Ćwiczenie dla pisarzy -14

ćwiczenie 14 - o manekinie

Twój narrator to manekin w witrynie sklepowej.

Nie wie, dlaczego jest świadomy. Nie może się też ruszać, nie oddycha, w żaden sposób nie reaguje – dla postronnych to tylko kukła. Mimo to czuje, widzi, słyszy, rozumuje nie gorzej od człowieka. Pracownicy sklepu przebierają go w nowe stroje, ustawiają w nowych kompozycjach z dekoracjami oraz innymi manekinami. Zwykle jednak jego istnienie to przymusowy bezruch z widokiem na ulicę po drugiej stronie szyby.

Co się dzieje w jego głowie? Co sądzi o swoim położeniu? Co sądzi o ludziach, których obserwuje? Czy dostrzega rzeczy, których my byśmy nie dostrzegli?

Czy potrafisz zrobić z tego opowieść?

Obsługa ćwiczeń pisarskich jest prosta. Zastanów się nad przedstawioną sytuacją i pomyśl, jaką historię możesz z tego wydobyć. Gdy wizja jakoś się ułoży, ubierz ją w słowa.

Tekst, który stworzysz, nie musi być długi. Wystarczy nawet jeden akapit. Możesz go pomyśleć jako część większej całości (niechby i całej książki Twojego autorstwa!), ale nie musisz tego robić. Może być to zwarta opowieść, taka, co się zgrabnie zaczyna i kończy z puentą. Może to być też wyrwany z kontekstu opis lub dialog.

Pamiętaj: ćwiczenie jest po to, żeby rozruszać mózg, dostarczyć Ci inspiracji i powodu do tworzenia.

Jeśli zechcesz podzielić się gotowym tekstem, możesz go opublikować jako komentarz do tego wpisu.

 

Foto: NancyK! via Foter.com / CC BY-ND

Zapisz się na newsletter! Spisek Pisarzy wysyła tylko to, co warto przeczytać.



Tomasz Węcki

Tomasz Węcki


Cześć, mam na imię Tomek i jestem grafomanem. Od kilkunastu lat udaje mi się połączyć przyjemne z pożytecznym i utrzymuję się przede wszystkim z pisania. Byłem już dziennikarzem, piarowcem, copywriterem, ghostwriterem, dokumentalistą i autorem tekstów do gier komputerowych. Teraz możesz również przeczytać moją pierwszą książkę – „Wtajemniczenie”.

34 odpowiedzi

  1. Świętokradca pisze:

    Widziałam ostatnio jak matka przechodziła z córką, nastolatką. Mogła mieć 17-18 lat. Szły trzymając się pod ramię, obie jakby wystraszone, nie mając pojęcia o tym, że ktoś mógłby je obserwować patrzyły na wystawy sklepowe. Najpierw widziałam je po drugiej stronie, stąpały powoli, krok za krokiem, rozkładając się po wystawach z przeciwnej strony. Nagle matce upadła torebka, a córka błyskawicznie ją podniosła. Kobiety spojrzały się na siebie w taki sposób, przy którym nie ma się wątpliwości, że one mają tylko siebie, są wszystkim. I mimo tak młodego wieku dziewczyny już widać, że życie doświadczyło ją w różne sposoby, dlatego tak dobrze się rozumiały.
    Później, kiedy robiły resztę okrążenia przechodząc obok mojej witryny nastolatka zatrzymała wzrok na mnie. Był to ułamek sekundy, w którym poczułam się, jakby ona wiedziała o mnie, jakby potrafiła patrzeć na wszystko w sposób, który, przez jej ówczesne życie poorane bruzdami cierpień, nawet obornikowi gnoju daje nadzieję, że jest piękny.

  2. SlavioAraragi pisze:

    Mówią, żeby nie iść do światła.
    Nikt chyba nigdy nie zastanowił się, że alternatywą jest pozostanie w zupełnej ciemności. Więc z dwojga złego, lepiej chyba jednak ruszyć w kierunku tej nikłej iskierki i zobaczyć, co będzie dalej.
    Otworzył oczy. Nie, to nie tak. Bardziej jakby miał je już otwarte, ale dopiero teraz zaczął widzieć.
    Stał w sklepie. Wokół kręciły się kobiety wybierające koszulki, sukienki, spódnice, torebki i miliard innych różnych rzeczy. Typowy dzień w galerii handlowej.
    Ale dlaczego był w sklepie?
    Spróbował się rozejrzeć. Z przerażeniem odkrył, że nie może ruszać głową. Po kolei spróbował każdej części ciała. Nic. Próbował krzyczeć, mruczeć, wydać najcichszy dźwięk – bezskutecznie. Trwał w zupełnym bezruchu ze wzrokiem utkwionym w wejście do sklepu.
    Jak jakiś manekin.
    Chwilę jeszcze walczył, próbując wyrwać się z tego nietypowego więzienia. W końcu jednak dał za wygraną. Ze stoickim spokojem kukły obserwował ludzi wokół. Nie, żeby miał jakąś alternatywę.
    Dzień dobiegł końca i w galerii zapadła ciemność. Teraz dopiero zacznie się męczarnia, pomyślał. Do tej pory przynajmniej coś się działo, chociaż obserwowanie kobiet przebierających w ciuchach to żadna frajda – zwłaszcza kiedy przebieralnia jest poza zasięgiem wzroku. Nie czuł zmęczenia i nie mógł nawet zamknąć oczu, więc sen nie wchodził w grę.
    Nadszedł czas na zastanowienie się nad sytuacją. Świetnie pamiętał, że był człowiekiem. Wojtek Szermański, lat 16. Siatkarz w szkolnej drużynie. Obecnie obudził się jako manekin ubrany w kieckę w sklepie z odzieżą damską.
    To jakiś mało śmieszny żart.
    A może sen? W takim razie najwyższy czas się obudzić. Jak rozpoznać, czy się śni? Podobno zegarki w snach nie pokazują godziny. Królestwo za zegarek, pomyślał.
    Drzwi od sklepu otworzyły się i przed manekinem stanął starszy mężczyzna w mundurze stróża nocnego.
    – Uszanowanko – rzucił na powitanie. – Jak się dziś mamy?
    Facet ma coś z głową…
    Strażnik przysunął sobie pufę i usiadł tuż koło kukły. Wyciągnął termos i nalał sobie kawy.
    – Słyszałem, że był dzisiaj spory tłum jak na środek tygodnia – mówił stary, jakby rozmawiał ze znajomym. Znajomą, w tym przypadku.
    – Straszna była pogoda, ludzie się pewnie chowali przed deszczem.
    Wojtek dużo by dał, by jego zmartwienia ograniczały się do starania się, żeby nie zmoknąć.
    – Mój syn znowu gorzej się czuje – ton strażnika lekko przycichł. Słychać było ciężar codziennego życia jaki nosił na barkach. – Miał jutro jakiś ważny mecz – spojrzał na swojego niemego rozmówcę. – Mówiłem ci, gra w piłkę. Ale to już niedługo… Lekarz mówi, że będzie musiał przestać. Inaczej serce nie wyrobi…
    Nastała chwila ciszy. Normalnie Wojtek miałby gdzieś to, co właśnie usłyszał. Jednak – o dziwo – poczuł jakby nikłą nić zrozumienia dla nieznajomego. Jakby nie patrzeć, sam nie będzie mógł grać. Ani w ogóle nic robić.
    Za życia – jeśli tak można było stwierdzić, w każdym razie przed obudzeniem się jako kukła – był najniższym, za to najszybszym graczem w drużynie. Długo musiał prosić o przyjęcie do zespołu. Oczywiście mimo akceptacji trenera i kilku starszych kolegów, znaleźli się ci, którzy wykorzystywali każdą okazję, by pokazać mu swoją wyższość. Zazdrościł im cholernie wzrostu i siły. Do tego stopnia, że gdy jeden z nich wylądował na wózku, nie szczędził słów pogardy za każdym razem, gdy go widział.
    Obecnie był w o wiele gorszym stanie niż tamten. Zrobiło mu się głupio.
    – Dobra, wracam, zanim Roman poczuje się samotny – odezwał się strażnik. Wstał, stanął przed manekinem i uniósł jego rękę w geście powitania.
    – Do widzenia – ukłonił się i wyszedł ze sklepu.
    Mijały kolejne dni, które głównie różniły się od siebie ilością klientek i kieckami, które miał na sobie. Większość czasu słuchał nudnych rozmów wokół siebie i zastanawiał się, jakim cudem jeszcze nie zwariował.
    Piątego dnia do sklepu przyszła kobieta z dwojgiem dzieci – córką i synem. Chłopak siedział na wózku inwalidzkim.
    Matka z dziewczynką chodziły po sklepie szukając czegoś dla małej. Chłopiec tymczasem rozglądał się niezadowolonym wzrokiem. Niezgrabnie podjechał pod Wojtka-manekina. – Nuuda – mruknął. – Maamoo!
    Kobieta popatrzyła w stronę wołającego i przyłożyła palec do ust na znak, żeby nie krzyczał. Ten jednak nie dawał za wygraną. – Maaaamooo! – darł się na całe gardło. – Choooodźmy stąd!
    Matka popatrzyła po klientkach zmieszana i podeszła do małego krzykacza. – Nie krzycz Krzysiu. Musimy kupić Marcie sukienkę na przedstawienie!
    – Mam gdzieś jej przedstawienie – odpowiedział Krzyś gniewnie. – Po co mnie tu zabrałaś!
    – Przecież nie mogłam cię zostawić samego…
    – Bo co! I tak bym tylko siedział! Tu czy tam, co za różnica!
    – Nie mów tak Krzysiu – głos kobiety emanował smutkiem.
    – Taka prawda! Jeździć nawet tym nie umiem! Sterczę tylko jak jakiś mebel! – chłopak chyba postanowił wyładować całą swoją frustrację. – Już lepiej by było, jakby w ogóle mnie nie było! – wrzasnął na zakończenie.
    Matka stała jak sparaliżowana. Z oczu spływały dłużej nie powstrzymywane łzy.
    – A żeby cię pogięło, debilu – powiedział Wojtek wewnątrz plastikowej głowy. – Z chęcią bym się z tobą zamienił, draniu!
    – Serio? – usłyszał tuż koło ucha męski głos. Chciał zerknąć kto to, niestety nieruchome ciało nie dało mu tej sposobności.
    Stanął przed nim wysoki mężczyzna w śnieżnobiałej albie i skrzydłami wyrastającymi z pleców.
    – O k**wa! Anioł! – pomyślał Wojtek.
    – Słyszałem… – przybysz wyglądał na zażenowanego reakcją na jego pojawienie się.
    Szermański doznał olśnienia. W jednej chwili przypomniał sobie ostatnie chwile zanim stał się manekinem. Cała jego rodzina miała wypadek samochodowy. Czołówka z tirem. Czyli że… nie żył?
    – Nie żyję? – zapytał w myślach.
    – Nie… Jeszcze. Obecnie leżysz w szpitalu w śpiączce.
    – I mogę wrócić?
    – To zależy – mężczyzna spojrzał mu w oczy. Gdyby mógł, cofnąłby się. Najlepiej gdzieś daleko. Za gruby mur, gdzie te oczy go nie dojrzą. – Odebrałeś swoją lekcję?
    – Lekcję…? – Wojtek chwilę się zastanawiał zdziwiony. – Tak – stwierdził w końcu. Zdecydowanie odebrał swoją lekcję.
    – No to chodź – anioł wyciągnął rękę w jego stronę.
    Poczuł, jak plastikowe wiezienie ustępuje. Złapał wyciągniętą dłoń i razem opuścili sklep.
    __________________
    Sorry for the long post~

    • Kasia pisze:

      Ciekawe:)

    • Czytelniczka pisze:

      Super pomysl. Koniec niestety dosyc za szybko. Mam wrazenie, ze historia zostala nagle ucieta. Poza tym bohater powinien zreflektowac sie od razu w sytuacji chlopca na wozku, a nie mowic ‚chyba cie pogielo, debilu’… Tak jakby wcale nie zrozumial tej lekcji, choc twierdzi, ze tak.

  3. chris.marshall chris.marshall pisze:

    Piękny dziś mamy dzień. Wiedziałam, że będzie piękny jeszcze zanim sklepowa witryna otworzyła się i postawili mnie na wystawę. Czułam to całą sobą. Wrażenie fruwających motylków w żołądku, kiedy czeka się na coś wyjątkowego towarzyszyło mi od mniej więcej północy, dlatego wiedziałam, że to będzie naprawdę piękny dzień. I nie myliłam się.
    W taką pogodę pani Borowiecka przyjdzie na deptak karmić gołębie. Uwielbiam, kiedy to robi i nigdy nie rezygnuje mimo, że ten niemiły pan ze sklepu obok za każdym razem ją przepędza kiedy liczba ptaków niebezpiecznie się powiększa. Chciałabym kiedyś zobaczyć ile gołębi pani Borowiecka byłaby w stanie przywołać swoimi okruchami, gdyby jej nie przeszkadzano.
    Dziś jest ostatni dzień tygodnia, więc na pewno po południu przyjadą chłopcy na swoich deskach i będą się przede mną popisywać. Jeden to chyba nawet się zadurzył. Cały czas patrzy w moją stronę i się uśmiecha. Głuptas. Chociaż czasami chciałabym, żeby mnie dotknął… przytulił. Jest całkiem przystojny. Nie to co ten stróż nocny, który przychodzi do mnie raz w tygodniu, maca w miejscach, o których wstydzę się nawet myśleć i pryska czymś ciepłym tam, na dole. Fuj!
    Ale to nic, bo dziś mamy naprawdę piękny dzień, który zakończy się przepięknym zachodem słońca. Ostatnim jaki zobaczę tym sezonie, bo jutro jest sobota i przestawiają czas o godzinę do przodu. Przyjdzie lato i na kolejny zachód będę musiała poczekać aż pół roku. Ostatni i pierwszy zawsze są najpiękniejsze! Dlatego dziś jestem taka szczęśliwa!
    Dziwi mnie tylko, że jeszcze nie przyjechał dostawca. Zawsze parkował naprzeciwko mnie tuż po otwarciu witryny i zanosił kilka pudeł do sklepu. Lubię go. Zawsze puszczał do mnie oczko i zagadywał: „Cześć piękna, śliczną masz dziś sukienkę”. Żartowniś.
    Zamiast niego pojawiła się dziś przede mną moja pani sprzedawczyni. Była smutna. Jeszcze nie widziałam jej w takim stanie. Wodospad łez sączył się z jej oczu. Chciałabym kiedyś poczuć ich ciepło na policzku nawet, jeśli miałby je wywołać smutek. Pisała coś roztrzęsiona na wielkim kawałku kartonu. Musiało stać się coś naprawdę złego i stało się… stało się coś o wiele gorszego, bo ten ogromny kawał kartonu przykleiła na szybie tuz przed moimi oczami. Nie! Proszę to zdjąć! Błagam!!! To najpiękniejszy dzień od dłuższego czasu, proszę mi go nie psuć!
    Nie usłyszała mnie. Motylki z żołądka odfrunęły, pozostawiając mnie w przygnębieniu, bez upragnionych łez, z widokiem na karton z przebijającym się napisem: Ż A D E Z R P Y W

  4. Pandora pisze:

    Znów zawitało światło. Słońce pozwoliło by na mojej twarzy zagościł uśmiech. Mimo, to, że ludzie go nie widzieli, byłam szczęśliwa. Kolejny dzień spędzę na wypatrywaniu tej jednej istoty. Jego. Tego obłudnego i cudownego cudu stworzonego z dwóch istot o brązowych oczach, który co dzień wpatruje się we mnie jakby widział we mnie coś idealnego. Jakby widział anioła o szarych oczach, świdrującego oczami jego duszę. Zawsze czekał aż rolety się podniosą by spojrzeć, choć na moment na mnie. Czułam się cudownie, gdy tak przypatrywał się mojej delikatnej osóbce, stojącej codziennie w jednym oknie. Skupiał się tylko na mnie i było mi z tym naprawdę dobrze. Wiedziałam, że inne mi zazdroszczą. Ich posępne spojrzenia nieraz doprowadzały mnie do gęsiej skórki.
    Widziałam ludzi ubranych w przepiękne stroje, nie gorsze od tych, w które mnie ubierają, którzy przechadzali się ulicą przepełnioną sklepami wszelakiej maści. Od małych dyskontów, po sklepy znanych marek. Jednak interesował mnie tylko on.
    Jednego dnia, gdy tak rozmawiał przez telefon obserwując mnie, usłyszałam jak mówił: Tak, kochanie.
    Jakie kochanie? O czym on do diabła mówi? Przecież to ja jestem tym idealnym stworzeniem. Tym cudem, jaki tu stoi. Kim ona jest? Kim?!
    Uśmiechał się wtedy tak szeroko jakby rozmawiał z kimś naprawdę ważnym. Patrzyłam na niego ze smutkiem. Czyżby mój ukochany miał inną? Codziennie mnie odwiedzał, a jednak zdradzał. Byłam rozczarowana i wściekła. Chciałam by pragnął tylko mnie! Postanowiłam mu wybaczyć. Miał prawo mieć wątpliwości czy bym go chciała.
    Ten dzień był dniem końca. Kasjerka spóźniła się w piątkowy poranek, przez co słońce już przeszło nade mną. Ujrzałam tylko jego promienie, które niezdarnie zaglądały przez okno. Wszystko szło jak po grudzie. Byłam naprawdę zła, a mimo to przy nadziei trzymała mnie świadomość, że niedługo pojawi się on. I może teraz będzie tak zajęty mną, że nie weźmie komórki do ręki. Wiele razy słyszałam, jak mówił, że coś mu się „średnio podoba”. Nie mówił o mnie, nie śmiałby na pewno. Prawda?
    Kiedy minęła godzina dziesiąta, zegar w centrum zabił głośno. Za moment powinien się pojawić. Minuta, za minutą mijały nieubłaganie. W tym czasie do ekspedientki zadzwoniła szefowa nakazując zmienić całą wystawę. Kazała nas poprzebierać w bardziej odpowiednie stroje. No tak! Zaśmiałam się cichutko. Przecież dziś sylwester!
    Ludzie krzątali się po sklepach a kobiety kupowały suknie i sukienki. Pewnie zostaniemy przebrane w suknie balowe na tą właśnie okazję. Byłam szczęśliwa. Nawet, jeśli się spóźni dotrze na sam finał. Przebieranie zajęło trochę czasu, a jednak po niespełna godzinie byłyśmy ubrane w najpiękniejsze sukienki na którejkolwiek wystawie. Oczywiście to ja wyglądałam najlepiej. Pusząc się niczym paw czekałam na przybycie mojego księcia z bajki. Zegar wybił dwunastą.
    Z zapartym tchem obserwowałam ludzi, którzy tłumnie przechodzili koło nas zachwycając się nami i naszymi strojami. I w tłumie ujrzałam jego. Uśmiechał się serdecznie od ucha do ucha. Mogłabym się również uśmiechnąć, gdyby nie tony gumy w moich wargach. Podszedł do wystawy i przyłożył palec do szyby wskazując na mnie. Byłam w siódmym niebie!
    Odwrócił się do tłumu i wtedy ujrzałam ją. Wysoką, szczupłą blondynkę o wydatnym biuście podchodzącą do szyby i delikatnie klepiącą go poranieniu. Uśmiechnęła się z aprobatą a on niczym dumny rycerz wziął w ramiona swoją panią. Nogi się pode mną ugięły.
    Nagle podest, na którym stałam załamał się pode mną. Słyszałam jak łamią się moje ręce i nogi, jednak nic nie czułam, słyszałam tylko swój szloch, kiedy weszli do sklepu prosząc o zdjęcie sukienki z „Tego połamanego manekina”. Moje serce wtedy pękło.

  5. Stojąc i stojąc, myśląc i myśląc, nic nie robiąc. Tak spędzam cały dzień.
    – Kim jestem?
    Jestem pracownikiem pewnego sklepu przy głównej ulicy Nowego Jorku. W sumie to moja praca jest przyjemna, promuję ubrania. Kiedyś miałem takie marzenie, że będę królem mody! Będę zawsze modnie wyglądał i nosił topowe ubrania. I tak oto noszę ciągle coś nowego! Jestem dumny z tego i chwalę się dumnie zakładając nowe kolekcje. Robię to co mi każą ale w zamian dostaję to, o czym marzyłem.
    – Co jeszcze mogę o sobie powiedzieć?
    Widuje codziennie setki, a nawet tysiące nowych ludzi. Niektórzy się zatrzymują, żeby zobaczyć co u mnie nowego, a niektórych nie insteresuję wcale. Jestem szczupły i wysoki, opalony. Wszystko wydaje się piękne ale jest jednak we mnie coś jeszcze…

    Jestem tylko manekinem na witrynie wielkiego sklepu. Marionetką, za pomocą której mój sklep mówi ci jak masz się ubierać i co zakładać. Patrząc na mnie nie widzisz mojej twarzy. Nie chcesz jej widzieć. Brak twarzy powoduje, że potrafisz wyobrazić sobie jak ty mógłbyś w tym wyglądać. Przechodzisz codziennie i patrzysz co na mnie założą, po czym uznajesz, że wygląda stylowo i kupujesz, aby nosić to samo. To nie jest twój wybór, ty nie masz wyboru. Bierzesz to co dają starając się podpasować strój pod twoje wyobrażenie ,,fajności” i ,,poczucia” stylu. Prawda jest taka, że styl dyktują wielkie korporacje z branży modowej dla których pracuję. Nie myśl, że nie wiem co mówię… Każdego dnia patrzę na tysiące klientów wchodzących i wychodzących z mojego sklepu z szczęśliwymi zakupami. Codziennie widzę osoby, które patrzą na mnie i czuje się jak gdyby patrzyły w lustro. Widzę rządzę na ich twarzach i gdyby tylko pieniądze im pozwoliły, rozebrali by mnie całego i nosili dumnie to co ja noszę. Prawda jest taka, że są takimi samymi manekinami jak ja. Może chodzą, myślą, pracują i zarabiają ale co z tego skoro i tak przychodzą do mnie by zapłacić za to co ja noszę za darmo. Zastanów się, gdy drugi raz na mnie spojrzysz. To co ja noszę, ty nosisz. To ty jesteś moim lustrem. Lustrem manekina.

  6. evivanter pisze:

    Dzisiaj wychodzę z ukrycia. Wygrzebie się mnie z najciemniejszego i najwilgotniejszego kąta zaplecza. Otrzepie się ze mnie pył. Wypoleruje przybladłą twarz. Nałoży się na nią nowe cienie i światła. Umaluje się… namaluje się mnie na nowo. Opadną ze mnie najmodniejsze strzępy ubrań z zeszłego sezonu.
    Stoję naga, ale tylko na czas gruntownej kąpieli. Wstydzę się. Różnego rodzaju gąbki i ściereczki ślizgają się po mojej powierzchni. Czasem coś ze mnie odpadnie, ale to nieważne, to się zakryje ubraniem, nie będzie widać. Jakim ubraniem? Stylizacją. Coraz bogatszą. Coraz więcej tych warstw na sobie dźwigam. Już dawno nie nadaję się pod samą bieliznę. Zresztą sama bielizna to żadne wyzwanie. Coś jakby sam ogryzek bez jabłka. Dochodzisz do takiego miejsca w owocu, gdzie podejmujesz decyzję, by zakończyć jedzenie. Zastanawiasz się jeszcze, co jest dalej, choć istnieje opór by gryźć. I nie wiesz, z której strony i jak brnąć nadal. Czy jeszcze popatrzeć chwilę, czy już wyrzucić. Kończysz gryźć, sok jeszcze spływa do gardła, oblizujesz wargi, by nic nie upadło na palce, lub na podłogę. Wiem, naparzyłam się na konsumentów, że hej, aż mi bokiem wychodzi. Nie. Nie fajnie być w samej bieliźnie. Co innego sukienka, rajstopy – dwójki oczywiście, albo najlepiej pończochy, czarne, z wzorkiem, albo bez, czółenka, szpilki, botki, kozaczki, w zależności od stanu moich łydek. Na to jeszcze płaszczyk z baskinką, żakiecik, albo kardiganek, szal, albo kominek. To też w zależności od stanu mojego dekoltu. Albo spodnie rurki, trzy czwarte, czarne, w kantkę, albo skóropodobne z delikatnym wytłaczanym ornamentem roślinnym. Do tego bluzeczka – wydekoltowana (nie mam bielizny pod spodem zaznaczam), lub mniej romantycznie – sweterek, z cekinami, luźny… opięty. Nie wiem, sama już nie wiem. Się zobaczy. Skąd mam wiedzieć, co się nosić będzie… Najważniejsze, by tego pożądano.
    Przesuwa się ściereczka z mikrofibry po moich dłoniach. Ładne mam dłonie, smukłe palce ułożone w gest „oj coś mi upadło, a może wypadło…”, nienaganne paznokcie, nigdy nie muszę zastanawiać się: żel, czy hybryda. Nie muszę używać kremów, balsamów i odżywek. Między palcami wyrosła mi pajęczyna. Zgarniają to z obrzydzeniem, delikatnie zdrapują zaschnięte pajęcze odchody. Strzepują ściereczkę i wszystkie brudy gromadzą mi się na stopach. Jak dłonie? W porządku? Nic nie odpadło? Dłonie są ważne. Ewentualnie można nałożyć rękawiczki. Teraz włosy. Słuchajcie jakie ja mam włosy w tym sezonie! Spływają po policzkach, muskają koniuszkami szyję, dekolt, opadają na ramiona. Nie kończą się, płyną dalej i dalej na plecy z pleców w tył, na boki, rozrastają się i ciągną w dal w nieskończoność, niezbadaną odległość kosmosu od korpusu, od stóp, od serca. Jakiego serca?
    Chciałabym być jedną z was. Poczuć krople deszczu na twarzy, gdy mnie w porę nie schowacie, albo zaobserwować siniak na łydce, gdy kopną niechcący. Patrzeć jak rośnie i rozchodzi się po kilku dniach. Albo zmienić pozycję dłoni z „coś mi wypadło”, na „ta sukienka jest za droga dla ciebie, a ja ją mam”, i ruszyć z tą sukienką w podróż mego życia.
    – Nie warto – powiedziała mi kiedyś mała dziewczynka, której mama koniecznie musiała coś mieć. – Nie warto.
    – Dlaczego?
    Przychodziła wiele razy, a ja obserwowałam, jak się zmienia. Mówili, że rośnie, że staje się kobietą. Po co stawać się kobietą?
    – Czy to boli? – pytałam, ale wzruszała ramionami. – Nie mogłaś być nią od razu, jak ja? Zaskakująco szybko zmieniały jej się rozmiary. iXeSka, eSka, eMka, potem nagle iXiXeLka. Potem znów eSka. Kilkakrotnie w ciągu sezonu. Miałam trudności, żeby ją poznać. Twarz napuchnięta, potem wysuszona…
    – Dlaczego cię nie ustawią raz a porządnie? – Zapytałam kiedyś. – Nie wolałabyś mieć jednego rozmiaru?
    – Ty to masz dobrze – mówiła. – Obojętne co na ciebie nacisną i tak będziesz boska.
    Wszystkiemu winne są ruchy. Ich ruchy sprawiają, że stylizacja nie leży. Napina się, ociera, wysnuwa, lub wylewa. Ja staram się nie ruszać. Przynajmniej, kiedy nikt nie patrzy. A oni bez przerwy, cały czas. A to nogi, a to korpus, a to głowa, pracują non stop. Gdy patrzą na mnie i idą, mam wrażenie, że poodkręcają się im głowy i upadną na bruk, potoczą się pod moje stopy i nie wiem jak zniosę obecność obcych głów pod sobą.
    – Chciałabym być tobą – mówi przy rozmiarze iXeL.
    Mam minę dumną i wyniosłą, niezachęcającą do dalszych zwierzeń, mimo to mówi dalej:
    – Nie jesz, nie musisz jeść… No i nie czujesz…
    – Nie czuję…
    – Nie piecze cię, nie swędzi, nie boli. Chciałabym być tobą – zasłania nadgarstki, jakby chciała rękawami zakryć to swoje nadmierne czucie. Jakby czucia się wstydziła. Chcę zmienić układ moich dłoni na: „pokaż mi, pokaż.” Nie zasłaniaj miejsca, z którego chciałaś je wypędzić. Jak to wygląda? A możesz mi to dać?
    Kiedyś przywarła do mnie swym ciałem w rozmiarze iXeS. Jak na tak małe ciało, dużo w nim było ciepła. Patrzono na nas dziwnie. Oczami wielkimi jak moje, albo i jeszcze szerzej otwartymi. Nigdy nikogo nie obejmowałam. Nawet jak mnie wynoszono, ręce moje nie zmieniały nadanego układu. Nie czułam, nigdy do nikogo, takiej przynależności, którą można by było zaznaczyć zarzutem ramion.
    Dziś wychodzę i drżę na myśl, że znów się z NIĄ spotkam. Z każdym sezonem jest mi coraz bliższa, nie wiem, jak to rozumieć. Zastanawiam się, czy będzie w eSce, czy w eLce. Nie mogę się doczekać. Zastanawiają się, co na mnie ubrać. W końcu jest! Efekt finalny, przez chwilę przeglądam się w witrynie – czerń. Niezbyt zachęcająco. A jednak jedna kobieta podchodzi i pyta o garsonkę. Rozpoznaję znajome rysy twarzy, chociaż oni wszyscy wyglądają niemal identycznie.
    – Ta na manekinku? Ale to już ostatnia sztuka. Nie mamy pani rozmiaru.
    Ubierają mnie w ostatnie sztuki?
    – Nic nie szkodzi. Nie wzięłam nic czarnego. Przyjechałam na urodziny, nie na…
    – Taka tragedia… nikt się nie spodziewał…
    Taka tragedia. Rozbierają mnie. Jest mi zimno. Chce odkręcić swą głowę, niech się potoczy za tą kobietą. Zaprowadzi mnie do NIEJ. Już wiem, że sama nie przyjdzie.

  7. Aleksandra pisze:

    Może nie tak drastycznie, co? Hej! Oderwała mi rękę, no jasne. Czy własne dziecko też byś tak traktowała bezduszna kobieto? Jasne, zostaw mnie tu, rozebraną… Niech się na mnie gapią! Przynajmniej mi rękę oddała.
    Na co się tak gapisz? Nie ma tu co oglądać. Nie widzisz, że dopiero poszła po nową garsonkę? Wiedziałaś, że twoja twarz nie wyraża żadnych myśli? Zupełnie jakbyś była.. manekinem jakimś! Większość z was nie widzi, nie rozumie. Patrz na tego za tobą. No popatrz tylko! Wystarczy się odwrócić! Serio? Nie gap się tak na te buty i tak ci nie będą pasować. Masz za grube kostki. Popatrz na niego. Zaraz sobie pójdzie wpatrzony w telefon. O mało co nie przewrócił tego dzieciaka. Czy wy wszyscy jesteście ślepi? Nie mówię tu już o myśleniu, na to u was już za późno, ale patrzenie! Obserwowanie. Tyle wystarczy! Myślenie przyjdzie z czasem. Wierzcie mi, że tak będzie.
    O wróciła. Niebieską przyniosłaś, co?

  8. Shyla pisze:

    Znowu to samo. Po raz kolejny zostałem ubrany w ciemne jeansy i przewiewny czarny T-shirt z napisem ,,Feel the beat”.
    -Jakoś tego nie czuje – zaśmiałem się sam do siebie. Żart był o tyle śmieszny, że nie czułem nic. Jedyny zmysł jaki posiadam to wzrok, chociaż jeśli by się nad tym zastanowić to potrafię wyobrazić sobie dotyk, smak czy dźwięk, ale nie doświadczam go na jawie. Podobno osoby, które ogłuchły czasami w snach słyszą głosy, ale to znaczyło by, że kiedyś czułem. A co jeśli zostałem zakuty do tego przeklętego manekina z powodu czegoś co zrobiłem? Może stałem się ofiarą Buddy lub innego bożka, który postanowił zemścić się na śmiertelniku poprzez reinkarnacje w przedmiot. Jeśli tak to… To co ? Co mogę zrobić ? Zostałem stworzony by stać tutaj i pokazywać kolekcje ciuchów, nie by walczyć z Bogami. Może jest to metafora mojego dotychczasowego życia podczas, którego jedynie stałem i biernie obserwowałem co dzieje się ze mną i moim otoczeniem. Jeśli tak to uważam, że jest to trochę nie fair, jakkolwiek dziecinnie to nie brzmi. Czy w karze nie chodzi o resocjalizację i swoiste zadość uczynienie ofierze, którą w tym wypadku byłem ja sam, marnując swoje życiem którego nie dostałem następnego, i o ile lekcję chyba przyswoiłem o tyle krzywdy odkupione nie zostały. Chyba, że przez moją bezczynność przyczyniłem się do czyjegoś nieszczęścia. Jeśli tak to przepraszam, ale na Boga, chociaż tutaj adekwatniejsze będzie, Boże, nie uważasz żeś trochę przesadził ? Co ja mając wycelowaną broń na Hitlera nie pociągnąłem za spust ? Może przeszedłem obojętnie obok Prometeusza przykutego do Kaukazu. Cokolwiek by to nie było to pozostaje mi stać tutaj i czekać.

  9. vins pisze:

    Światło sygnalizatora, zmieniło się, zalewając wilgotną jezdnie, czerwoną poświatą. Kierowca szarpnął drążek skrzyni biegów. Ośmiocylindrowy silnik zawył, a stary Ford pickup, zwolnił po czym zatrzymał się. Kierowca pchnął powoli drążek, wyczuł jałowy bieg, zdjął nogę z sprzęgła, zaciągnął ręczy. Sięgnął pod siedzenie, po opakowaną w papierową torbę butelkę whisky.
    Przekręcił nakrętkę, zerwał banderole, uwalniając ostry korzenny zapach. Przyłożył do ust zimną szklana krawędź, przechylił butelkę, ale ledwie parę kropel wylało się na język, wywołując przyjemną drętwotę. Zakręcił butelkę i rzucił pod nogi.
    Dzisiaj już nie pijesz stary, powiedział do siebie, zaczynasz mieć majaki. To nie dobrze. Frank też miał zwidy, chłopaki opowiadały. Ponoć widział zrazu jak popił, mrugającego manekina. I co ? U wariatów skończył.
    Kierowca przesunął się na miejsce pasażera, przetarł rękawem flanelowej koszuli, zaparowaną szybę i spojrzał na podświetloną migającą jarzeniówką witrynę. Stał tam manekin, ubrany w zielone ogrodniczki i kraciastą koszulę. Światło zmieniło się na zielone, ale kierowca dalej wpatrywał się w manekina. Jeszcze chwilę powtarzał w myślach. To nie mogło mnie dopaść. To tylko gra cieni.
    Światła drogowe powtórzyły cykl i znów zapaliły się czerwienia. Manekin mrugnął naglę plastikowymi powiekami, pomachał sztywnym przedramieniem. Kierowca błyskawicznie wskoczył za kierownice, wcisnął sprzęgło. Jedynka i pedał gazu do podłogi, sprzęgło i dwójka. Ford z rykiem wpadł na skrzyżowanie. Rozległ się dźwięk klaksonu i pisk opon. Z ulicy na prawo wyjechała ciężarówką, uderzyła w pickupa, skręciła, pojazdy złączyły się bokami. I zatrzymały na betonowym słupie latarni.
    Kierowca forda żył jeszcze, kiedy wycinali go z zgniecionej kabiny. Zmarł w chwile potem.

  10. Mateusz K pisze:

    Przechodzą… przypadkowi przechodnie.
    Poubierani w jakieś tanie szmaty zakupione na targu u chińczyka czy jakiegoś innego murzyna. Przechodzą i zerkają, rzucają okiem, rzucają oczyma. Co chwilę ktoś inny podziwia mój negliż. Negliż który za chwil kilka przerodzi się w, jak zawsze, statyczny jednoosobowy pokaz mody. Jednoosobowy? Tylko czy ja jestem osobą? Kim ja tak właściwie jestem? Nie wiem kim jestem, nie wiem jak określić samą siebie. Samą siebie? Czy ja jestem kobietą? Nie, nie mogę być kobietą nie będąc osobą. I dlaczego ten facet klęczy? Dlaczego facet znajdujący się po drugiej stronie szklanej klatki klęczy na środku chodnika trzymając się za brzuch? Co mu jest? Czy on udaje? A może go boli? Może dopadła go jakaś dolegliwość dopadająca tylko przechodzących? Przechodzących i spoglądających na mnie. Tylko dlaczego nie ma teraz nikogo? Dlaczego akurat teraz nikt nie przechodzi? Dlaczego nie ma żadnego przechodzącego? Niech ktoś podejdzie do tego klęczącego faceta. Faceta ubranego niechlujnie, w zbyt szerokie spodnie, w zbyt dużą niepasującą do spodni koszulę. Niechluj.
    Zakładają coś na mnie. Suknię jakąś. Pewnie zaprojektowaną przez kogoś znanego. Pewnie przez jakiegoś boga modowego design’u. I przechodzący znów przechodzą. Zerkają na mnie. Wpatrują się oczyma marnymi, krzyczącymi: „chcę tą suknię”. A niechluj już leży. Czy tylko ja go widzę? Nie patrzcie się na mnie, chcę powiedzieć, odwródzcie się, tam leży facet, sprawdźcie co z nim.
    Ja jednak nie mówię. Ja się nie ruszam. Tkwię tu tylko, wystawiona na pokaz, w ciuchach których nikt nie kupuje.

    Za wszelkie błędy najmocniej przepraszam i obiecuje się z nich poprawić. Spadł mi żyrandol gdy to pisałem.

  11. Słowotwórca pisze:

    Życie manekina łatwe nie jest, stojąc za szybą czuję chęć wyjścia na zewnątrz. Pytanie brzmi: Ale jak?! Nogi jakbym miała przyspawane do podłogi, stoję tak jakbym wypiła krochmal i poniekąd czuje się jak taka firanka. Wiem, że jestem pewnego rodzaju ozdobą, na którą ktoś spojrzy z zafascynowaniem, albo nawet nie zerknie. Stojąc ciągle w miejscu obserwuję świat, którym dla mnie jest to wspaniała centrum handlowe. Nie wiem czemu, po prostu nie potrafię tego wyjaśnić, ale w środku czuje się pusta. Ludzie przebierają mnie, zmieniają peruki, ubierają piękne buty, ale co z tego?! Przecież po krótkim czasie i tak mi to zabierają. Gdy gasną światła, sklepy są zamykane spoglądam w cień. Cień jest interesujący i intrygujący za razem. Można się w nim skryć, można schować w nim sekrety, ale można też żyć w cieniu tak jak ja. Stoję w witrynie nawet kiedy jest zapalone światło i wyobrażam sobie, że nikt mnie nie widzi. Że owinął mnie cień i wtedy marzę. Wyobrażam sobie siebie jako żywą istotę, biegam, chodzę, po prostu się ruszam. Aż w końcu zdejmują mnie z wystawy, ciekawe gdzie mnie prowadzą? A może pójdą ze mną na spacer? Tak, to będzie piękne…

    Nie wyszło mi to może oszałamiająco, ale wymyśliłem to na poczekaniu i jest całkiem niezłe. No i jeszcze chciałem podziękować panu Tomaszowi, niedługo kończę szesnaście lat i piszę opowiadanie. Miałem już skończoną, piękną historię, a po sprawdzeniu przez panią bibliotekarkę okazało się, że to szajs jakich pełno. Nie poddałem się, odbiłem się od muru i pognałem dalej. Zacząłem pisać od nowa zgodnie z wskazówkami pańskich poradników, wczoraj ta pani (bibliotekarka) oddała mi sprawdzony fragment (siedem stron A4) i okazało się, że poprawa jest ogromna. Poprzednio na pierwszej stronie opowiadania miałem mnóstwo czerwonych skreśleń i poprawek, a teraz okazało się, że na siedmiu stronach znalazła tylko dwa błędy, z czego jeden ortograficzny. Bardzo panu dziękuję za te wspaniałe porady pozdrawiam gorąco!

  12. Ja pisze:

    Dzięki tej stronie napisałem swoje pierwsze (lepsze) opowiadanie :)

    I tu taka mała reklama bloga :) https://alexander7reen.wordpress.com

  13. TenZły pisze:

    Świat jest mały.
    Ogranicza się tylko do tego co widzę, a tego nie jest za dużo. Stoję w tym miejscu odkąd pamiętam i od zawsze widzę tylko tą ulicę. Ludzie chodzą tam i z powrotem. Czasem się spieszą, a czasem wolno spacerują, pozwalając by czas leciał niekontrolowanie.
    Jedyną moją rozrywką jest mała kawiarnia naprzeciwko. Przez jej wielkie okno widzę wnętrze i przesiadujących tam ludzi, dzięki czemu dane mi było doświadczyć wielu ciekawych wydarzeń. Radość, płacz, miłość, nienawiść, tyle różnych emocji, jednak wiem, że są to tylko fragmenty prawdziwych historii. Nie mam pojęcia, czy zaręczona para nie rozeszła się miesiąc później, czy para nie pogodziła się po burzliwej kłótni.
    Tylko stoję i obserwuję, pragnąc pójść za nimi by poznać prawdę.

  14. Pani_uporządkowana pisze:

    Nie nazwałabym się specjalistą od ludzkich zachowań, aczkolwiek jestem ich niebywałym znawcą. Od nie pamiętam kiedy obserwuje ich zachowanie w naturalnym środowisku, w miejskiej dżungli. Choć wydaje mi się, że rozumiem ich tok myślenia, to wciąż łapię się na tym, że potrafią mnie zaskoczyć. Kiedyś im nawet zazdrościłam. I to bardzo. Tego, że są wolni jak ptak, mogą chodzić swoimi własnymi ścieżkami i mówić, dużo i głośno. Tak, wypowiadanie swoich myśli to niewątpliwy luksus. Jednak po dokładnej lekturze ich codziennego życia, doszłam do wniosku, że to co wzięłam za wolność jest zaledwie wspólną cechą gatunkową.
    Codziennie możecie mnie znaleźć w tym samym miejscu badawczym, z zainteresowaniem oglądającą tak zwany świat realny, świat po drugiej stronie szyby. Widzę tam kolorowych ludzi pędzących w różnych kierunkach, wpatrujących się w uliczne światła albo w kostkę brukową. Ile ja bym dała za kontakt wzrokowy z drugim obiektem. Wystarczyłoby tylko krótkie spojrzenie, cień zainteresowania, rzut okiem mówiący ,, tak, wiem istniejesz jak ja… ciekawe jaki miałeś dzień… też jesteś taki zabiegany?… miłego dnia”. O dziwo, ludzie nie zwracają na siebie uwagi. Wszyscy sprawiają wrażenie zamyślonych, nieobecnych. Najbardziej dziwi mnie próba nawiązania kontaktu. Człowiek reaguje najczęściej w ten sam sposób-ucieczką. Wybąka coś mimochodem ,,że nie ma czasu, że się spieszy…” . Na jego twarzy maluje się najczęściej strach. Strach przed nieznanym, przed naruszeniem swojej strefy komfortu, strach przed drugim człowiekiem. Gdy pierwszy raz to zauważyłam to zaczęłam czuć respekt. Czy ja też mam się bać ludzi skoro oni sami nie mają do siebie zaufania? Czasem widzę ich większe skupiska. Pary spacerujące za ręce, duże osobniki prowadzące swoje młode. Nieraz siadają w oknie restauracji naprzeciwko. Jak wygląda człowiek w momencie relaksu, celebrowania posiłku? Przyznaję się ja nigdy nic nie zjadłam, nie wiem nawet czy posiadam układ trawienny. Mogę sobie tylko wyobrażać, że to co ludzie nazywają jedzeniem musi być bardzo przyjemne. Szczególnie widać to po młodych osobnikach, które z uśmiechem zajadają różne kolorowe mikstury, często prosząc o dokładkę. Od jakiegoś czasu zastanawiam się, czy ludzie mają wydzielony na tę przyjemność specjalny czas. Posiłki na przełomie lat stały się coraz krótsze. Ludzie spieszą się, patrzą na zegarki, krzyczą na tych miłych ludzi, którzy im je przynoszą. Ba, niektórzy nawet jedzą na ulicy, w drodze. Pomyślałam sobie, że to musi być jakaś kara. Bo przecież móc się rozkoszować tymi wszystkimi pysznościami i nie móc z nich spokojnie korzystać to wyjątkowe bestialstwo. Gdybym mogła dzielić tę chwilę z kimś jeszcze to byłby dla mnie szczyt marzeń. Ale to chyba nie jest takie fajne. Ludzie zbici w grupę nie rozmawiają ze sobą zbyt wiele. Więcej uwagi poświęcają tym śmiesznym małym urządzeniom, które zawsze trzymają w ręce. Nie wiem do końca co to jest ale musi być to coś niezbędnego do przeżycia, bo posiada je każdy, niezależnie od stopnia rozwoju. Zastępuje to chyba w jakimś sensie naturalny sposób komunikowania, ludzie pokazują je sobie nawzajem, patrzą przez nie na otaczającą ich przestrzeń. Czy widzą więcej oglądając te piękne widoki za pośrednictwem tych urządzeń?
    Przyznam się, że zawsze zazdrościłam ludziom możliwości wyboru. Ja takowej nie posiadam. Zawsze przybieram pozę narzuconą mi z góry, zakładam ubrania, które wcale mi się nie podobają . Te miłe panie, które mi je ubierają mówią do siebie, że to taka moda, że wyznaczam pewne standardy za którymi podążą inni. W takim razie im współczuje. O dziwo, moje opiekunki wcale się nie mylą. To co posiadam na początku budzi zainteresowanie, potem staje się pożądane aby na końcu stanowić jakiś rodzaj wymogu. Nie raz byłam świadkiem rozmowy, podczas której ludzie oceniali się na postawie tego co posiadają i jak wyglądają. Dziwne, mnie bardziej interesuje jacy są, a nie w co są ubrani. Aczkolwiek nie rzadko jest tak, że to co noszą na sobie i jak wyglądają z góry narzuca im przynależność do jakiejś grupy. Dzieli ich to na osobne kategorie, nadaje charakterystyczne cechy osobowości. To chyba znaczy, że ludzie też mają wszyte metki. Istnieją jednak osobniki, które tak jak ja dostosowują się do potrzeb innych, przybierają pozy. Tych nie lubię najbardziej. Zmieniają swoje poglądy tak często jak ja zmieniam odzienie, a uwierzcie mi, robię to bardzo często.
    Po wielu latach obserwacji zmieniłam swoje poglądy. Chciałam móc mówić to co myślę, spędzać cały swój wolny czas z człowiekiem, dużo pytać i jeszcze więcej opowiadać. Chciałam móc decydować o sobie, robić to co chcę i jak chcę i nie być ocenianą za każdą drobnostkę. Chciałam być człowiekiem, a okazuje się, że to człowiek jest mną. Jest manekinem na wystawie sklepu zwanego Życie.

  15. Grzesio Polak pisze:

    Przepraszam za długi tekst – tak wyszło. Tutuł: „Jadwisia”.
    ——–
    – Proszę pani! Proszę pani! Niech mnie pani stąd weźmie!
    Wyszlochany, przeraźliwy krzyk rozbrzmiewał jedynie w jej głowie. Głuchy wrzask; niewidzialne łzy; bezbarwna rozpacz – jałowy świat, na który została przez coś lub kogoś skazana. Niemożność wyrażenia dowolnego uczucia gestem bądź słowem stanowiła więzienie najsroższe do wyobrażenia. Nie istniała szansa na obwieszczenie wszem i wobec, co się myśli, przeżywa i zamierza, więc nie było mowy o wyegzekwowaniu reakcji – negatywnych, pozytywnych, obojętnych, byle jakich – z przewalających się przed nią tłumów.
    – Proszę pana, proszę mnie stąd zabrać! Ja nie chcę tutaj…
    Pragnęła wyciągnąć ręce w odruchu błagania o pomoc, lecz trwała zastygła w jednej pozie – zmrożona, skostniała, przygwożdżona. Dlaczego moc wyższa tchnęła w nią zdolności postrzegania czy reakcje emotywne? Okrutny Twórca obdarzył psychiką, obdzierając jednocześnie z funkcji motoryczno-fizjologicznych, sklecając tym sposobem aparat do kontemplacji – kontemplacji, które nigdy nie zostaną odzwierciedlone, nigdy nie doprowadzą do namacalnego efektu, na nikogo nie wpłyną, niczemu nie posłużą. Sztuka dla sztuki. Jestestwo w niejestestwie. Wegetacja w martwym ciele.
    Jeszcze parę miesięcy temu pogodziła się z dziwnym losem: znosiła ślęczenie w tej samej, niewygodnej pozycji, ogniskowanie wzroku na jednym punkcie krajobrazu za szybą, obserwowanie kawałków ciał ludzkich w dostępnym polu widzenia. Niekiedy dostrzegła pieska, kotka albo ptaszka – wówczas klaskała w myślach z radości. Rytuał cotygodniowego przebierania dostarczał odrobiny rozrywki, a od czasu do czasu, gdy zmieniano wystrój witryny, lądowała na innym stanowisku, co zapewniało widok na nowy, interesujący element ulicy.
    Te namiastki czegoś, co przypominało z trudem definiowalną egzystencję, legły pewnego dnia w gruzach. Okazało się, że człowiek potrafił zniszczyć nawet zarodek szczęścia, zastępując względny spokój nieustającym koszmarem. Najgorszym było niepojęcie: wiedziała, że doznawała krzywdy, ale nie potrafiła wytłumaczyć źródeł wewnętrznych boleści; potrzebowała pomocy, ale nie umiała określić jakiej. Na cóż zresztą wszelkie dywagacje, skoro nie zdołałaby ani mrugnąć okiem, ani wykrztusić słowa?
    Pozostało oczekiwanie, przepełnione smutkiem, strachem, wstydem, wstrętem… Za dwie godziny przeżyje kolejną gehennę by potem, w samotności, stać rozdarta w pełnym świetle neonówek wystawy.

    ————

    – Niech pan mi to streści – cichym, ale rzeczowym głosem nakazał inspektor. – Dlaczego zwołano do tego geszeftu cały wydział kryminalny? – Oparł się pośladkami o kant biurka, skrzyżował ramiona na piersi, spojrzał z wyrazem znudzenia na komisarza. O drugiej nad ranem wszystko go nudziło.
    – A więc tak… – zaczął tamten trochę niepewnie. – Żona menadżera sklepu podejrzewała go od dawna o stosunki pozamałżeńskie, bowiem facet przychodził do domu regularnie nad ranem i nie wywiązywał się z obowiązków łóżkowych. Tłumaczył się, typowo, nawałem pracy, administracją, stresem i tak dalej. Ona, też typowo, nie uwierzyła, wobec czego wynajęła prywatnego detektywa, aby sprawę zbadał. W zasadzie chodziło tylko o złapanie rozpustnika in flagranti z domniemaną kochanką. Tymczasem po miesiącu obserwacji podejrzany rzeczywiście…
    – Jak to podejrzany? – przerwał inspektor. – Raczej niewierny.
    – Ee… Racja, – ciągnął zbity z tropu komisarz – jeszcze wtedy był zaledwie niewiernym, niemniej jednak potem został podejrzanym. Zaraz wytłumaczę… Zatem po miesiącu detektyw mógł jedynie potwierdzić fakt pracowitości tego gościa: zostawał w robocie do późnych godzin, po czym od razu jechał do domu. Żona wciąż pozostawała nieprzekonana i naciskała na zastosowanie drastyczniejszych metod śledczych. Ponaglany detektyw zainstalował więc kamerę na zapleczu ponieważ wiedział, że podej… to znaczy niewierny tam właśnie spędzał większość czasu po zamknięciu placówki.
    – Zdołał przemycić kamerę do sklepu? – inspektor aż uniósł brwi w zdziwieniu. – Gdzie ją zamontował?
    – Tutaj, w biurze niewiernego, na szynie od zasłon. Proszę spojrzeć – komisarz wskazał palcem w kąt przy suficie. Trudno było rozróżnić czarną kostkę sprzętu od galimatiasu żabek oraz fikuśnych, metalowych zamocowań. – Dobra lokalizacja. Zapewnia panoramę całego pokoju.
    – Aha. Czyli wyrwano mnie z łóżka celem demonstracji sprytnego ukrywania akcesoriów szpiegowskich?
    – Oczywiście, nie – komisarz pośpiesznie łagodził cynizm szefa. – Chodzi o to, co detektyw ujrzał w zapisie z kamery, mianowicie sceny sugerujące wyuzdany seks z nieletnią. Przestraszył się i natychmiast nas poinformował, jako że odkrycie przekraczało jego kompetencje. Zademonstrował nagranie o kiepskiej rozdzielczości, aczkolwiek nie tak kiepskiej, aby nie dostrzec na obrazie zboczeńca pochłoniętego najbardziej zwyrodniałym wykorzystywaniem małego dziecka, prawdopodobnie dziewczynki około lat siedmiu-ośmiu. Podnieśliśmy alarm, pan inspektor rozumie…
    – Jak najbardziej.
    – Właśnie, pognaliśmy na miejsce całą ekipą.
    – Dlaczego detektyw nie zauważył żadnych dziewczynek, wchodzących bądź wychodzących ze sklepu? – dziwił się przełożony, teraz już rozbudzony na dobre.
    – Proszę mi pozwolić dokończyć. Gdy tutaj wpadliśmy, facet był w zasadzie przygotowany do wyjścia – schludnie ubrany, z kluczykami w dłoni, z teczuszką pod pachą. Nikogo innego nie znaleźliśmy w całym sklepie, zaś przeszukaliśmy z psem pomieszczenia handlowe, magazyny, toalety, garaże, szafy, łącznie ze śmietnikiem. Zero. Natomiast w tej oto norze rozpusty – komisarz zatoczył krąg ręką – zdemaskowaliśmy arsenał kilpów z jego plugawych sesji pedofilskich. Dziesiątki kaset wideo, jeszcze w systemie VHS, a na każdej materiał przyprawiający o mdłości: kajdanki, biczowanie, seks oralny, przypalanie papierosami, ejakulacje na twarz, wsuwanie przeróżnych przedmiotów w narządy rodne. Boże! Przejrzeliśmy wyłącznie dwie taśmy, w dodatku pobieżnie, lecz nawet te migawki przerastały przeciętną wyobraźnię. Na początku każdego nagrania zawsze wchodził do biura goły, opasany tylko ręcznikiem, prowadząc tą małą za rączkę. Potem sadzał ją na kanapie i spacerował tam i z powrotem, prawiąc brudne kazania o tym, co zamierzał z nią zrobić. Odpowiadał na własne pomysły cieńkim głosikiem, kiwając jednocześnie jej główką, że niby się zgadzała, że niby to ona odpowiadała, po czym tańczył przed nią i powoli, teatralnie zdejmował ręcznik…
    – Jezus Maria! – wysyczał nerwowo inspektor. – Gdzie jest to dziecko?! Może dzieci?!
    – Jedna dziewczynka. To znaczy niezupełnie dziewczynka… Jest w tej chwili na tej… na wystawie.
    – Co to za rebusy?! „Niezupełnie dziewczynka”?! „Na wystawie”?! Pragnie mnie pan zamęczyć na śmierć?!
    – Przepraszam – komisarz podrapał się po szyi. – Zdaję relację po kolei, aby wytłumaczyć kwestię ściągnięcia pana tutaj. Otóż podejrzany pastwił się seksualnie nad manekinem, stylizowanym na dziewczynkę.
    – Manekinem?! Uruchomiliście pełną ekipę, by nakryć przypadkowego fetyszystę na zabawie z kukłą?!
    – Zapis z monitoringu był bardzo niewyraźny, więc nie chcieliśmy ryzykować zwłoki, a poza tym, proszę zrozumieć, wielu z nas jest ojcami… Podejrzany wciąż siedzi za ścianą, bo nie wiedzieliśmy, czy go zaaresztować.
    – Nie podejrzany, lecz chory wymagający psychoterapii. Zwolnijcie tego niedojdę, zanim tabuny prawników nie zostawią na nas suchej nitki. Czy zamierza pan, konsekwentnie, posłać za kratki tysiące niedopieszczonych idiotów, kupujących seks-lalki na internecie? „Organy ścigania zwalczają masturbujących się nad pacynkami” – sensacja prasowa, honorująca wysiłki policji polskiej na wieki.
    Szef wzruszył ramionami, ruszył do drzwi i rzucił szyderczym „Dobranoc!”.
    – Panie inspektorze, on nazywał ją Jadwisią, tego manekina.
    Ostatnie stwierdzenie zabrzmiało alarmistycznie – spokojny poniekąd ton zwiastował jakąś grozę, niechybną zemstę, wiszący w powietrzu samosąd, wobec czego inspektor zatrzymał się i zwrócił pytający wzrok na, jak mu się wydawało, oszalałego podwładnego.
    – Jakie to ma znaczenie? Jadwisia, Zosia Samosia, kaczka dziwaczka – imię nie zmienia postaci rzeczy. Człowieku, jesteś zmęcz…
    – Bez przerwy, tym swoim ohydnie słodkim głosem, szeptał jej w ucho: „Jadwisiu, zrób tacie to.”; „Jadwisiu, tata teraz zrobi to.”; „Jadwisiu, tata cię kocha.”. Jadwisiu, Jadwisiu, Jadwisiu, Jadwisiu… On ma sześcioletnią córeczkę, która ma na imię Jadwisia…
    Dwóch mężczyzn wymieniło spojrzenia. Męska telepatia, nie pozostawiająca złudzeń, marginesów manewrowych, alternatyw, negocjacyjnych „ale” czy podobnych obrad – punkt zaniku dyplomatycznych rozwiązań. Skamieniała atmosfera odbiła echem opanowane, a złowieszcze polecenie:
    – Skuj to ścierwo w kajdany.

    ————

    Nocne udręki nagle pierzchły, zaś zaczęły podróże. Znalazła się w przeszklonym pomieszczeniu, które nazywano laboratorium. Sympatyczna pani w białym fartuchu obfotografowała ją, po czym gilgotała pędzelkiem, pocierała delikatnie wacikami na patyczkach, obmyła puszystą gąbką. Bywała później w różnych pokojach, a nawet w sali, gdzie wszystko było drewniane: wsród drewnianych ścian, pod drewnianym sufitem, na drewnianym podeście, za potężnym drewnianym stołem, siedział pan dzierżący drewniany młotek, przyodziany w czarną szatę, opleciony masywnym łańcuchem, spozierający z wyższością na ludzi zgromadzonych na drewnianych ławkach. Mówiono o niej dużo, nazywając „dowodem rzeczowym”, lecz niewiele rozumiała, bowiem używano skomplikowanych, dorosłych terminów: parafilia, pedofilia, dysfunkcjonalna rodzina, współuzależnienie, predyspozycje wrodzone itd. Niektórzy krzyczeli, inni wzdychali, jakaś kobieta bardzo płakała.
    On też tam był – symbol perfidii, patologii oraz piekła, które w jej rozdygotanej duszyczce sumowały się w uosobienie zła. Jego obmierzły, lepki głos wrzucał Jadwisię w otchłań bezsilności – paraliżował już sparaliżowaną, omotywał pajęczyną lęku, wzniecał w głowie jednostajny i przeraźliwie głośny jęk, wykręcał, miażdżył, rozrywał, zabijał… Powróciły obrazy mąk nieogarnionych, brudu wewnętrznego, hańby dziewczęcej… Tkwiła samiuteńka w rozpętananej burzy emocjonalnej, niezdolna do uronienia choćby najmniejszej łezki, pozbawiona łaski minimalnego drgnięcia, obśliniona na pośmiewisko, zbezczeszczona, opuszczona przez cały świat… Znikąd pociechy – gdyby chociaż mogła przytulić pluszowego misia, to już doznałaby ulgi…
    Potem przetaszczono ją do zimnej hali, gdzie rzędami stały wysokie rusztowania. Na specjalnym podnośniku wjechała do góry i spoczęła na półce pod samym sufitem, otoczona stosami kaset wideo. Wyłączono jarzeniówki. Nastąpiło zeskalone istnienie w ciemności.
    Po północy usłyszała stłumioną rozmowę. Pstryk kontaktu, mruk podnośnika, lodowate widełki urządzenia pod plecami. „Tylko ostrożnie!” – dobiegł z dołu głośny szept. Powolutku zjechała ku podłodze. Ktoś owinął ją kocykiem, mrucząc:
    – Miras, ty o niczym nie wiesz.
    – Ma się rozumieć, słowo harcerza. Ile dostał?
    – Nic nie dostał. Przymusowa psychoterapia plus odwiedziny pod nadzorem.
    – Pozwolili mu ją widywać? Po tym wszystkim?
    – Ech, banda specjalistów…
    Mężczyzna, który ją niósł, poprzez sam dotyk napawał zaufaniem. Silne ręce były jednocześnie delikatne, symbolizując bezpieczeństwo, obronę, stabilność, odmiennego rodzaju czułość. Podświadomość wykluczała, aby ten człowiek mógł ją w jakikolwiek sposób skrzywdzić. Szorstki głos emanował pewność, integralność, uczciwość, dobro – najpiękniejsza kołysanka dla dziewczęcego ucha. W myślach zawisła na jego szyi, poddając mu się z przyjemnością.
    Jechali samochodem, wchodzili na ganek, a potem nastały inne dni, inne dźwięki, inne widoki. Krzątanina domowa przeplatana okresami ciszy; siedzenie raz na tapczanie, raz na krzesełku, czasami na parapecie przy firance; wygodne ciuszki, zastępujące obcisłe dżinsy czy przykrótkie koszulki; rozmowy domowników, audycje radiowe, programy telewizyjne – wszystkie rejestrowane przez jej ciekawskie uszka, dostarczające ton wiedzy; remonty, goście, sukcesy, niepowodzenia, śmiech, przygnębienie, postanowienia, plany, niesnaski, ugody… Zbalansowana normalność ciepłej rodziny, przygaszająca konsekwencje potwornych doswiadczeń.
    – Dobranoc Olciu.
    – Dobranoc tato. Zobacz, uplotłam Jadwisi warkoczyki!
    – Śliczne!
    – A jutro pójdzie z misiem na balkonik.
    – Dziękuję, że tak o nią dbasz. Kocham cię, Olciu.
    – Kocham cię, tato!
    Inspektor cichutko zamknął drzwi.

  16. Marta pisze:

    Mieszkam w prostokątnym, szklanym pudle 2x3m z widokiem na Kruczkowskiego – najbardziej pożądaną ulicę w mieście. Ulicę pełną nowobogackich, biznesmenów i finansistów. Mam wielu znaczących sąsiadów i jednego współlokatora, z którym nie utrzymuję żadnych kontaktów, bo straszny z niego buc. Całymi dniami tylko stoi oparty o jedną ze ścianek i gapi się w przestrzeń. Niby obserwuje, kontempluje, czasem nawet wygłasza te swoje nieme peany na cześć długonogiej blondi w zbyt obcisłych sukienkach, a w moją stronę nawet nie spojrzy – głupi plastik!
    O ironio! Za to ona zawsze patrzy tylko na mnie. Za każdym razem jak się przebiorę w mig obwąchuje wystawę. Ba! Nawet robi z tego niezłe przedstawienie. Najpierw w zwolnionym tempie wysiada z czerwonego BMW, omiatając spojrzeniem całą ulicę upewnia się czy wszyscy na nią patrzą (ten padalec obok z przyklejonym jęzorem do brudnej szyby na pewno!). Następnie pingwinim krokiem zbliża się do przejścia dla pieszych (stąd dzieli nas już tylko kilka kroków), gdzie nie żeby specjalnie, ale przypadkiem, upuszcza coś na samym środku zebry. No proszę, dziś padło na okulary przeciwsłoneczne! (Rzecz jasna podróbki) Teraz z godnym pożałowania wdziękiem schyla się, w zapożyczony z filmu, sposób doprowadzając przechodzących mężczyzn i kobiety do pasji (Tych pierwszych do niepohamowanej żądzy, a ich żony do niepohamowanej furii). W końcu dociera do celu. Stoimy twarzą w twarz. Tylko ona i ja. Oko w oko. (Kto tym razem wytrzyma dłużej?) Jest cierpliwa i silna, więc długo nie odrywa ode mnie wzroku, ale to ja jestem odrętwiała. Krzywy grymas na jej „solarnianej” buźce, obwieszcza, że wygrana znowu jest moja. Blondi kolejny raz wchodzi do drogiego sklepu i kupuje moją kieckę. Na do widzenia rzuca mi wyzywające spojrzenie i odchodzi w fałszywym poczuciu spełnienia. Ale ja wiem, że to jeszcze nie koniec, wiem, że ona tu wróci. Widziałam wiele takich jak ona, w wypożyczonych samochodach i podróbkach. Oni zawsze wracają, bo my zawsze czekamy.

  17. Tomek pisze:

    Jeden w prawo, jedna w lewo. Dwoje w lewo. Pies, bez celu. Kobieta z wózkiem, ale pędzi. Mała główka podskakuje. Teraz cisza. Stoją na czerwonym świetle. Zaraz przyjdą całą zgrają.

    Dobrze im. Idą. Nie tkwią. Na kiju. Jak ja. Za szybą. Jak ja.

    Facet z cygaretką. Patrzy na mnie. Nie. Patrzy przeze mnie. Ach, melonik. No tak. Zapomniałem, że Jadzia założyła mi dzisiaj melonik. Jadzia… Jadziu, żyję dla ciebie. Co rano wycierasz ze mnie kurz. Ubierasz mnie w te koszule Arkadiego, garnitury Vittoni, krawaty, apaszki z kaszmiru. I ten melonik dzisiaj. Ty jedna patrzysz na mnie, nie na przestrzał przeze mnie. Dbasz, żebym wyglądał. Jak człowiek.

    Cygaretka odszedł. Dwoje w lewo, jeden w prawo. Czerwone. Stoją. Stoją jak ja. Ale tylko chwilę. A ja tak cały sezon. Cały piekielny sezon do wyprzedaży. SALE. Wtedy zrobi się wokół mnie ruch. SALE. Ale i tak poza Jadzią nikt na mnie nie spojrzy z czułością. SALE.

    Jadziu, ty dostrzegasz we mnie tę iskrę, prawda? Wiem, że tak, choć nigdy się z tym nie zdradzisz. Nie wolno ci, to to by oznaczało zerwanie.

    Stoję tu trzy sezony. Ty jesteś od dwóch. Dwa razy już przyszpilałaś mi w rękaw tekturowe kartony -50%. I ten moment, kiedy mnie rozbierasz. Oczy zachodzą mi mgłą. Odwracasz wzrok, nie chcesz żebym widział, jak się rumienisz. Szelest jedwabiu na na mojej drewnianej ręce. Muśnięcie materiału spodni. Twój ciepły dotyk, oddech, kiedy luzujesz krawat, rozpinasz koszulę. “To ostatnia sztuka. Dopiero od wczoraj na manekinie, proszę przymierzyć”.

    Za szybą ciemniej. Zbiera się na burzę. Dziewczyna z jabłkiem w dłoni, schowała się pod markizą. Zaraz lunie. Jabłko jest zielone, ona patrzy na mnie zielonymi oczami. Nie mogę tego ścierpieć. Ona naprawdę spojrzała na mnie, tak jak patrzy Jadzia.

    Nie myśl o tym, troje w lewo, para w prawo. Ten sam pies znowu. Pierwsze ciężkie krople deszczu na krzywych chodnikowych płytach. Nie myśl o tym. Nie. Liczy się tylko Jadzia. Czemu ona tak na mnie patrzy, czemu lustruje mój czerwony krawat, który rano zapięła mi Jadzia. Strugi deszczu przecięły powietrze, zadudniły o markizę.

    Ktoś w prawo biegiem bez parasola. Ona patrzy jeszcze przez chwilę na mnie i powoli z wahaniem obejmuje klamkę. Otwiera drzwi, słyszę dzwonek pod sufitem. Wchodzi do sklepu.

    (Time limit 45)

  18. Klara pisze:

    Nikt nie ma nudniejszego życia . Uwierz.

    Nawet osoby powtarzające codziennie tę samą mantrę: praca – dom – praca – dom. Nawet niepełnosprawni , przykuci do wózka. Nawet Ty. Nie jestem szczęśliwa z tego powodu.
    Kiedy jesteś skazany na wieczne oglądanie ludzi za szybą, do których nie masz dostępu, nie możesz być szczęśliwy.
    Stoisz z uśmiechem, oczywiście radosnym, a jednocześnie w twoim wnętrzu ogień wypala dziury bezsilności. Nie doznasz szczęścia.
    Ja go nie mam. Jestem nikim, jestem lalką, przynajmniej dla wszystkich wokoło. Powoli też dla siebie samej.
    Nic nie jest moje, ani te piękne buty ,( tak miękkie, wygodne, och! proszę nie zabierajcie mi ich!), ani czarna kurtka, ani sukienka z czerwonego jedwabiu, jakże delikatnie okrywająca moje ciało (sztuczne ciało, nawet ono do mnie nie należy).
    Ludzie nie traktują mnie poważnie, wywyższają się. Pewnie czują przewagę nade mną, bo mogą chodzić, mogą mówić. Nie dziwię się im, naprawdę.

    Zawsze jednak staram się myśleć, że mogło być gorzej. Moglabym zostać skrzywdzona przez emocje, przez miłość. Życie w gruncie rzeczy jest przerażające i niebezpieczne . Być może lepiej trwać w pustce i obserwować. Tak, to najlepsze wyjście. I nie myśleć za dużo o życiu, bo kiedy nie masz na coś wpływu najlepiej dać sobie spokój.
    I po prostu istnieć, okłamując się, że to ma sens.

    Takie króciutkie i dołujące 😉

  19. Syntaris12 pisze:

    KOMENTARZ: Napisane na bardzo szybko. Nie chciało mi się długo sprawdzać. Są rzeczy za które Pana podziwiam, Panie Tomaszu, ale nie, niestety, nie zwykłem słuchać innych. Mimo to grzecznie proszę o ocenę. Jest ona dla mnie o tyle istotna, że pozwoliłem sobie napisać ten tekst w stylu dość… ekhm… eksperymentalnym (jak na mnie), a Pan wydaje się znać na rzeczy. Zresztą z przyjemnością wysłucham każdej opinii :) pozdrawiam i zapraszam do lektury :)

    Znowu się biją. Ten ubrany w dres, znów wykonuje zamach prawą ręką. Wyprowadza uderzenie sierpowym. Ten ubrany w płaszcz zgina się w pół. Pada na ziemie. Przy upadku pęka warga. Krew miesza się z błotem. Ten w dresie obszukuje go. Wyciąga zwitek pieniędzy z jego płaszcza. Przelicza je. Chowa do kieszeni. Wyciąga nóż. Jeden przeciągły ruch ręki. Nie widzę dokładnie, latarnia gaśnie i cała ulica zawija się w mrok
    Samotność. Miałem czas. Mam czas. Będę miał czas. Za mną nie ma nic. Pustka, stan nieznany nikomu, kto nie jest manekinem sklepowym. Przede mną mała, brudna i ciemna uliczka. Właściwie to też jest pewna odmiana pustki. Ona jest taka jak ja. Nikt nas nie polubi. Nikt na nas nie spojrzy.
    Docenią ubrania. Krawca. Szewca. Projektanta. Kasjera. Ale nie mnie.
    Spojrzą na zabudowę. Pochwalą radych, architektów, budowlańców. Ale nie ją. Na istocie ulicy nikt zaczepia wzroku. Dlatego ją lubię.
    Mam czas, dużo czasu, mnóstwo ciężkich, leniwych i mdłych godzin sunących jak ciężarna żółwica po plaży utulonej żwirem i kamieniami. Plamy czerni zlewają się w jedność. Figury ulepione z mroku ożywają. Rycerz czyści swoją zbroje. Smok zżera księżniczkę. Kobieta wpada w objęcia kochanka. Pijany facet z tanim papierosem żali się na kobietę. Uczeń piszę opowiadanie.
    Ich nie ma. Nie ma. Nie ma, przecież wiem o tym dobrze! Tak naprawdę nie ma nikogo. Jestem ja i ta uliczka. I ten dres, który obija twarze innych dresów. I ciemność, długa, bolesna i małomówna.
    Jesteś tam jeszcze rycerzu? Czy zabiłeś już smoka?
    Nie ma cię. Walczysz ze złem tego świata. Jak bardzo chciałbym walczyć razem z tobą. Ale to jest twoja misja. Ja stoję tu abyś ty mógł walczyć tam.
    Znów jest światło. Wlewa się przez szybę, owija mnie i te szmaty, które na mnie leżą.
    A potem zaczyna się dzień. Ktoś za mną przechadza się po sklepie i przestawia wieszaki. Ktoś wchodzi do środka. Głos. Palec przejeżdżający po moich plecach. Ładny materiał proszę pana. Dziękuje. Nie słucham dalej. Trzask drzwi. Czas płynie powoli. Światło nie jest tak płodne jak ciemność. Nikt mnie nie odwiedza.
    A potem znowu jest ciemno. Ktoś kogoś uderzył. To nic innego jak tylko drobina błota zmniejszana z kroplą krwi. Ktoś krzyczy. Długo i przeciągle. Boli go. Szarpie się, gryzie ziemię i łamie paznokcie o asfalt. Potem przestaje. I wtedy nie różnimy się już niczym.
    Brzdęk tłuczonej szyby. Szepty. Coś mnie potrąca. Upadam złamany w pół. Przekleństwo. Otwierają kasę. Pieniądze pakują do kieszeni.
    Godzin wloką się aż do ich porannego końca. Ktoś zbiera mnie z podłogi. Niosą przez podwórze. Pakują do zielonego kubła. Trzask metalowej klapy.
    Jesteś tam jeszcze rycerzu?

  20. Kasia pisze:

    Pamiętam jak stałem tam, gdy nagle świat rozpadł się na kawałki. Myślałem,że przestałem istnieć, ale to nie prawda. Po prostu podzieliłem się na wiele, wiele mniejszych części, ale nigdy nie przestałem istnieć. Chciałbym żebyście naprawili mnie.Pragnę z całych sił stać się już nawet nie tym kim byłem, ale czymkolwiek.To boli, takie bycie rozproszonym. Znajdz mnie.Proszę. Kop głęboko w ziemi. Nie poddawaj się. A ja tymczasem opowiem Ci moją historię.
    Byłem mężczyzną. Tak się określiłem i tak się czułem, nie potrafiłem o sobie myśleć per manekin.Mimo,że nie zaciągałem się dymem, nie spacerowałem z tymi wszystkimi pięknymi kobietami, które uwodzą kołyszącym krokiem , to czułem ,że jestem mężczyzną. Zostałem stworzony w pracowni mistrza Guardha w Rzymie. Uwierz mi przyjacielu, posiadałem wszystkie męskie cechy, bowiem mój stwórca nie zapomniał nawet o ekhm… genitaliach, nie wspominając o naturalnych włosach pochodzących od niejakiego Silvara. Były to piękne, bujne brązowe pukle, ale bez przesady nie jak u jakiejś lady. Chciałbym abyś mi trochę zazdrościł więc powiem Ci ,że miałem sylwetkę mocną,z szerokimi ramionami i słusznym wzrostem. Zeusową, mój drogi, zeusową…
    Wkrótce, po jakże szczęśliwym akcie stworzenia, wysłano mnie do Londynu. Ale! Do sklepu z galanterią męską SMITH’S & SONS. Nie wiesz, bo skąd miałbyś… Więc wyobraz sobie Londyn rok 1937. Ach! Ach głupcze żałuj,że nie liznąłeś niczego z tej dekady! Lata trzydzieste, no powiedzmy czterdzieste! Szyk, elegancja, perfumy, fraki, garnitury ze złotymi guzikami, pantofle odbijające echo ulic. Ladies and Gentlemens! I oto ja. Na Oxford Street. W samym sercu City.
    Stary ,poczciwy Smith nazwał mnie Jack.Kochałem go, bo bardzo o mnie dbał. I gadał ze mną, wiedział,że jestem godny zaufania. Przykro mi to mówić,ale był jednak głupi. Na wiosnę 1939, jego syn William, zamordował go, robiąc przy tym straszny bałagan w sklepie. To dziwne, co mówią o duszy,że ona idzie do nieba, czy do piekła, nie uważasz? Stary Smith, a raczej jego dusza, weszła bracie we mnie samego. Jeśli nie rozumiesz, to krótko mówiąc. Smith zamieszkał w ciele, niech Ci będzie- MANEKINA.
    Odtąd mogliśmy rozmawiać swobodniej, bo hmmmm…..,że tak powiem rozumieliśmy się bez słów. Patrzył moimi oczami jak parszywy Will zabawia się ze szwagierką, albo jak jego brat Henry, ten życiowy niedojda, okrada klientów, sam w końcu padając łupem złodziei, po tym jak ograbili sklep na początku 1940.
    Tak… 1940. Zapamiętaj tą datę synku. Zapamiętaj, najlepiej siódmego września 1940. Wtedy to za pomocą bomb Adolfa wylecieliśmy, ja i stary Smith, którego dusza mieszkała w moim ciele, w powietrze. W tysiące kawałków chłopcze. Smith ulotnił się, przepraszam Cię nie wiem gdzie jest. Sądzisz ,że w niebie? Więc dlaczego ja u licha tam nie jestem? Czemu więc tkwię pod spodem tego szalonego miasta, rozparcelowany na części? Proszę Cię, żebyś mnie odszukał. Tęsknię.

  21. Ewelina pisze:

    W co dziś mnie wystroicie? Kolejna nudna mała czarna czy może dżinsy i tiszert z napisem „SALE”. Oby nie, bo naprawdę chciałabym się podobać JEMU. Niech podziwia, tak jak ja podziwiam GO codziennie.
    JEGO widzę w każdy dzień prócz niedziel. Wtedy sklepy są zamknięte, a my schowani za żaluzjami. W każdy dzień od rana do popołudnia patrzę na Niego bez przerwy, nieustannie.
    Dzieli nas tylko uliczka wyłożona brukową kostką. Codziennie mijają nas tłumy ludzi. To w końcu najbardziej lubiana ulica w mieście, najdłuższa w całej Europie. Choć całe miasto jest ponoć okrutnie brzydkie, to ta jedna ulica jest taka jego piękną ozdobą. Mi podoba się również. Nieco krzywa, może brudna, ale mająca swój charakter. Na pewno nie komercyjna, taka tylko dla wybranych, jak zresztą całe miasto. Wiem wszystko. Słucham. Obserwuję. Znam rozliczne historie, szczęśliwe, smutne, tragiczne. Ale mnie one nie dotyczą. Mnie najbardziej interesuje jedna tylko historia dotycząca sklepu naprzeciwko. Tam zawsze w eleganckim, doskonale skrojonym garniturze stoi ON. Ja patrzę na Niego, On patrzy na mnie. Znam każdy milimetr Jego sylwetki, wszystkie Jego kreacje. Tylko ja wiem, w czym Mu najlepiej. Ale nie mogę Go dotknąć. Widziałam, jak robią to ludzie. Trzymają się za rękę, przytulają się.
    Ja i On. Jesteśmy idealni. Świat byłby piękny, perfekcyjny, gdyby wszyscy wyglądali tak jak My. Ci ludzie wokół są tacy brzydcy, krzywi, wstrętni.
    O, przyszły te dwie krzywe melepety. Jedna mała, gruba i pryszczata. Wygląda, jakby całe życie obżerała się hot-dogami. Druga trochę lepsza, ale głupia jak but. Czasem, kiedy słucham ich rozmów, to pragnę zniknąć, wyparować.
    (ej, ale spoko ta nowa kolekcja, co nie)
    (no, niezła)
    (ej, ale se wołają za te ciuchy, co nie? Zoba, ta kiecka 6 stów, a u chińczyka za trzy dychy bym ją wyrwała)
    (za metkę płacisz)
    (a ten manekin to stary już, co nie?)
    JA STARA!!!!! Ja stara? Ty pusta lafiryndo, tandetna małpo!!!!
    (sorka, kierowniczka mnie wzywa)
    Poszedł grubas i zostałam sama z tym pustakiem, ukwiałem pieprzonym. Nawet warga jej tak opada, że brakuje tylko ściekającej śliny. Zostaw mnie już mały robaku, nałóż już cokolwiek, obyś odeszła jak najdalej i nie dotykała mnie więcej. Tandeto z bałuckiego.
    (ej, andżela, kierownika kazała zdjąć tego i postawić nowego, to weź zdejmij)
    (dobra)
    Co ty robisz??? COOO TYYY ROOOBISZZZ? Nie dotykaj!!!
    ………………..
    Ciemno. Cicho. Ciasno. Jakoś dziwnie. Nie czuję nic. Czy ja jestem w kartonowym pudle?
    (używany, minus pięćdziesiąt procent, w niezłym stanie, jeszcze postoi)
    (dobra, to ten wezmę, na paragon, jeśli można)
    ………………..
    (leginsy 10 zł, bluzki damskie 5 zł, tanio, tanio, zapraszam!!!!)
    (noże tanio!!!)
    (oryginalne zegarki damskie, męskie tanio!!!!)
    (no siema ziom, a na bałuckim jestem)
    Nie. To niemożliwe. Nie. NIE!!!!!

  22. Agnieszka pisze:

    Dzisiaj jestem ubrana w niebieską sukienkę i brązową kurtkę. Obok mnie stoją dwa inne manekiny. Jeden ma na sobie różową bluzkę i pikowaną spódnicę, a drugi różową sukienkę i czarną kurtkę. Czasem zastanawiam się czy one też widzą, słyszą i czują, tak jak ja. Chciałabym z kimś porozmawiać, jednak pozostaje mi tylko obserwować co się dzieję na ulicy. Dzisiaj jest piątek. Uczniowie będą szli ze szkoły z uśmiechem na twarzy. Czemu cieszy ich ten dzień, skoro jutro też będą szli tędy, ale zamiast plecaków, będą nieśli reklamówki? Stoję w witrynie sklepu, do którego przychodzą same kobiety. Przychodzą, oglądają ubrania i czasem coś kupują. W dzień obserwuję to, co dzieję się na ulicy, za to w nocy odpoczywam, chociaż nie potrafię spać. Znam już większość osób mieszkających w tym mieście, tym których widzę często nadaje imiona. Zawsze zastanawiam się po co niektórzy przechodzą kilka razy tą samą drogą. Chyba są też inne drogi. Kiedyś myślałam, że ta ulica to cały świat, ale usłyszałam, jak jedna kobieta mówiła, że na innej ulicy jest promocja na buty. Skoro są inne ulice, to po co ludzie przechodzą kilka razy tą samą drogą? Gdybym ja mogłam chodzić, to codziennie obierałabym inną trasę. Początkowo nudziłam się stojąc na wystawie. Jednak z czasem zaczęłam obserwować ludzi i dopisywać im różne historie. Gdybym mogła chociaż pisać, to tworzyłabym opowiadania o osobach, które mijają mój sklep. Ale gdybym mogła się ruszać, to poszłabym stąd, byłabym jak ci ludzie, non stop śpieszyłabym się gdzieś i nie miałabym czasu na pisanie. Nadal nie rozumiem, dlaczego oni wszyscy się śpieszą. Przecież dzień jest bardzo długi. Chciałabym zobaczyć jak wygląda ten ich „dom” i „praca”, do których zmierzają. Usłyszałam tylko, że do pracy zawsze się śpieszą. Po co się tak tam śpieszą, skoro nikogo ona nie cieszy? Czy ktoś im każe tam chodzić?
    Słońce wzeszło wyżej. Jest południe. Pierwsi uczniowie wracają ze szkoły. Najpierw idą mniejsze dzieci, niosą wielkie plecaki i uginają się pod ciężarem. Wyglądają, jakby się już przygotowywali do starości, starsi ludzie też chodzą zgarbieni, ale nie wiem dlaczego. Może wydaje im się, że nadal niosą te wielkie plecaki. Kiedy słońce przesunęło się na niebie, idą starsi uczniowie. Mają mniejsze plecaki. Niektóre dziewczyny niosą torebki w jednej ręce. Dwie z nich wchodzą do mojego sklepu. Słyszę jak rozmawiają. Zza szyby widzę, jak jakaś para kłóci się. W takich momentach mam ochotę założyć słuchawki na uszy, jak niektóre osoby i nie słuchać. Mam ochotę zamknąć oczy i nie patrzeć.

  23. Rudaa_ pisze:

    Coś czuję, że wyjdzie mi z tego cały one-shot xD

  24. Krzysztof Zły pisze:

    Manekiny
    Kim jestem i czemu tu stoję? Stoję, bo stać muszę. Czemu ja muszę, a oni wszyscy inni nie muszą, a może jednak muszą, tylko nie wiedzą, że muszą. Dziś pani Marta – znaczy się sklepowa – zarzuciła na mnie niezłe wdzianko. Dzięki temu zdobędę najlepszą laskę w mieście. Niech no tylko tutaj jaka przejdzie. Cóż, że co najwyżej mogę przelecieć jakąś tylko oczami wyobraźni. O idzie jakaś? Proszę, no proszę, zatrzymaj się i pomaluj usta przed moją gablotą. Przejrzyj się w tej pieprzonej szybie! Jest! Jest! Jest! Powiedz jeszcze coś sprośnego i jesteśmy na miejscu. Nie wierzę, idzie następna. Może jaki trójkąt na tylnym siedzeniu? Tak, zatrzymała się i zaczęła mówić. Czar prysł!
    – Czeeeeeść! Lodzia. – wykrzyknęła, a raczej wystękała ta, która przyszła później.
    – O cześć! – odpowiedziała z niechęcią ta pierwsza. Chyba ktoś tu kogoś nie lubi, ale ten ktoś o tym nie wie.
    Właściwie tyle miały do powiedzenia. Reszta rozmowy to jakieś strzępy słów o botoksie, że ta ma sztuczną wargę, a tamta powiększony półdupek. Kurwa! co ma powiedzieć ta, co nie ma ręki albo nogi. Te się martwią, że mają za małe wargi, ale one i tak są usprawiedliwione, bo to przecież nie jest ich wina, to zrobił im ten skomercjalizowany, zatęchły od kiczu, sponiewierany pozorną wolnością – świat. One (oni) myślą, że są wolne, bo jak będzie chciała, to sobie powiększy wargi. Jednak prawdą jest, że jak moda jej rozkaże, to będzie nosić usta na czole. Jestem wolniejszy od najwolniejszych. Cóż, że nie mogę ubrać się w to co zechcę, ale przynajmniej wiem, że jakbym mógł, to i tak bym tego nie zrobił. Przegrałbym z modą, ale świadomie, wiedząc że nie jestem tak naprawdę wolny.
    Przy mojej gablocie przystanęli ci najwolniejsi i zaczęli skrupulatnie liczyć świecące miedziane żółciaki. Jednak oni, mimo że są wolni, tak naprawdę są szybcy. Obaj ubrani bardzo podobnie, ten sam odcień czerwieni zdobi ich twarz, skórzano-podobna kurtka, mocno zabrudzone poszarpane dżinsy, przetłuszczone czarno-siwe włosy, lekko zakrzywiony, przyozdobiony czerwoną truskawą bokserski nos, a wszystko to podparte gęstą brodą i mięsistymi wąsami. Na głowie obaj mają dżokejki, ale grają w innych klubach. Pierwszy z nich to środkowy Los Angeles Lakers, a drugi to rozgrywający Chicago Bulls. Wspólnym elementem ich pięknych kapeluszy, oprócz pokrzywionego daszka, jest biała, ptasia kupa na samym czubku tych jakże wyszukanych okryć głowy. Tak właśnie wyglądają najwolniejsi, ale nie zapominajmy, że cały czas są szybcy.
    – Zenek! Zenek! Brakuje pisiont groszy! – wykrzyknął jeden z „wolnych” tak głośno, że cała galeria, w jednym momencie wlepiła w niego wzrok jak w najlepszy towar. Co to za problem dla „wolnego”, nawet ich nie zauważył, nawet przez chwilę nie poczuł się nieswojo, wręcz przeciwnie dalej ciągnął swoją tyradę – Kurwa! Co my teraz zrobimy?! Nie wytrzymam następnej godziny. Zenek, proszę cię! Wymyśl coś!
    – Popełnijmy zbiorowe samobójstwo! – wpadł na pomysł ten trochę wolniejszy z „wolnych”, trochę wolniejszy, ale nie znaczy to, że choć na chwilę przestał być szybki.
    – Ale jak? – zapytał zdziwiony ten szybszy.
    – Co jak? – odpowiedział pytaniem na pytanie wolniejszy.
    – No, jak chcesz popełnić to zbiorowe samobójstwo? – sprecyzował szybszy swoje poprzednie pytanie.
    – Durniu! Nie będziemy popełniać żadnego samobójstwa. To był żart, ironia, kawał! – okrzyczał wolniejszy szybszego – Rozdzielimy się i uskutecznimy naszą strategię PANDA – dodał, a następnie każdy z nich poszedł w swoją stronę, szukać potencjalnej ofiary.
    Zenek i Mietek to najwolniejsi ludzie jakich znam. Na pewno nie zniewoliła ich ta franca – moda! Często przystają przy mojej gablocie, czając się jak dwa gepardy na małą antylopę. Zawsze mają ten sam problem, ale zawsze też znajdują jakieś rozwiązanie. Widzę ich jak wracają z supermarketu, ze swoim osobistym szczęściem, ze swoją oazą spokoju, nektarem bogów – tak nektarem bogów, bo gdy go niosą ich krok jest naprawdę boski. Zabierzmy im jednak ten magiczny napój albo niech wszyscy ludzie zmówią się ze sobą i nikt nie da im nawet grosika. Dajmy im jednak spokój, niech upijają się swoją pozorną wolnością.
    Wybiła godzina piętnasta. Nienawidzę piętnastej – wtedy na drugą zmianę przychodzi pani Rebeka. Ona zawsze ubiera mnie w różne dziwne fatałaszki. Wszystkie te ubrania są zrobione z lateksu. Podejrzewam, że jakby dała radę otworzyć mi usta, włożyłaby mi tam czerwoną kulkę. Na szczęście nie posiadam otworu gębowego.
    Pani Rebeka nie lubi być wolna, dlatego podczas seksu każe swojemu chłopakowi, zakuwać się w kajdanki. Opowiadała kiedyś pani Marcie jak to ją nie bolą pachwiny.
    – Marta nie uwierzysz co wymyślił ostatnio mój Rafcio? – powiedziała podekscytowana pani Rebeka.
    – Pewnie znowu coś zboczonego. – rzuciła Pani Marta z taką pewnością siebie, jakby nic już nie mogło jej zaskoczyć ze strony Rebeki.
    – Kupił dyby, wstawił je do naszej sypialni, a w nocy mnie w nie zakuł. Następnie kazał mi gdakać jak kura.
    – Rebeka przestań, nie chcę tego słuchać! – oburzyła się jak zawsze pani Marta, kiedy musiała wysłuchiwać relacji z conocnych przygód Rebeki.
    Czasami mam wrażenie, że pani Marta zazdrości tych seksualnych wypraw swojej koleżanki z pracy. Coś jednak nie pozwala jej spróbować tak samo. Co lub kto to jest? Nie wiem, może konserwatywny mąż, a może konserwatywny Bóg, w którego pani Marta tak mocno wierzy. Zawsze przed snem całuje stópki Jezuska, bo jego pocałuje wszędzie, męża już niekoniecznie. Później narzeka, że robią to jak manekiny, z automatu, zawsze tak samo. Najpierw kupowali wino żeby rozluźnić atmosferę, ale od kiedy Adam po alkoholu nie domaga, przerzucili się na Oranżadę Haliny. Pani Marta zawsze kupuję białą, a pan Adam kupuje czerwoną. Owijają się w te barwy ku chwale ojczyzny, i robią to co robić muszą, szybko żeby oczywiście za bardzo nie zdenerwować Jezusa. Mniej więcej po pięciu minutach, rozłączają się powoli od siebie te dwa kolory. Biały patrzy się tępo w sufit, a czerwony odwraca się dupą do białego i idzie spać.
    Jakbym umiał mówić, to bym powiedział pani Marcie, że manekiny tak nie uprawiają seksu, że nie docenia mocy naszych oczu wyobraźni. Ja to robiłem już na wszystkie sposoby. Na pieska to dla mnie chleb powszedni. Przebiła mnie tylko pani Rebeka, jednak jej wyobraźnia w tym względzie jest niedościgniona.
    – Dzień dobry pięknym paniom. – do sklepu wszedł pan Wiesio rzucając komplementami na lewo i prawo.
    – Dzień dobry panie Wiesiu. Dobrze, że już pan jest, w ubikacji cały czas leje się woda. – odpowiedziała ucieszona i lekko zawstydzona komplementami Wiesia, pani Marta.
    – Ooo jak cieknie, to na pewno gdzieś jest dziura, a ja zatkam każdą dziurę – małą, dużą, średnią, półśrednią, muszą, słomkową, ciężką, kogucią, a nawet superciężką. – pochwalił się niebywałymi umiejętnościami pan Wiesio. Reakcje dwóch sprzedawczyń były całkowicie antagonistyczne. Pani Rebeka puchła ze śmiechu, aż jej imię REBEKA nabrało sensu.
    – Panie Wiesiu, niech pan da już spokój z tymi żarcikami i zrobi ten klozet! – oburzyła się pani Marta, a pan Wiesio bez słowa udał się zatykać.
    Pan Wiesio, ogólnie to ma wszystko głęboko w dupie. Kiedyś był jednym z „wolnych” i razem z Zenkiem i Mietkiem uskuteczniał technikę PANDA. Mający wszystko w dupie Wiesio, pewnego dnia zaczął w niej głęboko grzebać, bo coś go tam uwierało. Grzebał i grzebał, aż wygrzebał pomysł, że skończy z menelstwem i założy jednoosobową firmę pod nazwą: Wiesio Golden hent. Od tamtej pory nic już nie uwierało pana Wiesia, dlatego też już więcej w niej nie grzebał. Właściwie nie bardzo zmienił się pan Wiesio za sprawą tajemniczego wykopaliska, ale metamorfozie uległo wszystko co go otaczało. Jakby spojrzeć na jego wygląd, to w sumie zamienił tylko czapkę Boston Celtic, na firmową czapkę, koloru czerwonego, z napisem „Wiesio golden hent” przez co ewidentnie upodobnił się do słynnej postaci ze świata gier. Za to ludzie otaczający pana Wiesia, zaczęli odnosić się do niego z szacunkiem, teraz dla nich to już nie był Wiesio – żul, tylko Pan Wiesio – złota rączka.
    Pracował pan Wiesio w pocie czoła, bez żadnej przerwy, starał się bardzo, szarpał, kleił, rozpalał papierosa, główkował, aż nagle wszystko eksplodowało. Właściwie to wybuchł kibel. Woda, gówno, mocz, wszystkie te kolory wystrzeliły panu Wiesiowi w twarz i zalały cały lokal. Może to dobrze i dzięki temu zamkną wreszcie ten sklep, a ja ułożę się wśród gratów w magazynie i nic już nie będę musiał, jak przystało na prawdziwego, honorowego, wolnego – manekina.

  25. UchyDuchy pisze:

    Od pewnego czasu nie mam żadnych pomysłów na opowiadania( a raczej mam wiele tylko żaden nie wydaje mi się wystarczająco dobry), a twoje ćwiczenia sprawiają, że się odblokowuję :)
    Mam jeszcze jeden problem. Próbuje się zarejestrować na tutejsze forum, lecz gdy chcę wygenerować hasło wyskakuje mi coś takiego: „Odnośnik do resetowania hasła wydaje się być niesprawny”. Mimo, że próbuje ponownie problem się powtarza.

    Trzy, dwa, jeden… Start! Ale zaraz, gdzie jest szefowa? Wybiła 6:30, a kolejne minuty uciekają. Spóźnia się jak zwykle. Byłem naiwny myśląc, że się zmieni. Jak już wreszcie przyjdzie nawet na nią nie spojrzę, niech poczuje jak bardzo mnie zawiodła.

    6:40 przed naszą wystawą przejechały dwa samochody i dwa razy dałem się nabrać. Myślałem, że to ona, a gdy znikały za zakrętem czułem się oszukany. Jak tak dalej pójdzie nie zdążymy otworzyć na czas i wszystko diabli weźmie. Klienci się zniecierpliwią i pójdą do konkurencji. Ubrania się nie sprzedadzą, a potem, co? Będzie płacz, że nie starcza na opłaty, że nie ma za co kupić towaru. I będzie mnie pytała co ma zrobić. Nie ma mowy, nie mam zamiaru jej odpowiadać. Nigdy nie udało się jej mnie złamać.

    6:55 Gdzieś za moimi plecami słyszę dźwięk przekręcanego klucza. Przeoczyłem jej przyjazd? To do mnie niepodobne, zwykle nic mi nie umyka. Sklep zalewa światło. Mimo, że obiecałem zostać obojętny cały promienieję ze szczęścia. Nie widziałem jej parę godzin, a zdążyłem się stęsknić jak nigdy. Słyszę jej przyśpieszony oddech, w odbiciu szyby widzę jak biegnie na zaplecze. Wraca niosąc stos ubrań, rzuca je na bok i zaczyna mnie rozbierać. Trochę mi przykro, że się nawet nie przywitała ale w ciągu ostatnich piętnastu lat zdążyłem do tego przywyknąć. Obróciła mnie więc mogę spojrzeć na siebie w lustrze. Gdy zauważam na sobie skórzaną kurtkę czuje dreszcz ekscytacji. Wyglądam jak prawdziwy rockman!

    Czuję pierwsze promienie słońca na twarzy. Przeniosła mnie na zewnątrz. Samemu mi w to trudno uwierzyć ale potrafi mnie podnieść jedną ręką. Bierze mnie pod pachę i już! Kiedyś jak większość facetów myślałem, że kobiety są kruche i słabe. Dobry Boże jak ja się myliłem! Niektóre z nich są naprawdę twardymi babkami.

    Widzę pierwszych przechodniów i przyjmuję dumną pozę. Próbuje jak najlepiej zaprezentować ubrania, które mam na sobie. Mimo, że robię wszystko by zwrócili na mnie uwagę idą dalej wpatrzeni w małe, świecące pudełka. Nie przejmuję się tą porażką. Już wcześniej zauważyłem, że z takimi jak oni nie da się już nic zrobić. Czuje na sobie wzrok manekina z wystawy z naprzeciwka. Wymieniamy porozumiewawcze spojrzenia. Wiem, że jemu jest również przykro. Żal nam ludzkich niewolników elektronicznych urządzeń lecz nic nie możemy na to poradzić.

    Sklep tętni życiem, a ja przyciągam spojrzenia przechodniów. Z radością witam stałych klientów. Czuję coraz większe ciepło w środku, gdy widzę jak wiele z nich wychodzi od nas z pełnymi torbami. Kątem oka widzę grupę nastolatek. Jestem pewien, że nic nie kupią. Będą się snuły między wieszakami i zajmowały przebieralnie robiąc sobie selfie z metkami. Dobrze je rozumiem, ja także lubię się przebierać w nowe ubrania.

    Po ciężkim dniu pracy nastaje wieczór. Zostaję wniesiony do środka a na drzwiach zawisa karteczka z napisem „zamknięte”. Pod nasze drzwi podjeżdża furgonetka. Kierowca wyciąga ze środka podłużną paczkę a szefowa każe wnieść mu ją do środka. W mojej głowie pojawia się tysiąc pomysłów na to co może być w środku. Podczas gdy ona zdejmuje brązowy papier ja czuję coraz większe zniecierpliwienie. W końcu staje przede mną On. Wysoki, dobrze zbudowany, nieco opalony. Patrzę na niego z niemałym podziwem, jest idealny. Nie wiem jak mam to rozumieć. Czy to oznacza, że od dzisiaj pracujemy razem?

    Szefowa podchodzi do mnie, ściąga moje ubrania i nakłada je na nowego. Nie kryję zdziwienia ale póki co jestem spokojny. Pewnie dla mnie ma coś innego. Nic nie podejrzewam dopóki mnie nie przenosi na zaplecze.
    – Zaczekaj!- wołam- Co ty wyprawiasz?
    Nie zwraca na mnie uwagi. Próbuję się wyrwać lecz nie mogę poruszyć rękoma. Patrzę z przerażeniem na swoje ciało. Czy jestem chory? Czuję jakby cały zastygł i nie mógł wykonać najmniejszego ruchu. Gaśnie światło, drzwi się zamykają, zostaję sam. Czy właśnie zostałem zwolniony?

  26. Angela pisze:

    Nie zawsze kochałam swoje życie tak jak dziś.
    Nikt mi nie mówił: „jesteś nikim”, bo szkoda było czasu nawet na takie słowa w odniesieniu do mojej osoby. Nie zmieniało to faktu, że dalej byłam nicnieznaczącą kukłą, ale codziennie musiałam sama stawać z tą prawdą oko w oko. Całkiem sama.

    Któregoś razu wyciągnięto mnie z ciemnej i chłodnej piwnicy. Jakiś nieznajomy facet złapał mnie w pasie i niósł głową w dół po schodach. Potraktował mnie jak zwykłą szczotkę do zamiatania podłogi, kiedy moje brązowe włosy omiatały zakurzone schody. Czułam się podle.
    Dlaczego on, dlaczego ten człowiek, nie rozumiał, że czuję ogromny dyskomfort – tym bardziej, że dawałam mu znaki? Dlaczego ja nie rozumiałam jego postępowania? Przecież byliśmy tacy podobni…

    Po kilku miesiącach ujrzałam światło dzienne. Poczułam delikatnie rozchodzące się po moim plastikowym ciele ciepło. Czułam się brudna. Czułam wstyd, nie chciałam by na mnie patrzyli.
    Chwilę później, obok mnie, postawiono przystojnego nieznajomego.
    W moim mniemaniu był usobieniem najczystszego piękna, męskości, ale też tajemniczości.
    Ubrano go w garnitur. Tak dobrze w nim wyglądał. Moje nozdrza uderzył niezwykły zapach drogich, męskich perfum. Czułam się przy nim poniżona. Zawstydzona chciałam odwrócić głowę, ale facet, który przyniósł mnie z piwnicy co rusz mi ją przekręcał.

    – Zepsute jakieś to. Co nakręcę to się odkręci…

    – Sam jesteś zepsuty ty…!

    – Ćśśśś – uciszył mnie przystojny jegomość. – Uspokój się. Oni nie wiedzą, co czujesz i są zbyt głupi i zamknięci, żeby to pojąć.

    Oszołomiona nie wiedziałam co mam powiedzieć. Zamieszanie wokół sprawiło, że nikt nie zwracał uwagi na naszą rozmowę.

    – Nikt nie wie co czuję. – Szepnęłam, nie patrząc w oczy mojemu rozmówcy.
    W tym momencie pewnie bym się zarumieniła – tak jak ludzie w takich sytuacjach. Cieszyłam się, że mi to nie grozi…

    – Oni nie mają pojęcia o tym jak żyjemy, ba – nie mają pojęcia, że w ogóle żyjemy. Ta informacja prędzej sprawiłaby, że znaleźliby się w psychiatryku niż to pojęli. Dlatego zachowaj spokój, już niedługo znajdziesz się w lepszym miejscu.

    Poczułam przyjemne mrowienie w swojej plastikowej pustce, ale to nie to. To była moja dusza. Tam wewnątrz czułam, że mój pocieszyciel nie kłamie.

    – Jestem Ted, a Ty jak masz na imię?

    – Karina.

    Markowe ubrania, od czasu do czasu droga biżuteria i luksus dokoła mnie. To, z wielką przyjemnością mogę nazywać swoim domem. Niewiarygodne, że czasem nawet robią mi zdjęcia, ale nie w tym rzecz. Pragnęłam tego, od kiedy zaczełam swoją „karierę” w jakimś marnym butiku, który po miesiącu i tak splajtował. Nigdy nie przestałam marzyć, choć było mi ciężko. Nawet w tej ciemnej piwnycy snułam wizję na lepszą przyszłość, choć była to dla mnie wielka niewiadoma.
    Marzyłam o tym, by się wybić, o tym by być lepsza niż moje „przyjaciółki”, które już dawno odniosły swoje sukcecy i nawet nie chciały ze mną rozmawiać. Przestały się odzywać – zamknęły swoje myśli dla mnie – wyrzutka.
    Marzyłam o tym wszystkim i to wszystko się spełniło. Ludzie na mnie patrzą i podziwiają moją figurę i to, jak ubranie na mnie wygląda. Niektórzy mówią, że chyba jednak ich na to nie stać, a ja to wszystko mam. Tego chciałam.

    Tylko że właśnie uświadomiłam sobie, że jest coś ważniejszego i tylko mi się wydawało, że właśnie tego chcę. Tak myślałam do czasu, ale teraz to wszystko straciłoby znaczenie, gdyby obok mnie nie było Teda. Dziś mogłabym stać w każdym miejscu. Siedzieć, leżeć, wisieć – nawet w tamtej piwnicy, byleby był przy mnie Ted.

    Była noc. Spojrzał na mnie czułym wzrokiem i chwycił moją dłoń. Nikt tego nie widział, choć nasza witryna była oświetlona 24 na dobę. Zrozumiałam, że ta chwila mogłaby trwać wiecznie, bo ten cały plastik był tylko chwilowym ubraniem dla mojej duszy przepełnionej miłością do Teda, która będzie trwać wiecznie.

  27. Sheeran pisze:

    Jestem gwiazdą, modelką, obiektem zainteresowań, wspomagaczem w kształtowaniu współczesnej mody i… obserwatorem na pełnym etacie. Mam bladą karnację, szczupłą sylwetkę, cudne rysy twarzy. Czego chcieć więcej? Można nazwać ideałem pod tymi względami. Ale w rzeczywistości jestem marionetką w ludzkich rękach. Kukłą. Lalką na sznurkach, która gra tak jak jej każą. Niemową, nieczułą według innych, pozbawioną uczuć i duszy ozdobą.
    Każdy, kto na mnie spogląda, nie myśli, że mogę coś czuć. To zwykły manekin. Ale ja widzę. Czuję i słyszę. Moje oczy dostrzegają różne ludzkie twarze. Począwszy od zakładanej maski smutku, po błogi stan radości. Matka z dzieckiem, która przechadza się do galerii, by sprawić swojej pociesze prezent. Emanuje od nich czułością, kiedy córka łapie rodzicielkę za dłoń, żeby nie zgubić się w tłumie. Starszy pan, wyprowadzający psa na spacer. Ujmuję go wzrokiem zawsze, kiedy wystawiają mnie na parterze przed oknem, bym przyciągnęła markową odzieżą ludzi do sklepu. Jego twarz jest pełna żalu. Ma podkrążone oczy i niewielki garb. Słyszałam raz rozmowę o nim, jak młoda kobieta prowadziła konwersację z nieco starszym mężem. Mówili, że dzień w dzień wstaje rano, wyprowadza zwierzaka i rusza do apteki po leki dla chorego wnuka. Skrywa przemęczenie pod warstwą radosnego starca z pupilem, pomagając międzyczasie rodzinie. Nie rozumiem tego. Jest smutny, bo boli go pod koniec życia, a uśmiecha się. Dziwne są czasami te człowieczyny.
    Patrzę non stop, nie mogąc się poruszyć, ani nic powiedzieć. Ujrzę od czasu do czasu deszcz za szybą. Krople spadające z góry, których nie mogę dotknąć. Chcę tego ale nie mogę. Pragnę! Pragnę poczuć to, co ci skryci pod osłoną parasoli ludzie. Muszę! Nie wytrzymam tej ciszy. Ciszy? Ciągle ktoś coś mówi, krzyczy, przechodząc, wertuje mnie wzrokiem od góry do dołu.
    Jedyne co chcę, to wyjść z tej pułapki. Zostawić daleko za sobą białe rękawiczki z smukłych palców u dłoni, cisnąć o ziemię te drogie do obłędu suknie, które większość ludzi mogłoby sobie jedynie wymarzyć. Rzucić krwistoczerwonymi szpilkami o ścianę, pozbawiając je wcześniej obcasa oraz oderwać od wszystkich ozdóbek cekiny i inne. Ale…
    To się pewnie nigdy nie stanie. Jestem marionetką.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *