26 historii o miłości (część pierwsza)

Lubisz pisać o miłości? A może próbujesz, ale wychodzi drętwo i smętnie? Cóż. Pisarz, którzy nie potrafi sklecić wiarygodnego wątku romantycznego to trochę kaleka. Nie łam się – mam dla Ciebie ściągę.

Robert J. Sternberg, profesor psychologii z Cornell University, wyszczególnił 26 opowieści, które mówią nam, czym jest miłość. Dorastając, słuchamy tych historii i dzięki nim oswajamy dzikie zjawisko. Uczymy się właściwych zachowań, dowiadujemy, czego można oczekiwać po partnerach oraz co będzie oczekiwane od nas. Wymyślamy idealnych kochanków, projektujemy przyszłe życie – wszystko w granicach, na jakie pozwala nasza ulubiona opowieść.

Oczywiście, miłość to złożona sprawa, więc nawet w opresyjnych kulturach nie jest opisywana każdemu tak samo. Wersja minimum to osobne bajki dla chłopców i dla dziewcząt. My mamy to szczęście, że nie żyjemy już w społecznościach plemiennych. Możemy posłuchać historii ze światów odległych od tego, w którym nas wychowano. Możemy podważać te historie, które znamy, negocjować swoją w nich rolę. Możemy też przeskoczyć z jednej narracji w inną – nic nie jest dane raz na zawsze.

Teoria Sternberga ma konsekwencje na przykład dla terapii par. Sugeruje, że konflikty biorą się głównie z różnic w narracji – z tego, że jedno pragnie czego innego, niż drugie. Lepiej więc skupić się na oczekiwaniach partnerów, na ich wyobrażeniach o związku, niż po prostu na analizie ich zachowań. Prawdę mówiąc, nie wiem, jak bardzo teoria jest w podobnych zastosowaniach przydatna – nie mój konik. Widzę jednak korzyści dla pisarzy. Każda z 26 opowieści jest przecież gotowym wzorcem, z którego można odtworzyć nie tylko kształt relacji fikcyjnych bohaterów, ale również ich nawyki, motywacje, manieryzmy. Łącząc dwie nieprzystające opowieści – dostajemy receptę na kryzys małżeński, tudzież burzliwy lecz tragiczny romans.

W tym kontekście: warto pamiętać, że to jednak uogólnienie. Niewykluczone, że jest więcej wzorów miłosnych historii, niż Sternberg opisał. Nawet te uchwycone nie mają monopolu na myśli człowieka – mogą się mieszać ze sobą, w różnym stopniu wpływając na działania bohatera. Nie znajdziesz tu uniwersalnego narzędzia, które rozwiąże wszystkie problemy z pisaniem (lub ze związkami). Niemniej, jeśli z kreśleniem wątków romantycznych jesteś jak ja – w ciemnej du… khm, w głębokim lesie – te 26 opowieści okaże się nieocenionym zasobem.

No dobrze, przejdźmy do sedna. Materiał wyszedł tak długi, że musiałem podzielić go na trzy części. Oto pierwsze osiem wzorców (kolejne wkrótce).

Miłość jako ogrodnictwo

Myślisz, że miłość pojawia się ot tak? Bum, i jest? O, nie – to najwyżej zauroczenie. Prawdziwe uczucie musisz dopiero wyhodować. Aby rozkwitło, potrzebne jest oddanie i ciągła uwaga. Nie da się inaczej. Miłość niepodlewana uschnie, pozbawiona czułości przyciągnie szkodniki. To nie trofeum, które zawiesisz na ścianie, aby zbierało kurz. To nie forsa w banku, która pomnaża się, kiedy nie patrzysz. Miłość jest wielkim projektem – i będziesz dbać o nią całe życie.

Ludzie posługujący się tą narracją nie czekają na ideał. Jeśli trafią na kogoś, z kim dobrze się rozumieją, wchodzą w związek. I tak trzeba się będzie z miłością namęczyć, więc kryterium doboru partnera to nie „lista cech doskonałego kochanka” – raczej przeczucie, czy druga strona też jest skłonna do wystarczającej inwestycji czasu i emocji. Udany wybór drugiej połówki oznacza dużą szansę na długi, owocny związek. Nieudany wybór… cóż, łatwo uciec, gdy projekt już na początku wygląda na beznadziejny, dużo trudniej, jeśli okazuje się taki po długich latach pracy.

Kiedy w tej opowieści pojawiają się kłopoty, trzeba się zmobilizować. Wyjaśnić nieporozumienia. Negocjować. Dążyć do kompromisu, który zadowoli obie strony. Nie można się lenić, ani (nadmiernie) fochać! Zahartowany przeciwnościami związek działa więc jak dobrze naoliwiona maszyna, w której partnerzy znają się na wylot, nie depczą sobie wzajemnie po odciskach i wspierają wtedy, gdy to konieczne. Z drugiej strony – w tej relacji nie potrzeba wielkich emocji. Gdy się pojawią, mogą ją nawet zniszczyć. Co trzyma bohaterów razem, to lojalność wobec wspólnego projektu.

Miłość jako sztuka budowania domu

Dach nad głową, cztery ściany, kuchnia, stół – a przy stole rodzina wspólnie spożywająca obiad. To właśnie jest najważniejsze. Ludzie schodzą się razem po to, aby rozpalić ognisko, zostawić ślad. Razem można więcej. Dopiero to scala związek – i dopiero relację zmierzającą do budowy czegoś trwałego warto nazwać miłością.

Budowa domu to zajęcie wymagające zarówno wytrwałości, jak i przywiązania do konkretu. W końcu dom nie powstaje po to, żeby go zaraz burzyć. Musi być solidny. Ludzie podążający za tą narracją skupiają się więc na rzeczach namacalnych. Łatwiej przychodzi im myślenie zadaniowe. Dach przecieka? Załatać. Dzieci głodne? Nakarmić. Zawirowania emocjonalne, czyjeś niespełnione nadzieje, frustracje – z rozbrajaniem takich bomb już gorzej. W opowieści o budowie domu jest miejsce na zgodną pracę, na sprawny zespół. Nie ma miejsca na psychoanalizy i inne cudaczenia.

Ostatecznie, doskonały związek to ten, który opływa w dobrodziejstwa wynikające ze wspólnego wysiłku. Najlepiej: w dostatek materialny, bo on jest kluczowy. Jeśli ktoś mimo tych osiągnięć nie czuje się szczęśliwy, nie mówi o tym. Dla dobra rodziny.

Miłość jako poświęcenie

Nie ma więzi bez empatii. Jeżeli ci, których kochasz, cierpią – jest to również Twoje cierpienie. Jeśli się cieszą, jest to też Twoja radość. Gdy jesteście razem, to prawie tak, jakbyście byli jednością. Jeśli czujesz, że za ukochanych możesz oddać wszystko – to właśnie jest prawdziwa miłość.

Każdy związek wymaga choćby odrobiny empatii i przynajmniej paru poświęceń. Tutaj jednak obie rzeczy zyskują szczególne znaczenie. Stają się miarą wierności, oddania, autentyczności. Ludzie pragnący takiego związku nie fingują swojego altruizmu, ale jednak oczekują, że druga strona będzie skłonna do podobnych gestów. Od tego, jak mocne jest to oczekiwanie, zależy stabilność relacji. Zbyt wiele intensywności – i partner wygląda na coraz większego samoluba. Za dużo cierpliwości – i kończymy dając ponad nasze możliwości.

Idealny związek, wedle tej opowieści, to taki, w którym partnerzy nie dzielą świata na „moje i twoje”, nie stawiają granic, są szczodrzy. Nieudana relacja to taka, w której jedna strona daje, a druga tylko bierze.

Miłość jako teatr

Jesteśmy zbyt różni, by się porozumieć na najbardziej podstawowym poziomie. Kobiety mają inne potrzeby niż mężczyźni. Nie da się tego wszystkiego pogodzić bez konwenansu, bez ustalenia jasnych zasad gry, bez wyznaczenia, kto gra jakie role. Dopiero kiedy przywdziejemy kostium, pojawi się szansa na porozumienie, a przynajmniej zaspokojenie potrzeb choć jednej ze stron. Owszem, wyjdzie szopka. Ale weźmiesz w niej udział – specjalnie dla tej jednej, szczególnej osoby.

Czasem oboje partnerów mają świadomość, że grają role w teatrze. Wystarczy jednak, że tylko jedna ze stron regularnie zakłada maskę. Być może kobieta za każdym razem udaje orgazm, albo mówi „misiaczku, tak męsko wkręciłeś tę żarówkę; ja bym tego nie umiała”. Być może to mężczyzna dba, aby partnerka czuła się adorowana: jest szarmancki, kupuje kwiaty, prezenty, organizuje atrakcje. Te rytuały mogą być powtarzalne, ale nie są puste. To właśnie za ich pośrednictwem przekazywany jest sygnał o trwającym afekcie, o oddaniu i przywiązaniu. Bez teatru nie byłoby słów. Nie byłoby wiadomo, co robić – dopóki ktoś nie wymyśliłby nowego przedstawienia.

Udany związek jest szczery w swoim kłamstwie – utrzymuje jedność formy i treści. W związku nieudanym idea się wypacza, a teatr staje się oszustwem. Gdy jedna ze stron wykorzystuje rytuał do ukrycia swoich uczuć lub występków, miłość zamienia się w farsę.

Miłość jako wojna

Faceci to świnie. Baby to wariatki. Jedni pochodzą z Marsa, drugie z Wenus. Obie strony mają coś, czego potrzebuje druga, ale nie potrafią się porozumieć. Mogą więc tylko walczyć. I stąd, z konfliktu i ciągłych napięć, bierze się miłość – relacja wybuchowa, burząca spokój i porządek.

Bohaterowie tego typu opowieści zwykle mają bojowy temperament – w kaszę sobie dmuchać nie dadzą. Łatwo się domyśleć, że prowadzi to do częstych kłótni. Tarcie szlifuje materię, więc z czasem partnerzy uczą się zachowań drugiej strony, częściej stosują podchody, rzadziej pozwalają na otwarte bitwy. Ale nie ma złudzeń – to jest, była i będzie gra z wrogiem. Taka już natura życia.

Jeśli związek ma trwać, partnerzy muszą być siebie godni. Czasem oznacza to walkę honorową, wedle ustalonych zasad („dzieci zostaw poza tym!”). Częściej – chodzi po prostu o to, że na koniec żadna ze stron nie zostanie zdruzgotana. Najważniejsze jednak, aby nikt nie stracił z oczu tego, po co cały ten wysiłek. Żeby zwycięstwo pozostało w zasięgu. Nie ważne, czy łupem jest seks, kolejność zmywania naczyń, czy też przełamanie samotności w zimowy wieczór.

Miłość jako podróż

To, co się naprawdę liczy, to wspólne doświadczenia – droga, którą przebędziecie razem. Ludzie mogą mówić o miłości używając wielkich słów, ale to tylko napuszony język, nic nie znaczy. Ważne jest, do kogo przytulasz się w nocy, z kim oglądasz seriale, rozmawiasz o książkach, gotujesz obiad. Z tego składa się miłość. A powstaje, gdy dzielicie doświadczenia tak intymne, że z nikim innym nie da się ich powtórzyć.

Związek wymaga więc wspólnych aktywności, wykonywanych razem rytuałów (jak regularne wychodzenie do kina, wycieczki tylko we dwójkę, albo choćby wspólne gotowanie). Wymaga, aby partnerzy uczestniczyli jak najszerzej w życiu ukochanego, nie tylko przez fizyczną bliskość, ale również rozmowę, zainteresowanie stanem jego ducha. Z tego rodzi się poczucie intymności, a więc największa siła takiego związku.

W tej opowieści miłość zagrożona jest przez separację. Sens tkwi we wspólnej podróży, a nie w wędrowaniu osobnymi ścieżkami (nawet jeśli do wspólnego celu). „Miłość na odległość”, gdy partnerzy zmuszeni są do długiej rozłąki – to sytuacja trudna do przetrzymania. W najlepszym razie test, w najgorszym: tykająca bomba. Prędzej czy później ktoś znajdzie zastępstwo, a jeśli nie, po powrocie kochankowie mogą już nie być sobie tak bliscy.

Najgroźniejsza jest jednak separacja emocjonalna. Bohaterowie mogą mieszkać w jednym domu, spać w jednym łóżku, ale nie rozmawiają ze sobą – nie tak naprawdę. Zakopują się w osobnych światach pracy czy hobby, rozdzielają strefy kontaktów towarzyskich. Jeśli ich związek opiera się na wspólnej podróży, trwają razem tylko siłą inercji – aż wreszcie, lekko pchnięci, odpływają w dwie różne strony.

Miłość jako spółka z o.o.

Wiesz, co się liczy w życiu? Kasa i władza. Jeżeli masz jedno, możesz zdobyć i drugie. Jeśli masz już oba, możesz wszystko. Kupisz sobie wszystkie atrybuty miłości, jakich zapragniesz. Seks? Żaden problem. Lojalność? Oczywiście. Bliskość? Wystarczająco krótka smycz i syndrom sztokholmski zrobi swoje. Każda interakcja jest w istocie transakcją handlową, dajemy coś w zamian za coś innego. Miłość nie stanowi wyjątku.

Wedle tej opowieści, związek to biznes. Partnerzy nawiązują relację dla obopólnej korzyści. Z czasem może pojawić się między nimi przyjaźń, może nawet dorobią się jakiejś afektacji. Oboje jednak pamiętają, że to wszystko nie jest osobiste. Liczy się przede wszystkim umowa, którą zawarli. Dopóki obie strony otrzymują to, czego im potrzeba, związek trwa. Gdy jedna ze stron nie potrafi się dłużej wywiązać z obowiązków, spółka ulega rozwiązaniu – bez wielkiego dramatu.

Mówisz, że to nie jest „prawdziwa miłość”? Ależ w tej opowieści jest, bo inne formy kochania są nierealne. Poza tym – dobrego partnera w biznesie ze świecą szukać. Jeśli się trafi, warto docenić łut szczęścia.

Miłość jako science fiction

Ludzie są tacy sami: nudni, nijacy, głupi. Zupełnie przewidywalni. Kiedy zdarzy się ktoś inny, intrygujący, nie wolno Ci przejść obojętnie. A jeśli ta osoba zainteresuje się Tobą, jeśli zrodzi się z tego wzajemna fascynacja – to właśnie jest miłość.

Partnerów przyciągają nie tyle podobieństwa, co cechy osobliwe, trochę niezrozumiałe. Z tego właśnie ich związek czerpie energię. Skoro oboje są dla siebie jak kosmici, spędzą wiele czasu po prostu podziwiając niezwykłość tego drugiego. Może wyjść z tego związek dwóch outsiderów. Częściej jednak tylko jedna strona utkwi w realiach opowieści, adorując drugą za jej wyjątkowe przymioty.

Przy czym – owe przymioty wcale nie muszą być aż tak niezwykłe. Dziewczyna wychowana na wsi może się zakochać w chłopaku tylko dlatego, że ten pochodzi z wielkiego miasta (i ma motór). Tak samo fascynować może cudze poczucie humoru, zdolności artystyczne, zaradność. Na tym polega kłopot, bo jeśli obserwować nas wystarczająco długo i uważnie, wszyscy staniemy się nudni. Gdy wreszcie wyjdzie, że opowiadanie dowcipów nie rozwiązuje każdego problemu, fascynacja osłabnie. Padną słowa „kiedyś było z tobą więcej zabawy” – i adorator odejdzie.

 

Photo credit: Houser Wolf via Foter.com / CC BY-ND

Zapisz się na newsletter! Spisek Pisarzy wysyła tylko to, co warto przeczytać.



Tomasz Węcki

Tomasz Węcki


Cześć, mam na imię Tomek i jestem grafomanem. Od kilkunastu lat udaje mi się połączyć przyjemne z pożytecznym i utrzymuję się przede wszystkim z pisania. Byłem już dziennikarzem, piarowcem, copywriterem, ghostwriterem, dokumentalistą i autorem tekstów do gier komputerowych. Teraz możesz również przeczytać moją pierwszą książkę – „Wtajemniczenie”.

Jedna odpowiedź

  1. Kajetan Kass pisze:

    Komentarz do SP

    Miłość niejedno ma imię. U Ciebie ma ich aż dwadzieścia sześć. To daje artystom dużo możliwości. Pisarzom zwłaszcza. Czasami jednak już samo pragnienie miłości (albo jej fantazmat) może wystarczyć, aby porywająco o niej pisać. Czytałem kiedyś, że siostry Bronte nigdy nie zaznały namiętnej miłości, a jednak potrafiły tak o niej pisać, jakby poznały temat z wszystkich możliwych stron (np. z dwudziestu sześciu). „Wichrowe wzgórza” to dobry przykład na miłość jako teatr, wojna i może trochę science fiction. Kto nie przeczytał, polecam 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *