Ćwiczenie dla pisarzy – 13

Czas na trzynaste, pechowe ćwiczenie dla pisarzy! Werble!

Pechowe, bo się pochorowałem i dawno nic nie mogłem wrzucić na Spisek. Pora nadrobić.

Zwykle jest tak, że dostajesz krótką scenkę, czy też zarys sytuacji, które można rozwinąć po swojemu. Tym razem będzie inaczej: od strony ogona. Zaczniemy od efektu, który tekst ma wywołać, od emocji i przemyśleń czytelnika.

Wyobraź sobie, że jesteś nim, swoim czytelnikiem. Masz przed sobą krótką lekturę o bohaterze, który w pierwszej chwili wydaje się zwyczajny, poczciwy, może nawet jakoś sympatyczny przez tę normalność. Aż coś się dzieje. Nagłe wydarzenie zmusza bohatera do reakcji. I nie jest to reakcja normalna, spodziewana, ani adekwatna. Najlepiej jeśli nie będzie nielogiczna, za to powie coś o postaci. Efektem będzie jednak zdarcie maski normalności z twarzy bohatera. Ten człowiek nie jest zwyczajny, o nie.

Taki moment można wykorzystać, żeby czytelnika, na przykład:

  1. Wystraszyć! Pokazując, jak łatwo ze zwyczajnych ludzi może wyleźć psychopata.
  2. Rozbawić, kiedy reakcja bohatera ujawnia komiczne skrzywienie osobowości.
  3. Uwrażliwić na absurdy rzeczywistości, gdy w danej sytuacji ciężko zareagować normalnie.

Zapewne można czytelnikiem zakręcić jeszcze w inne strony, ale teraz to nie moje zadanie, żeby wyzwania ułatwiać. 😉

No to kto potrafi napisać taki tekst?

Foto: Nicolas Alejandro Street Photography / Foter / CC BY

Zapisz się na newsletter! Spisek Pisarzy wysyła tylko to, co warto przeczytać.



Tomasz Węcki

Tomasz Węcki


Cześć, mam na imię Tomek i jestem grafomanem. Od kilkunastu lat udaje mi się połączyć przyjemne z pożytecznym i utrzymuję się przede wszystkim z pisania. Byłem już dziennikarzem, piarowcem, copywriterem, ghostwriterem, dokumentalistą i autorem tekstów do gier komputerowych. Teraz możesz również przeczytać moją pierwszą książkę – „Wtajemniczenie”.

36 odpowiedzi

  1. Dobrze jest poczytać przedtem trochę opowiadań Franza Kafki. On był mistrzem tego typu twórczości.

    • Emily pisze:

      To ja tak króciutko :)

      Jak zawsze zaczęła sprawdzać czy wszystko już zrobiła,
      światło zgaszone, kuchenka zabezpieczona, okna zamknięte, dobrze, gdzie moje klucze? Przekręciła dwa razy zamek,tak jak zawsze.
      Naciska guzik 0 i za chwilę już jest na zewnątrz. Jeszcze raz upewniła się na którą godzinę jest umówiona. Zwyczajny, poczciwy dzień. Tramwaj przyjechał na czas,piękny wieczór.
      Tak uśmiechnięta, jechała, myśląc o tym jak lubi tramwaje, swoje miasto, czując lekki stres przed zbliżającą się rozmową.
      Przesiadka,po drodze na kolejny przystanek zobaczyła człowieka z tabliczką ,,zbieram na pierogi” Ten napis i starszy pan trzymający tabliczkę, tak bardzo dotknęło jej serce, że wcisnęła do dłoni potrzebującego wszystkie drobne, jakie miała.
      Pomyślała również, że dobre uczynki się zwracają, może to pomoże jej w rozmowie.
      Jedzie dalej, sprawdza na mapie w telefonie gdzie jest ten budynek. O, jest, wysiada.
      Jaki wysoki blok, pewnie ma 12 pięter, sprawdza jeszcze raz numer mieszkania. Znowu jest za wcześnie, jak zawsze.
      Kilkanaście minut chodzi dookoła bloku, sprawdza zegarek, już za pięć dwudziesta. Naciska przycisk, miły głos i wchodzi do środka.
      Nie ma fotokomórki a winda nie działa, 8 piętro. Zaczyna szukać przycisku,światło się zapala. Tylko ile ono się będzie palić? 8 piętro.
      Bieg, biegnie po schodach, po dwa stopnie. Światło gaśnie… ciemność, brak okien, nie widzi poręczy, schodów. Ciało zaczyna drżeć,i wkrada się, strach.
      Strach miesza się z ciemnością i wnika w jej ciało, jak czarny gęsty dym.Niemy krzyk rozrywa całą jej osobę, sparaliżowana próbuję iść do góry. Łzy już są, mokre oczy, trzęsące się ramiona, i brak oddechu,chce uciec, skulić się, żeby jej nie dotknęło. jest w pół sekundy od krzyku, najgorsza sekunda. Jeszcze nie ma krzyku, ale strach ogarnia całą klatkę schodową. Po omacku, boi się dotykać ścian, bo trafi na coś kudłatego.
      jak ją zaraz dotknie?
      Próbuję oddychać, głębokie wdechu, ale co jak dotknie jej ust, ramienia, jak się rozświetli w ciemności, ten krzyk, w jej głowie, niesłyszalny, przecinający całe jej jestestwo, boli,tak boli, o tu, w środku, brak oddechu.
      Przycisk! Włącza światło, podchodzi powoli do drzwi, ociera łzę i puka do drzwi
      -Dzień dobry, ja na rozmowę kwalifikacyjną.

  2. nastgh pisze:

    To stało się tamtego dnia…
    Zwykły dzień w szkole, tyleże nauczycielka z matmy wzięła mnie do tablicy akurat do tego zadania którego nie umiałam.Tak akurat do tego!! Tak wiem, wiem prawie połowa uczniów tak sądzi! No i pomijając fakt ze na WFie nie odbiłam piłki i połowa płci przeciwnej darła się na mnie jakby przeze mnie przegrała mecz..
    Pomijając to i jeszcze milion rzeczy w ktorym utrwalo wszyskich w przekonaniu ze jestem niezdara, to było ok.No ale to codzienność dla kogoś kto jest na samym dnie hierarchii społecznej.Jednak czy nie wiecie że takie osoby najwięcej skrywają? Osoby nic nie mowiace jak ryby, potykajace sie o wlasne sznurówki.Czarne owieczki.
    Dlatego gdy wybiła czternasta z ulgą wyszłam z szkoły, było chłodno a wiatr przeraźliwe wył.
    Nie podobaja mi się te odgłosy bo przypominają Zjaw, potwory dziwne bo niewidzialne ale budzące strach.
    O tej godzinie miałam się spotkać z Josem kolo ruin dawnego kościoła.
    Przyspieszyłam kroku bo obawiałam się spóźnienia, po paru minutach zobaczyłam go.
    Jose to typ miesniaka z kolczykiem na języku i włosami na jeża, nieprzyjemny typek z wyglądu ale jeśliby go bliżej poznać ciepły człowiek.
    -No wreście Rose- powiedział uśmiechając się szeroko.
    -Masz lek?-Nie owijam w bawełnę.
    -Mówię ci ze nie ma na to!-obruszyl się lekko zdenerwowany.
    -Nie chce być jedną z nich!-wrzeszczę, moje ciało zaczęło się palić a paznokcie robic wieksze.
    -Rose! Masz się nie zmieniać! Słyszysz?! Nie zmieniaj się w nie!
    Cofa się o parę kroków, zaczyna wyciągać kusze co bardziej mnie denerwuje.
    Zaczynam machać ogonem i podbiegam do niego i przystawiam szpony do jego gardła.
    -Masz znaleźć !-mówię nienaturalnie niskim głosem jak potwór którym byłam.
    -Nie rozumiesz ze demon z wlasnej woli musi z ciebie wyjsc!-mowi z lekkim drzeniem w glosie.
    -To go przekonaj!-warcze- bo jak nie to cię zabije i znajdę sobie nowego Podróżnika.
    Moje długie baranie rogi dotknęły jego czoła.
    -Do…brze-wyszeptuje bo go lekko przyduszam.
    Zaczynam się ponownie zmieniać w licealistkę zakrywając swoje prawdziwe oblicze.
    -Masz trzy dni – mówię słodko.
    Odwracam się, dostosowując się do mojej maski niezdary która zakładam na co dzień.
    Ludzie nie wiedzą, bo nie widzą.
    Proste? Proste!
    Demony są wśród nas…

    Jeśli są jakieś błędy to przepraszam ale pisze to na szybko :) Proszę o opinie chyba dobrze zrozumiałam temat 😀

  3. Hoviel pisze:

    Witam, mam pewne pytanie. A raczej dwa pytania. Czy powieść fantasy musi być długa ( tak około 200 stron), uwzględniając, że będą kolejne części? Czy to dobrze, że wydarzenia dzieją się szybko i nie ma momentów, które nie są związane z fabułą, czyli takiego „lania wody”? Bardzo prosiłabym o radę, ponieważ bardzo mnie to zastanawia. :)

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      200 stron to bardzo krótko jak na dowolną powieść, nie tylko fantasy. Czy za krótko? Trudno powiedzieć. Na pewno książka będzie wyglądać chudo.

      Czy to dobrze, że wydarzenia dzieją się szybko? Jeśli trzymasz tempo i kohezję Dana Browna to owszem, dobrze. Jeśli Ci się książka od tego tempa rozlatuje i czytelnik nie wie, o co chodzi – to mega kijowo. Tak samo, jeśli tempo wygląda na wysilone (w sensie: czytelnik widzi, że nie ma potrzeby, aby się tak śpieszyć).

      Ogólna zasada jest taka, że podwyższone tempo to DOBRO, ale popierdalanie na tym samym tempie przez całą książkę to ZŁO. Oczywiście są od tego wyjątki. Ja bez przykładów nie będę doradzać, więc musisz sprawę ocenić samodzielnie. 😉

      • Hoviel pisze:

        Dziękuje za odpowiedź. :) Tak właściwie szybko akcja płynie w momencie, gdy główna bohaterka podróżuje, później cały czas coś się dzieje, ale nie są to bardzo ważne wydarzenia. Co do ilości stron, także nie podoba mi się 200 stron, lecz nie chcę specjalnie jej przeciągać. Na przykład Stephen King ( chociaż to głupota się do niego porównywać), kiedy napisał swój debiut, miał on ok. 208 stron. Ale to kompletnie inny gatunek.

  4. 007 pisze:

    Boję się, że tekst odszedł odrobinę od tematu, ale w pewnym momencie zaczął żyć własnym życiem. Potraktowałam to jak fragment przyszłej powieśći, która się jeszcze pisze i pisze, a do końca daleko 😉

    Przedzierając się przez las, słyszał ujadające za nim kojoty. Nie spuścili ich jeszcze ze smyczy, pozwolili jedynie wskazać im kierunek w którym uciekał. To dawało mu przewagę. Może uda mu się dostać do miasta, zanim go dopadną? Nogi uginały się pod nim i miał wrażenie, że biegnie we śnie. Chociaż odpychał się od drzew i napinał ciało do granic możliwości, czuł jakby stał w miejscu, a kojoty zbliżały się do niego nieubłagalnie.
    Jeśli piekła strzegą jakieś zwierzęta, z pewnością są to kojoty. Ich zawodzenie nie przypominało mu żadnego wcześniej usłyszanego dźwięku, brzmiały trochę jak torturowane psy, a czasami jak potwory mordujące małe szczeniaki. Pod wpływem Regenu były jeszcze bardziej przerażające. Jared miał wrażenie, że fiolka w jego kieszeni waży nagle o wiele więcej.
    Biegł szybko, ale na trzęsących się nogach nie potrafił rozwinąć pełnej prędkości. Przez nierówny oddech, brzmiał histerycznie i z całych sił kazał sobie nie panikować. Uginał się w biegu pod gałęziami, ale spływająca mu po czole krew dała do zrozumienia, że jego twarzy nie uda się wyjść bez szwanku.
    Obejrzał się szybko za siebie i był to błąd. Dobiegł wreszcie do miejsca, w którym osunęła się ziemia i, jak łatwo można się domyślić, spadł. Przeturlał się wiele metrów w dół, zanim zatrzymał się twardo na plecach u podnóży urwiska.
    Nie czuł bólu i przez chwilę zastanawiał się, czy w końcu umarł. Otworzył powoli oczy i spojrzał na zasłonięty chmurami księżyc. Być może noc próbowała go ukryć. Kiepsko wyszło, skoro dał się tak łatwo pokonać, nie?
    Zamrugał i rozejrzał się bystro po polanie. Nie złapią go tutaj, nie dzisiaj. Zacisnął pięść wokół fiolki i przeturlał się na brzuch. Wiele energii zabrało mu wstanie na nogi, nie czuł bólu, ale miał wrażenie że wszystkie jego mięśnie powoli obumierają. Był słaby, ale wiedział, że musi wydostać się z tego lasu.
    Ujadanie stało się głośniejsze i zanim schował się za drzewami, dojrzał światło latarek. Grupa mężczyzn zatrzymała się przed urwiskiem, a Jared usunął w cień.
    – Nie możemy iść dalej – przekrzykiwali się nawzajem. – Musimy obejść spadek.
    – To zajmie zbyt dużo czasu, tamten zdąży uciec!
    – Puścimy psy – odezwał się znajomy, niski głos. – Znajdą go.
    Jared poczuł jak jego żołądek zaciska się boleśnie. Tata. Oczywiście, że musiał tu być. Nie odmówiłby sobie dreszczyku emocji, nawet gdyby kosztowało to życie jego syna.
    – Urwisko jest zbyt wysokie, nie dadzą rady…
    Nawet ich nie posłuchał. Szorstkim ruchem odpiął kojoty ze smyczy.
    – Winterson!
    – Znajdzie go! – krzyknął do kojotów. – Dopadnijcie bydlaka!
    Zwierzęta zbiegły z urwiska, plącząc sobie łapy. Jared nie czekał aż się pozbierają.
    – Tata – szepnął na wydechu z szeroko otwartymi oczami. Brakowało mu powietrza, ale mimo to puścił się biegiem. Warkot wściekłych bestii, zagłuszał jego szaleńczo bijące serce. Miał nadzieję, że gdy go złapią, zagryzą go na śmierć i nie pozwolą mu dojrzeć pełnej triumfu twarzy ojca…
    Ta myśl spowodowała że Jared zatrzymał się gwałtownie. Fiolka wypełniona granatowym proszkiem nadal spoczywała w jego ręce i przyłapał się na tym, że spoglądał na nią odrobinę dłużej niż to konieczne. Powoli, obrócił się na pięcie. Jego historia nie kończyła się w tym miejscu. Miał plany. Zbyt wiele dla nich poświęcił, żeby zostać teraz pokonanym.
    Uniósł wysoko brodę, a wyraz jego twarzy przedstawiał chłodną determinację. Kojoty przedarły się przez las i dzieliły je od niego jedynie parę metrów. Z pyska każdego z nich toczyła się piana, a sierść miały wypłowiałą. Przypominały upiory, a nie zwierzęta.
    Bestie zawarczały dziko i przygotowały się do skoku, kiedy Jared odkorkował fiolkę. Uszy kojotów uniosły się czujnie na ten dźwięk i Jared wyrzucił przed siebie jej zawartość.
    Granatowy proszek zamigotał w ciemności, a kojoty rzuciły się w jego stronę. Szarymi językami zaczęły zlizywać Regen z każdego liścia i źdźbła trawy. Starały się go wdychać i wydawały przy tym dźwięki, jeżące włosy na głowie. Jared obserwował jak obwąchują w desperacji ziemię, a ich oczy na powrót zachodzą szaleństwem.
    Usłyszał jak grupa mężczyzn zbliża się w ich stronę. Kopnął miotającego się pod jego nogami kojota, a ten zawarczał na niego wściekle. Jared złożył dłonie przy ustach, imitując megafon i wydał z siebie ryk, przypominający wilcze wycie. Kojoty odskoczyły w popłochu.
    – Bierzcie ich – wychrypiał, wskazując zbliżających się mężczyzn. – Niech nic z nich nie zostanie!
    Kojoty zerwały się i warcząc wściekle, pobiegły w tamtą stronę. Piana toczyła się z ich pysków jeszcze intensywniej, a oczy niemal wypadały z orbit. Krzywy uśmieszek pojawił się na twarzy Jareda, kiedy obrócił się i puścił biegiem w las. Jeszcze wśród drzew zaczął planować swoje kolejne kroki. Nie zatrzymał się nawet, gdy do jego uszu dobiegły krzyki.

  5. Phoe pisze:

    To ćwiczenie przypomniało mi „Wołanie Kukułki”, gdzie pospolity do granic możliwości bohater okazał się wielokrotnym mordercą 😀 Miałam mega kwika, bo nie spodziewałam się! Doceniam więc taki zabieg i jeśli wpadnie mi do głowy jakiś sensowny pomysł, to zrobię to ćwiczonko :)

  6. Ellaine pisze:

    Hm, dawno nie pisałam takich ćwiczeń. Ale pomyślałam sobie, że mogę spróbować – choć ja tu tylko przelotem. Mam nadzieję, że chociaż na temat. Pozdrawiam, Ell.

    *

    Gawron stał przy samochodzie, niedbale oparty o maskę. Jednak z niepokojem przyglądał się oknom bloku. Na szczęście większość była ciemna, tylko w paru widział blask świec. W jednym na chwilę mignęło mu światło latarki. Po ostatniej śnieżycy zerwało sieć i osiedle od prawie doby nie miało prądu. Większość ludzi pewnie poszła już spać, bo co innego mieli do roboty?
    Podniósł do ust papierosa, zaciągnął się, czując jak napięcie powoli odpływa w niepamięć. Gawron wypuścił dym z cichym westchnieniem. Splunął pod stopy, po czym odrzucił peta i wdeptał w śnieg. Spojrzał na zegarek. Dochodziło wpół do dziesiątej. Niech to szlag! Zostało mu niecałe trzydzieści minut do godziny policyjnej. Rozejrzał się pospiesznie, ale w półmroku widział tylko zarysy bloków i słabe ogniki świec w najbliższych oknach. Jedynie gwiazdy rozświetlały noc, bo nawet Księżyc postanowił się nie pokazywać. Cholerny nów. Gawron zagryzł wargi. Ziąb stawał się nie do zniesienia.
    – Zgubił pan tu coś? – Prawie podskoczył, słysząc za plecami męski głos.
    – Nie, skąd ten pomysł? – zapytał.
    – Chyba nie przymarzł pan do tego Malucha? – zażartował nieznajomy. Obcy podszedł parę kroków. Gawron doskonale go słyszał. Śnieg zaskrzypiał pod ciężkimi butami.
    – Nie… – wyprostował się i odwrócił powoli. Wysoki mężczyzna o bladej cerze stał dwa metry od niego. Gawron błyskawicznie podniósł do ramienia strzelbę, którą do tej pory trzymał ukrytą przy nodze. – Czekałem na ciebie, gnido – wysyczał.
    – Doprawdy? Myślisz, że możesz mnie tym uszkodzić? – Mężczyzna uśmiechnął się. – Nie bądź śmieszny.
    – Ani kroku! Zabiłeś ją… – warknął, przyciskając mocniej kolbę do policzka. – Ani kroku, powiedziałem!
    – Ciszej, człowieku… o co tyle krzyku? Oddaj mi tę pukawkę, jeszcze krzywdę sobie zrobisz… – Wyciągnął rękę w przyjacielskim geście. Gawron nawet nie drgnął, poczuł tylko jak jeżą mu się włosy na karku. Gdzie jesteś…? Nie wytrzymam tak długo, pomyślał. – No, chłopcze, przecież ładnie proszę – wysyczał mężczyzna, patrząc na niego intensywnie. Gawron zadrżał, ale mimo to przygotowywał się do strzału. Nie podda się. – Naprawdę? To śmie… – Nieznajomy urwał w pół-słowa i bezwładnie upadł na twarz, tuż przed Gawronem. Z pleców, na wysokości serca, wystawał mu kawał drewna. Na śniegu powoli powiększała się plama krwi. Gawron splunął, okrążając nieruchome ciało.
    – Świetny strzał, Irys – stwierdził. Odwrócił się w stronę nadchodzącej kobiety, która niosła kołkownicę domowej roboty. Uśmiechnęła się radośnie, słysząc pochwałę. Gawron otworzył Malucha i odchylił fotel. – Pomóż mi wpakować to ścierwo do auta. Spalimy go gdzieś po drodze. A, i następnym razem, to ty robisz za przynętę – rzucił Łowca, łapiąc wampira za nogi. Irys zaśmiała się cicho.
    – Jasna sprawa!

  7. MariaZ pisze:

    Takie ćwiczenia szlifują warsztat pisarza. Dobrze zrobić np. opis pomieszczenia lub przedmiotu, można przelać na papier scenkę ze sklepu, w której się uczestniczyło… Mamy tendencję do powtarzania tych samych słów, sformułowań. Takie ćwiczenia pomagają ubogacać język i poprawiać styl. A autor bloga podnosi jeszcze poprzeczkę podając wytyczne do tekstu. Ciekawe :-)

  8. Helga von Klusken pisze:

    Zenusiowi formalnie zabrakło tchu. Kto by pomyślał, że tutaj w Warszawie, w pochmurny, cuchnący depresją poniedziałkowy ranek, dokładnie na samym środku obskurnego przystanku nie remontowanego od czasów Bieruta- spotka najpiękniejszą istotę jaką tylko zdarzyło mu się kiedykolwiek widzieć.Przetarł rękawem waciaka oczy, czknął głośno niczym stary profesjonalista by odetkać zatkane płuca i zezem, zezulcem gapił się na nieznajomą. Dyskrecja nie była jednak mocną stroną Zenusia, dlatego cały przystanek dokładnie mógł obejrzeć sobie śliniący się, dorodny jęzor wystający z zenkowego otworu gębowego i durny wyraz twarzy. Nieznajoma miała piękne, kocie oczy w dziwnym zielonkawo-bursztynowym odcieniu i wspaniałą figurą z mocno zarysowanymi udami. Ubrana była w płaszcz typu „pantera, a pan potem”, miękki i włochaty. Grzywę prostych, czarnych włosów odrzucała w tył cudownie miękkim, pełnym gracji ruchem. Nawet malutkie wąsiki, ocieniające niby puszkiem jej górna wargę, dodawały jej subtelnego, figlarnego uroku.
    -No dawaj Zenuś!- pogonił sam w siebie w myślach Zenek.- Idź się przedstaw. Albo chociaż ukłoń. Albo o godzinę zagadaj.
    Ale nogi, obute w brązowe gumiaki, zdawały się być przyśrubowane do spękanej płyty. Im bardziej się zmuszał by podejść, ot tak z cicha pęk i zagaić galantną śpiewkę do nieznajomej, tym bardziej jego własne ciało strajkowało i stawiało niesłychany opór. Tymczasem na przystanek z cichym szumem podjeżdżały tramwaje i niczym mityczny lewiatan zgarniały w swoje trzewia kolejne grupy pasażerów. Czas mijał. W oddali pojawiła się trójka, i to chyba nawet „jej trojka” bo wyraźnie szykowała się by znaleźć się w środku jednym skokiem. Ale wtedy przepadło. Adieu! Pisuj do mnie na Berdyczów małymi literami. Gdzie znajdziesz taką drugą Zenuś? No idzże. Idź, cielaku malowany! I wtedy, jakby pod rozkazem, Zenuś wykonał kilka sztywnych kroków, skłonił się przed nieznajomą pięknością i w pustej z emocji głowie szukał pretekstu do rozpoczęcia rozmowy. Cokolwiek, co pozwoli mu zabłysnąć elokwencją, pokazać obycie w wielkim świecie, szyk i elegancję Targówka. W gardle sucho, w uszach świszczy, w nosie kręci, trzewia wydają podejrzane dźwięki. I nagle z ust Zenka wydziera się jedno, jedyne zdanie które eksplodowało w ogłupiałym mózgu.
    -Czy miał już odjazd tramwaj numer 16?- jęknął.
    -Miau.- odparła kociooka nieznajoma.

  9. KGK pisze:

    Babcia Janina zatrzymała się przy lustrze. Poprawiła kępki włosów wystające z bordowego beretu. Teraz wszystko było idealnie, więc wyszła. Podczas drogi nuciła piosenkę z reklamy telewizyjnej. Po krótkim marszu stanęła przed budynkiem. 17.30, zaraz wieczorna się zacznie! Podniecona weszła do środka i zajęła miejsce w swojej ławce obok Jadzi.
    Po chwili ich oczom ukazał się ten „przystojny ksiądz, taki elegancki”. Babcia Janina nie słuchała jednak westchnień Jadzi, gdyż obserwowała chłopaka siedzącego w rzędzie po lewej. Jasna grzywka przysłaniała mu tępo patrzące w przestrzeń oczy, a szczęka poruszała się niespokojnie, jakby żuł gumę. Lewa ręka drgała mu w kieszeni, a nogi trzymał krzywo. Potem ten sam łebek nie raczył nawet dac pieniędzy na ofiarę, choć w kieszeniach mu brzęczało. babcia Janina patrzyła z gniewem na aroganta, po czym spojrzała na Jadzię, która mruczała coś przez sen. Skorzystawszy z okazji, zgrabnie sturlała się z ławki i doczołgała do delikwenta. Udaje, że nie widzi. I ma słuchawki w uszach. Wszystko jasne. Ksiądz wyszedł przed ołtarz z Komunią Świętą, ludzie powoli zaczęli podnosić się z miejsc. Chłopak zerwał słuchawki z uszu i rozejrzał się niespokojnie. Babcia Janina udała, że poprawia beret. On zanurzył rękę w wewnętrznej kieszeni i wstał. Babcia Janina obeszła ławkę i spotkała go dopiero przy samej Komunii. Chłopak wyciągnął rękę z kieszeni. Babcia Janina wytrąciła mu pistolet z dłoni i tak mu przy**********, jak jej się od lat dziewięćdziesiątych nie zdarzało. Ten zas*****c skulił się przed obliczem księdza, przeklinając moherowe berety. Próbował wyciągnąć rękę po broń, jednak babcia Janina odkopała ją ze 3 metry od tego ścierwa.
    – Ostro – mruknęła i odwróciła się zadowolona w stronę ołtarza.

  10. Redshadow pisze:

    Teksty pisany pospiesznie i na tablecie, więc może być sporo błędów. Proszę o opinie.

    Znowu ją uderzył. Krzyczeli na cały dom. A później tato uderzył mamę w twarz. Znów kłócili się o pieniądze. W Polsce nie było z nimi większych problemów. Od przeprowadzki do Stanów wciąż ich brakuje.
    Są pewne plusy zmiany domu. Przynajmniej tak mi nie dokuczają w szkole. Co prawda tu też blond włosa mulatka nie trafia się często, ale zdecydowanie częściej niż w Warszawie.
    Gdyby tylko rodzice się nie sprzeczali. Nie siedziałabym teraz wciśnięta między kontenery na śmieci pod jakimś klubem. Nie uciekałabym co dziennie z domu.Nie wypłakiwałabym oczu na ulicach Harrisburgu.
    Harrisburg. Dziwne miasto. Jest pełne miejsc i osób, które zdają się mnie przyciągać. Takich jak to.
    Boczne drzwi klubu otwierają się z ledwo słyszalnym skrzypieniem. Z budynku dobiega muzyka, smród potu i alkoholu. W słabym świetle lampy staje dziewczyn. Jedna z TYCH osób. Jest w niej coś intrygującego. Nie umiem powiedzieć co. Ma brązowe włosy i mniej niż metr 70. Nic nadzwyczajnego. Jej skóra zdaje się być dużo bledsza niż ostatnio. Pewnie za sprawą zimnego światła. Coś się zmieniło w jej podstawie. Za każdym razem, gdy ją widziałam sprawiała wrażenie zwykłej nastolatki. Roześmianej, lekko przygarbionej, Teraz jest wyprostowana i czujna. Wygląda na starszą. Zdaje się roztaczać dziwną aurę. Mimo to wiem, że to ona. Wszędzie poznam te idealne rysy twarzy.
    Wykonuje kilka kroków w moją stronę. Chyba mnie nie widzi. Wybucha szyderczym śmiechem. A może jednak zauważyła. Odwraca się o dziewięćdziesiąt stopni. Czyli jednak nie.
    – Myślałeś, że was nie zuwarzę? – mówi chłodnym, a zarazem drwiącym tonem.
    – Nie jestem naiwny.
    Z cienia wyłania się mężczyzna. Powoli wchodzi w krąg światła. Jest jeszcze bledszy od niej. Zatrzymuje się trzy kroki od dziewczyny. Widzę tylko ich profile. Jego złowieszczy uśmiech i jej szyderczy. Dwie wręcz majestatyczne sylwetki na tyle obskurnej ściany. Mężczyzna wyciąga rękę.
    – Kamień -głos ma tak twardy jak to czego rząda.
    – Zapomnij.
    Z obydwóch stron ulicy nadchodzą mężczyźni.
    – Ile masz ze sobą tych kundli? – pyta szatynka.
    -Diament, daj mi kamień.
    – Sam go weź – z ust nie schodzi jej uśmiech. -No dalej, Turmalin. Poszczuj mnie swoimi psami.
    Mężczyźni zdają się okrążć parę. Dobiega mnie warczenie. Coś uderza o kontener. Nad głową słyszę krakanie. Serce wali mi coraz mocniej. Nie jestem w stanie nawet odwrócić się do źródła dźwięku. Napotykam spojrzenie Turmalinu. Jego złowróżebny uśmiech przyprawia mnie o ciarki.
    – To nie będzie konieczne – mówi wyciągając rękę w moją stronę.
    Dziwna siła wyciąga mnie z kryjówki. Wpadam w ramiona mężczyzny. Przyciska coś twardego do mojej skroni. Czy to? Nie. To nie możliwe. Zaczynam cała drżeć. A jednak.
    – I co? Zastrzelisz przypadkowe dziecko? – pyta Diament z pogardą. – To ma zrobić na mnie jakieś wrażenie?
    Pozwoli mnie zabić. Dziewczyna którą tyle razy widziałam pod tym drogim liceum i pomnikiem, które zdają się mnie przyciągać, pozwoli mi umrzeć. Po prostu da mi zginąć. Czuję przechodzącą przeze mnie energię. Słyszę krzyk mężczyzny i krótki śmiech dziewczyny. Upadam na ziemię. Odwracam się w porę by zobaczyć błyskawice przeszywające mężczyzn. Przenoszę wzrok na dziewczynę. Stoi do mnie tyłem. Mężczyźni żucają się na nią i odbicii niewidzialną siłą wylatują w powietrze. Coś przeskakuje nad moją głową. Ni to człowiek, ni to wilk powala szatynkę swoim ciężarem.
    Pod wpływem impulsu unoszę dłoń. Z palców strzela błyskawica. Zabiłam go? Coś mnie uderza w plecy. Nie jestem w stanie się poruszyć. Znów ląduję w rękach Turmalinu. Cofa się. Napotkamy przerażone spojrzenie Diamentu. A później klęcząca na ziemi dziewczyna znika. Zamiast niej widzę lustro w ciemnej ramie. Uderzam o ziemię.
    – Nie udało się – mówi Turmalin
    – Kto to? – pyta lodowaty, kobiecy głos.
    Nie wiem kim ona jest. Nie wiem gdzie jestem. Widzę tylko ciemną podłogę.
    – Ash potrzebuje materiału do połączenia ze smoczym DNA.
    – Zabierz ją do niego.
    Co Proszę?

    przeklęte przecinki…

  11. SaraBertyn pisze:

    Będę wdzięczna za opinie, jeśli tekst okaże się dla kogoś godny opiniowania.

    Wczesny poranek, wokół wilgoć, noc jeszcze nie chce odejść, a dzień nie spieszy się by wejść. To taki poranek, który gdyby był wieczorem, to byś się bał. Bałbyś się wychodzić z domu, bałbyś się własnego cienia, cienia mebli, zwierząt, bałbyś się dziwnych odgłosów, zza szafy, zza rogu, zza krzewu. To taki bardzo smutny, ponury poranek, z którym nie bardzo chce się zaczynać dzień. Myślisz wtedy „kurwa, lepiej żeby go nie było” albo „może wezmę dzisiaj wolne?” Mimo złych przeczuć i jeszcze gorszego nastroju opuszczasz jednak dom, bezpieczne schronienie. Wyruszasz w długą podróż, ale już na starcie wiesz, że to nie będzie udany dzień. Ach, żeby tak udało się go odwrócić, zamienić, przeskoczyć… To, jeden z takich właśnie dni.
    Dom stoi samotny, w polu. Ogrodzony niskim płotem. Na podwórku dostrzegasz sprzęty rolnicze, jakieś wiadra, chyba szpadel albo grabie, widać tylko trzonek więc domyślasz się jedynie. Jest i buda, a do niej na łańcuchu przykuty pies. Siedzi posłusznie na progu swej budy i pilnie obserwuje otoczenie. Dom jest jasno-żółty z czerwonym dachem, niski parterowy, z kominem. Wszystkie okna, poza jednym, mają już odsłonięte zasłony. W niektórych świeci się światło. Ale Twoją uwagę przykuwa to jedno, to w którym zasłonka jest tylko niedbale odsunięta. Przez małą szparę widzisz nikłe światełko. Zastanawiasz się, kto jest w tym pokoju. Jakie mroczne tajemnice skrywa ponura zasłona? Czy rozgrywają się tam dramatyczne sceny przemocy, a może to miejsce człowieka chorobą przykutego do łóżka albo dogorywania pomarszczonej staruszki. Wiedziony nieodpartą chęcią poznania prawdy, przekraczasz granice, których porządni ludzie, bez zaproszenia nie przekraczają. Pies zrywa się na łańcuchu i ujada zawzięcie. Serce wali jak oszalałe, przestajesz oddychać, a jedyna myśl w Twojej głowie huczy jak huragan Katrina: „zaraz mnie tu siekierą zajebią!!!”. I choć minęło zaledwie pół minuty Ty przeżyłeś swoje życie jeszcze raz. Patrzysz – „drzwi zamknięte”. Cóż, nie wiesz, że domownicy już dawno przyzwyczaili się do ujadania psa i nie wiesz też, że w związku z tym, póki co, nic Ci nie grozi. Dociera to do Ciebie pomalutku, jak świadomość dociera do skacowanego umysłu. Zaglądasz więc przez to okno, w końcu przyszedłeś tu by poznać prawdę, choćby była ona najczarniejsza. Odrzucasz pytania o konsekwencje: „co zrobię, jeśli zobaczę że ktoś tu kogoś bije, gwałci kobietę?”, „co zrobię, jeśli okaże się, że w tym pokoju ktoś trzyma dziecko w klatce dla zwierząt?”, „co zrobię, jeśli zobaczę, że ktoś dokładnie, kurwa, w tym momencie ćwiartuje czyjeś zwłoki?”. To wszystko, teraz jest nieważne. Musisz tam zajrzeć. Na wprost okna stoi duże, małżeńskie łoże. Pościel w nieładzie. Przy łóżku stoi szafeczka, a na niej lampka, która daje to nikłe światło, prześwitujące przez firanę. Przysuwasz nos bliżej szyby, bo nie wierzysz własnym oczom. „Jak można, jak można być aż tak mrocznym?” pytasz, sam siebie. „Jakiż pokręcony umysł, jakaż to pojebana wyobraźnia …?” – wciąż nie rozumiesz. Dziecięce malutkie, nagie ciałko kręci się bezładnie w pościeli. Mała, niewinna główka spoczywa w bezgranicznej ufności na udzie faceta. Drobne, kruche rączki dotykają jego ciała, maluch próbuje wstać, ale chwieje się na nieporadnych jeszcze nóżkach. Jeszcze moment, jeszcze krótka chwila i upadnie. Mężczyzna próbuje je złapać, ale nie zdąża…Nagły, nieokiełznany wybuch dziecięcego śmiechu wyrywa Cię z odrętwienia. Maluch upadł, przeturlał się przez kołdrę i wylądował wprost w ramionach kobiety. Coś mówi, ale nie słyszysz tego. Jednak z obserwacji ich zachowania i mimiki dedukujesz, że mężczyzna właśnie dostał ochrzan, a maluch pieluchę.

  12. Sofia Rubin pisze:

    Maciek to zwykły uczciwy złodziej. Kieruje się w życiu kilkoma prostymi zasadami i w jego wszechświecie to wystarczające, aby żyć z dnia na dzień. Bronić zawsze swojego honoru i kolegów, nie okradać sąsiadów i swoich ludzi, nie donosić, jebać psy, kochać Legię.

    Maciek też ma rozwinięty swój osobisty światopogląd, który z każdym kolejnym rokiem poszerza się w zastraszającym dla niego tempie. Nie dalej jak wczoraj Maciek wracając wieczorem do domu zaszedł do lokalnego spożywczaka i zakupił kajzerki, parówki i piwo. Po drodze do domu niosąc zakupy zazwyczaj otwiera pierwsze piwo, aby rozbudzić kubki smakowe przed kolacją. Jednak tym razem sięgając do reklamówki po piwo zauważa coś małego skulonego przy bramie. Zawsze pierwszy odruch w jego podświadomości był związany z kopnięciem ów żałosnego stworzenia, czasem rzucenie pustą puszką lub niedopałkiem papierosa. Tego dnia jednak Maciej nie sięgnął dalej do reklamówki, nie zamachnął się do oddania kopnięcia, ale z pełnym poświęceniem przyklęknął i zobaczywszy małego szarego kotka wziął go na ręce. Był tak zszokowany a jednocześnie wzruszony swoim czynem, że w ułamku sekundy postanowił, że przygarnie to biedne kocię.

    Maciej długo patrzył się, jak kociak o świeżo nadanym imieniu Borsuk pije mleko a potem zasypia wciśnięty w róg fotela. Myślał o tym, jak dziwny jest ludzki umysł, że wyzwolił w nim takie nowe emocje, o których istnieniu nie widział wcześniej, jak wspaniałomyślny jest dając szanse futrzakowi. Im więcej czasu mijało Maciek bardziej zaczynał uzmysławiać sobie, że jego życie się teraz zmieni. Ciekawiło go, do czego jest jeszcze zdolny.
    Nagle Maciek zrobił minę jak Newton, gdy spadające jabłko wbiło do jego głowy teorię o grawitacji.

    Jestem dobry?!?

  13. Redshadow pisze:

    SaraBertyn – przyjemnie się czyta. Styl i to napięcie…

  14. Marrtini pisze:

    Spojrzałem w moje odbicie w lustrze. Okrągła głowa, blada cera i twarz pełna zmarszczek. Moje przygaszone szare oczy powoli zauważały kolejne szczegóły. Garbaty, szeroki nos który kiedyś był moim kompleksem teraz zaczął mi się podobać. Wąskie usta wykrzywione w lekkim uśmiechu były chyba tak naprawdę maską. Pod nią skrywała się fala nerwów, które doświadczałem od jakiegoś miesiąca. Powodem był mój syn, który wyjechał z żoną w góry i do tej pory nie wrócił. Bałem się, że może coś im się stało. Ale gdyby tak było, już dawno do moich drzwi zapukałaby policja. Odgarnąłem przydługie kosmyki siwych włosów z czoła, odsłaniając tym samym głęboką bliznę maskującą się wśród zmarszczek. Przejechałem po niej palcem, tym samym przypominając sobie zdarzenia z tamtej nocy. I pomyśleć, że byłem kiedyś ćpunem który potrafił zabić za prochy. Wziąłem głęboki wdech. Przeniosłem wzrok za okno, do którego podszedłem wolnym krokiem. Układając ręce za plecami obserwowałem, jak szare niebo przykrywają ciemne chmury. Drzewa bujały się na wietrze w jedną i drugą stronę, jak by tańczyły do walca który grał wiatr. Nagle zauważyłem, jak na moją posiadłość wjeżdża czarny, dość mały i niski samochód. Zatrzymał się pod starą sosną, a z miejsca kierowcy wysiadł wysoki i chudy mężczyzna w niebieskim obcisłym garniturze. Po chwili mogłem usłyszeć pukanie do drzwi. Szurając kapciami z rynku udałem się na korytarz, aby otworzyć drzwi przybyszowi. Kiedy stał w progu, mogłem lepiej przyjrzeć się jego twarzy. Młody mężczyzna miał włosy zaczesane do tyłu na żel, a ciemna karnacja była obsypana drobnymi piegami. -Przepraszam bracie za te nagłe najście, ale właśnie się dowiedziałem o twoim istnieniu. Musiałem jak najszybciej się z tobą zobaczyć.

  15. brioszka pisze:

    Pożegnała go przy schodach. W wypukłej ciszy stał jeszcze przez chwilę o trzy stopnie niżej od niej, wydawało się że czekał aż ona powie coś jeszcze, spojrzy na niego, albo chociaż przyzwoli jemu by powiedział i spojrzał. Ale ona milczała spokojnie zagłębiona w coś w sobie i poprawiając skręt blond loków na futrzanym kołnierzu płaszcza stanowiła sobą gładką ścianę bez jednej wypustki której można by użyć by się na nią wspiąć. By zamaskować tę niezręczną ciszę rozejrzał się.
    Oświetlony żółtym światłem hol z gipsową płaskorzeźbą ciągnącą się pod sufitem, przedstawiającą rząd mężczyzn przepasanych prześcieradłem biegnących gęsiego naprzeciw swemu losowi i liściastymi roślinami w wielkich donicach nie wydawał się być realny. Cały ten wieczór nie był do końca prawdziwy. Godzina czwarta nad ranem i ona, tak cudowna, że mógłby położyć się tu, na tej wątpliwej czystości schodach, u jej stóp w czarnych pantofelkach i wdychać jej zapach i słyszeć szum jej sukni i czekać aż przemówi swym chropowatym głosem który przyprawiał go o gęsią skórkę z podniecenia i przerażenia jednocześnie. Znów spojrzał na nią, jego natarczywe uwielbienie wyrwało ją z zamyślenia i skierowała na niego lodowate oczy. Uśmiechnęła się lekko, właściwie wygięła usta w uprzejmym grymasie i powiedziała:
    -Późno już.
    Odwróciła się, roztaczając kadzidlaną woń jednocześnie z szelestem materiału, który skręcił się wokół jej kostek i zaczęła powoli wspinać się po schodach, mówiąc mu jeszcze, nie odwracając się :
    -Dobranoc!- i zniknęła na pierwszym piętrze.
    Stał przez dłuższą chwilę wracając myślami do poprzedniego dnia, gdy przysięgał sobie, że wreszcie spędzą tę noc razem i gdy myślał, że jest to jak najbardziej osiągalne, nic przecież go nie powstrzymuje.
    Zamknęła za sobą drzwi i wciągnęła stęchły zapach swojego pokoju. Stała jeszcze w ciemnościach, przyzwyczajając do nich oczy. W końcu osunęła się na podłogę i wciąż opierając się plecami o drzwi, zsunęła buty z nóg. Następnie dłonią w czarnej rękawiczce sięgnęła pod zlew i wyciągnęła zza trzech worków wypełnionych śmieciami czerwoną plastykową miskę. Postawiła ją na puszystej wykładzinie i sama podniosła się z ziemi. Podkasała suknię, zsunęła rajstopy i w rozkroku przykucnęła nad miską z sapnięciem satysfakcji.
    Powiedział sobie, że czas najwyższy by wyszedł, ta noc już się skończyła, za parę godzin będzie musiał wychodzić do pracy. Powinien już jechać do domu. Zamiast tego przeskoczył parę stopni w miejsce gdzie stała i przed oczami stanęła mu wizja tego wieczoru, gdyby nie był takim tchórzem. Być może właśnie rozpinałby jej sukienkę na plecach. Lub ściągał zębami te długie, czarne rękawiczki, sprawiał jęk zadowolenia lub westchnienie rozkoszy. Westchnął sam. Jego serce i myśli należały do niej i wcale się tego niewolnictwa nie wstydził. Wyszedł, nie widząc drzwi, mokrego śniegu pod stopami i sterty niedopałków w bramie. Zaczarowała go.
    Cienki strumień z głośnym ciurkaniem wypełniał powoli miskę. Ona szarpnęła zębami za materiał rękawiczki i ściągnęła najpierw jedną, a potem drugą. Sięgnęła do szpilek ukrytych w jej włosach i zaczęła je jedna, po drugiej wyciągać i rzucać w ciemną przestrzeń przed sobą. Gdy wreszcie skończyła, wstała, rąbkiem sukni podtarła się i podniosła miskę pełną ciepłego moczu do umywalki. Wylała go i umyła miskę z dużą ilością płynu do naczyń, wciąż po ciemku. Wreszcie rozpięła suknię i wyszła z niej zostawiając ją na podłodze, jak duży, żółty abażur na gigantyczną lampę.
    W rajstopach, które marszczyły się jej na kostkach ubranych na gołe ciało usiadła na krześle i z podziwu godną niezłomnością zaczęła się masturbować nie wydając przy tym ani jednego dźwięku.
    Skończyła po godzinie, wyczerpana i mokra od potu. Sięgnęła na półkę, gdzie w foliowej torbie stał wczorajszy chleb. Wyjęła kromkę, zwinęła w rulonik i ugryzła. Krzesło ustawione było naprzeciwko okna. Szarzało. Wstające niebo było dokładnie koloru jej oczu.

  16. Zoo pisze:

    Aleks Grab budzi się wraz z pierwszym sygnałem budzika. Naciska przycisk, dźwięk cichnie, a ona nie słyszy nic więcej, prócz własnego oddechu. W końcu zmusza się do wstania. Starannie ścieli łóżko, układa poduszki i wykonuje kolejne poranne czynności, jak to ma z zwyczaju. Myje zęby, twarz, zaczesuje włosy, je śniadanie, zakłada ubranie, po czym wychodzi z domu. W autobusie słucha playlisty z piosenkami One Direction – jest ich fanką.
    W szkole wita się ze wszystkimi znajomymi, którzy wymieniają się wspomnieniami z wczorajszej imprezy. Lekcje natomiast okazują się tak samo nudne, jak zawsze. Nauczyciele mówią o maturze, która zbliża się wielkimi krokami. Czas wybrać studia i specjalizacje.
    Aleks wie co wybierze. Będzie lekarzem, tak jak jej rodzice. Odziedziczy rodziną klinikę, będzie chlubą rodziny i całego miasteczka. Ma jedną z lepszych średnich i fach w ręku, jak to zawsze powtarza tata.
    W szatni przed lekcją wychowania fizycznego Aleks czeka aż wszyscy wyjdą. Nie lubi przebierać się przy innych, wstydzi się, dlatego robi to dopiero, gdy zostaje sama. Ściąga ubranie i zakłada strój na swoją różową koronkową bieliznę, którą kupiła tydzień temu. Uśmiecha się pod nosem, ten kolor jej pasuje, to był dobry wybór, lubi seksowną bieliznę.
    Po lekcjach Aleks idzie na trening. Odkąd była mała ojciec wysyłał ją na treningi bokserskie. Aleks lubi te treningi. Uwielbia moc, którą ma w rękach, uwielbia walić w worek treningowy. Dzięki nim jest spokojniejsza.
    Gdy kończy trening bierze szybki prysznic i jedzie do swojej dziewczyny Soni. Soni rodziców nie ma, wyjechali w delegacji, dlatego mają cały dom dla siebie. Aleks obiecała jej, romantyczny wieczór, dlatego kupiła kwiaty i skoczyła do chińczyka, po coś na ząb. Sonia uśmiecha się promiennie na widok Aleks. Spędzają ze sobą miły wieczór, najpierw jedzą oglądając kolejny odcinek Pamiętników Wampirów, potem lądują w łóżku. Aleks tym razem nie ma na sobie różowej bielizny, zmieniła ją na czarną zwykłą, na tą, którą miała akurat w torbie. Sonia zachwala ciało Aleks, mówi, że jest piękne i coraz ładniej wyrzeźbione. Aleks nienawidzi swojego ciała. Uważa, że jest brzydkie, uważa, że ciało Soni jest piękne, dużo piękniejsze od jej.
    Gdy wybija pierwsza w nocy Aleks żegna się z Sonią i wraca do domu. Zanim udaje się do łóżka idzie do kuchni i nalewa sobie wody. Po chwili słyszy kroki i do pomieszczenia wchodzi matka.
    – O wróciłeś już? – pyta tłumiąc ziewanie i podchodzi do Aleks.
    – Taak, byłem u Soni. – matka uśmiecha się w tajemniczy sposób.
    – To świetnie, mam nadzieję, że u niej wszystko w porządku. – nalewa sobie soku do szklanki, po czym dodaje. – Wiem, że to nie moja sprawa… ale ostatnio znalazłam w łazience komplet różowej bielizny, który bynajmniej nie należy do mnie. Jako lekarz i zatroskana matka wybacz, ale muszę zapytać, zabezpieczacie się? Jesteście młodzi, przed wami matura… – pyta, a Aleks uśmiecha się zawstydzona.
    – Spokojnie, nie musisz się o to martwić. – odpowiada, trochę nerwowo. Matka przygląda się Aleks, po czym wzdycha.
    – To dobrze, nie chcesz chyba przed wcześnie zostać ojcem, prawda? – śmieje się po czym wychodzi z kuchni.
    Aleks dopija wodę, po czym gasi światło i idzie do łazienki. Spogląda w odbicie w lustrze. Na swoje umięśnione ciało, na krótko ostrzyżone włosy, na lekki zarost malujący się na szczęce, na grube brwi, na wszystko to, czego nienawidzi, co nie jest nią.
    Jest nim.
    Jest Aleksem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *