Co zrobić, gdy Cię splagiatują – i jak ich puścić z torbami!

Przeglądasz internet, czytasz gazetę, albo może wertujesz książkę w księgarni – i nagle rozpoznajesz słowa. Własne słowa. To nie déjà vu. Ktoś naprawdę splagiatował Twoje dzieło.

Co robić w takiej sytuacji?

  1. Przede wszystkim, nie panikuj. Pomyśl raczej, że znalazł się ochotnik, który sfinansuje Ci najbliższą wycieczkę, remont mieszkania, szafę pełną ciuchów i biblioteczkę pękającą od książek.
  2. Skop cwaniakowi tyłek. Jeśli puścisz to płazem, złodziej wróci po więcej – nie do Ciebie, to do sąsiada. W Polsce większości naruszeń praw autorskich nie ściga się z urzędu, więc masz obywatelski obowiązek, żeby gnojkowi zrobić z dupy jesień średniowiecza.

Czy potrzebujesz prawnika?

Niestety tak. Choć prawo autorskie jest jasne, to jednak rozpatrywanie tego typu spraw rzadko bywa proste. Główna trudność polega na właściwym rozpoznaniu sytuacji. Kto zawinił, w jakim stopniu, wyrządzając jaką szkodę. Nawet w z pozoru oczywistych sytuacjach może kryć się niespodzianka.

W tym wpisie zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby nakierować Cię na właściwą drogę, ale – nie jestem prawnikiem. Nawet gdybym był, bardzo trudno byłoby mi stworzyć instrukcje pasujące do każdej możliwej sytuacji. Z całą pewnością potrzebujesz więc pomocy profesjonalisty przy tworzeniu wniosku i ustalaniu kogo o co pozywasz (oraz – czy zgłaszasz sprawę policji). Jeśli się dobrze przygotujesz, można to załatwić na jednym spotkaniu. Koszt: pi razy drzwi, od stu do dwustu złotych.

Wydatki wzrosną, gdy tkwisz w jakiejś szczególnie zagmatwanej sytuacji. Np. jesteś nieletnim autorem pracy zbiorowej wydanej i dystrybuowanej niekomercyjnie, która to praca została zawłaszczona przez należące do Cypryjczyka konsorcjum z siedzibą na Kajmanach. Wtedy z pewnością spotkasz się z prawnikiem więcej niż raz. W wielu przypadkach nie będzie jednak takiej potrzeby.

W dalszej części artykułu będę wymieniać po kolei kroki, które możesz podjąć, żeby zabezpieczyć swoje prawa. To nie znaczy, że musisz wykorzystać każdą z tych możliwości. Kolejność, której się trzymam, również nie musi być w Twoim wypadku optymalna. Zanim wstąpisz na drogę sądową lub zgłosisz sprawę policji, zawsze skonsultuj się z prawnikiem!

Case study, czyli przykład buractwa

Przejdźmy do rzeczy. Żebym mógł podpowiedzieć, jak skopać plagiatorowi tyłek, potrzeba przykładu. Weźmy sytuację nie dość, że prawdziwą, to zupełnie świeżą.

Otóż, moja znajoma, Kasia Wiekiera, prowadzi blog Blowminder. Swego czasu zamieściła tam wpis zatytułowany „Gimnastyka czarownic”, który wisiał sobie spokojnie, nie wadząc nikomu. Wisiał, wisiał, aż tekstem zainteresowała się redakcja magazynu „Yoga & Ayurveda”. Dobre wieści! Bo zapewniam: większość blogerów nie pogardzi kilkoma stówkami za przedruk. Gdyby redakcja skontaktowała się z autorką, możliwe, że dostałaby zgodę.

Niestety, nie wpadli na to.

Dziennikarka przygotowująca materiał uznała, że kliknięcie w zakładkę „Kontakt” i wysłanie maila to za dużo zachodu. Zamiast tego wprowadziła genialną innowację do procesu. Skopiowała tekst ze strony i wkleiła go sobie w edytorze. Następnie – podpisała się jako autorka. Tak przygotowany materiał wysłała do publikacji.

Naczelny nie zadał sobie trudu weryfikacji źródeł, nawet z gugla nie skorzystał – po prostu puścił tekst tak, jak dostał. No chyba że wszystko sprawdził, ale pochwala podobne praktyki. Tak czy siak, mam nadzieję, że nie ma dzieci ani kredytu. Po tym wyczynie ciężko będzie o nową robotę.

W efekcie do sprzedaży trafiło świeże wydanie magazynu. Cena za sztukę: 19,90! Naprawdę, nie ściemniam, można to kupić. Redakcja jest dumna z własnej pracy i na Facebookowym fanpejdżu chwali się najlepszym tekstem w numerze:

Źródło: Youga & Ayurveda

 

Lepszego przykładu plagiatu nie mogłem sobie wymarzyć. Krąglutki, pyzaty, naiwny. Tak podręcznikowy, że trzeba być równie podręcznikowym przykładem kretyna, żeby wprowadzić go w życie.

Spójrzmy teraz – jakie kuku można zrobić złodziejom?

Naruszenie praw autorskich osobistych

Za każdym razem, gdy pod Twoją pracą podpisuje się ktoś inny, naruszane są Twoje prawa autorskie osobiste. Tak samo jeśli ktoś przygotowuje opracowanie na podstawie Twojego dzieła, albo cytuje Cię – jednocześnie nie podając poprawnego źródła. Ba, bez wyraźnej zgody nie można Twojego tekstu nawet przetłumaczyć.

W przykładzie, który podałem, prawa autorskie osobiste w głębokim poważaniu miała dziennikarka, która tak szczodrze rozdaje autografy pod cudzymi tekstami. Jej los jest przesądzony – już utonęła. Pozostaje redaktor naczelny i wydawca. Tej dwójce trudniej będzie cokolwiek udowodnić (chyba że nakłaniali do plagiatu i nagle wypłyną świadkowie). Warto jednak pamiętać, że redaktor naczelny odpowiada osobiście za wtopy prawne swojej redakcji, więc jeśli możesz, nie miej oporów, żeby i jego w to wplątać.

Oto, co robić – po kolei:

  1. Komponujesz list do plagiatora i redakcji, w którym oświadczasz, że jesteś prawowitym autorem (jeśli możesz, przytaczasz dowody). Przy tej okazji żądasz wycofania nakładu ze sprzedaży (usunięcia tekstu ze strony, etc.), oficjalnych przeprosin i sprostowania (na łamach ich pisma lub ogólnopolskiej gazety), a także zadośćuczynienia w takiej kwocie, jaką sobie wymyślisz. List koniecznie wydrukuj, podpisz się, oznacz datą i wyślij na adres redakcji tak, żeby mieć przynajmniej potwierdzenie nadania. Kopię zachowaj.
  2. Nie czekając na ich reakcję przygotuj wniosek przeciwko plagiatorowi z powództwa cywilnego – właśnie o to zadośćuczynienie. Nie zapomnij poprosić sądu o zakaz dystrybucji materiałów godzących w Twoje prawa (w ten sposób oberwie nie tylko dziennikarka, ale i redakcja). Gwoli wyjaśnienia: zadośćuczynienie należy Ci się wtedy, gdy plagiat był „zawiniony”, czyli nie naruszono Twoich praw przypadkiem. Co więcej, sąd nie musi godzić się na kwotę, którą zaproponujesz we wniosku. Często takie roszczenia „urealnia się”, np. biorąc pod uwagę dochody wnioskodawcy i pozwanego. Rozsądniej więc żądać kwoty, którą potrafisz jakoś uzasadnić, niż „czech melionów, bo tak”.
  3. Przywłaszczenie sobie autorstwa całości lub części utworu to przestępstwo. Nie wykroczenie. Nie: „pitu, pitu, nic złego nie zrobiłem”. W ustawie stoi wyraźnie: przestępstwo zagrożone grzywną, ograniczeniem wolności lub pozbawieniem wolności do lat trzech. Tak jest, można za to nawet pójść do pierdla. Dlatego przy najbliższej sposobności zabierasz dowody, które posiadasz – i idziesz na policję. Składasz zawiadomienie. Wskazujesz plagiatora jako osobę, która sobie autorstwo przywłaszczyła. Redaktora naczelnego wskazujesz jako półgłówka, który „wprowadził w błąd co do autorstwa” Twojego tekstu.

Wniosek cywilny powinien trafić do najbliższego sądu rejonowego, a zawiadomienie o przestępstwie powinno wpłynąć do lokalnej komendy policji. Pamiętaj, żeby najpierw wypytać prawnika o szczegóły; ot, choćby o to, czy nie bardziej opłaca Ci się złożyć tylko zawiadomienia o przestępstwie. Nie przejmuj się, jeśli mieszkasz na prowincji – może się okazać, że miejscowe organy mają mniejsze obłożenie i szybciej się ze wszystkim uwiną. Później zarówno policja jak i sąd będą wzywać Cię do złożenia zeznań, więc przygotuj się, że to nie koniec Twojego wysiłku.

Pamiętaj: o ile tylko pokrzywdzony autor walczy o swoje, plagiatorowi trudno wywinąć się od kary.

Naruszenie praw autorskich majątkowych

Mowa o zbywalnej części praw autorskich, czyli o władzy rozporządzania utworem. Za każdym razem, gdy ktoś publikuje Twój tekst bez Twojej zgody – godzi w Twoje majątkowe prawa autorskie. Zwłaszcza jeśli na publikacji zarabia.

W przypadku Blowmindera finansowo na kradzieży korzysta plagiatorka i wydawca. Podpisana pod materiałem dziennikarka dostała przecież honorarium. Wydawca – każdy egzemplarz pisma sprzedaje za niecałe 20 złotych. O ile odpowiedzialność pierwszej jest niewątpliwa (nikt przypadkowo nie podpisuje się pod cudzym tekstem jak pod własnym), o tyle wydawca rzeczywiście mógł być wciągnięty w aferę nieświadomie. To ciągle jest zaniedbanie, ale wystarczy, żeby w oczach sądu pomniejszyć winę. No i – obniżyć odszkodowanie, które będzie od niego zasądzone.

Ciebie, jako osoby pokrzywdzonej, nie interesują te niuanse (po prostu: wiedz, czego się spodziewać od sądu). Po kolei:

  1. Wysyłasz plagiatorowi i wydawcy list – podobny, jak w wypadku naruszenia praw osobistych. Również możesz żądać sprostowania oraz wycofania nakładu ze sprzedaży. Podstawowa różnica polega na tym, że nie zgłaszasz roszczeń o zadośćuczynienie, ale o odszkodowanie. Nie możesz wpisać sobie dowolnej kwoty – tym razem musisz ją wyliczyć na podstawie faktycznej szkody. Koniecznie wypytaj się prawnika o szczegóły i najlepszą metodę obliczeń.
  2. Tak jak poprzednio, od razu przygotowujesz pozew cywilny. Jedną ze skutecznych strategii obrony plagiatorów jest przeciąganie sprawy – licząc jeśli nie na przedawnienie występku, to choćby na to, że się zmęczysz walką. Nie daj im tej satysfakcji, zamiast tego – postaw pod ścianą.
  3. Godzenie w prawa autorskie majątkowe również może być przestępstwem, więc co Ci szkodzi donieść policji na plagiatora i wydawcę? A nuż to nie pierwszy taki ich wyskok. Oczywiście, zanim to zrobisz, upewnij się u prawnika, jak bardzo Ci się ten ruch opłaca. Sąd karny może zrobić złoczyńcy o wiele większą krzywdę, a także nakazać mu naprawienie szkód. Z drugiej jednak strony – czasem drogą cywilną da się uzyskać więcej w krótszym czasie.

Jak plagiator może się wyłgać?

Prawo niby jest jasne, ale różnie można je stosować w konkretnej sytuacji. Właśnie tą niejednoznaczność plagiator (et consortes) będzie chciał wykorzystać. Część z argumentów, które przytoczę, może być skuteczna (przygotuj kontrę!), a część od początku do końca będzie bzdurą wypowiedzianą tylko po to, żeby Cię skołować.

Lecimy.

„Ale ja o niczym nie wiedziałem!”

Ten unik nigdy nie będzie skuteczny, gdy użyje go plagiator. Mógł co najwyżej nie wiedzieć, że podpisując się pod cudzą pracą łamie prawo. Szczęśliwie: nieznajomość przepisów nie zwalnia z ich przestrzegania.

Wymówka może jednak pomóc w uniknięciu odpowiedzialności wydawcy, redaktorowi naczelnemu albo innym osobom korzystającym na godzeniu w Twoje dobra. Wiele zależy od kontekstu. Miej jednak na uwadze, że sąd może dać im wiarę. Pamiętaj też, że od wyroku możesz się odwołać.

„Ale przecież ten tekst nie był zastrzeżony, więc mogłem go wziąć!”

Nie dawaj wiary pitoleniu, że musisz pod każdym swoim dziełem wstawiać znaczek ©, bo inaczej oddajesz je za darmo. Owszem – umieszczanie informacji odnośnie praw autorskich to dobry pomysł sam z siebie, ale nie jest to warunek objęcia Twojej pracy ochroną. Ustawa gwarantuje nienaruszalność Twoich praw od momentu, gdy zaczynasz tekst pisać. Nawet jeśli go nie skończysz. Dostajesz to automatycznie, nic nie musisz robić.

Ba! To właśnie wtedy, gdy chcesz oddać tekst za darmo, musisz podpisać odpowiednią umowę lub udostępnić go na otwartej licencji. Dopiero wtedy, gdy jasno wyrazisz taką wolę, ustawa nie będzie Cię chronić.

Jeśli sąd jakimś cudem da w tym względzie wiarę złodziejowi – odwołuj się bez wahania!

„Ale ja poniosłem na tym tylko straty!”

Wymówka potencjalnie skuteczna przy ustalaniu wysokości odszkodowania. Pamiętaj jednak, że nie chodzi o straty, które on poniósł, ale jakie Ty ponosisz na skutek nieuczciwości tego kretyna.

„Ale dzięki mnie masz większy zasięg!”

Żaden sąd nie weźmie tego pod uwagę. Jeśli już, większy zasięg oznacza tylko większe szkody.

„Ale to jest znakomity tekst! Naśladownictwo dowodem uznania!”

Spierdalaj.

„Ale ja mam trzynaście lat i choruję na raka!”

W przypadku gdy plagiator jest młodociany, odpowiedzialność prawną ponosi jego opiekun. Jedyne, co się zmienia, to że przestępca nie pójdzie siedzieć, a trafi do poprawczaka. No, dobra – realistycznie patrząc to nawet nie; dostanie kuratora w najgorszym razie. Rodzice nie wywiną się jednak od płacenia grzywny, odszkodowania lub zadośćuczynienia.

Jeżeli sprawca ciężko choruje i umrze – zasądzone od niego zobowiązania przechodzą na spadkobierców. Jego ewentualna nieobecność z powodu złego stanu zdrowia nie zatrzyma sprawy cywilnej.

Gdy chodzi o praworządność, nasze państwo nie przewiduje taryfy ulgowej dla chorych, niedojrzałych czy głupich.

„Ale… A idźta stąd! Nic mnie ta wasza sprawa nie obchodzi!”

Czyli – argument „na odpierdol”. Druga strona bagatelizuje Twoje roszczenia. Niby godzi się na sprostowanie, ale umieszcza je gdzieś ukryte i wcale nie przyznaje się w nim do wtopy. Niby przystaje na zadośćuczynienie – ale tylko w ustalonej przez nią wysokości. Słowem: chce Ci pokazać, jak bardzo się nie liczysz. Robią Ci łaskę, że w ogóle z Tobą gadają.

Podejście zaskakująco skuteczne. Większość ludzi nie grzeszy pewnością siebie, zwłaszcza w tych jakże skomplikowanych prawnych zagadnieniach. W konfrontacji z arogantem tracą rezon i zadowalają się rzuconymi ochłapami.

Tym tropem póki co idzie magazyn Yoga & Ayurveda z naszego przewodniego przykładu. Do tej pory zdążyli zamieścić sprostowanie – na swoim profilu Facebookowym:

De facto przyznają się do bezczelnego plagiatu – ale podają to jak podwieczorek. Jakby wszystko było OK, zaklepane i załatwione. Proszę się nie przejmować, będzie pan zadowolony.

No za co mają przepraszać, skoro nic się nie stało?

Podstawowa zasada: nie uginać się przed arogancją. Nigdy. Za każdym razem, gdy ustąpisz bucowi, on pączkuje jak stułbia. Chcesz żyć w świecie, gdzie istnieją tylko stułbie?

To co – sądzić się, czy się nie sądzić?

Wróćmy do przypadku Kaśki. Plagiatorzy uderzyli naraz w jej prawa autorskie osobiste i majątkowe. Zrobili to leniwie, nie zacierając nawet śladów. Więcej: ewidentnie trzepią na procederze kasę. Co więc w takiej sytuacji można zyskać na obronie swoich dóbr?

  1. Zadośćuczynienie za naruszone prawa osobiste – w (teoretycznie) dowolnej wysokości!
  2. Odszkodowanie za bezprawne dysponowanie utworem – w wysokości adekwatnej do faktycznie poniesionej straty.
  3. Zatrzymanie dalszej dystrybucji ukradzionego materiału.
  4. Porządne sprostowanie, w którym złoczyńcy kajają się i błagają o wybaczenie.
  5. Satysfakcję ze spełnienia obywatelskiego obowiązku…
  6. Oraz z kopnięcia kilku skurwysynów w dupę.

Natomiast – co można zyskać, siedząc cicho i udając, że nic wielkiego się nie stało?

  1. Cichą pogardę plagiatora!
  2. Gwarancję, że wróci po więcej.
  3. Dalszą dystrybucję swojego dzieła pod cudzym nazwiskiem.
  4. W miarę upływu czasu: umocnienie praw plagiatora do Twojej pracy.
  5. Utratę zysków, które powinny były trafić do Ciebie.
  6. Frustrację, bo przecież świat Cię krzywdzi, chociaż go nie prowokujesz.

Teraz możesz już samodzielnie zdecydować, co Ci się bardziej opłaca.

Foto: wplynn / Foter / CC BY-ND

Zapisz się na newsletter! Spisek Pisarzy wysyła tylko to, co warto przeczytać.



Tomasz Węcki

Tomasz Węcki


Cześć, mam na imię Tomek i jestem grafomanem. Od kilkunastu lat udaje mi się połączyć przyjemne z pożytecznym i utrzymuję się przede wszystkim z pisania. Byłem już dziennikarzem, piarowcem, copywriterem, ghostwriterem, dokumentalistą i autorem tekstów do gier komputerowych. Teraz możesz również przeczytać moją pierwszą książkę – „Wtajemniczenie”.

27 odpowiedzi

  1. Sit pisze:

    Warto napisać też… Jak to faktycznie jest z tym facebookiem. Wszyscy teraz kwiczą, że przez zmianę regulaminu wszystko, co wrzuca się na facebooka, należy do facebooka i może on tym dowolnie dysponować – zupełnie tak, jakbyśmy zrzekli się wszelkich praw. Jak to właściwie jest z tymi treściami, które nań wrzucamy? Tak tekstami, jak i zdjęciami? Co, jeśli ktoś splagiatuje tekst lub pracę, którą wrzuciliśmy na facebooka?
    Jeśli masz taką wiedzę – koniecznie się podziel.
    A co do artykułu: brakowało mi takiego tekstu. Jasnego, przejrzystego, mówiącego: „Nie bądź głupem, walcz o swoje”. Straszy się nas, że prawa autorskie są skomplikowane, że z powództwa cywilnego, to kosztuje, że i tak nie uda nam się wygrać z korporacjami. A Twój tekst mówi, że nie tylko się da, ale warto się do tego przygotować – no i jak.
    Dlatego dziękuję. Mam nadzieję, że nie będzie musiał przydawać mi się w praktyce, ale i tak jest wielce użyteczny.

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Przyznam, że nie wgryzałem się w temat Facebooka. W tej chwili nie mam czasu na kolejną turę researchu, ale jeśli coś, kiedyś – dam znać.

    • Ruda pisze:

      Z Facebookiem jest tak, że to on ma licencję na to, co nań wrzucamy. Jeśli Pani X skopiuje naszą treść i przedstawi jako własną, jest to plagiat. Bowiem Pani X nie jest Facebookiem i dla niego nie pracuje. Natomiast jeśli Facebook opublikuje jakąś naszą treść nie podając, że jest nasza, nie łamie prawa. Sami, akceptując regulamin, zgodziliśmy się na wykorzystywanie treści i podpisanie licencji COO ale tylko dla celów portalu. Żaden użytkownik nie może sobie przywłaszczyć treści, bo to kradzież.
      Nie spotkałam się jeszcze z sytuacją, gdzie Facebook wrzucać coś jako własne.

  2. Panda YouBitch pisze:

    A czy autorka tekstu walczy z plagiatorami? Można ją jakoś wesprzeć poza wypisywaniem komentarzy na jej stronie na facebooku co czynię z mściwą satysfakcją? 😀

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Walczy. Wesprzeć na razie można tylko wyrazem oburzenia i roznoszeniem wieści o sprawie. 😉 W miarę możliwości będę informować o postępach.

  3. Sakitta pisze:

    Tekst solidny i konkretny. Kiedy będzie znany finał sprawy, koniecznie podziel się wynikami. Jestem okropnie ciekawy, ile jej zapłacą.

    • Sakitta pisze:

      PS: Jedno pytanie, o którym zapomniałem: jak plagiantora w ogóle znaleźć. Owa blogerka przecież w ogóle mogła się nie dowiedzieć, że ktoś ją kopiuje. Są na to jakieś triki, czy tylko liczenie na spostrzegawczość własnych czytelników i googlowanie swoich materiałów w święta?

      • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

        Plagiator zwykle krąży w tych samych kręgach, co okradziony autor – więc wpadanie „przypadkiem” na własne tekstu z cudzym nazwiskiem jest najbardziej niezawodnym sposobem odkrywania tego typu rzeczy. Pomagają też szeroko rozsiani znajomi. Specjalnych narzędzi do odszukiwania plagiatów nie ma, o ile się orientuję. Można co najwyżej korzystać z monitoringu sieci, czyli usług jakie świadczy np. brand24. Nie wyłapie to jednak wszystkiego – i nie do tego służy.

  4. Anna Valetta pisze:

    Super tekst. Przerabiałam to trochę inaczej, ale taki scenariusz i podpowiedzi też się przydadzą.

  5. NeoP pisze:

    Jaka słowiańska!!! Chyba co najwyżej NeoSłowiańska!

  6. szanowny autorze. może wartoby najpierw sprawdzić zawarte w takim tekście informacje? po pierwsze nie ma „praw osobowych” tylko są prawa osobiste (logiczna ale zawsze pomysłka). po drugie, nie można ządać 3-krotności stosownego wynagrodzenia jakie otrzymała plagiatorka, bowiem trybunał konstytucyjny uznał 3 miesiące temu za niezgodny z konstytucją art 79-3-b upapp. można natomiast dochodzić odszkodowania na zasadach ogólnych. po trzecie w końcu, zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa z art 115 upapp nieco komplikuje dochodzenie odszkodowania na drodze cywilnej, ponieważ sąd cywilny będzie czekał na roztrzygnięcie sprawy karnej. obowiązuje oczywiście zasada powagi rzeczy osądzonej, co w dalszym procesie odszkodowawczym może przyspieszyć tok sprawy, ale zasądzenie w sprawie karnej tzw obowiązku naprawienia szkody może wyczerpać możliwość dochodzenia odszkodowania na drodze cywilnej, bowiem nie można karać 2 krotnie za to samo przestęstwo. tak więc może wypowiedziałby się jakiś prawnik?

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Spoko. Właśnie dlatego w pierwszym śródtytule nawołuję do korzystania z pomocy prawnika. Bez konsultacji prawnych można co najwyżej wypomnieć redakcji lub wydawnictwu, że potwornie wtopiło i ma zaprzestać dystrybucji, bo kontynuując – wchodzi w szkodę.

      Sam jestem laikiem i nie śledzę orzeczeń trybunału konstytucyjnego (Trzy miesiące temu, mówi Pan? Świeżynka). Artykuł z konieczności powstawał na szybko, a żadnego prawnika w weekend nie miałem pod telefonem. Jeśli uważa Pan, że coś jeszcze warto poprawić – proszę powiedzieć. Jeśli nie: przypominam, że tekst nie jest poradą prawną (i jej nie zastąpi).

    • Olaf pisze:

      Czy jeśli w sprawie karnej sąd zasądzi obowiązek naprawienia szkody, to nie jest to jednoznaczne z wygraniem sprawy cywilnej o odszkodowanie?

      • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

        No cóż, prawnicy milczą, więc zaryzykuję odpowiedź: tak, jest to jednoznaczne z uzyskaniem odszkodowania drogą cywilną. W sensie: jeśli sąd karny nakaże sprawcy naprawić szkody, możesz na tej podstawie uzyskać tytuł egzekucyjny i nasłać komornika. Jednocześnie dalsze postępowanie cywilne może już nie mieć sensu, bo sąd cywilny nie zasądzi więcej, niż karny (chyba że w danej konkretnej sytuacji zasądzi, np. odsetki karne albo jakąś dodatkową kwotę na szkody nie przewidziane w postępowaniu karnym).

        O ile się orientuję, sąd karny nie robi takich rzeczy „z automatu” – poszkodowany musi złożyć o to wniosek, albo prokurator musi dołączyć pozew cywilny do aktu oskarżenia. Czasem się to opłaca, wychodzi taniej i szybciej, a czasem nie. Szczegóły u prawników.

  7. Trahall pisze:

    A jak wygląda sprawa z Fanficami? Przykładowo: Napisałem sobie obszerny fanfic w Uniwersum naszego rodzimego wiedźmina. Pisałem go przez jakiś czas wrzucając rozdziały średnio raz na tydzień. Nagle skończyły mi się pomysły i zawiesiłem projekt.
    Przestałem żyć na forum, na którym udostępniałem swoją pracę przez X czasu. Po jakimś czasie inny fanfic zaczął cieszyć sie dużą popularnością. Jak się później okazało, ów praca była niemal czystym plagiatem, różnica była tylko w imionach bohaterów oraz kilku nieznacznych scenach, które został dodane/pominięte.
    I teraz mam pytanie, czy jeśli ktoś wykradł mi moją pracę, która istniała na nie mojej licencji, to czy takowego plagiatora mogę pozwać?

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Tak! Możesz go pozwać.

      • Phoe pisze:

        A wydawało mi się, że nie można, bo przecież fanfik sam bazuje na czyimś utworze. O ile nie czerpiemy z tego korzyści majątkowych, to możemy się bawić do woli. Inaczej byłby już problem, bo to wychodzi poza inspirację. Możliwe, że można byłoby żądać sprostowania i wycofania tekstu, ale nie odszkodowania. Ale prawnikiem nie jestem, a fanfiction to śliski temat, więc możliwe, że nie mam racji.

  8. Pola pisze:

    Trudno się nie zgodzić z Marcelem Kornelukiem. Powoływanie się w publikowanym tekście na nieprecyzyjne lub nieaktualne informacje sprawia, że Twój tekst jest nierzetelny. O orzeczeniu TK było bardzo głośno, bo jest w zakresie odpowiedzialności odszkodowawczej na płaszczyźnie prawnoautorskiej poniekąd przełomowe, więc pisząc o tym artykuł należało najpierw zbadać temat (tak jak i w każdym innym przypadku).

    Tłumaczenie niewykonania starannego researchu pośpiechem i brakiem prawnika pod ręką jest niepoważne, tym bardziej kiedy jednocześnie stawia się zarzut niesprawdzenia przez redaktora naczelnego tekstu przekazanego przez jego dziennikarza. To co opisujesz w artykule nie powinno się wydarzyć i jeśli sprawa jest tak oczywista to autorka tekstu bez problemu uzyska ochronę prawną. Ważność tematu nie zwalnia Cię jednak z obowiązku dochowania staranności przy tworzeniu Twojego artykułu.

    W swoim artykule mylisz podstawowe pojęcia, nazewnictwo i podajesz błędne informacje co do możliwości, jakie stoją przed osobą, której prawa zostały naruszone. Co więcej, w komentarzach robisz to samo. Mylisz pojęcie pozwu cywilnego (pozew adhezyjny) w postępowaniu karym, ze środkiem karnym jakim jest obowiązek naprawienia szkody i wreszcie powództwem cywilnym w postępowaniu cywilnym, którego dotyczyło pytanie jednego z czytelników. Możesz tym samym niechcący ale wprowadzić swoich czytelników w błąd.

    Również na fb odpowiadając na pytania czytelników podajesz im nieprecyzyjne lub błędne informacje. Nie jest prawdą, że każdy fanfik to utwór zależny. Kwalifikacja fanfików jest dokonywana indywidualnie w dwóch kategoriach, utwór zależny lub inspirowany, przy czym na stworzenie i korzystanie z tego drugiego nie jest potrzebna zgoda autora utworu, którym twórca fanfiku się inspirował. Utwór inspirowany to samodzielny, niezależny przedmiot prawa autorskiego. Użycie nazwy bohatera, o czym również wspomniałeś, zgodnie z poglądami orzecznictwa, również samo przez się nie kwalifikuje utworu jako zależny.

    Czytelnikom proponuję korzystać z wiarygodnych stron internetowych, jeśli taki research preferujecie, jedną z takich stron jest portal Legalna Kultura, poniżej wklejam informację dla zainteresowanych tematem fanfiction. Zaznaczam, że to tylko bardzo ogólna informacja, niemniej jednak zdecydowanie bardziej rzetelna niż te, udzielane przez autora komentowanego wpisu:

    http://www.legalnakultura.pl/pl/prawo-w-kulturze/zapytaj-prawnika/blog/69

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Tia. Przytoczę z życia wziętą anegdotę.

      Otóż – kiedyś pracowałem przy tworzeniu gier komputerowych. Mieliśmy tam takiego specjalnego testera, perfekcjonistę w każdym calu. Człowiek wart swojej wagi w złocie (a lekki nie był), bo uchronił nas przed niejedną wpadką. W pewnym momencie zdarzyło się, że wbiegł do pokoju programistów, krzycząc „porażka!”. „Mamy krytyczny błąd! Graczom się wszystko rozjebie! Wszyscy trafią do dupy! Trzeba to natychmiast naprawić”. Mniejsza o to, kto ten błąd przepuścił – wyszło, że rzeczywiście istnieje i jeśli trafi do finalnej wersji gry, gracze go zauważą. Niestety, nie „rozjebie im się wszystko”, a tylko jedno okienko z wielu, zresztą wcale nie kluczowe. I nie „wszyscy trafią do dupy”, a jedynie ci, którzy obiorą specyficzną, nieoczywistą drogę w grze. Naturalnie – błąd to błąd, trzeba go naprawić. Kłopot w tym, że usterkę odkryto bardzo późno i najbliższy patch był już zamknięty. Dałoby się zrobić jedną z trzech rzeczy: albo opóźnić patch o tygodnie (w tym czasie pozostawiając inne błędy nienaprawione), albo zastopować inne projekty, uwolnione w ten sposób zasoby przeznaczając na szybką naprawę błędu, albo – nie robić nic, zaś błąd naprawić dopiero w następnym patchu. Szef wybrał ostanie wyjście jako najtańsze i paradoksalnie najbezpieczniejsze dla sukcesu gry. Tłumaczył to mniej więcej takimi słowami: „Jeśli coś jest potrzebne, lepiej żeby poszło z błędami, niż było idealne, ale spóźnione”. Tester, niestety, wziął to bardzo do siebie. Mniej więcej od tamtej pory powtarzał, że nie liczymy się z jego zdaniem i „w dupie mamy jakość”. Nie zaproponował jednak, jak można poprawić proces, którego był częścią – po prostu siedział i narzekał.

      Przypomina mi się ta sytuacja, gdy czytam to:

      „W swoim artykule mylisz podstawowe pojęcia, nazewnictwo i podajesz błędne informacje co do możliwości, jakie stoją przed osobą, której prawa zostały naruszone.”

      Dzięki! Miło słyszeć, że ZJEBAŁEM WSZYSTKO. Jeszcze lepiej, gdyby twoje stwierdzenie było, nie wiem… prawdziwe? Przypierdzielenie się do mojej nieznajomości ostatnich orzeczeń TK to nie jest wystarczający powód, żeby spuszczać w toalecie cały tekst. Zwłaszcza w sytuacji, gdy owo orzeczenie podważa JEDNO ZDANIE z artykułu.

      Albo to:

      „Mylisz pojęcie pozwu cywilnego (pozew adhezyjny) w postępowaniu karym, ze środkiem karnym jakim jest obowiązek naprawienia szkody i wreszcie powództwem cywilnym w postępowaniu cywilnym, którego dotyczyło pytanie jednego z czytelników.”

      Noż genialne. Człowiek chce wiedzieć, czy będzie się musiał sądzić ponownie w sądzie cywilnym, jeśli w karnym nakazano naprawienie szkód – dojebmy mu słowem „adhezyjny”, żeby wiedział, jak bardzo się nie zna. Gratulacje. Taka mądrość. Wow. Tak bardzo ekspercko. Nie mówiąc już, że ten poziom szczegółów prawnych nie wyjaśnia dosłownie niczego. Padło mnóstwo mądrych słów, z których dowiedziałem się, że jestem głupi – a dalej nie wiem, dlaczego moja odpowiedź była zła.

      To samo z fanfikami. Wszystko brzmi strasznie mądrze, a tak naprawdę wprowadza jedynie więcej zamieszania. Bo owszem, jeśli ktoś pożycza TYLKO imię bohatera, to jest to najwyżej inspiracja. Ale jeśli ktoś pożycza CAŁEGO BOHATERA (i opisuje go tak, że nie ma wątpliwości, kto zaś) to już wkraczamy w obszar utworu zależnego. Przytłaczająca większość fanfików robi to drugie.

      Jedyne, co ratuje Twój komentarz przed wykasowaniem, to ten link na końcu. Ja też polecam Legalną Kulturę. I wszystkim, którzy są zaniepokojeni moją rażącą niekompetencją polecam dalszy research. Powtórzę: jestem tylko laikiem. Celem mojego tekstu nie było udzielenie porad prawnych, ale pokazanie, w którą stronę iść.

      Natomiast tych, którzy są bardziej zaniepokojeni pogardliwym tonem Poli, uspokajam: nie wszyscy prawnicy są tacy. Ci, którzy faktycznie pracują z ludźmi (a nie teoretyzują po internetach), są mili i pomocni. Zamiast bić w Was swoją lepszością, powiedzą co konkretnie macie zrobić i jak. Zresztą, gdyby zachowywali się inaczej, nie mieliby klientów.

  9. Jarek Machowiak pisze:

    Panie Tomaszu. Może będzie Pan w stanie poradzić mi w zdefiniowaniu, czy stałem się ofiarą plagiatu, czy tylko „zwykłego” złodziejstwa. Otóż jakiś czas temu otrzymałem zlecenie napisania tekstu do wydawnictwa albumowego. Tekst wymagał sporej ilości pracy – począwszy od zebrania, zanalizowania, zsyntetyzowania faktów oraz przygotowania wielu zestawień statystycznych. Nie podpisaliśmy umowy, ponieważ rozpoczynając pracę zostałem poinformowany, że przedsięwzięcie jest ryzykowne i nie wiadomo, czy uda się je doprowadzić do szczęśliwego końca (czytaj: publikacji). Gdyby jednak miała ona nastąpić, to, jak zapewniał wydawca, tylko wtedy, gdy zostanie ze mna podpisana umowa jako z autorem tekstu. Materiał przesłałem (mam w komputerze oryginalne pliki z datami powstania, co, jak sądzę, jest dowodem mojego autorstwa), po czym otrzymałem informację, że niestety, zabrakło środków na realizację projektu. Jednak po okołu pół roku znajomi zaczęli mi gratulować świetnego tekstu we właśnie opublikowanym albumie. Dziwili się tylko, dlaczego nie występuję jako autor, a jedynie jestem wymieniony malutkim drukiem na końcu, jako współpracownik. Ja też sie zdziwiłem. Zdziwiłem się jeszcze bardziej, gdy wkrótce potem znany ówcześnie senator był głównym gościem spotkania promującego… angielskojęzyczną wersję albumu. Nawiasem mówiąc albumu, który… nie miał autora – ot, tak go wydano. Wydawca stwierdził, że nie miał możliwości poinformowania mnie o wydaniu, a teraz nie zapłaci ani grosza, bo album… kiepsko się sprzedaje…
    Mieszkam za granicą i ostatnio rzadko bywam w Polsce, więc poza tym, że szlag mnie trafia, niewiele więcej mogę zrobić. A może mogę? Jak Pan sądzi?

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Jeżeli sprawa wygląda, jak Pan mówi, to może Pan puścić wydawcę w skarpetkach. Jego szwindel jest tak nawinie bezczelny, że uda się jedynie w wypadku, gdy ofiara siedzi cicho.

      Sytuacja jest taka:

      1. Nie podpisywał Pan umowy licencyjnej lub przekazującej prawa autorskie, więc wydawca nie może legalnie dysponować Pańskim dziełem. Kropka. Tu nie ma żadnego „ale”, choć złodziej i jego prawnicy będą udawać, że jest. Publikacja godzi w Pańskie dobro i powinien Pan o nie zawalczyć.

      2. Nie wiem, czy oryginalne pliki wystarczą jako dowód autorstwa. Na wszelki wypadek proszę zabezpieczyć korespondencję z wydawcą, zwłaszcza wiadomość, w której wysyła Pan finalną wersję dzieła. Bardzo pomogą też wiadomości, z których treści wynika, że wydawca uznaje Pana za prawowitego autora.

      3. Argument, że ukradzione dobro złodziejowi „źle się sprzedało”, nie zostanie uznany przez żaden sąd. Nie podejmę się wyliczania tego, jakie odszkodowanie może pan wyrwać (prosta metoda – trzykrotność wynagrodzenia – jest najwyraźniej nieaktualna z powodu orzeczenia TK). Powiem jednak tak: wynagrodzenie obiecane przez wydawcę, plus odsetki za zwłokę (8% rocznie), plus koszty sądowe (i ew. koszty reprezentacji) – to minimum. Najprawdopodobniej da się ugrać o wiele więcej.

      Jedyny problem, jaki widzę, to że będzie się Pan musiał sądzić w Polsce. Trzeba będzie ogarnąć logistykę.

      A, no i oczywiście – zanim zacznie Pan walczyć, proszę skonsultować się z prawnikiem. Nie tylko pomoże Panu ustalić wysokość odszkodowania, ale też zdecydować, czy bardziej opłaca się dochodzić swoich praw w sądzie cywilnym, czy drogą karną.

    • Phoe pisze:

      O jaaa, bezczelność ludzi nie ma końca :O

      Co do plików na komputerze, to według mnie jest to mocny dowód, bo komputer to takie sprytaśne urządzenie, które przetrzymuje informację o plikach na dysku nawet po formatowaniu. Nie ma tu możliwości cofnięcia dat ani nic z tych rzeczy. Dobra ekspertyza wszystko wykaże. Aczkolwiek oczywiście dużo łatwiej byłoby pokazać zachowaną korespondencję.

      Warto walczyć. Przede wszystkim tego typu sprawy idą bardzo powoli, więc jest dużo czasu na zorganizowanie przyjazdu do Polski. Do tego prawnik może Pana reprezentować, jeśli danego dnia nie może Pan być obecny w sądzie (no chyba, że ma Pan zeznawać, wtedy wiadomo). Życzę powodzenia i puszczenia wydawcę z torbami.

  10. RudaWredota pisze:

    Zastanawiałam się ostatnio jak to jest z plagiatem… Czytuje bloga i10 (Epizody z bezrobocia). I jakiś czas temu okazało się, że ktoś chamsko na zasadzie ctrl+c, ctrl+v skopiował część bloga do swojej książki, którą wydał. Wiem, że sprawa trafiła do sądu. „Autor” książki wykazuje wiele cech typowego buca i na swoim fanpage’u na facebooku wrzuca teksty, które można podsumować prostym „spierdalaj”. Z tego co wiem na chwilę obecną wydawnictwo wycofało książki ze sprzedaży i sprawa czeka na – mam nadzieje – szczęśliwe zakończenie dla i10.
    Trochę to smutne, że istnieją na tym świecie ludzie, którzy chcą się bogacić na twórczości innych. Rozumiem, że czyjaś książka/blog/wiersz/gra może być inspiracją, ale niestety granica między inspiracją, a plagiatem jest cienka.

    • Phoe pisze:

      Podobna sytuacja była z „Yakuza: Bliźniacza krew”, z tym że w tamtym przypadku została skopiowana prawie cała treść z bloga prawdziwej autorki. Też wstrzymano sprzedaż, do tego zostały opublikowane przeprosiny ze strony wydawnictwa, a sprawa poszła do sądu. Sąd jednakże postanowił plagiatorki nie karać w żaden sposób, więc poszło odwołanie do Sądu Najwyższego. Nie wiem niestety, jakim skończyło się to wynikiem i czy w ogóle ta sprawa miała już swój finał, bo brak na ten temat informacji. Co prawda plagiatorka była niepełnoletnia, więc możliwe, że Sąd potraktował ją ulgowo, ale Sąd powinien chociaż zasądzić przekazanie zysku z książki prawowitej autorce — zyski, które plagiatorka, jakby nie patrzeć, otrzymała. Uznaję to za bardzo smutny przykład polskiego organu wymiaru sprawiedliwości.

  11. anty_plagiat pisze:

    Chciałbym wam zaprezentować działanie programu anty plagiat
    Jest to program przeznaczony na komputery z systemem Windows który umożliwia dokładne sprawdzanie różnego rodzaju tekstów czy nie zostały wykorzystane na innych stronach internetowych.

    Programem można sprawdzać dowolną ilość tekstów zarówno mogą to być artykuły, prace dyplomowe.

    Wyszukane zdania które są plagiatem program podkreśla na czerwono i podaje linka gdzie znaleziono plagiat oraz całkowity procent splagiatowanych tekstów.

    Zapraszam do obejrzenia filmiku instruktażowego

    youtube com/watch?v=TWxQZrZMU2U

    więcej o programie oraz pełną wersje można zakupić na stronie
    antyplagiat net
    albo krócej jak np.Jeśli ktoś potrzebuje sprawdzić plagiat tekstu polecam stronę antyplagiat net

    Chciałbym wam zaprezentować działanie programu anty plagiat
    Jest to program przeznaczony na komputery z systemem Windows który umożliwia dokładne sprawdzanie różnego rodzaju tekstów czy nie zostały wykorzystane na innych stronach internetowych.

    Programem można sprawdzać dowolną ilość tekstów zarówno mogą to być artykuły, prace dyplomowe.

    Wyszukane zdania które są plagiatem program podkreśla na czerwono i podaje linka gdzie znaleziono plagiat oraz całkowity procent splagiatowanych tekstów.

    Zapraszam do obejrzenia filmiku instruktażowego

    youtube com/watch?v=TWxQZrZMU2U

    więcej o programie oraz pełną wersje można zakupić na stronie
    antyplagiat net
    albo krócej jak np.Jeśli ktoś potrzebuje sprawdzić plagiat tekstu polecam stronę antyplagiat net

  12. Rynek pisze:

    Witam…mam jedno pytanie. Napisałem książkę 202strony i chce wysłać ją do korekty osobie prywatnej. Jak się ustrzec przed plagiatem. Czy dowód że z Mojego e-maila książka została wysłana wystarczy?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *