Kto naprawdę zarabia na książkach – i czemu nie ty?!

Wydawca zgarnia wielokrotność Twojego honorarium za książkę. Chcesz zobaczyć, ile dokładnie? A wiesz, że „biedne księgarnie” zatrzymują 30%, a nawet do 50% z ceny książki?

Krótko mówiąc, jako pisarz jesteś na samym dnie łańcucha pokarmowego. Dosłownie wszyscy zgarniają na Twojej pracy więcej od Ciebie.

Ale spójrzmy dokładniej na każdy z tych kroków. W artykule mam więcej miejsca na niuanse, więc zamierzam skorzystać i wyjaśnić, o co chodzi z poszczególnymi kwotami.

Cena książki

Wedle badań Biblioteki Narodowej, średnia cena okładkowa książki wynosi ponad 42 złote (wyniki za 2016 rok, więc obecnie powinna być jeszcze wyższa). Dowolnej książki – poradnika, beletrystyki, nieważne. Gdybyśmy rozdzielali średnią na te kategorie, oczywiście beletrystyka wypadłaby taniej. Ale dla uproszczenia zakładam 40 złotych.

Zwłaszcza że książki podlegają podatkowi VAT w wysokości 5% – czyli około 2 złotych w naszym przykładzie. Zakładając 40 złotych ceny, nie dość, że mamy prostszą arytmetykę, to jeszcze możemy uznać VAT za już odliczony.

Jedyny kłopot z przyjmowaniem ceny okładkowej jako podstawy obliczeń to potężne rabaty, których udzielają księgarnie. Wedle Biblioteki Narodowej, w 2016 roku przekraczały one 25%. Zazwyczaj więc czytelnik może kupić książkę za 30 złotych (lub taniej). Z jednej strony, dla klarowności przykładu, pominąłem rabat przy liczeniu kwot na infografice. Z drugiej strony, 30 złotych to o wiele skromniejszy tort do podziału. Poniżej zasugeruję, jak rabaty wpływają na wynik poszczególnych etapów.

Druk, redakcja i korekta

Czyli inaczej – koszty przygotowania książki do wydania. Bez kosztu druku, książka papierowa nie powstanie. Bez redakcji i korekty ryzykujemy, że będzie miała zdecydowanie zbyt niską jakość. Są to więc wydatki, które muszą zostać poniesione.

Druk w wypadku profesjonalnego wydawnictwa, działającego na rynku od kilku lat i publikującego regularnie, nie powinien wyjść dużo drożej niż 5 złotych za egzemplarz. Samopublikującym autorom i wydawcom-amatorom wydaje się to nierealistycznie niską kwotą. Można ją jednak bez trudu osiągnąć dzięki dobremu zaplanowaniu publikacji, zamówieniom w wyższych nakładach – a przede wszystkim dzięki rabatom przyznawanym przez drukarnie za regularną współpracę. Profesjonalne wydawnictwo potrzebuje tylko dobrej organizacji do wypracowania tego typu oszczędności. Młody wydawca, który ma raptem kilka książek w ofercie, duże ambicje co do jakości, a do tego słabo orientuje się w realiach rynkowych, może równie dobrze skończyć z kosztami druku rzędu dziesięciu, kilkunastu złotych za egzemplarz.

O ile koszt druku łatwo policzyć w odniesieniu do egzemplarza książki, o tyle korekta i redakcja są kosztami stałymi – czyli więcej sensu ma liczenie ich w kontekście całego projektu. Przy sprzedaży na poziomie 500 sztuk, koszty stałe będą znacznym obciążeniem. Przy sprzedaży na poziomie 10 tysięcy, będą tylko malutkim ułamkiem. Na infografice nie ma miejsca na te niuanse, więc założyłem nakład w wysokości 1000 egzemplarzy, jak również sprzedaż całości nakładu (powtarzam: bardzo uproszczona sytuacja!).

Przy książce liczącej 300 stron, czyli około 12 arkuszy wydawniczych, koszt redakcji i jednej tury korekty powinien wynieść w okolicach 3000 złotych. Zakładam cenę 100 złotych za arkusz dla korekty i 150 za arkusz dla redakcji. To rozsądne stawki za przyzwoitej jakości pracę. Wydawca, który dba o jakość, ale nie chce przepłacać, szukałby podobnych ofert.

Po przeliczeniu na egzemplarz wychodzi 3 złote, czyli łączny koszt tego etapu to 8 złotych na książkę.

Do obowiązkowych kosztów wydania należałoby doliczyć też koszt składu i przygotowania okładki. Nie wliczam ich jednak, ponieważ obie czynności są o wiele mniej czasochłonne niż redakcja i korekta, a do tego wymagają mniej kapitału niż druk. Większość wydawców nie zleca tych zadań na zewnątrz, tylko wykonuje je własnymi siłami – albo osobiście, albo rękami pracownika. Do tematu wrócimy więc za chwilę, przy omówieniu szerszych wydatków związanych z wydaniem. Na razie – nie ma sensu traktować składu i okładki jako obowiązkowych kosztów.

Warto pamiętać, że omawiam przypadek literatury polskiej. Wydawanie literatury zagranicznej wiąże się z kosztem opłacenia tłumacza i zakupem licencji.

Zysk wydawcy

Średnia cena hurtowa książki, wedle badań Biblioteki Narodowej, to nieco ponad 22 złote. Cena hurtowa oznacza cenę, po której wydawca sprzedaje towar dystrybutorowi, albo po której przekazuje go w komis. Skoro autorowi trzeba przekazać 2 złote, a koszty druku, redakcji i korekty wyniosły 8, wydawcy zostaje 12 złotych „zysku”.

Koniecznie trzeba wspomnieć, że rabaty dystrybutorów mogą sięgać 55%, a nawet 60%. To bardzo niekorzystne stawki, ale mali wydawcy mogą zostać zmuszeni do sprzedawania właśnie po takich cenach, czyli średnio za 16-18 złotych. W takim wypadku wydawcy zostaje 6 do 8 złotych, czyli nawet o połowę mniej! Z jednej strony, pokazuje to, jak wrażliwa jest jego pozycja – i jak bardzo zależy od dobrego ustalenia marży. Z drugiej strony: owa wrażliwość zmusza wydawcę do cięcia kosztów, czyli do wybierania jak najtańszych podwykonawców.

Wróćmy do bardziej optymistycznej opcji – czyli że mamy do czynienia z prężnym, zaznajomionym z rynkiem wydawcą, który potrafi obronić się przed zakusami dystrybutorów, a więc sprzedaje im po średniej cenie, czyli zatrzymuje 12 złotych za egzemplarz. Z tej kwoty musi pokryć szereg kosztów stałych, które ciężko przełożyć na pojedynczy egzemplarz książki.

Wspominałem już o składzie i okładce. Ktoś musi się tym zająć, a więc mamy tu pensję dla pracownika. Gdyby wydawca chciał zlecić opracowanie DTP na zewnątrz, trudno byłoby mu znaleźć ofertę niższą od 800 złotych (przy takim projekcie jak w przykładzie).

Dodajmy do tego koszty magazynowania i przesłania książek do dystrybucji, obsługę księgową, obsługę prawną, i tak dalej, i tym podobnie. Krótko mówiąc, koszty operacyjne. Nie wymieniam żadnej z tych rzeczy na infografice, ponieważ to zbyt indywidualne czynniki. Malutkie wydawnictwo, które wydaje i sprzedaje niewiele może zostać łatwo przytłoczone dodatkowymi opłatami. Duży wydawca z wieloma pozycjami w księgarniach wykorzysta efekt skali, prawdopodobnie otrzyma też lepsze warunki np. od magazynu.

To, ile faktycznego zysku wydawca ma ze sprzedaży jednej książki, zależy więc od jego organizacji. Nie zmienia to faktu, że skoro średnia cena hurtowa wypada na 22 złote, większość książek powinna zostawiać w kieszeni wydawcy około 12 złotych. Na co później ta kwota zostanie wydana – to osobna kwestia.

Z oczywistych powodów najlepiej wychodzą ci, który potrafią wydawać dużo i jak najtaniej.

Dystrybutor i księgarnia

Kolejny etap to najpierw hurt, a później detal. W naszym przykładzie bardzo łatwo obliczyć ich kawałek tortu – wystarczy odjąć udziały pozostałych podmiotów. Z 18 złotymi przychodu, dystrybutor i księgarz dzielą między siebie najbardziej soczystą porcję.

Trzeba tu jednak nadmienić, że księgarnia księgarni nierówna. Średni rabat dla księgarza to 30%, czyli 12 złotych z naszego tortu. Są jednak księgarnie o mniejszej sile przebicia, które muszą zadowolić się 20%. Dla kontrastu, Empik potrafi dobić swój udział do 50%. W naszym hipotetycznym przykładzie, pożerałby 20 złotych. Kupując tam, czytelnik karmiłby przede wszystkim księgarnię, to jest podmiot, który nie kiwnął palcem przy powstaniu książki.

Dodatkową komplikacją są promocje udzielane czytelnikom – owe 25%, które pomniejsza cenę okładkową. Właśnie konieczność fundowania tej obniżki skłania dystrybutorów do naciskania na większe rabaty u wydawców. W efekcie zysk księgarni może spaść dramatycznie, nawet to 2 złotych za sprzedaną książkę. Wszystko zależy więc od siły przebicia księgarza, a także od tego, jak bardzo agresywnie gotów jest ustalać ceny. Większa sprzedaż nie zawsze musi się przełożyć na większy zarobek.

Oczywiście, jak w wypadku wydawców, księgarze i dystrybutorzy też mają swoje koszty operacyjne, które pomijam – bo po raz kolejny są kwestią zbyt indywidualną. Da się zjadać większość tortu, a i tak wywindować swoje koszty wprost do bankructwa.

Ile dostaje autor?

Z tego całego zamieszania do autora spływa średnio po 2 złote od sprzedanego egzemplarza. Dominanta, czyli najczęściej spotykana wartość, wypadłaby niżej, prawdopodobnie w okolicach 1,5 złotego. Średnią podnoszą autorzy poradników.

Czyli, krótko mówiąc, dotujesz ten pierdolnik swoją ciężką pracą. Spodziewaj się, że kiedy zwrócisz na ten fakt uwagę, pozostałe ogniwa łańcucha oburzą się na Ciebie. Bo jak to tak, niewdzięczny pisarzu? Nie wiesz, że oni mają gorzej?

Nie mają. Naprawdę nie mają.

Kontrowersje i krytyka

Naiwnie poszerowałem infografikę na Facebooku, za co spotkała mnie krytyka ze strony wydawców i księgarzy. Spodziewałem się jej, oczywiście, ale nie tego, że będzie aż tak emocjonalna. Przeczytaj zresztą samodzielnie – być może jest w tym zamieszaniu wartość rozrywkowa. 😀

Pominę mądrości o tym, że jestem oszustem, nie znam się i manipuluję, a skupię się na uwagach wartych zachodu. Tak więc:

1. Infografika podaje 12 złotych jako zysk wydawcy, podczas gdy chodzi raczej o przychód. Z jednej strony brzmi to słusznie – bo wydawca faktycznie musi pokryć swoje koszty z tej sumy. Z drugiej strony, użyte słownictwo nie zmienia niczego odnośnie sedna danych. Dalej wydawcy przypada ten sam kawałek tortu.

2. Wedle niektórych doniesień, wydawca w rzeczywistości zarabia 2 złote na każdej sprzedanej książce! Ponosi do tego olbrzymie ryzyko biznesowe, bo zysk wypracowuje po sprzedaży 80% nakładu, a na pieniądze czeka nawet półtora roku. Nie zrozumcie mnie źle: to jest tragiczna sytuacja. Szkopuł w tym, że mają tak tylko niektórzy wydawcy, bynajmniej nie ci obrotni (no, poza opóźnieniami płatności; te są normą dla każdego). Co więcej, kiedy wydawca zaczyna ci wciskać taką smutną historyjkę, może to świadczyć tylko o trzech rzeczach. To albo oszust, albo pechowiec, albo skończona pierdoła. W żadnej z tych opcji nie chcesz podpisywać z typem kontraktu. Jedyną wartością, jaką dostarcza autorowi wydawca, jest ogarnięcie biznesowe. Jeśli wydawca tego nie potrafi, nie jest nikomu potrzebny.

3. Wedle innych doniesień, koszty druku, redakcji, korekty, a nawet składu są znacząco wyższe od podanych przeze mnie. Oczywiście, ceny są różne. Na przykład, szukając ofert składu do „Jak napisać powieść?” trafiłem na ceny od 800 do 4000 złotych za dokładnie tę samą pracę i ten sam poziom umiejętności. Zgadnij, którą ofertę wybrałem. No i właśnie dlatego powoływanie się na zawyżone ceny usług jest manipulacją ze strony wydawców. Albo tak, albo naprawdę nie potrafią ogarnąć swojego biznesu i płacą o wiele więcej, niż mogą. Tak czy siak, to nie jest argument, który powinien trafiać do pisarza. Nie masz obowiązku dotować ich nieogaru.

4. Największym grzechem wydawców jest jednak obiecywanie gruszek na wierzbie. Na przykład promocji, w którą ponoć ładują najwięcej kasy. Szkopuł w tym, że tylko w niektórych wypadkach i rzadko kiedy z dobrym efektem. Prawdopodobnie samodzielnie i za niewielką kwotę zrobisz to samo, co oni. No ale w razie czego, pamiętaj – nie przeszkodzi im to w opowiadaniu, jak wielkimi są ekspertami i jak wiele dla Ciebie zrobili.

27 komentarzy do “Kto naprawdę zarabia na książkach – i czemu nie ty?!”

  1. Bardzo amatorska grafika i tak samo niepoważny tekst. Po pierwsze, zysk to nie przychód. To bardzo poważna pomyłka, albo celowe zagranie pod publiczkę, żeby pokazać wydawców jako najgorszych. Po drugie, jak można nie liczyć kosztów składu jako kluczowych dla powstania książki? Co, samo się zrobi? Za darmo? Po trzecie, REALNE koszty druku to od 9 złotych wzwyż. Doucz się, zanim zaczniesz opowiadać brednie i siać dezinformację. Jestem byłym pracownikiem wydawnictwa. A ty ewidentnie znasz temat tylko z teorii i głupot rozpowszechnianych po internecie.

    1. 1. „zysk to nie przychód” – odniosłem się do tego w dwóch miejscach tekstu. Wałkowanie tego tematu niczego nie zmienia. I tak macie TEN SAM KAWAŁEK TORTU.
      2. Kwestię kosztów składu też znajdziesz w artykule. Nawet gdybym je doliczył, zmniejszyłbym Wasz kawałek o 1 zł, a nie o 2, 3 lub 4, bo to absurd zakładać najdroższą opcję, kiedy jest mnóstwo tańszych. Więc – i tak wasz kawałek tortu wyszedłby soczyście.
      3. Polecam zrobić solidny research w obecnych cenach druku, a nie polegać na sytuacji zapamiętanej z pracy dla wydawcy lata temu. Ceny są najróżniejsze, ale stawka 9 złotych to albo wyjątkowej jakości druk, albo cena dla ciap i frajerów, którzy zamawiają mały nakład na ostatnią chwilę u pierwszego lepszego drukarza.

      1. Założenie najgorszej opcji pomaga w uniknięciu przykrego rozczarowania, najlepiej podać około i to napisać lub podać od ilu do ilu, bo jak ktoś dostałby mniej to płakałby że go oszukałeś i jesteś kłamcą, nie rozumiem myślenie, „to taka mała różnica”, „absurd zakładać najdroższą opcję” – a co jak to właśnie ona będzie, gdyby wydawca założył najtańszą opcję to nie stać by go było na wydawania zamierzonej ilości egzemplarzy, jak będą mieli na taki cel przeznaczone więcej niż potrzeba to będzie większy nakład i tyle. Nie czepiam się artykułu tylko tego komentarza, oraz logiki że najlepiej się przygotować na najtańszą opcję

      2. „absurd zakładać najdroższą opcję” = zakładam, że wydawca nie jest debilem i wybierając spośród dwóch ofert usługi o identycznej jakości, wybierze tańszą.

        Ale oczywiście dyskusja wokół grafiki przekonała mnie, że wśród wydawców funkcjonują też debile. Dla nich jednak nie robiłem kalkulacji, bo zwyczajnie nie potrafię.

    2. Nie wiem, czy jesteś grafomanem, ale na na pewno jesteś dyletantem. Mylisz zysk z przychodem, nie masz pojęcia o kosztach stałych, ba, nie wiesz nawet, że opracowanie książki odbywa się na LEGALNYM oprogramowaniu, które też swoje kosztuje, a tych kosztów nie uwzględniasz w żadnym z nowych wpisów.
      Co więcej, sadzisz kocopoły takie jak „A wiesz, że „biedne księgarnie” zatrzymują 30%, a nawet do 50% z ceny książki?”. Otóż nie, księgarnie nie mają takich marż – takie marże mają wyłącznie sieci księgarskie, pracujące w duopolu, który zabija rynek. Czyli Empik, kiedyś Matras, może jeszcze na nieco podobnych warunkach Świat Książki. Niesieciowe księgarnie mają całkiem inne warunki, ale tego nie wiesz i zapewne nie masz jak sprawdzić – bo prawdziwy rynek wydawniczy to znasz tylko z opowieści sieciowych, zwykle snutych przez niezadowolonych.
      Gorzej: nawet w kwestii tego , ile autor zarabia na książce, też opowiadasz pierdoły, bo jeśli książka kosztuje 40 zł w detalu, to często autor ma nie 2, a 3-4 zł. Nadal mało, ale jednak inaczej niż u Ciebie. I często są spore, kilkutysięczne zaliczki, więc nawet jeśli książka się sprzeda tragicznie, to autor nie pracuje za darmo.
      I tak nic Cię nie przekona, bo bronisz przecież swojej porażki w starciu z tradycyjnym rynkiem, stąd wydawcy muszą być źli, a autorzy z nimi współpracujący – głupcami. Więc moje uwagi nie są skierowane do Ciebie, nie musisz odpowiadać. Są skierowane do osób, które mogą Ci uwierzyć, a nie powinny 🙂

      1. „Mylisz zysk z przychodem, nie masz pojęcia o kosztach stałych, ba, nie wiesz nawet, że opracowanie książki odbywa się na LEGALNYM oprogramowaniu, które też swoje kosztuje, a tych kosztów nie uwzględniasz w żadnym z nowych wpisów.”

        We wpisie wyraźnie zaznaczam, że ze swojej działki wydawca musi opłacić koszty stałe. Od tego, jak dobrze jest zorganizowany, zależy ich wysokość. Nie ma sensu, abym punktował każdy możliwy wydatek, bo wyjdzie nam długa lista potencjalnych kosztów, które jednemu wydawcy zajmują kilkanaście procent z przychodów, a drugiemu 80.

        „Co więcej, sadzisz kocopoły takie jak „A wiesz, że „biedne księgarnie” zatrzymują 30%, a nawet do 50% z ceny książki?”. Otóż nie, księgarnie nie mają takich marż – takie marże mają wyłącznie sieci księgarskie, pracujące w duopolu, który zabija rynek”

        Czyli, którko mówiąc, marża na poziomie 50% to prawda – bo taką wyciska Empik. Właśnie to napisałem i sam to przyznajesz. Tymczasem średnia marża to faktycznie 30%. Problemem księgarni są promocje, czyli rabaty dla czytelnika. Ale do tego się nie odnosisz, zakładam, że z braku wiedzy.

        „(…) prawdziwy rynek wydawniczy to znasz tylko z opowieści sieciowych, zwykle snutych przez niezadowolonych”

        Mam bezpośrednią styczność z rynkiem wydawniczym od kilkunastu lat. Nie muszę być wydawcą, aby widzieć, jak działają. I jak często strzelają sobie w stopę.

        „(…) nawet w kwestii tego , ile autor zarabia na książce, też opowiadasz pierdoły, bo jeśli książka kosztuje 40 zł w detalu, to często autor ma nie 2, a 3-4 zł”

        Piszesz to na blogu dla pisarzy. Kto Ci tu uwierzy w takie stawki? Średnie honorarium to 10% od ceny hurtowej, czyli okolica 2 złotych. Oczywiście da się znaleźć przykłady honorariów i na 6 złotych – ale to margines, a nie większość.

        „I często są spore, kilkutysięczne zaliczki, więc nawet jeśli książka się sprzeda tragicznie, to autor nie pracuje za darmo”

        Taaa… Spore zaliczki. Powtarzam, piszesz swoje bujdy na blogu dla pisarzy. 🙂

        „I tak nic Cię nie przekona, bo bronisz przecież swojej porażki w starciu z tradycyjnym rynkiem”

        Widzę, jak ten rynek działa. I widzę, wielu wydawców zaskakująco słabo go rozumie. Nie boję się porażki rynku, bo nie zamierzam na niego wchodzić inaczej niż jako self. A co do tego, co mnie przekona – zawsze konkrety, dobre argumenty, a nie jęczenie i obelgi.

      2. Wydałem tylko jedną książkę, ale w tradycyjnym wydawnictwie. Małym, ale już zapyziałym. Właściciel to był taki sam mądrala jak Oltero. Obiecywał złote góry, a później czekałem dwa lata na pieniądze. Zaliczki oczywiście nie widziałem. Tak więc wiecie, różnie bywa, ale na niektóre teksty otwiera mi się nóż w kieszeni.

      3. Ja dostałem w 2011, 3 zeta od ceny det 52.50 za poradnik biznesowy, nie było nawet kontekstu do rozmowy o jakichkolwiek zaliczkach, chyba że pusty śmiech.

    3. Dostaję od 1,15 do 1,8 zł za każdy egzemplarz swojej książki. Gdybym miała 4 złote to ho, ho. Nawet 2 to dużo, bo nie znam autora, który tyle dostał.

      1. Ja debiutując dostałem 3zł od egzemplarza i kilka tysięcy zaliczki. Może to kwestia wydawnictwa… Co się tyczy wyliczenia to robię w poligrafii i obśmiałem się setnie. Ludzie powyżej wypunktowali główne bzdury więc nie ma sensu abym po nich powtarzał.

        1. Tomasz Węcki

          To jest dokładnie kwestia wydawnictwa. Wyobraź sobie, że ze swoją stawką za debiut jesteś w mniejszości – a większość dostaje dużo niższe propozycje. Co do punktowania bzdur, też nie ma sensu, abym tracił czas na ich ponowne wyjaśnianie.

        1. Dystrybucja. A wydawcę, który zaczyna od sprzedawania za 13 zł, warto zmienić na bardziej ogarniętego.

      2. O jakich zaliczkach opowiada ten Oltero? Ja, żeby duże wydawnictwo zechciało wydać moją książkę, zapłaciłam 5600. Nigdy nie odzyskam tej kwoty. Autor ma 3-4 zł? Viekawe który? Może pani Wałęsa. jedno się zgadza. Współpracując z dużym wydawnictwem jestem głupia. Trzeba było wydać jako self.

        1. gosiag, co to znaczy, że zapłaciłaś 5600 za wydanie książki? Nie rozumiem dlaczego i za co – jako autor – musiałaś płacić cokolwiek „dużemu wydawnictwu”?

        2. Jeżeli jakieś wydawnictwo chce od Ciebie kasę za wydanie to znaczy że to są oszuści. Ja za taką kwotę co podałaś sam wydałem książkę, profesjonalnie z edytorem i korekta oraz skład.. na zlecenie robili to ludzie z dużych wydawnictw.

          Książka ma cenę 29zł. (500 sztuk)
          – wydruku kosztowała 9zł (sztuka), to dużo ale by to mniejszy nakład i bardziej wybredny jak chodź o okładkę i rodzaj papieru. A zależało mi na dużej drukarni i druk offsetowy.
          – około 1000zł (w sumie) za korektę i skład.

          Łatwo obliczyć ile mam z książki. Pewnie w księgarniach by się sprzedało więcej.. jednak książka się nie przeterminuje.. mogę ją reklamować spokojnie bez pośpiechy i zawsze coś z niej zarobię.

      3. O, widzę, że kolega boi się komentarze publikować 😀 No cóż… Trzeba było nie pisać głupot to by nie było krytycznych.

      4. Tomek, jestem wielkim entuzjastą Twojego bloga i szczególnie cenię sobie wpisy dot. żywotu pisarza. Ten ostatni jednak trochę mnie zdziwił. Co do różnicy przychód/zysk: nawet jeśli podane proporcje podziału strumienia przychodów („kawałki tortu” jak to nazywasz) są wiarygodne, to nie można zapominać o kategorii zysku, a to zupełnie inna bajka. Dlaczego to takie ważne? Jeśli pisarz dostaje 2 zł „przychodu” za egzemplarz, to płaci od tego podatek dochodowy… i na tym w zasadzie koniec. Oczywiście pisarz ponosi „koszty” w postaci poświęconego czasu, może wydatki na nabycie licencji na program do obróbki tekstu (ale bądźmy szczerzy: nie jest to niezbędne, można pisać za free w OpenOffice albo Google Docs). Tak więc te 2 zł przychodu to w przybliżeniu zysk pisarza. Koniec. W przypadku księgarni czy dystrybutora sytuacja jest zgoła inna. Jak słusznie podnoszą niektórzy krytycy, koszty wydania konkretnej książki to nie wszystko: każdy biznes ponosi koszty stałe, które często mogą przewyższać koszty zmienne. I z tej perspektywy, jeśli na egzemplarzu księgarnia ma np. 12 zł przychodu, to po odliczeniu kosztów zmiennych oraz proporcjonalnie przypadających kosztów zmiennych może się okazać, że zysk wyniesie… mniej niż 2 zł. Jasne, nie zawsze, na koniec dnia przecież wydawcy i księgarnie to biznesy nastawione na zysk (nawet jeśli mają misję rozwoju czytelnictwa i wspierania ambitnej literatury, nadal działają w realiach gospodarki wolnorynkowej – nie da się tego ominąć).

      5. Paulina - początkujący autor

        Witam,
        Mam pytanie odnośnie wydawania książki. Jeśli zysk autora jest taki biedny nie lepiej samemu się tym zająć? Pytanie tylko jak to sprzedać by chcieli kupić? Wydałam dość niedawno książkę – wersja zeszytowa. Oprawa wyszła super. Ale jak mówię w jakim wydawnictwie wydalam – większość nie ma pojęcia co to za wydawnictwo. Od czasu wydania minęło 2 miesiące a sprzedaż kuleje. Mimo usilnych prób reklamowania na forach internetowych i rozdawania wizytówek.

      6. Trochę odgrzebuję temat, ale: wydałem książkę jako ebook na amazonie. Cena 1 dolar, z której za każdy egzemplarz dostaje 35 %, w zalaeżności od kursu wychodzi około 1,35 zł. Za egzemplarz, który kosztuje nie 40 zł jak w Polsce, ale ok. 4 zł. Zasięg – mam cały świat. Wypłaty – co miesiąc. Gdyby w Polsce rynek ebooków byłby bardziej rozwinięty, wydawcy nie byliby potrzebni.
        Czuwaj.

        1. Na Amazonie w tej chwili nie można wydawać w języku polskim. Ale podobno kiedyś tam w przyszłości Amazon ma trafić do Polski może wtedy będzie lepiej. Można natomiast wydać samemu, książkę w wersji elektronicznej np w google books. Biorą 50 % od ceny. Więc jak sprzedasz swoją książkę za 6 zł to wychodzisz na tym lepiej. Oczywiście jeśli masz grono swoich czytelników. W dzisiejszych czasach gorzej jest znaleźć czytelnika niż wydać.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *