Dlaczego krytycy nie piszą książek?

Tomasz Węcki


Cześć, mam na imię Tomek i jestem grafomanem. Od kilkunastu lat udaje mi się połączyć przyjemne z pożytecznym i utrzymuję się przede wszystkim z pisania. Byłem już dziennikarzem, piarowcem, copywriterem, ghostwriterem, dokumentalistą i autorem tekstów do gier komputerowych. Teraz możesz również przeczytać moją pierwszą książkę – „Wtajemniczenie”.

9 komentarzy

  1. Kurzyn napisał(a):

    Myślę, że to straszne pierdolenie.

  2. Marcin napisał(a):

    Zgadzam się, że ta dwubiegunowość jest tak naprawdę pozorna, bo praca krytyczna też jest pracą kreatywną. Ale jest sposób na jej zażegnanie, jeśli kogoś to gryzie. Można zająć się publicystyką lub eseistyką. Mówię zupełnie serio. Nie wiem, dlaczego ludzie uważają, że kategoria pisarza jest zarezerwowana dla autorów fikcji.

  3. Marta napisał(a):

    Mega mi się podoba Twój tekst. To jest tak bardzo prawda o tym, że ludzie są jak lustra i odbijają to, co my im pokazujemy… <3

  4. N napisał(a):

    „Na początek – wypada zaznaczyć, że prawdziwych krytyków literackich już prawie nie ma.”
    Kiedy byli, kim byli i dokąd odeszli?
    „To, co nazywamy „recenzją”, najczęściej okazuje się pośpiesznie sformułowaną opinią, więcej mówiącą o autorze owej opinii, niż o książce.”
    Okej, nie bardzo wiem o kim pan mówi. Można by wstawić jakiś cytat. Jedyne co mi przychodzi do głowy, to niektóre recenzje na lubimyczytać. Tylko że ludzie tam piszący, raczej się za krytyków nie uważają. To kto jeszcze, youtuberzy? Pewnie, ale oni też raczej nie aspirują do miana krytyków, przecież te filmiki to takie rozmowy z widzami. Ludzie oglądają, żeby pobyć z kimś o ciekawej osobowości. Jak gadasz z kolegą o książce, to też raczej nie układasz najpierw profesjonalnej recenzji.
    Trudno ocenić tekst, kiedy nie wiadomo o kim mówi.
    „Nie z lekkomyślności czy głupoty, ale dlatego, że chodzi im o pokazanie własnej osoby, o przykucie uwagi choćby na chwilę. Natomiast – nie o zrozumienie książki.”
    Może to prawda, a może nie. Nie dowiemy się dopóki nam ich pan nie przedstawi.

    „Liczba fanów na fejsie – znak tego, jak ważne jest nasze zdanie. Gdyby z takim nastawieniem recenzenci mieli zajmować się faktyczną krytyką literacką, szybko by polegli.”
    Co to jest faktyczna krytyka literacka, kto i gdzie ją uprawia i w jakim sensie można tam polec?
    „Bywa, że recenzent, zamiast recenzji, napisze popelinę. Bywa też, że trafi na nią autor krytykowanego dzieła. Bywa, że puszczą mu nerwy i wygarnie recenzentowi, co sądzi o jego pracy.”
    I nieodmiennie pisarz żądający by jego książki recenzować jedynie w formie, jakiej sobie życzy, jest zabawny. A poprawiając merytoryczne błędy – nadgorliwy. Jeśli ktoś nieuważnie czytał i przez to nie zrozumiał książki, to inni czytelnicy wyprowadzą go z błędu. Nie bardzo potrafię sobie wyobrazić recenzję tak złą, żeby pisarz musiał osobiście latać za krytykiem i go poprawiać. Przegapił coś, trudno. Przekręcił? Nie on pierwszy. Może gdyby napisał, że matka autora sprzedaje tanią kokę i podał dokładny adres. Wtedy mogło by to wymagać odkręcenia.
    „Co gorsza, jego obecność nigdy nie jest bezbolesna, a im bardziej starasz się utrzymać go w równowadze z funkcją kreatywną, tym więcej wewnętrznego rozedrgania powoduje.”
    To utrzymywać tę równowagę czy nie? Bo wychodzi, że jeśli spróbujesz, to wpadniesz w takie wibracje, że ciepnie cię do sąsiedniego wymiaru.

    „Czy faktycznie zależy Ci na jak najlepszym zrozumieniu książki? ”
    Recenzja to nie analiza. To pierwsze zakłada, że książkę już zrozumiałeś i chcesz się podzielić z innymi tym co rozumiesz.
    ” Nawet jeśli starasz się nie okazywać pazura w swoich tekstach.”
    Prawdziwy krytyk nie może pisać z jajem? Nic dziwnego że są niepopularni.
    „Druga rzecz: w jakim stopniu zrastasz się z maską krytyka? Jeśli wszystko, co o nim napisałem, brzmi dla Ciebie jak bajdurzenie albo dziwna abstrakcja – to najgorsza sytuacja, w jakiej możesz się znaleźć.”
    Ojej, źle ze mną. (no dobra, nie jest tak źle, tylko rzeczywiście dość abstrakcyjnie, bez odwołania do jakichkolwiek przykładów, pozwów się pan boi,czy co?)

    Fragmenty o sposobach oswajania wewnętrznego krytyka, są okej. Tylko te narzekania, na krytyków niedostatecznie pragnących zrozumieć książki, dość dezorientują. Może z przykładami było by lepiej, przynajmniej można by się zgodzić lub nie. Teraz, to taka amatorska psychoanaliza, w dodatku nie wiadomo komu robiona.

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      No przecież sama wyłapujesz gradację: że ci z lubimyczytać to nie, nie. Ci z jutuba to takie tam gadanie. I nawet zgadzasz się ze mną, że tamtym idzie o pokazanie osobowości, a nie krytykę. IMO dobrze wyczuwasz, o czym mówię, a ciśniesz o konkrety, bo czujesz się dotknięta. Przecież może mi chodzi o Ciebie! 😉 Może masz ambicje krytycznoliterackie, a tu jakiś Węcki robi insynuacje.

      Właśnie dlatego nie będę podawać takich przykładów, o jakie prosisz. Wzorzec, który sama rozpoznajesz, widzę nie tylko na lubimyczytać czy u losowych jutuberów. Wpada w niego masa blogerów, a nawet krytycy z tradycyjnych mediów. Praktycznie w każdym wydaniu dowolnego tygodnika opinii można znaleźć przynajmniej jedną wyklepaną na kolanie recenzję. Bo kto zweryfikuje, czy recenzent w ogóle doczytał książkę do końca? Kto o to tak naprawdę dba? Kiedy rzucę nazwiskami, będzie jeszcze większy lament, że coś insynuuję, więc sorry, nic z tego.

      Na własny użytek możesz samodzielnie stwierdzić, jak bardzo moja gadanina dotyczy Cię osobiście. Czy rzeczywiście chcesz zrozumieć książkę, czy bardziej zależy Ci na pokazaniu osobowości. Owszem, granica nie jest jasna i ściśle wytyczona, ale jeśli jesteś szczera ze sobą, domyślisz się, w którą stronę Cie ciągnie. Do tego nie potrzebujesz konkretnych przykładów, poza swoim.

      A, i jeszcze to: pokazywanie osobowości nie jest złe. Zwracam tylko uwagę: pisząc recenzje bez świadomości, że właśnie to nami kieruje (że chcemy być w butach twórcy, a nie analityka), można się na tym pięknie przejechać.

      Co do sytuacji, kiedy pisarz komentuje recenzję swojego dzieła… Jasne, z tego często wychodzi drama. Pisarzom w podobnej sytuacji radzę, aby odpuścić. Ale Ty komentujesz z pozycji recenzenta. 😉 I dlatego Tobie mogę powiedzieć, że to Ty masz dać na luz, bo jeśli ktoś robi *merytoryczne* uwagi do Twojego dzieła, oburzenie nie jest właściwą reakcją. Dzięki tej osobie lepiej znasz swoje możliwości. Wiesz, jakich potknięć unikać. Wiesz, w którym miejscu poprawić warsztat. Zapomnij o tym, że to akurat pisarz, a traktuj jak jednego ze swoich czytelników.

  5. N napisał(a):

    „IMO dobrze wyczuwasz, o czym mówię, a ciśniesz o konkrety, bo czujesz się dotknięta. Przecież może mi chodzi o Ciebie! ”
    „Na własny użytek możesz samodzielnie stwierdzić, jak bardzo moja gadanina dotyczy Cię osobiście.”
    Dziękuje za tę dokładną diagnozę, niezwłocznie się odwdzięczę.
    „A, i jeszcze to: pokazywanie osobowości nie jest złe. Zwracam tylko uwagę: pisząc recenzje bez świadomości, że właśnie to nami kieruje (że chcemy być w butach twórcy, a nie analityka), można się na tym pięknie przejechać. ”
    Jak?
    „No przecież sama wyłapujesz gradację: że ci z lubimyczytać to nie, nie. Ci z jutuba to takie tam gadanie. I nawet zgadzasz się ze mną, że tamtym idzie o pokazanie osobowości, a nie krytykę.”
    A jak to się wyklucza?
    Piszę tutaj, bo ten tekst ma jakąś dziwaczną tezę.
    Najpierw mamy, że krytycy nie piszą książek, a jeśli już to piszą słabe. Potem utyskiwania na to, że prawdziwych krytyków już nie ma. Nie wiem co to ma do tematu, ale podejrzewam, że jest dalszym ciągiem utyskiwań z wpisu o pana książce(ten gdzie skarży się pan że dostał sprzeczne opinie.) I że dobrzy krytycy piszą dobre książki. Ok, raczej się zgodzę. Potem o tym, że krytycy nie są dobrzy, bo chodzi im tylko o lajki i pokazanie siebie. Tutaj się nie zgodzę. Każdy chce pokazać siebie, bo mówienie czegokolwiek, co nie jest faktem na temat świata, jest pokazywaniem siebie. A recenzja jest subiektywna z definicji, więc jest pokazaniem siebie.
    Po drugie, jeśli uważa pan, że coś co ma dużo lajków musi być wątpliwej jakości, to wychodzi że wszystkich lajkujących cokolwiek uważa pan za kretynów. Owszem, ludzie czasem lajkują głupie rzeczy które ich bawią, ale lajkują też mądre, żeby się uczyć.
    Potem mamy diagnozę problemu tytułowego, boją się krytyki i jednocześnie są zbyt krytyczni wobec siebie. No dobra, to tłumaczy czemu nie piszą(i pewnie często jest prawdą), ale co z tymi którzy piszą słabo, też za bardzo krytyczni?

    No nie ukrywam, że najbardziej jestem przeciw części „prawdziwych krytyków już nie ma”. Wydaje mi się, że zwyczajnie ma pan jakieś dziwne wyobrażenie o prawdziwej recenzji, do którego z jakiegoś powodu większość prawdziwych recenzji nie pasuje. Odgrzebałam nawet pana stary artykuł, bo coś mi dzwoniło, że już kiedyś odniosłam takie wrażenie:

    „Mówiąc w najprostszych słowach, tradycyjnie krytyka literacka rozumiana jest jako analiza dzieła, zwykle na tle innych, podobnych pozycji. W bardziej popularnych wydaniach jak najbardziej może zawierać rekomendacje ze strony krytyków, ale powinny być to opinie wysnute z obiektywnych przesłanek. Na przykład – zarzut wtórności dzieła warto poprzeć listą wcześniej wydanych książek, które traktowały o tym samym.”
    Nie, to jest tylko jedna z form krytyki.
    „Sztuka pisania recenzji staje się więc sztuką pisania felietonów na temat książek.”
    Felieton to jedna z form recenzji.
    „Tradycyjne recenzje trwają więc tam, gdzie nie liczy się ich mała popularność. W kręgach akademickich, nasiąkając pretensjonalnym żargonem. W niszowych periodykach kulturalnych. No i na blogach nielicznych zapaleńców, którym ciągle jeszcze się chce.
    Wszystkie te miejsca łączy jedna rzecz – przeciętny zjadacz książek tam nie zagląda. W ogóle niewielu ludzi się tym wszystkim interesuje. Wiatr hula, tocząc wyrwane krzaki po pustyni.”
    Nic dziwnego, takie recenzje mogą zainteresować tylko dwie grupy. Pisarzy i profesorów literatury. Przy czym chyba docieramy do sedna pana problemu.
    Pan jako pisarz by chciał, żeby dało się zapisać wzór na doskonałą książkę. Widać to we wpisie o pana własnej powieści.
    „Na razie – z opinii publicznych i prywatnych – dowiedziałem się, że wyszło „w dechę” i „do bani”. Książka jest szalenie wciągająca, ale niczym bagno. Nie da się z nią nudzić, choć prawie idzie zasnąć.”
    Prześwieca przez to taka leciutka irytacja, że czytelnicy jako całość nie mogą się zdecydować na konkretne kryteria oceny. Więc jeśli nie dostanę pięciostronicowej analizy z wyszczególnieniem błędów literackich i co najmniej dwoma wykresami na temat ich wpływu na spadek czytelnictwa, to to nie jest prawdziwa recenzja i foch. Tyle że to nie do końca tak działa, ludzie zazwyczaj nie wiedzą dlaczego coś lubią. Zapytani, spróbują wymyślić jakieś uzasadnienie, czasem po prostu błędne. Dlatego właśnie te wszystkie subiektywne blogi, przyciągające czytelników konkretnymi stylami recenzji, to zwykle niezły pomysł. Bo zapewne najbardziej polubisz ten blog, którego autor promuje i przedstawia rzeczy w twoim guście, w ten sposób możesz w miarę trafnie wybrać następną książkę do czytania. W dodatku to bzdura, że tacy autorzy są wyłącznie subiektywni. Zazwyczaj łączą oba style, przedstawiając obiektywne dowody w subiektywnej formie.
    Podzielam częściowo zdanie że brakuje nam pewnych form krytyki. Tylko nie sądzę, żeby przydała się nam do czegokolwiek, szacowna, sztywna dama rodem z jakiejś pracy dyplomowej. To co by się naprawdę przydało, to taki Nostalgia critic, tylko że oceniający książki z Topek empiku i innych popularnych źródeł. To co on robi z recenzjami filmu, jest właśnie świetnym przykładem połączenia „pokazywania osobowości” z rzetelną recenzją, która była by pomocna również dla twórców. A ile dobrego mogło by to zrobić dla czytelnictwa w Polsce.

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Komentarz brzmi jak fechtunek, ale mam wrażenie, że rozumiemy się całkiem dobrze. Przejdę więc do najważniejszego: słusznie zauważasz, że większość recenzji to szukanie równowagi między aspektami ekspresyjnym i analitycznym. Nie zaprzeczam. Chodzi mi o to, że tylko jeden z tych aspektów jest w jasny sposób nagradzany. To po pierwsze; po drugie: sięgnięcie po ekspresję jest zwykle o wiele tańsze, a wielu recenzentów uważa (najwyraźniej), że dobra ekspresja może zamaskować braki w warsztacie analitycznym. Trend jest więc taki, że „zaistniejesz”, jeśli masz mocną opinię i potrafisz ją ciekawie wyrazić. Jeśli taki tekst jest podparty solidną analizą, to super; mocna pozycja na obu biegunach to właśnie zwycięstwo w tej grze. Tyle że równie dobrze można analizę potraktować pretekstowo, ograniczyć do prostego uzasadnienia opinii, a mało kogo to przejmie, lajki będą się zgadzać, zaś na konto trafi kasa za wierszówkę. To jest właśnie czynnik, który absolutnie rujnuje współczesną krytykę. Właśnie dlatego używam takich dramatycznych zwrotów jak „prawdziwych krytyków literackich już nie ma”. Recenzja nie może być tylko, ani nawet przede wszystkim ekspresją.

      Szczerze, jak czytam Twój komentarz, mam wrażenie, że jesteśmy zasadniczo po tej samej stronie. Drążysz, analizujesz moje słowa, chcesz dotrzeć do sedna. To jest właśnie podejście, którego często nie widzę we współczesnych recenzjach! Dlatego od początku rozmowy wydaje mi się, że ość niezgody leży gdzieś między słowami. Bo widzisz, ja wcale nie jestem orędownikiem absolutów. Nie chodzi mi o to, że masz pisać jak „prawdziwy krytyk”; to jest tylko figura. Nie ma zgrabnej recepty na dobre teksty, czy książki, czy recenzje, więc uniwersalnym rozwiązaniem nie może być „pisz jak profesor literatury”. Ale to oznacza, że faktycznie musisz zaangażować się w starcie pomiędzy biegunami: ekspresją a analizą, twórcą a krytykiem. Tutaj wraca ten dylemat: czemu warto dążyć do jakiejś równowagi, mimo że przez to „ciepnie cię do sąsiedniego wymiaru”. No ciepnie, ale przynajmniej będziesz pisać dobre, wartościowe teksty, na najwyższym poziomie, na jaki Cię faktycznie stać. Nie idzie przecież o to, żeby produkować tanią popelinę i czuć się z tym dobrze.

      Tymczasem, mówię, tania popelina to droga, którą moim zdaniem obiera wielu recenzentów. Produkują teksty wedle kryterium „chcę mieć lajki”, oczywiście nie uświadamiają sobie tego, a później traktują własne opinie jakby faktycznie wywiedli je z czegoś więcej niż „tak mi się zdało”. Na pisaniu bez świadomości, co nami kieruje, można się przejechać – właśnie dlatego. W pewnym momencie miesza Ci się wyraz z sednem. Powstaje przez to recenzja pusta, nieszczera, albo przynajmniej powierzchowna. Ale recenzentowi wydaje się, że zrobił dobrą robotę, bo mocno wyraził opinię (z którą po zastanowieniu przestanie się zgadzać, więc dlatego woli się nie zastanawiać).

      Można powiedzieć: w czym problem? Opinia jest jak dupa, każdy ma własną. Mamy wolność słowa, możemy je sobie wyrażać. Spoko. Tyle że kiedy zrównamy wagę merytoryczną wszystkich opinii, zostaniemy z szumem. Dostaniemy chaos bez znaczenia.

      Właśnie o to mi chodziło, kiedy pisałem:

      „Na razie – z opinii publicznych i prywatnych – dowiedziałem się, że wyszło „w dechę” i „do bani”. Książka jest szalenie wciągająca, ale niczym bagno. Nie da się z nią nudzić, choć prawie idzie zasnąć.”

      Jeśli książka jest jednocześnie super i do kosza – i obie opinie są tak samo zasadne – sam recenzowany materiał przestaje istnieć. Rozumiesz mnie? Recenzowana książka może być czymkolwiek. Liczy się wyłącznie relacja recenzenta z własną opinią – a później relacja czytelnika recenzji z tekstem recenzji. Jeśli każda opinia jest warta tyle samo, krytycy nie dokonują faktycznej oceny, ale tworzą tekst inspirowany. Czyli sami, własnymi rękami zabijają krytykę literacką, zostawiając dla siebie rolę twórcy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *