremonialnie oznajmił:
    -Dobrze wiesz kim jestem i skąd pochodzę. A rzecz nie tkwi w tym gdzie mnie matka powiła, mam rację?
    -A i owszem. Tym niemniej, gdybym był na twoim miejscu pokusiłbym się o nieco więcej taktu, bo twoja sytuacja wcale ciekawa nie jest.
    -Bywało gorzej – odparł lekceważąco i oparł się o krzesło, które wskazał mu wcześniej Abertoth.
    -Ponoć tak. Według kilkorga świadków miałeś umrzeć na północy, w czasie królewskiej ekspedycji. A dokładniej… – przez chwilę udawał, że szuka tej informacji w którymś z roczników – trawiony chorobą Arsenstina, w końcu zmarłeś i zostałeś pochowany na Kaźni.
    -Już mi lepiej. A gwoli ścisłości, to była masowa mogiła numer osiem. Zapamiętałem ten szczegół, bo jako najbardziej rozdęty ze wszystkich moich towarzyszy zostałem wrzucony na sam dół. Było niewygodnie, ale no nikt z nas nie oczekiwał wtedy specjalnych luksusów. Ludzie padali jak muchy i gdyby każdemu trzeba było kopać prywatną kwaterę to do dzisiaj pewnie bym czekał na mój przydział – nonszalancja w głosie Medarda zaczynała być już powoli denerwująca.
    -Zachowanie kamiennej twarzy musiało cię w tym momencie kosztować wiele sił. Jeszcze raz sugeruję byś usiadł i przygotował się na długą rozmowę w nieco mniej wesołkowatej atmosferze. Według moich informatorów miałeś nie żyć, a jednak żyjesz. Twoje kroniki miały nie istnieć, a istnieją. Rada regencyjna mogła mieć przez ciebie wiele kłopotów, ale szczęśliwym trafem udało nam się opanować sytuację, zanim doszło do najgorszego.
    -Moje kroniki ujrzały światło dzienne? – poorana bliznami twarz zmieniła swój wyraz, a na dźwięk słów ,,kroniki” Medard zrobił się zupełnie blady.
    -Siadaj, a wszystkiego się dowiesz.

You must be logged in to reply to this topic.