Ćwiczenie dla pisarzy – elastyczny styl

Zaczynam ten rok na Spisku o miesiąc później, niż chciałem. Czas najwyższy na nowe ćwiczenie. Tym razem – w trochę innej formule.

Najpierw jednak wyjaśnienie kontekstu; skąd taki, a nie inny, pomysł. Brałem ostatnio udział w rozmowie o tym, jak raczej pokazywać, niż wyjaśniać. W pewnym momencie zorientowałem się, że zachodzi na tym tle pewne nieporozumienie. Otóż, „wyjaśnianie” utożsamiane jest z gawędziarskim, potoczystym stylem. Im bardziej rozgadana proza, tym mniej łapie się na „show”, a tym bardziej podpada pod „tell”. Tymczasem – nie. „Show, don’t tell” jest przestrogą przed karmieniem czytelnika gotowcami. Chodzi wyłącznie o to, żeby szanować jego inteligencję; przedstawiać zdarzenia tak, aby mógł samodzielnie wyciągnąć z nich wnioski. Styl pisania nie ma tu nic do rzeczy. Da się ten sam cel osiągnąć pisząc wylewnie.

Inna sprawa, że gawędziarstwo w prozie jest trudne. Do bełkotu niedaleko, a granica jest subtelna. Wielu niedoświadczonych twórców nie zdaje sobie nawet z niej sprawy.

Warto jednak ćwiczyć się w obu kierunkach – pisaniu bardziej potoczystym i bardziej oszczędnym. Ot, choćby tylko po to, żeby sprawdzić, co nam pasuje, albo co jest lepiej odbierane przez czytelników. Idealnie, jeśli dzięki temu nasz styl nabierze elastyczności.

Zróbmy tak: podam pięć słów, których trzeba użyć (w dowolnej kolejności). Wykorzystaj je w dwóch krótkich opowiastkach lub fragmentach szerszego tekstu. Pierwszą wersję przekaż stylem oszczędnym – na tyle, na ile potrafisz. Drugą – potoczystym.

Przy czym nie chodzi o popadanie ze skrajności w skrajność, ale o stworzenie tekstów, które mają ręce i nogi. Sprawdź, jak brzmi Twój głos na obu końcach skali. To znaczy: napisz tak, żeby Ci się obie wersje podobały. Nie rąb zdań na siłę, nie maltretuj rytmu, tylko po to, żeby było krócej. I z drugiej strony, nie wypychaj prozy śmieciem.

Uwaga! Achtung! Podaję słowa:

Śledź. Ziąb. Skrzydła. Urząd. Palimpsest.

Dorzucam dwa przykłady. Najpierw wersja oszczędna:

Śledź leżał na gazecie. Marginesy pokryto niezrozumiałymi wierszami; litery były zbyt drobne. Inna ręka namazała czerwonym markerem grube znaki – „Skrzydła sprzedam tanio”. Później numer telefonu. Ktoś dorysował zawijasy na rogach, ktoś poprzekreślał zdania w artykułach. Do tego plamy tłuszczu. Tragedia. Palimpsest nie do rozczytania.

Ziąb ciągle trzymał; mój ostatni dzień na urzędzie. Nie było szans: wszystko musiało się wydać. Miałem skończyć jak ten śledź. Martwy i na pierwszej stronie szmatławca.

OK, teraz próba gawędziarstwa:

Marcelina subtelnie dawała kiszonym śledziem, co było dla niej bardzo nietypowe. Wegetarianka, kiedyś nawet weganka, do tego zawsze zadbana, wypachniona. Nagle śledź. Wywąchiwałem ten zapach niedyskretnie, aż zwróciła na mnie uwagę. Spytałem wprost, bo cóż mi pozostało, a z jej ust usłyszałem pełne złości: „Skrzydła”. Jakie skrzydła?

Opowiedziała, że wyszła z biblioteki, gdzie badały z koleżanką palimpsest z VIII wieku, a że ziąb był straszny, udała się na przystanek. Stoi, czeka, aż tu nagle patrzy i widzi: mewa. Mewa we Wrocławiu. Wielkie ptaszysko, które w dziobie targa dorodnego śledzia. Marcelina nie do końca zawierzyła własnym oczom, więc stała dalej, jak wryta. Nie ruszyła się nawet wtedy, gdy mewa upuściła zdobycz. Dziewczyna straciła zdolność reakcji, ale grawitacja działała jak zwykle. Ryba spadła, no i pieprznęła Marcelinę prosto w nos.

Tyle. Wyszło mi lub nie. Teraz Twoja kolej.

Zapisz się na newsletter! Spisek Pisarzy wysyła tylko to, co warto przeczytać.



Tomasz Węcki

Tomasz Węcki


Cześć, mam na imię Tomek i jestem grafomanem. Od kilkunastu lat udaje mi się połączyć przyjemne z pożytecznym i utrzymuję się przede wszystkim z pisania. Byłem już dziennikarzem, piarowcem, copywriterem, ghostwriterem, dokumentalistą i autorem tekstów do gier komputerowych. Teraz możesz również przeczytać moją pierwszą książkę – „Wtajemniczenie”.

10 odpowiedzi

  1. Mateusz pisze:

    Cześć. To ćwiczenie przypomina mi fragment książki Stephena Kinga (i jego pogląd) „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika”, gdzie autor tłumaczył, że należy szanować inteligencję czytelnika i nie podstawiać mu pod nos wszystkiego. Zgadzam się z tym i tak też piszę. Z tym, że tu łatwo o bełkot, tak jak mówiłeś. King to autor-gawędziarz, więc jemu to wybitnie pasuje, bo rzadko bełkocze. Osobiście też lubię gawędziarski styl i staram się pisać w ten sposób tak, by nie mówić o niczym. To bardzo trudne, ale do opanowania (lepiej lub gorzej). Warto spróbować, bo gawędziarstwo ubogaca książkę o ciekawe wątki poboczne. :)

    Pozdrawiam,
    Mateusz.

  2. muchacho pisze:

    Ziąb chłostał mnie po całym ciele. Na najbliższym przejściu czerwone światło. W głowie czerwona lampka – coś próbowało wydostać się na zewnątrz. Przypomniał o sobie wczorajszy śledź w occie. Odruchowo chwyciłem się za brzuch, za łeb już nie zdążyłem; pytania zaczęły mnożyć się same. Gdzie ja, do jasnej cholery, jestem? Co się wczoraj działo? W głowie wy-brzmiewał głos znajomej psycholożki: „Palimpsesty alkoholowe niczego dobrego nie wróżą”. Dorobić sobie tylko skrzydła i wynosić się stąd. Wywalą mnie z Urzędu. Tym razem na pewno.

    Stanisław siedział skulony na ławce w Parku Sołackim. Postanowił wybrać się tu dzisiaj, mimo że ziąb nadal nie odpuszczał. Musiał zebrać myśli, a w tym miejscu prawie zawsze mu się to udawało. Tym razem mogło być jednak inaczej – czuł, że śledź, którego wiązał wczesnym rankiem, trochę go dusi i uwiera. Wolał jednak zostawić go w spokoju i nie wpuszczać prze-nikliwego zimna pod płaszcz.
    Jak miał się skupić na czymkolwiek? Za zachowanie niepokornego śledzia obwiniał stres, który w ostatnich dniach stał się jego nieodłącznym przyjacielem. Spojrzał przed siebie na spokojną taflę stawu – on na pewno nie odzwierciedlał jego teraźniejszej kondycji. Były to prędzej liczne ptaki, które machając energicznie skrzydłami, patrolowały okolicę.
    Przedwczoraj, gdy akurat oglądał z Joasią całkiem niezłą komedię na jedynce, zadzwonił Tadeusz. Nie owijał w bawełnę, po krótkich uprzejmościach od razu przeszedł do sprawy. On, Staszek, uzyskał rekomendację partii w wyborach na urząd prezydenta miasta.
    Na samo wspomnienie niedawnych wydarzeń Stanisław zaczął się trząść. Palimpsest. Pierwsze słowo, jakie wpadło mu do głowy. Czemu akurat to? Może śledzik zaczął już poważnie szkodzić jego mózgowi? Ale taka była prawda – myśląc, że nic zaskakującego w życiu już go nie spotka, historia zaczęła pisać się na nowo. Teraz liczyła się już tylko nadchodząca przyszłość.

  3. WkurzonyGandalfCzarny pisze:

    O, nowy wpis.
    To do zobaczenia, za dwa miesiące.

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Bez marudzenia się nie obejdzie, prawda? Chcesz, żeby wpisy były częściej, możesz zaproponować temat, wykonać research, a najlepiej przesłać gotowy tekst do dalszej redakcji.

      • WkurzonyGandalfCzarny pisze:

        Może jeszcze Ci tyłek podcierać? To nie ja prowadzę bloga, tylko Ty.

      • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

        Żądasz ode mnie darmowej pracy, na której masz nadzieję skorzystać. Proponuję, żebyś sam taką pracę wykonał – i wielkie oburzenie.

        Kali ukraść – dobrze. Kalemu ukraść – źle.

  4. Anna Stranc pisze:

    Uwielbiam takie ćwiczenia.
    Wersja oszczędna:
    Zjadła śledzia na obiad. Teraz jej się odbijało. Po drugim odbiciu spojrzała na drogę. Leżały na niej skrzydła. Czyje? A obok kawałek papieru. Palimpsest. Skąd tutaj? Ziąb nie pozwalał myśleć. a do urzędu jeszcze daleko.

    Wersja bardziej szczegółowa:

    Gdy się obudziła rano, poczuła ostrą woń śledzia, którego babcia smażyła w kuchni wyglądającej jak palimpsest, a t dlatego, że córka Basi mazała wciąż po ścianach, a babcia ścierała jej napisy. We śnie, który jeszcze tkwił pod powiekami pojawił się urząd, do którego musiała w końcu iść prędzej czy później, ale chyba później, bo się jej nie spieszyło nigdy, zwłaszcza zimą, gdy okrutny ziąb przeganiał wszystkie bezdomne psy i koty z podwórka, a jedynie ptaki zostawały na stanowisku i swoje łebki chowały w skrzydła czarne błyszczące jak atrament, którym wujek Janek pisał swoje opowieści, a których nikt nie chciał wydać nawet po jego śmierci.
    Wolę wersję krótszą. Spotkałam się już jednak z opinią, że te zdania wielokrotnie złożone są takie piękne. Pozwalają się wczuć czytelnikowi w opowieść. Z tym się nie zgadzam.

  5. Beztalencie pisze:

    Wracając z urzędu kupiła śledzia na targu. Nie wyglądał zbyt świeżo, ale i tak jest o wiele lepszy niż te paskudne skrzydła. To na pewno nie był kurczak. Zaraz, ale w co go owinięto? To wygląda jak jakiś palimpsest. Zresztą nieważne, na dworze ziąb i nie zamierzała przebywać tu dłużej niż to konieczne.

    Śledź wysiadł z samochodu. Bardzo trafne nadałam mu przezwisko, nie chodzi tylko o jego rybne perfumy – ona nawet porusza się jak śledź. Chwilę, gdzie my w ogóle jesteśmy? Chyba w jakimś muzeum,. no świetnie, ale czego ja się właściwie spodziewałam po urzędniku. Urząd. He, dobrze że przynajmniej nie zabrał mnie na randkę do pracy. Od razu wiedziałam, że to zły pomysł. W końcu przy naszym pierwszym spotkaniu przez godzinę gadał coś o jakimś znalezisku z XIII wieku. Jak on to nazwał? Palimpser, pasilmpler…. Nie, palimpsest! Właśnie. Co ja tu w ogóle robię? Ziąb na dworze, a ja ubrałam się zbyt lekko. Zaraz! Co on wyciąga z kieszeni? Chyba jakiś wisiorek, skrzydła na łańcuszku, ale skąd on wiedział. Wychodzę na chwilę do łazienki i dzwonię natychmiast do Kaśki – to ona mnie w to wszystko wpakowała. Mówi mi, że Śledź już od tygodnia poszukiwał idealnego prezentu dla mnie, podobno wypytywał ludzi i odwiedził trzech jubilerów. Może jednak źle go oceniłam? Wystawa na którą mnie zabrał dotyczy ptaków, nie wiedziałam tego wcześniej, a ptaki to moja największa pasja. Śledź nie jest chyba taki zły.
    Proszę o ocenę.

  6. Kasia pisze:

    Po co niedźwiedziowi skrzydła? Kułtuk- zapisano w Urzędzie do Spraw Tajgi. Niedźwiedź syberyjski-lubi omule, okonie, śledzie. Nie lata. Gala wytrzeszcza oczy -Jołki- połki!! Kułtuk włazi na akację. Macha szalony. Rwie się do lotu. W imię otca i syna i swiataho duha! Idiota! Zrobił je z palimpsestu! A jego już nie ma. Grube cielsko szybuje jak lekka symfonia. Galina płacze. Ziąb i smutek wstrząsają nią.
    Co to!? Huk! Nad Bajkałem fontanna wody. A wraz z nią wyskakują lenoki, omule,śledzie. Resztki palimpsestu unoszą się dokoła. Nie widać niedźwiedzia. Głupi miszka! Ale oto płynie. Pieskiem. Bezczelny! Co ma powiedzieć kierownikowi? Nie uwierzy, że jest niewinna. To najgorszy dzień w jej karierze.
    II
    Co to palimpsest? Czy to jest miłe w dotyku? Czy można tym potrząsać, aż zagra na talerzach jak moja małpka? Dlaczego tata nakrzyczał na mnie? Kiedy namalowałem w naszym przedpokoju, Eskimosów i psy ciągnące sanie, nie złościł się tak… Ten palimpsest , to musiał być ten papier, z którego zrobiłem śnieg! Jutro ma przyjść Mikołaj, ale może jak byłem niegrzeczny,to w ogóle nic mi nie da? Albo co gorsze, będę musiał za karę zjeść śmierdzącego śledzia! Prędzej ucieknę!
    Idzie mama ze skrzydłami, które zrobiła specjalnie dla mnie na jasełka w przedszkolu. Są piękne- zrobione z kawałków gazet. Myślę,że anioły mogą mieć takie skrzydła, bo znają wszystkie słowa świata,dobre i złe,zbierają je od ludzi, by zanieść Panu Bogu. Aniołowi mojego taty przyklei się do skrzydła ,, smarkacz”, tak nazwał mnie i będzie mu później w niebie bardzo wstyd. Pan Bóg mu powie, że u niego w Niebieskim Urzędzie nie wolno krzyczeć na dzieci, choćby i porwały starodawny palimpsest! Zresztą, stare rzeczy się wyrzuca! Mama ciągle prosi ojca -,, Wyrzuć ten porwany sweter, do cholery! Taki ziąb a ten chodzi, jakby mało miał porządnych ubrań!”
    Tata jest bardzo smutny i mi też robi się smutno. Przeproszę go, nie chcę żeby się gniewał, albo żeby powiedział Mikołajowi ,że coś zniszczyłem…To było niechcący, ale wiadomo jacy są dorośli- marudzą i przeszkadzają, wpychają niesmaczne, niby zdrowe rzeczy i tran! Fuuuuuj! Do tego strasznie kochają swoje rzeczy- wazony, filiżanki, głupie papiery i co tam jeszcze mają. Bez przerwy tylko gadają: nie właź, uważaj ,bo ten pies może ugryźć, zapnij kurtkę,przywitaj się, pożegnaj, nie pokazuj palcem! Ale dziś i jutro będę dla taty i mamy dobry. Będę układał puzzle zamiast ganiać się z Fikiem, moim kotem i będę im schodził z drogi, bo przecież święta! Tyle roboty, a mama poza pierniczkami nie pozwala sobie pomagać. Dziwne,że nie poznała się, jakim jestem doskonałym kucharzem!

  7. Marta pisze:

    „Piętno zdradzonej dziewczyny”.
    – Nie pozwolę ci na poniżanie mnie! Dość! Nie jestem i nie będę twoją kolejną zdobyczą! – Natalia uderzyła pięścią w blat biurka: – To koniec!
    I była to prawda… To był koniec. Koniec, nie tylko związku, ale i pracy, ponieważ jedno z drugim było zbyt powiązane…

    W natłoku zapomnianych myśli, szukając w morzu wspomnień tej jedynej chwili zapominamy, że teraźniejszość, już jutro stanie się wspomnieniem.
    Natalia usiadła na brzegu fotela. Oparcie, miękkie, nieco chropowate dało jej dłoni poczucie łaskotania, lecz umysł odebrał tę informację tylko skrawkiem analizy. Pochłonięta jedną, dominującą myślą usiłowała zrozumieć wydarzenia dzisiejszego dnia.
    A przecież dzień zaczął się tak zwyczajne…
    W wyścigu z czasem już od bladego świtu wygrywała. Szybki prysznic, kawa, gdzieś w drodze do kuchni dwa dymki papierosa, który już po chwili spoczął popielniczce i sam dokończał palenie. A potem ten szaleńczy bieg na przystanek autobusowy. Wyścig nie tylko z czasem, ale sowity taniec między kroplami deszczu… Czyli dzień jak co dzień…Gdyby nie to jedno…ALE…
    To „ale”, to odłożona w czasie rozmowa z Karolem. Wiedziała, że zbliża się konfrontacja.
    Karol, przystojny brunet, był od roku nie tylko jej facetem, ale szefem. Odradzano jej ten związek…Robił to każdy, kto ją znał, lecz uczucie wygrało…
    Rozum przespał tę chwilę uniesienia. Dał się zdominować.
    Zdominować ten jedyny raz, gdy pozwoliła sobie na „zapomnienie”.
    A teraz… za pięć minut stanie na progu jego gabinetu i będzie musiała powiedzieć -TAK, lub – NIE.
    Serce pragnęło zdominować rozum, ale wiedziała, że nie tym razem.
    Potrafiła naprawdę wiele wybaczyć.. .I wybaczała. Niestety w życiu każdego człowieka nadchodzi taka chwila, w której musi powiedzieć stanowcze: – NIE. Dość… I to była dla niej właśnie TA chwila.
    ….
    Każde słowo, które wyrzucała z siebie, gdy on wręcz osłupiały spoglądał na nią, bolało. Musiała być szczera. Nie tylko przed sobą, ale i przed nim. Wiedziała o zdradzie. Wiedziała, że od ponad miesiąca stała się pośmiewiskiem w biurze. Że pseudo koleżanki litościwie, a zarazem z pogardą kiwały na jej widok głowami… Nie chciała być pośmiewiskiem. Nie chciała uchodzić za „kolejną lalunię szefa”. Nigdy nie chciała NIĄ być. Ona pokochała naprawdę…
    Na stoliku, w małej porcelanowej filiżance, czekała na uwagę kawa. Pies, rasy bez rasowej spoglądał na jej zasmuconą twarz czarnymi, błyszczącymi oczami, a ona odpłynęła… Niczego nie dostrzegała. Właśnie wracała do wspomnień. Do chwili, w której miłość doczekała się imienia… A brzmiało ono – Karol.
    Najpiękniejsze chwile rodzą się w naszych sercach. Umysł jest jedynie odbiorcą tego, co nadaje serce. Paradoksalnie jest zbyt ułomny, by dorównać potędze, którą cechuje serce.
    Zza okna dochodził szum wiatru, a uderzające o parapet krople deszczu, rytmiczne, monotonne, a jednocześnie złowrogo, pogłębiały jej stan. Jesień panowała nie tylko za oknem, również w sercu dziewczyny…
    Przepełniała ją nostalgia, a jednocześnie nie odstępował smutek…Tęsknota, i sprzeczne, kolidujące z nią poczucie wstydu, wypalało w niej piętno… Piętno zdradzonej dziewczyny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *