Marketing książki, czyli czego się nauczyłem na własnym debiucie

„Wtajemniczenie” objawiło się światu na początku czerwca, więc lada moment minie pół roku od kiedy zacząłem promowanie książki. Czego się nauczyłem przez ten czas?

Zacznijmy jednak od kontekstu, czyli wyników i założeń.

Do dziś darmowy e-book został ściągnięty przez prawie 2000 osób (licząc po unikalnych IP). To bardzo dobry wynik, jeśli brać pod uwagę, że „cyfrowy bestseller” zaczyna się od 2500 sprzedanych egzemplarzy. Porównując jednak do zainteresowania, jakie budzą wpisy na blogu, nie ma w tych osiągach nic nadzwyczajnego. Średnio udany artykuł generuje w pół roku podobną liczbę odsłon, udany – dziesięć, kilkanaście razy więcej.

Od września liczba ściągnięć rośnie stabilnie, około 100 każdego miesiąca. Największe zainteresowanie wystąpiło zaraz po premierze. Wyraźne „górki” (do kilkunastu ściągnięć zazwyczaj) wystąpiły też w reakcji na publikacje poza Spiskiem.

Egzemplarzy papierowych sprzedałem niemal 150. Największa część przypada na okres przedsprzedaży, kiedy e-book nie był jeszcze dostępny. Od tamtego czasu liczba zakupów na stronie spadała gwałtownie, we wrześniu zatrzymując się na poziomie jednej sztuki miesięcznie. W listopadzie, póki co, książki nie kupił nikt.

Całkowity nakład to 300 sztuk i spodziewałem się, że do końca roku już go nie będzie. Z nikim bym się nie założył o ten wynik, ale jednak. Wychodzi, że dostępność darmowego e-booka miała dwa razy większe znaczenie niż zakładałem.

Podstawowe cele, które sobie postawiłem, jeśli idzie o marketing:

1. Ustalić, jakie zainteresowanie książką da się wzbudzić działaniami wyłącznie w ramach bloga.
2. Sprawdzić skuteczność „strategii ubogiego wydawcy”, czyli po prostu – jak duże znaczenie ma zabieganie o recenzje w blogosferze książkowej.
3. Określić, jaki zasięg (i sprzedaż) książki da się osiągnąć przy (prawie) zerowych nakładach na promocję.

Żeby łatwiej rozpoznać efekt poszczególnych działań, celowo wykonuję wszystko po kolei (np. nie było przedpremierowych recenzji, aby mi nie przeszkadzały w realizacji punktu pierwszego). Od razu mówię, że efektywniej byłoby uderzyć z grubej rury, zagrać na szeroką ekspozycję, pojawić się w wielu miejscach naraz. Najlepiej jeszcze w trakcie przedsprzedaży.

Dobrze. Przejdźmy na wyższy poziom abstrakcji. Jakie z tego wnioski? Czego się nauczyłem?

 

 

Nic się nie dzieje samo

Niektórzy ludzie wierzą, że dobra książka sprzeda się sama. Zadziała „marketing szeptany”, wydarzy się „magia poleceń”, no i nasza powieść sama z siebie trafi do ludzi.

Nie mogę powiedzieć, że taki obrót spraw jest niemożliwy. Sądząc jednak na podstawie dotychczasowych doświadczeń, szanse na automagiczną promocję są znikome.

Za każdym razem, gdy rosła sprzedaż czy liczba ściągnięć, wynikało to z konkretnej akcji, którą wykonałem. Na przykład: jednorazowy, zauważalny wzrost wskaźników powodowały recenzje i wzmianki w sieci. Przytłaczająca większość pojawiła się z mojej inicjatywy – bo o nie poprosiłem i wysłałem egzemplarz do recenzji.

Łatwo też wyróżnić, nazwijmy to, ruch tła. To ci ludzie, którzy wchodzą na bloga i klikają w banery. W ich wypadku liczby nie odbiegają od tego, czego spodziewałbym się normalnie (porównując do dynamiki, z jaką przybywa odsłon postów na blogu). Ruch, którego nie potrafię powiązać ze swoimi akcjami, jest znikomy, ginie w szumie – tymczasem spodziewałbym się, że będzie rosnąć. Być może ten cały marketing szeptany jeszcze nie chwycił. Być może czeka mnie niespodzianka. „Wtajemniczenie” jest dostępne za darmo, więc warunki są idealne. Na razie jednak – efektu za bardzo nie widać.

Jeśli mam to ubrać w krótką radę: nie licz, że cokolwiek ruszy bez Twojej interwencji. Książka sprzedaje się dopóty, dopóki ludzie o niej mówią – a sami z siebie będą woleli gadać o pozycjach już znanych.

Nic nie jest za darmo

Recenzja na blogu książkowym kosztuje tyle, co druk egzemplarza recenzenckiego (plus koszty logistyczne). W odpowiedzi na moje maile (wysłałem coś koło setki), tylko dwie osoby postanowiły zrecenzować e-booka. Nie piszę tego, żeby coś komuś wytknąć – przeciwnie, jestem wdzięczny za każdą opinię! Zwłaszcza w sytuacji gdy na te sto maili skuteczne okazało się ile, 30%?

Każdy autor publikujący własnym sumptem powinien jednak pozbyć się złudzeń, że przeprowadzi kampanię promocyjną zerowym kosztem. Albo że podbije rynek e-bookiem.

Nie trzeba mieć od razu górki monet, bo wiele rzeczy rzeczywiście da się osiągnąć jeśli nie za darmo, to przynajmniej tanio. Dysponując zerowym budżetem stawiamy się jednak w sytuacji, gdy każdy problem wymagający pieniędzy jest przeszkodą nie do pokonania.

Poza tym, istnieją drogi dostępne wyłącznie dla ludzi z kapitałem. Recenzje w prasie częściej trafiają się tym wydawcom, którzy kupują reklamy. W ogóle – reklama; dowolna jej forma kosztuje. Nawet opcje tanie i relatywnie efektywne, jak Facebook Ads, potrafią pożreć spore kwoty.

Owszem, czasem da się twardą gotówkę zastąpić innym rodzajem kapitału, na przykład wtedy, gdy masz znajomych na odpowiednich pozycjach. Bardzo często ludziom wystarczy jakaś forma quid pro quo (np. napiszemy o książce w zamian za patronat). Warto zastanowić się, co jako autor mamy do zaoferowania. Natomiast nie warto nastawiać się na to, że ktoś nam cokolwiek da za darmo. Nie mówię, że to się nie zdarzy, mówię tylko, że nie ma co na to liczyć. Jeśli ktoś strzeże jakiejś bramki, może chcieć od Ciebie opłaty za wejście – inaczej po co tej bramki strzec.

BTL, dobry targeting, nietypowe akcje

Skoro mowa o budżecie na promocję, powiedzmy wprost: niewielu pisarzy stać na wydanie kilkudziesięciu tysięcy złotych. Mało kto będzie więc mieć reklamy w popularnych gazetach, pomoc profesjonalnej agencji, multimedialne materiały promocyjne. Na szczęście, książka to nie pasta do zębów i żadna z tych rzeczy nie jest niezbędna do jej marketingu.

Gdy samodzielnie sprzedajesz własną książkę, już bardzo małe wzrosty zasięgu przekładają się na zauważalne zyski. Znakomicie sprawdzają się więc skromniejsze działania, byle były dobrze pomyślane i wycelowane. Moja strategia – wyłączając działania na samym Spisku – póki co polegała na zdobyciu możliwie wielu recenzji na blogach i w portalach. Nazwałbym ją leniwą, bo można zrobić o wiele, wiele więcej. No ale chciałem ocenić skuteczność takiej drogi.

I, szczerze mówiąc, jestem zaskoczony. Bo recenzje na „blogaskach książkowych, których nikt nie czyta” wymiernie przełożyły się na zwiększone zainteresowanie e-bookiem. Po każdej publikacji – również takiej, w której nie podano linka do Spisku – pojawiało się zwykle kilkunastu ponadplanowych czytelników, którzy ściągali książkę. To nie jest dużo, dlatego liczy się liczba recenzji – każda z nich to klucz do kolejnej niewielkiej społeczności. Łącznie, wydaje mi się, „Wtajemniczenie” dotarło tą drogą do trzystu, może czterystu ludzi.

Jeśli Twoja książka czeka w księgarniach, to niewiele. Jeśli jednak samodzielnie ją sprzedajesz, na każdym odbiorcy zarabiasz o wiele więcej, niż oddaliby Ci pośrednicy. Trzystu nowych czytelników kupujących bezpośrednio od autora wartych jest tyle samo, co trzy tysiące klientów Empiku.

Oczywiście, warto pamiętać, że od udostępnienia darmowego e-booka na blogu sprzedałem około trzydziestu książek papierowych. Ilu kupujących było wśród tych trzystu nowych czytelników – nie wiem. Mówiąc o skuteczności strategii mogę więc mówić jedynie o zasięgu.

Podobnie w kwestii reklam facebookowych, które też przetestowałem. Zostały odebrane znakomicie, zgarniając sporo lajków i pozytywnych komentarzy. Koszt za kliknięcie wypadł poniżej dwudziestu groszy, co uważam za bardzo dobry wynik. Ponad 70% ludzi, którzy przeszli na landing page, faktycznie ściągnęło książkę. Niestety, w okresie aktywności reklam tylko jeden raz zamówiono wersję papierową. Cała para poszła w e-booka, więc znów nic mądrego nie powiem o opłacalności przedsięwzięcia – poza tym, że wygląda obiecująco.

Jednak – to właśnie tego typu działania są efektywne w wypadku self-publishingu. Chodzi przede wszystkim o precyzję. Zawsze taniej dotrzeć do niewielkich grup niż do szerokiego audytorium. Wybierając tych ludzi, którzy będą najbardziej zainteresowani naszym towarem, zwiększamy szanse na sprzedaż i tym samym efektywność akcji promocyjnej. Blogerzy książkowi zapewniają dostęp do bardzo cennej publiki – do ludzi czytających regularnie. Facebook natomiast pozwala skierować reklamy do użytkowników wybranych wedle dowolnego kryterium.

Kilka obserwacji

Raczej nie będzie okazji, żeby wrócić do tematu w szerszym zakresie, więc – zanim ruszymy dalej – dorzucę kilka obserwacji dotyczących mojej współpracy z blogerami.

1. Nie ma znaczenia, czy recenzja jest pozytywna, negatywna, czy „meh”. Dowolna wzmianka może wzbudzić zainteresowanie – przynajmniej o ile poprawnie odczytuję swoje statystyki. Wniosek z tego, że nie ma się co zżymać na ludzi, jeśli im się nasza książka nie spodobała i o tym rozpowiadają. Mogą przecież zrobić coś gorszego: milczeć.

2. Recenzja budzi reakcje dopóki jest eksponowana. Z moich obserwacji: zainteresowanie nowych czytelników szybko zanikało (albo przynajmniej zaczynało zlewać się z tłem, co oznacza – na przykład – przyrost o jednego, dwóch czytelników zamiast około dziesięciu naraz). Dzieje się tak, ponieważ większość blogów książkowych ma relatywnie małe społeczności, które prędko nasycają się informacją. Także – ponieważ większość blogerów publikuje częściej niż ja. Nie trzeba długo czekać, aby recenzja zniknęła pod innymi wpisami.

3. Ekspozycja jest ważniejsza od liczby czytelników medium. Dużym zaskoczeniem było dla mnie małe znaczenie recenzji na portalach. Nie jestem w stanie oddzielić ich wpływu od ruchu tła, więc tak jakby w ogóle tego wpływu nie było. Być może większy sens ma współpraca z portalami w formie patronatów.

Self-publisher dostaje kopa w dupę gratis

Nie lubię narzekać, więc… załatwmy to szybko. W odpowiedzi na moje maile pięć razy otrzymałem sugestię, że trzeba mnie tępić. Pięć incydentów na około sto iteracji to już nie jest zwykły przypadek. Podobnie: skuteczność moich petycji o recenzję to jakieś 30%. Wynik nie jest zły, ale spodziewałem się lepszego. Powodem tej niezbyt zachwycającej efektywności mogą być różne rzeczy – na przykład to, że odbiorców dobierałem mniej trafnie, niż mi się wydaje. Po tych pięciu nienawistnych odpowiedziach podejrzewam jednak, że działa tu też czynnik systemowy, na który nic nie poradzę. Mianowicie, self-publisher jest na samym dole hierarchii, zwłaszcza w przypadku debiutu.

Rynek książkowy ma się źle, a gdy jest źle, pojawia się popyt na teorie wyjaśniające dlaczego jest jak jest. Najłatwiejsze zawsze okazuje się wskazywanie winnych, natomiast ze wszystkich kandydatów najlepsi są ci, których łatwo ukarać. Nawet jeśli niczemu nie są winni.

Self-pub robi więc za chłopca do bicia i wchodząc na tę ścieżkę musisz mieć tego świadomość. Znajdą się ludzie, którzy na podstawie wyimaginowanych przesłanek postanowią odpłacić Ci za krzywdy, których nie jesteś nawet w stanie wyrządzić. Pamiętaj, że to nie Twój cyrk, nie Twoje małpy i nikomu nic złego nie robisz. Poniesiesz konsekwencje cudzej ignorancji, niestety, ale przynajmniej nie daj się zahukać.

Natomiast jeśli jesteś jeszcze przed debiutem i zastanawiasz się, jak najlepiej się do tego zabrać – idź do porządnego wydawnictwa. Self-publishing to hard mode.

Wnioski na przyszłość

Szczerze mówiąc, nie o każdej konkluzji chcę teraz rozprawiać – będzie na to jeszcze czas. Parę rzeczy jest jednak oczywistych już w tej chwili i akurat o nich mogę coś powiedzieć.

1. Strategia promocyjna oparta na współpracy z blogerami to bardzo dobry wybór dla self-publishera. I, co ważne, nie mówię tylko o blogerach książkowych. Jeśli sprzedajesz przez internet, w zasadzie trudno znaleźć bardziej obiecującą opcję. Ludzie są ślepi na banery, AdWords jest za drogie, natomiast portale i serwisy często trzymają swoich czytelników na dystans, a więc mają na nich słaby wpływ. Blogerzy może nie zapewnią największego możliwego zasięgu, ale zwykle mają dobrą konwersję.

2. Pomimo tego, że „strategia ubogiego wydawcy” (czyli wysłanie książek do recenzji) okazała się bardziej skuteczna, niż się spodziewałem – pomimo tego, nie polecam. Dokładniej: to nie może być jedyny wysiłek, który podejmiesz. Konieczne są dodatkowe działania z kategorii media relations (czyli, na przykład, załatwianie wywiadów). Bardzo mile widziane byłyby niestandardowe akcje, zwłaszcza takie, które zwrócą uwagę dziennikarzy i internetu. Same recenzje nie wytworzą wystarczająco głośnego szumu – a Ty potrzebujesz również tego: żeby ludzie po prostu o książce mówili.

3. Zasięg jednego bloga to za mało. Przypomnę, od czerwca e-booka ściągnęło prawie 2000 ludzi. W tym czasie na Spisek weszło ponad 60 tysięcy unikalnych użytkowników. Konwersja: 3,33%. W międzyczasie własną książkę opublikował Michał Szafrański, osiągając o wiele ładniejsze wyniki. W ciągu pierwszego miesiąca prawie 5000 osób kupiło jego książkę, prawie 9000 się nią w ogóle zainteresowało (odwiedzając stronę sprzedażową), a na bloga weszło ponad 190 tysięcy. Konwersję zasięgu na zainteresowanie towarem Michał wylicza na 4,6%. Nie ma cudów – typowo współczynnik sprzedaży rzadko dochodzi do 5%; najczęściej dąży, cóż, do zera. Jeśli prowadzisz bloga, pomnóż swoje zasięgi przez 2% – takie zainteresowanie towarem możesz w miarę bezpiecznie zakładać. Jeśli natomiast myślisz nad prowadzeniem bloga, bo chcesz w ten sposób promować książkę, zastanów się dwa razy. Blog bez wątpienia pomaga, ale to nieproporcjonalnie dużo zachodu w stosunku do czysto sprzedażowych korzyści. O ile nie masz perspektyw stworzenia medium o zasięgu kilkudziesięciu tysięcy UU miesięcznie, taniej wyjdzie zrobienie solidnego landing page i lobbowanie u już zakorzenionych blogerów o wzmianki, linki i recenzje.

4. Jeśli już musisz założyć bloga w celach promocyjnych (bo, na przykład, inaczej Cię zastrzelą), myśl w kategoriach tematu, a nie kunsztu literackiego. Nie rób bloga po to, żeby pokazać, że dobrze piszesz. Rób bloga po to, żeby zebrać ludzi zainteresowanych tym, o czym piszesz. Przekonywanie, że umiesz sprawnie składać zdania, to element budowy osobistego wizerunku, a nie sprzedaży. Owszem, pierwsze drugiemu pomaga, ale niczego nie gwarantuje. Czytelnik może być przekonany o Twoich umiejętnościach, ale akurat wypuszczasz w świat jakąś fantastykę, której on nie trawi, więc nie kupi, bo po co.

5. Komercyjne wydawanie książki tylko w formie e-booka to proszenie się o kłopoty. Przynajmniej w tej chwili w Polsce. Ludzie będą bardziej skorzy, żeby traktować Cię jak amatora. Trudniej będzie o recenzje. Poza tym, kto zechce mieć Twoją książkę za darmo, załatwi to bez problemu. Jedyny sens widzę w zastosowaniach niszowych, niekomercyjnych, no i jako narzędzie wspierające promocję. W końcu tylko książkę elektroniczną da się masowo rozdać za friko.

6. Self-publisher, który chce zarabiać, powinien rozważyć wejście ze swoją książką do księgarni on-line, a nawet do stacjonarnych. Raczej nie od początku, ale w pewnym momencie może to mieć sens. Samodzielna sprzedaż zapewnia dobrą marżę, jednak rynku się w ten sposób nie podbije.

7. Warto pamiętać, że napisanie książki wymaga innego nastawienia, trybu myślenia, powiedzmy, innego nastroju, niż sprzedawanie książki. Najpierw wkładasz serce w swoją pracę, dopieszczasz detale, skupiasz się na jakości. Chwilę później musisz z szerokim uśmiechem wcisnąć efekt tej pracy komukolwiek – nawet jeśli kupiec nie potrzebuje książki, tylko podkładki pod krzywy stół. Przejście z jednego stanu do drugiego nie jest ani łatwe, ani szybkie, przynajmniej dla mnie. Jestem pewien, że niektórzy ludzie w ogóle tego przejścia nie potrafią zrobić. Dlatego self-publishing to forma wydawnicza, która nigdy nie będzie mainstreamem. Możemy powtarzać „myśl jak przedsiębiorca”, „taktuj książkę jak normalny produkt”, ale zawsze będzie ograniczona liczba pisarzy, którzy rzeczywiście potrafią wziąć takie rady do serca i ciągle dobrze pisać. To nie jest kwestia wiedzy, bardziej emocji. Tradycyjny model wydawniczy wydaje się pod tym względem o wiele łatwiejszy.

P.S.

Przy okazji – jeśli chcesz kupić „Wtajemniczenie”, można to zrobić od teraz do świąt w lepszej cenie (15 złotych) i bez kosztów wysyłki. Promocja się nie powtórzy. Jak ją skończę, będę testować coś innego. :)

Zapisz się na newsletter! Spisek Pisarzy wysyła tylko to, co warto przeczytać.



Tomasz Węcki

Tomasz Węcki


Cześć, mam na imię Tomek i jestem grafomanem. Od kilkunastu lat udaje mi się połączyć przyjemne z pożytecznym i utrzymuję się przede wszystkim z pisania. Byłem już dziennikarzem, piarowcem, copywriterem, ghostwriterem, dokumentalistą i autorem tekstów do gier komputerowych. Teraz możesz również przeczytać moją pierwszą książkę – „Wtajemniczenie”.

10 odpowiedzi

  1. Marre pisze:

    Nie łam się, na samym dole hierarchii jest vanity. Jeśli ktoś się zna na temacie, to nie odrzuci self-puba z automatu (a przynajmniej nie powinien), natomiast vanity tak (a przynajmniej powinien).

  2. Tony pisze:

    Tomaszu,

    Jestem autorem książki, którą wydałem na własną rękę. Żeby ją w ogóle napisać, musiałem się wiele nauczyć. Również z Twojej strony, którą uważam za kopalnię wiedzy, dla takiego grafomana jak ja. Jeśli mogę się podzielić jakimś wnioskami, to najlepiej zrobię to tutaj. Bo mam do Ciebie ogromny szacunek. Może komuś pomoże.

    Próbowałem już przeróżnych metod promocji. Google Adwords, Facebook Ads, Facebooks Ads do lubimyczytac.pl, stoisko na Targach Warszawskich Targach książki, email marketing, paczki dla blogerów, wykop.pl, ulotki i również marketing w samej książce.

    Po pół roku sprzedaży mam 2400 sprzedanych egzemplarzy, 50 tys. fanów na Facebooku, podpisaną umowę o dystrybutorem o wejście do księgarń. Aktualnie dodrukowuję 5000 egzemplarzy.

    1) Wydawanie ebooka w tym kraju, jest według mnie nieopłacalne. Po pierwsze nie ma on takiej wartości, jaką ma książka papierowa. Tym bardziej dla czytelnika. Można ją udostępnić, skopiować, ściągnąć z chomikuj.pl. W dodatku nikt nie zauważy, że ktoś czyta Twoją książkę w tramwaju czy pociągu – chyba że dasz nura komuś w ekran. Druga sprawa to że VAT na książki papierowe to tylko 5%, a na elektroniczne aż 23%. I jak tutaj wytłumaczyć to klientowi? Książka drukowana wygląda lepiej na zdjęciach (blogerów, na Instagramie, na półkach u czytelników). Ja zrezygnowałem z Ebooka i nigdy nie zamierzam go tworzyć.

    2) Targi Książki – własne stoisko kosztuje kupę pieniędzy, jeśli się nie ma dobrego miejsca na samych Targach, ledwo można wyjść na zero. Ale polecam na nie chodzić ze swoją książką, bo to idealne miejsce żeby poznać wielu ludzi.

    c) Google Adwords – nie polecam. Za drogi. Dopiero po wydaniu 900 złotych, Google sam do Ciebie dzwoni i proponuje bezpłatną, 3-tygodniową pomoc. Za to plus. Ale wyjście na zero graniczy z cudem.

    d) Pisanie własnego bloga – oczywiście. Tym bardziej jeśli jest napędzany przez Social Media.

    e) Facebook Ad – świetna forma reklamy. Ja mam taką strategię, że najpierw promuję Fan Page, a potem do ludzi którzy go polubili, kierują reklamę. 90% zysków jest właśnie stąd. Jeśli znajdziesz, że zainwestowanie kwoty X w reklamę na FB, daję Ci Y (czyli np. X+ 2000 zł) to idź na całość. Jednak bez jakiegokolwiek kapitału własnego, jest to trudne.

    g) Wysyłałem też paczki do blogerów. Z prezerwatywami, bletkami i małą flaszeczką Jacka Danielsa. I efekt był raczej słaby. Zrobili jedno zdjęcie, trafiło na Instagram, coś tam się sprzedało, ale w porównaniu z e) to nic.

    f) W moim przypadku, mam naprawdę dobry produkt. Bo sama książka ma 550 stron i jest czymś absolutnie nowym, jeśli chodzi o książki podróżnicze. Ludzie ją albo kochają, albo nienawidzą. A to przyciąga. Część historii jest udostępniona na blogu, ale część jest niedostępna. Więc jeśli komuś się podobają treści, kupuje książkę. To eliminuje niezadowolonych klientów, bo ludzie wiedzą czego się spodziewać. Stąd też ocena 8,74 na lubimyczytac.pl Gdy sprzedawałem książkę bezpośrednio na Targach, kilku ludzi kupiło ją, kompletnie nie mając pojęcia, co zastaną. I pojawiły się negatywne komentarze.

    Tytuł książki: „Bunkrów nie ma”

    Z luźniejszych przemyśleń: Im jesteś większy, tym łatwiej się sprzedaje. Spójrz na przykład na Pokolenie Ikea. Facet wydaje z wydawnictwem. Mają ogromne wyniki sprzedaży. Najnowsza książka „Brud” jest słaba. Pisana na siłę według mnie. Poza tym przepełniona materiałem, który potem będzie pasował idealnie na cytat na Fan Page „Pokolenie Ikea”. Cytaty pochodzą z demotywatorów. Ale… Jest 2 na liście bestsellerów w takim Empiku (za którym wiem, że nie przepadasz). I to wszystko bierze się z zasięgu na Facebooku i dowodu społecznego. Bo skoro na okładce jest napisane, że gość sprzedał 120 tys. egzemplarzy, to ludzie myślą że książka jest dobra. Co jest subiektywne.

    Inwestuj w e) To się najlepiej sprawdza.

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      O, spoko. Wychodzi zresztą, że mamy podobne doświadczenia. Podpisuję się też pod skutecznością Facebook Ads. Wiele razy korzystałem, przez lata i do różnych celów – nigdy nie byłem zawiedziony. Tym razem efekt wyszedł słabo nie z powodu reklam, ale e-booka.

      No, może też z powodu landing page – tego nie jestem pewien. Być może ludzie, którzy nic nie wiedzą o książce, potrzebują obszerniejszego wprowadzenia i, ogólnie, większych atrakcji, zanim zdecydują się na kupno. Może powinienem, jak Ty ze swoim blogiem, iść właśnie w rozbudowaną prezentację. Rzecz do rozważenia.

      BTW, a propos AdWords – wiesz, że organizacje pozarządowe (non-profit) mogą dostać w ramach programu Google Ad Grants 10 tysięcy USD miesięcznie na promocję netową? Żeby z tego legalnie korzystać trzeba prowadzić, oczywiście, działalność charytatywną. Wspominam jednak, bo to chyba jedyny przypadek, kiedy AdWords się opłacają.

      Co mnie jednak uderza w Twojej relacji, to że blog traktujesz jak oczywistość, a tymczasem większość konwersji idzie z reklam fejsbukowych. Dobrze to rozumiem? Bo jeśli tak, 80% roboty idzie w bloga, a większość efektu i tak masz skądinąd. 😀

      O tym właśnie mówię – że tak naprawdę blog nie jest konieczny. Wiadomo, że gdy już ktoś go ma, to super, na pewno da się na nim zyskać. Ale to nie jest aż takie efektywne narzędzie, żeby faktycznie trzeba było się z nim męczyć.

      Jeszcze targi mnie ciekawią. W sumie to ile kosztuje stoisko? I czy próbowałeś doczepić się do jakiegoś kolektywu? Słyszałem, że jak komuś nie zbywa na kasie, to się często wynajmuje na spółkę z innymi wydawcami.

      A co do Pokolenia Ikea i Piotra C… Cóż, nie wierzę w te jego wyniki. W sensie, owszem, na pewno ma przyzwoite osiągi, bestsellerowe wręcz. Tyle że w Polsce bestseller to marne 10 tysięcy sprzedanych egzemplarzy – no i tyle pewnie dał radę sprzedać. Natomiast 120 tysięcy? Hmm… Patrzę na to, jak Piotr C się komunikuje ze światem, patrzę na to, kto jest jego wydawcą; patrzę – i spodziewam się bardzo niskiej przejrzystości danych. Te 120 tysięcy prawdopodobnie dotyczy wszystkich wydanych przez niego książek, zawiera dane e-booków, a do tego jest liczbą egzemplarzy wprowadzonych do obrotu, a nie faktyczną wysokością sprzedaży. Nikogo nie przyłapałem na oszustwie, oczywiście; to tylko moja intuicja działa. Nie zdziwię się jednak, jeśli te 120 tysięcy to „chłyt makertingowy” bez pokrycia, wykorzystany jedynie dla zyskania społecznego dowodu słuszności.

      Ale! Pomimo tego, jego blog to ciągle dobry przykład dźwigni marketingowej. Jeśli ktoś chce się wpakować w prowadzenie bloga, żeby dzięki niemu sprzedawać, tędy droga. Twój też działa na tej zasadzie, jeśli się nie mylę. Ja mógłbym liczyć na dobrą konwersję dopiero wtedy, gdybym sprzedawał książki o pisaniu. 😀

  3. sd pisze:

    „Jeśli już musisz założyć bloga w celach promocyjnych (bo, na przykład, inaczej Cię zastrzelą), myśl w kategoriach tematu, a nie kunsztu literackiego. Nie rób bloga po to, żeby pokazać, że dobrze piszesz. Rób bloga po to, żeby zebrać ludzi zainteresowanych tym, o czym piszesz. Przekonywanie, że umiesz sprawnie składać zdania, to element budowy osobistego wizerunku, a nie sprzedaży. Owszem, pierwsze drugiemu pomaga, ale niczego nie gwarantuje. Czytelnik może być przekonany o Twoich umiejętnościach, ale akurat wypuszczasz w świat jakąś fantastykę, której on nie trawi, więc nie kupi, bo po co.”

    Dlatego teraz zapytam drogi Autorze, czemu nie zastosowałeś tej rady względem siebie i nie wydałeś książki o pisaniu? :) Nabyłabym w ciemno, bo po to zaglądam na Twojego bloga – jestem zainteresowana tym, co piszesz o pisaniu, a niekoniecznie jak sam piszesz i urban fantasy. Co nie zmienia faktu, że ebooka poczytałam i „postawiłam piwo” (a nawet kilka) z tej okazji. Możliwe, że więcej osób zrobiło podobnie i może warto wziąć tę formę zarobku na książce pod uwagę, ale z drugiej strony ciężko ocenić czy ktoś wpłacił kasę w ramach podziękowania za ebooka, czy za możliwość czytania spisku. W każdym razie, dziękuję za podzielenie się doświadczeniami z wydania własnym sumptem. Każdy taki głos jest cenny i daje do myślenia. Pozdrawiam

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Książki o pisaniu zawsze wisiały nad tym blogiem, więc pewnie kiedyś się pojawią. 😉 Mam ten zgryz, że oddając swoje przemyślenia za darmo, w formie wpisów, jednak biorę na siebie mniejszą odpowiedzialność. Najwyżej palnę głupotę, ludzie się ze mnie pośmieją, i tyle. Za książkę – przynajmniej za taką, za którą brałbym kasę – już bym odpowiadał bardziej. Składam przecież obietnicę, że rozwiążę czyjś problem i jeszcze za to inkasuję. Wolę więc się porządnie przygotować do tematu, zrobić szerszy research, samemu wypróbować to i owo.

      Co do postawionego piwa (dzięki, swoją drogą!), ludzie zwykle pisali za co mi stawiają. :) No ale fakt, ktoś mógł pisać, że za „Wtajemniczenie”, a tak naprawdę chodziło o całokształt. Tę formę zarobku jeszcze omówię, ale to raczej przy okazji kwestii sprzedażowo-finansowych, a nie przy marketingu.

      • sd pisze:

        „Składam przecież obietnicę, że rozwiążę czyjś problem i jeszcze za to inkasuję.” Proponuję więc nie składać obietnicy :) Bo czy można komuś obiecać, że dzięki radom napisze bestseller? Można mu co najwyżej dać narzędzia, podpowiedzi, inspiracje, motywację do działania i tym właśnie jest dla mnie „spisek”.
        Ale co jest w tym papierze, że człowiek powinien brać za swoje słowa większą odpowiedzialność niż na blogu? Tak, wiem, giną drzewa, a tak serio – nie przywiązywałabym do formy przekazu tak wielkiego poczucia odpowiedzialności. Osobiście chciałabym mieć poradnik w wersji papierowej, bo lubię kreślić/podkreślać/zaznaczać (czego nie da się robić na blogu) i jest to dla mnie po prostu wygodniejsze. Z jednej strony rozumiem obawy i fajnie, że podchodzisz do sprawy na poważnie (chcesz przygotować się do tematu, zrobić research itd.), a z drugiej – czytelnicy bloga wiedzą, czego się spodziewać i za co zapłacą, nie ma więc mowy o kupowaniu kota w worku, co często zdarza się w przypadku beletrystyki. Niezadowoleni znajdą się zawsze i Ci, którzy będą twierdzić, że nie powinieneś dawać rad o pisaniu, bo nie wydałeś jeszcze xxx książek w tru wydawnictwie 😉 Tylko kogo oni obchodzą? Mnie nie. W każdym razie, mam nadzieję, że doczekam się wersji papierowej, trzymam kciuki!

  4. Fleur pisze:

    Mam pewne pytanko, a mianowicie…Do jakich blogerów pisałeś na pierwszym miejscu?

  5. Tomek Adamiec pisze:

    Cześć Tomku,

    Jeżeli pozwolisz, to miałbym małą sugestię, która mogłaby poprawić wynik konwersji 3,33%.

    Pod każdym postem masz baner reklamujący e-booka i to jest świetny pomysł.

    Przypuśćmy jednak, że na Twój blog wchodzi osoba, która Cię jeszcze nie zna (np. trafiła z wyszukiwarki).

    Nie wie, że autorem bloga jest Tomasz Węcki.

    A jeżeli tego nie wie, to pytanie na banerze, niewiele jej będzie mówić, prawda? :)

    Nie będzie też wiedzieć, że może kliknąć w ten baner, aby pobrać darmowego e-booka. Być możne z chęcią by to zrobiła, ale nie wie, że pod kliknięciem w baner kryje się darmowy e-book.

    Może warto by takiej osobie powiedzieć wprost „Pobierz bezpłatnie moją książkę”. (To jest wymyślone na szybko, można to przerobić). Ważne, żeby napis „wzywał do konkretnej akcji”, w Twoim przypadku pobrania książki.

    Na koniec chciałbym Ci napisać, że prowadzisz świetnego bloga, a w najbliższym czasie zabieram się za Twoją książkę :)

    Pozdrawiam Cię serdecznie :)

  6. Polecam w ramach wniosków na przyszłość: lektura obowiązkowa każdego self-publishera :)
    http://jakoszczedzacpieniadze.pl/self-publishing-finansowy-ninja-case-study-czesc-1

  7. Zwróciłem szczególną uwagę na wspomnienie o trudności w przeistoczeniu z ” ducha pisarza w ducha sprzedawcy „, jest to bardzo poważny problem, niesamowicie trudny do przeskoczenia, potwierdzam to z pozycji zawodowego marketingowca i zarazem z pozycji pisarza-myśliciela…

    Wszedłem przypadkiem, czegoś szukając, i zostałem na jakiś czas, to dobry pomysł byś zabrał się za pisanie książki o pisaniu, zostań trenerem, pisz książki, pisz bloga, twórz markę, masz predyspozycje i masz już doświadczenie cenne.

    Niebawem wielu ludzi pojmie, że powinni napisać książkę , ki , dla własnego interesu, dla budowy własnej marki itd. – Taki czas nadchodzi i ty możesz na tym zarobić fortunę, jest taka szansa. Ludzie na pewnych poziomach, w pewnych zawodach, będą potrzebować podparcia się dorobkiem w postaci książki, książek, jak tlenu.

    Wszystko wietrzeje, wszystko oszukane albo opłacone i kupione, nawet opinie w internecie, dlatego nadchodzi nowa era, era w której wiele osób zabierze się za pisanie książek, ale nie po to by na nich zarabiać, ale po to by dzięki nim móc zarabiać na swoich profesjach , biznesach…

    A w wolnych chwilach baw się w swoje pisanie, zwłaszcza, że będziesz już miał kasę na promocję własnych dzieł…. i nic nie stanie już na drodze do Prawdy o rzeczywistej wartości Twoich książek i o sile, potencjale rzeczywistego a może wyimaginowanego targetu, na który tak bardzo liczysz….

    Powodzenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *