Trzy sposoby na narrację

Przygotowując się do napisania tekstu literackiego, warto odpowiedzieć sobie na trzy pytania: kto, co i jak. „Kto?” dotyczy bohaterów. „Co?” to pytanie o fabułę, czyli przyszłe i przeszłe wydarzenia oraz ich wzajemne zależności. „Jak?” to kwestia narracji, czyli – upraszczając – perspektywy, z której czytelnik spojrzy na opowieść.

Ale zacznijmy od podstaw. Dlaczego narracja jest tak ważna? Oto przykład – fabuła, na którą spojrzymy sucho i sterylnie:

 

Facet wpada do sklepu. Ignoruje kolejkę, wchodząc bez wyjaśnień na jej początek. Zostaje za to zbesztany. Wychodzi bez zakupów, bo i tak nie miał czasu na stanie.

 

Teraz – fabuła ta sama, ale spójrzmy okiem cokolwiek sympatycznym głównemu bohaterowi:

 

Karol wszedł do mięsnego i zobaczył, że kolejka jest prosto w kosmos. Musiałby czekać, ale ważne sprawy nie cierpiały zwłoki. Podszedł więc do ekspedientki i poprosił o kabanosa. Przecież raz dwa mu sprzeda i po sprawie. Myślałby kto, ale takie rzeczy to nie w Polsce! Tutaj musisz równać w dół. Jak ci lepiej, to cię ściągną z tych wyżyn i jeszcze obrzucą błotem. Właśnie taka niesprawiedliwość spotkała Karola, gdy zapytał o jedną porcję kabanosa wieprzowego marki Sokołów w specjalnej promocji „minus trzydzieści procent”. Jak nie zaryczało, jak nie zawyło – wzburzone zwierzę z kolejki po karmę. I od razu inwektywy: a spierdalaj, a wypad, a chuj. Chamstwo wylało się jak nieczystości z zatkanego kibla. No więc: z debilem nie wygrasz. Debil sprowadzi cię na swój poziom, a potem pokona doświadczeniem. Karol nie zamierzał taplać się w tym samym błocie. Odpuścił. Wyszedł. Jak dżentelmen. Skoro tak – niczego ta hołota na nim nie zarobi. Ani grosza! Nie będzie zostawiał pieniędzy reliktom PRL. Idąc w dół ulicy, powtarzał w myślach: „rynek ich wszystkich zweryfikuje”. W końcu teraz, wchodząc do sklepu, kupuje się doświadczenia, a nie kiełbasę.

 

Z punktu widzenia innego uczestnika tego zdarzenia sprawa wygląda ździebko odmiennie:

 

No więc stałem sobie w tej kolejce po bożemu, jak wszyscy. Baba z przodu kupowała polędwicę i kaszankę dla pieska. Aż tu nagle podchodzi do niej jakiś koleś. Wpycha się. No i mówi, że chce kabanosa. Jednego. Ot tak, po prostu – wszyscy stoją, a on jeden po tego kabanosa, bez kolejki, jak pedał jakiś. Kasjerkę wcięło, babę też wcięło. A mnie nerw wziął, bo jeśli czego nie lubię, to takich pedałków, co im się wydaje, że najważniejsi na świecie. No więc mówię mu: „Panie, kolejka jest. Weź pan idź na koniec!” On na to, że się spieszy. Ot tak, po prostu. Jakby to jego spieszenie kogo obchodziło. No aż mnie pierdolnęło ze złości, że Boga kocham. Mówię mu: „Idź pan na koniec, albo wypierdalaj w chuj.” Kiedy to usłyszał, się zrobił czerwony. Wzrokiem mnie zmierzył, jakby chciał się bić, czy co. Ale że ja duży chłop jestem, a takich pedałków za Jaruzelskiego pałowałem ile wlazło, to się opamiętał na sam widok. No i tyle, i wyszedł, ledwo swąd po nim został. Potem było śmiechu, a panie podziękowały za pomoc. I tyle ci powiem, że tak właśnie robisz, jak ktoś ci nastaje. Nie mienkniesz. Twardniesz.

 

Wszystko już jasne? Narracja to kluczowy element opowieści – czasem ważniejszy nawet od bohaterów i fabuły. Potężne narzędzie, które kształtuje wydźwięk dzieła.

No więc – do rzeczy.

 

Narracja w pierwszej osobie

To najbardziej bezpośredni sposób snucia opowieści, stawiający czytelnika w najmniejszym dystansie od tego bohatera, który pełni rolę narratora. Bliżej podejść się nie da. Odbiorca otrzymuje historię z pierwszej ręki („przeżyłem to i teraz ci opowiem”). Nawet zmieniając osobę na drugą („przeżyłeś to”), albo manipulując czasem („przeżywasz to”), ciągle pozostajemy w tym samym dystansie – odpowiednim dla intymnej rozmowy dwójki ludzi.

Perspektywa pierwszej osoby pozwala czytelnikowi „wejść w głowę bohatera”. Nieograniczony dostęp do cudzych myśli jest jednak pozorem. Z czym faktycznie obcujemy, to z filtrem, przez który postać przesiewa rzeczywistość. Poznajemy jej perspektywę, poglądy, uprzedzenia. Widzimy jak reaguje na bodźce, dostrzegamy przyczyny jej decyzji. Wszystko zaś podane, jakby bohater mówił wprost do czytelnika. To największa zaleta tego sposobu narracji oraz największe ryzyko.

Dlaczego ryzyko? Po pierwsze – bo musisz pisać idiolektem postaci. Narrator ani razu nie może wyjść z roli, a to wcale nie łatwe. Pół biedy, jeśli głos bohatera pokrywa się ze stylem, jakiego zazwyczaj używasz. Gorzej, gdy musisz mówić językiem, który słyszysz, ale którym nie myślisz. Najtrudniej – w ramach jednej opowieści pogodzić paplaninę kilku postaci. Perspektywa pierwszej osoby zawsze będzie testem Twoich umiejętności stylizacyjnych.

Po drugie: w normalnych okolicznościach perspektywa bohatera będzie bardzo ograniczona. Zobaczy najwyżej to, co zarejestrują jego oczy. Z reakcji i intencji innych ludzi odgadnie tylko tyle, na ile pozwala mu własna przenikliwość. Czasem będzie się mylić, a więc również wprowadzi w błąd czytelnika. Pisząc w pierwszej osobie stawiasz się w sytuacji, gdy narrator jest inherentnie niewiarygodny. Chcesz wykorzystać tę niewiarygodność do wzmocnienia przekazu, czy nie chcesz – i tak musisz ją uwzględnić.

Last but not least, perspektywa pierwszej osoby utrudnia stosowanie zasadyshow, don’t tell”. Wedle niej, lepiej myśli i działania bohaterów opisać, niż po prostu je nazwać. Jeśli więc postać się wkurzy, stwierdzenie narratora „ale się zezłościłem!” wypadnie słabiej, niż „dosyć miałem tej gadki”. Oba zdania jednak wypadają blado przy „Zygmunt pierdolił od rzeczy”. Właśnie to jest kluczem do właściwego opisywania perspektywy bohatera w opcji pierwszoosobowej – orientacja na świat zewnętrzny. Czytelnik powinien częściej poznawać myśli i sądy bohaterów poprzez to, jak oceniają obiekty niezależne, jakich atrybucji dokonują, słowem: jak odnajdują siebie w relacji do obcego. Nie: jak patrzą na swoje reakcje w introspekcji. „Byłem zły”, „zakochałem się w niej od razu”, „zauważyłem zapalone światło” – to elementy narracji introspektywnej, która doda tylko niepotrzebnego dystansu do relacji pierwszoosobowej. Porzuć takie myślenie. Zamiast tego, pisz: „miarka się przebrała”, „była piękna, tylko ślepy by tego nie widział”, „na piętrze paliło się światło”.

Co jeszcze warto wiedzieć?

  1. Narrator opowiadający w pierwszej osobie nigdy nie powinien wiedzieć, co siedzi w głowach innym ludziom. Może się tylko domyślać, na tyle, na ile sam bohater jest domyślny. Jeśli chcesz pokazać inne perspektywy, musisz przeskakiwać między narracją prowadzoną przez różne osoby (np. co scenę). Jeśli się na to zdecydujesz – pamiętaj, żeby każda z postaci mówiła i myślała inaczej. Samo oznaczenie rozdziałów imieniem narratora to za mało.
  2. Narrator nie jest i nie może być ani wszechwiedzący, ani wszechobecny. Oznacza to, że musisz bohatera prowadzić, aby dotarł do wiedzy normalnie dla niego niedostępnej. Jeśli chcesz przedstawić jakiś element tła – postaw tam bohatera, niech sprawę zaobserwuje i o niej czytelnikowi opowie. Jeśli chcesz uświadomić odbiorców w kwestii jakichś zakulisowych machinacji, wprowadź na scenę któregoś z bohaterów, aby wszystko podsłuchał. Podsuwając czytelnikom informacje, których nie miała szans poznać żadna z głównych postaci, łamiesz konwencję. Nie jest to grzech śmiertelny, ale z pewnością jedna z tych rzeczy, które trzeba robić w pełni świadomie – albo wcale.
  3. Rzadko zostawiaj bohatera samego. Na osobności każdy zajmuje się sobą, więc przemyśliwa nad tym i owym. W narracji pierwszoosobowej jest to szczególnie niebezpieczne. Pojawia się bowiem pokusa, aby wejść w te dywagacje głębiej, ze szczegółami pokazać, jak włos dzielony jest na czworo. Tylko niektórzy pisarze potrafią sklecić z takich scen świetne, trzymające w napięciu powieści. Większość – nie umie. Miej świadomość, że momenty, w których bohater siedzi i myśli, spowalniają tempo, generują strony zbitego tekstu. Potencjalnie nudzą. Używaj ich wtedy, gdy rzeczywiście tego potrzebujesz, tzn. gdy dzięki przemyśleniom bohater osiąga coś ważnego. Nigdy nie używaj ich, np. jako zapchajdziury. Jeśli masz problem z oceną, kiedy warto bohatera zostawiać samego, a kiedy nie – w ogóle tego nie rozważaj. Daj postaci coś do roboty, najlepiej w towarzystwie.
  4. Jeśli masz więcej niż jednego bohatera głównego i nie wiesz, którego obsadzić w roli narratora dla danej sceny, jest prosta reguła. Weź tę osobę, która ma najwięcej do stracenia. Albo – tę, która przejdzie największą transformację na skutek rozgrywających się w trakcie sceny wydarzeń.

 

Parę słów o narracji w drugiej osobie

Każdy, kto brał udział w sesji RPG, albo czytał książki typu choose your own adventure (w Polsce gatunek reprezentuje np. seria „Wehikuł Czasu”), ten zetknął się z narracją w drugiej osobie. Z nowszych rzeczy – „Jetlag” Michała Wiśniewskiego oraz „Siódemka” Ziemowita Szczerka napisane są w ten sposób (chociaż ta druga bardziej dla picu, niż z potrzeby). Gdyby „Spisek pisarzy” kwalifikował się na literaturę, też by tu przynależał.

Zwracanie się do czytelnika per ty to bardzo ryzykowny sposób narracji. Z jednej strony – owszem, przykuwa uwagę i może odbiorców zaangażować. Z drugiej jednak, paradoksalnie może też wzbudzić największy opór. Ot, choćby wtedy, gdy powiesz czytelnikowi, że jest mu zimno, podczas gdy w rzeczywistości siedzi pod kocem w ogrzewanym pomieszczeniu. Mało kto jest podatny na sugestie do tego stopnia, żeby taką informację przyjąć bez dystansu.

Co więcej, narracja w drugiej osobie eliminuje bohatera. To Tobie, czytelnikowi, przytrafiają się wszelkie przygody. Stykasz się co najwyżej z postaciami drugoplanowymi, które przychodzą i odchodzą. Nawet jeśli zostają dłużej – ich życie nie jest równie ważne, co Twoje. W głowie ciągle pobrzmiewa, że w tamtym świecie tylko Ty jesteś kimś realnym. Nie za bardzo jest komu dopingować, nie ma za kogo trzymać kciuków. Ostatecznie, Tobie przecież żadna przykrość nie grozi, nawet jeśli autor stwierdzi inaczej. Siedzisz wygodnie na kanapie – co Ci się może stać?!

Biorąc to wszystko pod uwagę – jeśli nie piszesz gry przygodowej w stylu choose your own adventure, narracja w drugiej osobie ma sens jako uzupełnienie narracji pierwszoosobowej, trzecioosobowej z wyrazistym narratorem, tudzież wariacja na ich temat. Jak to ma działać?

  1. Narrator, zwracający się do czytelnika per ty, powinien być aktywnym bohaterem opowieści. Najlepiej – głównym. W ten sposób można zbudować wrażenie, że czytelnik towarzyszy mu, może do pewnego stopnia nawet uczestniczy w wydarzeniach, ale jednocześnie nie jest ich instygatorem. Zysk z takiego podejścia to nieco większa immersja, przy zachowaniu naturalnego charakteru medium (tzn. odbiera się to wszystko dalej jak przytoczoną przez kogoś historię, a nie grę, której wynik współtworzymy). Ta sztuczka może zadziałać również z odległym, niezaangażowanym w akcję narratorem, o ile usuniesz jego bezstronność, tzn. dasz mu wyrazistą osobowość oraz każesz wpływać na interpretację wydarzeń.
  2. Zasada „show, don’t tell” zyskuje szczególne znaczenie w odniesieniu do stanów indukowanych czytelnikowi. Mówiąc bardziej po ludzku, nie możesz napisać „jest ci zimno”. Zamiast tego, lepiej – na przykład – wykorzystać narrację pierwszoosobową („było tak zimno, że nie czułem palców”), albo odwołać się bezpośrednio do kontekstu znanego odbiorcy („Zdrętwiały ci kiedyś uszy na mrozie? No to super, to zimno było dziesięć razy gorsze. Drętwiało całe ciało”).
  3. Skoro nie tworzysz opowieści interaktywnej, nie przypominaj czytelnikowi o tym, że nie ma wyboru. Chodzi o stwierdzenia sugerujące czynności podejmowane przez czytelnicze alter ego, np. „wtedy wyszedłeś z pokoju”, czy „podejdź tu i posłuchaj”. Może się wydawać, że w ten sposób zwiększamy immersję – bo odbiorca bliżej poznaje realia, jest w nich bardziej „fizycznie”. W rzeczywistości jednak takie stwierdzenia przypominają czytelnikowi, że jednak nie wychodził z żadnego pokoju, ani nie podejdzie i nie posłucha, bo akurat czyta. A przede wszystkim – że żadne z tych działań nie wynikło z jego woli. Przyzwyczajasz go więc do tego, że istnieje jakiś nienazwany bohater-pośrednik, do którego mówi narrator, oraz że jest to osoba trzecia, wobec odbiorcy zewnętrzna. Efekt? Nici z mocniejszej immersji. Równie dobrze można by prowadzić narrację w pierwszej lub trzeciej osobie, bez udziwnień.

 

Narracja w trzeciej osobie

Najbardziej klasyczny sposób na snucie opowieści: narrator opowiada o onych i owych, często posiłkując się imionami lub nazwiskami bohaterów.

Nie jestem wielkim fanem trzeciej osoby, ponieważ stawia czytelnika najdalej od wydarzeń. Dystans jest podobny jak podczas oglądania filmu w kinie. Wszystko dzieje się na ekranie, a widz siedzi rozluźniony, zajadając popkorn. Wzbudzenie w nim reakcji wymaga szczególnych starań i użycia efektów specjalnych.

Z drugiej strony, jest to najmniej wymagający sposób narracji. Nie musisz niczego stylizować. Nie musisz każdego zdania układać tak, aby odzwierciedlało unikalną perspektywę bohatera. Nie musisz martwić się, czy aby nie za bardzo alienujesz czytelnika. Wystarczy pisać własnym głosem.

Perspektywa trzeciej osoby jest też dobra, gdy Twoją opowieść napędza bardziej akcja, niż przemiany bohaterów. Z większego dystansu łatwiej opisać wydarzenia dziejące się szybko, albo w różnych miejscach naraz. Poza tym, obserwowanie bohaterów z zewnątrz stwarza wiele naturalnych okazji do zastosowania suspensu. Osobowość postaci czytelnik poznaje wtedy po słowach i czynach. Nie śledzi cudzych myśli, nie zna prawdziwych motywacji. Wykorzystując to, możesz sprawić, że odbiorca nie wie, jak szczery jest bohater. Albo – jaką decyzję podejmie w krytycznym momencie.

Warto też pamiętać, że dystans, z którego prowadzisz narrację, jest w przypadku trzeciej osoby dość elastyczny. Możesz wcielić się w narratora wszechwiedzącego, który mówi do czytelnika ze znajomością pełnego kontekstu wydarzeń. Da się wtedy wykorzystać Twoją wszechwiedzę, na przykład, do zwiększenia napięcia. Ot, choćby tak:

 

Przechodząc przez ulicę, Marian rozmyślał o ukochanej Marioli. Nie wiedział, że kobieta spotkała wczoraj innego mężczyznę. Takiego, który budził wreszcie dreszcz na jej skórze; rozpalał do białości i otwierał drzwi do innego świata. Nieświadom niczego Marian rozważał piękno gładkich policzków swej miłości, głębię oczu, smukłość szyi. Rozmyślał nad igraszkami, którym poddadzą się wieczorem w pościeli. Nie przyszła mu do głowy ani jej zdrada, ani straszliwy spisek kosmitów, którzy w czeluściach przestrzeni międzygwiezdnych szykowali nam zagładę.

 

Możesz też zejść z tych wyżyn, skupić się na jednej lub kilku postaciach. Zawiesisz wtedy kamerę nad ramieniem bohatera i pokażesz tylko to, co się wokół niego dzieje. Będziesz mieć o wiele mniej okazji do wykorzystania narratorskich sztuczek, ale za to opis sytuacji powinien wypaść wiarygodniej, bardziej „dokumentalnie”. Tak, jakby narratora w ogóle nie było.

Co jeszcze warto wiedzieć? Prowadząc narrację z perspektywy osoby trzeciej, łatwo i płynnie możesz przeskakiwać między różnymi postaciami oraz miejscami zdarzeń. To duża zaleta, gdy chcesz, aby czytelnik rozumiał więcej, niż poszczególne postacie. Pamiętaj tylko, żeby główny bohater był jak najczęściej w świetle reflektorów. Za każdym razem, gdy z nich wychodzi, traci na znaczeniu. Nie przesadzaj ze scenami, w których aktorzy drugiego planu grają pierwsze skrzypce.

 
Foto: jkirkhart35 via Foter.com / CC BY

Zapisz się na newsletter! Spisek Pisarzy wysyła tylko to, co warto przeczytać.



Tomasz Węcki

Tomasz Węcki


Cześć, mam na imię Tomek i jestem grafomanem. Od kilkunastu lat udaje mi się połączyć przyjemne z pożytecznym i utrzymuję się przede wszystkim z pisania. Byłem już dziennikarzem, piarowcem, copywriterem, ghostwriterem, dokumentalistą i autorem tekstów do gier komputerowych. Teraz możesz również przeczytać moją pierwszą książkę – „Wtajemniczenie”.

6 odpowiedzi

  1. Ogólnie jestem w stanie się pod tym podpisać, zwłaszcza że dzięki temu mam pewien ogląd na narrację 2-osobową w jednym z moich opowiadań (a mówiąc bardziej po ludzku: większość czytelników na tę narrację narzekała ;)). Chciałbym jednak do narracji 3-osobowej dodać taki myk, który swego czasu w „Nowej Fantastyce” opisywał Michael J. Sullivan, a polega on na tym, żeby łączyć ze sobą funkcje opisów w tekście. Tzn. w takiej narracji auktorialnej opisuje się osobno to, co widzi bohater, oraz jego odczucia, a zamiast tego można zaoszczędzić trochę miejsca i wpleść we wspomniany opis wyrażenia, które świadczą o stosunku postaci do tego, co ta w danej chwili obserwuje.

    Mam wrażenie, że właśnie przez taką „bliską” perspektywę dla czytelnika oraz elastyczność w prowadzeniu narracja 3-osobowa (szczególnie osobowa) jest najpopularniejsza i najbardziej polecana. Z tego drugiego powodu nawet sam ją lubię najbardziej, choć swego czasu sprawiała mi najwięcej kłopotów (głównie miałem problem z zaimkami osobowymi i składnią, przez co styl u mnie leżał i kwiczał; zdecydowanie wolałem narrację 1-osobową).

    Tomku, a jaki masz stosunek do mieszania ze sobą różnych rodzajów narracji (a także np. czasu przeszłego z teraźniejszym, skoro już przy tym jesteśmy)?

  2. Rafał W. Orkan pisze:

    Dokładnie to samo powtarzam, ilekroć mówię o pisaniu; czy to książek czy scenariuszy – narracja jest nadrzędna względem fabuły. Perspektywa może się zmieniać między narracjami lub nawet w ramach jednej narracji, zupełnie odmieniając toczoną w jej ramach opowieść, dla której fabuła jest jedynie osią, fundamentem.

  3. Patryk Sygidus (Sakitta) pisze:

    Typy narracji można rzecz jasna mieszać i takie syntezy wychodzą naprawdę dobrze.

    Np. w Diunie prowadzono narrację 3-os, ale co rusz pojawiały się wtrącenia kursywą, przedstawiające konkretne myśli bohaterów. Niekiedy było ich tyle, że tworzyły równorzędnego narratora.

    W Hobbicie, z tego co pamięta, narrator często zwracał się do czytelnika, szczególnie na początku (opis wioski i życia hobbitów). Wyglądało to wręcz na połączenie 3-os z 2-os.

    Osobiście jestem w tej branży amatorem, nie miałem jeszcze debiutu, ale stosowałem już wszystkie powyższe rodzaje narracji. Najbardziej do gustu przypadło mi rozwiązanie Herberta Franka (może z sentymentu do mojej ulubionej sagi, nie wiem). Taki model daje wszystko, co warto wyciągnąć z narracji 1-os, a do tego pozostawia swobodę 3-os. Jak dla mnie: Bomba!

    Z drugiej strony pełna narracja 1-os świetnie się spisuje przy krótszych tekstach, które nie wymagają ,,Wielkich Rzeczy”. Cały czas śledzimy jedną postać, oplątaną jednym wątkiem głównym i spotykamy ograniczoną liczbę bohaterów. Nie wyobrażam sobie natomiast, by w Diunie zastosować ten rodzaj narracji, tak samo jak w wielu książkach czy opowiadaniach dobrze sprawdzał się tylko i wyłącznie model 1-os.

    Pozdrawiam i jestem okropnie ciekaw kolejnego artykułu.

  4. Ajmdemen pisze:

    Czy quasi-bezosobowy styl narracji Dukaja w „Lodzie” kwalifikuje się jako czwarta kategoria? Wiem, że pytanie trochę od rzeczy, ale ciekawym opinii :)

  5. fioł pisze:

    Dobry artykuł, zwłaszcza pierwsza część i zdanie o Zygmuncie.

  6. Pisarka pisze:

    Moją ulubioną narracją jest narracja pierwszoosobowa. Ostatnimi czasy, pisząc opowiadanie jako „ja”, spotkałam się problemem bardzo delikatnym – a mianowicie – z tworzeniem osobowości bohatera. Jedno słowo potrafi kompletnie zmienić cechy charakteru postaci. Dlatego warto pisać wolno, a zarazem przywiązywać wagę do niewielkich szczegółów. One bowiem są podstawą do stworzenia żywego bohatera literackiego, zgodnego ze swoimi zamysłami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *