Ile zarabia pisarz?

Tomasz Węcki


Cześć, mam na imię Tomek i jestem grafomanem. Od kilkunastu lat udaje mi się połączyć przyjemne z pożytecznym i utrzymuję się przede wszystkim z pisania. Byłem już dziennikarzem, piarowcem, copywriterem, ghostwriterem, dokumentalistą i autorem tekstów do gier komputerowych. Teraz możesz również przeczytać moją pierwszą książkę – „Wtajemniczenie”.

71 komentarzy

  1. Emma napisał(a):

    Bardzo ciekawy tekst.
    A jak sprawa wygląda jeśli chodzi o prawa autorskie? Jak to wygląda w każdym z typów?

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Wygląda tak, jak sobie ją autor wynegocjuje. Więcej pisałem o tym tutaj: http://spisekpisarzy.pl/2014/07/book-deal.html

      Różnej maści vanity press lubi wywieszać na sztandary, że u nich autor zachowuje pełną kontrolę nad prawami autorskimi. No spoko. Tyle że biorąc pod uwagę realne interesy ich klientów to kwestia drugorzędna. Ważniejsze, żeby otrzymali taką właśnie pomoc wydawniczą, na jaką liczą – i żeby mieli faktyczne szanse zarobić na tym interesie. Tutaj vanity press zdumiewająco często zawodzi.

    • jasiekxyz napisał(a):

      prawa autorskie są zawsze przy twórcy
      inaczej jest z prawa majątkowymi – są najczęściej przy wydawnictwie albo też autor udziela licencji

  2. Krzysiek P. napisał(a):

    Pisarze zarabiają też na spotkaniach autorskich. Są zapraszani np. przez biblioteki i konwenty. Poza kosztami podróży czasami biorą też kasę za sam przyjazd. Nie są to jakieś kokosy ale te 200-300 zł można liczyć, zwłaszcza jak jest się już w miarę poczytnym pisarzem. Ponadto podbija się sprzedaż.

    Ogólnie bycie pisarzem, to jak bycie vlogerem (blogerem w sumie też). zarobek z tego nieduży ale fejm się zgadza 😀

    Co do dziennikarzy, to poczekam z wypowiadaniem się jak już ukarze się artykuł 😉

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      No wiesz, nie chcę wyjść na aroganta, ale ja bym dupy nie ruszał z Wrocławia na koniec Polski dla 300 złotych… A to i tak dobra stawka, bo zdarzają się propozycje udziału w spotkaniach zupełnie pro bono (na zasadzie „weźmie pan swoje książki to na pewno się sprzedadzą u nas po evencie”). No ale OK – może dla kogoś to atrakcyjny zarobek. W końcu jakby obskoczyć jedno spotkanie w tygodniu, będzie 1200 ekstra do pensji.

      A z fejmem bywa różnie. 😉 Lasek się na literaturę raczej nie wyrywa. Zwłaszcza że jak pisarz dobry i mądry, to zwykle też stary i brzydki.

  3. Piotr Muszyński napisał(a):

    Tak samo. Napisałeś książkę, jesteś jej autorem i masz do niej niezbywalne prawa autorskie.

  4. Caterpillar napisał(a):

    Czy największego sukcesu na selfpublishingu nie odniósł autor „Pokolenia Ikea” Piotr C? Nawet tutaj w innym artykule czytałem w komentarzach, że sprzedał 80 tys. książek? Na jego stronie chyba jest tylko 50 tysięcy. 🙂 Dlaczego o tym nie piszesz, a promujesz kominka?

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      O co chodzi z tym Kominkiem? Jak go krytykuję, zarzuca mi się hejt. Jak go chwalę – od razu promocja. Serio: jeśli znasz Polaka, który lepiej wyszedł finansowo na self-publishingu, daj znać. Z chęcią poprawię artykuł.

      Co do Piotra C. – dane sprzedażowe, które udostępnia, brzmią bardzo niewiarygodnie. Jego książka nie miała marketingu innego niż szeptany, została wydana marnie, a napisana jeszcze gorzej. Można trafić bestseller i w takich warunkach, ale jest to bardzo nieprawdopodobne.

      Nie mam wystarczających dowodów, żeby przyłapać Piotra C. na kłamstwie, ale jest wystarczająco wiele poszlak, żeby mocno w niego zwątpić. Ot, choćby liczba opinii na lubimyczytać. Gdyby „Pokolenie Ikea” rzeczywiście rozeszło się w pięćdziesięciu tysiącach egzemplarzy, tych opinii byłoby kilkakrotnie więcej (jest 3500, na chłopski rozum powinno być z 10000). Po swojemu szacuję jego sukces na kilkanaście tysięcy sprzedanych sztuk, nie więcej.

      Oczywiście, mogę się mylić. Najlepsze w tym wszystkim jest nie to, że kłamie, ale – że wybrał Novae Res na wydawcę. Czego mu zresztą szczerze współczuję. Gdyby był self-publisherem, zarobiłby na sprzedaniu kilkunastu tysięcy egzemplarzy tyle, że mógłby rzucać tę swoją korporobotę. A tak, dostał śmieszne pieniądze, przynajmniej jak na swój wynik.

      • Aleksander Sowa napisał(a):

        Byłbym ostrożny z publicznym pisaniem, że ktoś kłamie. Argument o ilości komentarzy zupełnie mnie nie przekonuje. „Wojna polsko-ruska…” Masłowskiej sprzedała się w nakładzie ponad 100 tysięcy egzemplarzy, a na LC ma jedynie 6,3 tysiąca komentarzy. Zgodnie z Twoją logiką powinno być ich co najmniej 20 tysięcy, zatem, aby być uczciwym powinieneś napisać, że pani Masłowska oraz Lampa i Iska Boża też kłamie. A trzeba pamiętać, że jej książka nie była wydana w 2013 roku jak „Pokolenie…” Bardziej skłaniam się do opinii, że to Tomczyk zawyża swój sukces. A już zupełnie nie zgadzam się z Twoim stwierdzeniem, że to jemu najlepiej wychodzi self-publishing. Mamy w Polsce co najmniej kilku autorów, którym self-publishing wychodzi znacznie lepiej. Trzymając się twojego argumentu o ilości ocen na LubimyCzytać to pan Tomczyk zwany Kominkiem jest „najlepiej zarabiającym w Polsce self-publisherem” z 684 ocenami swoich 4 książek. Coś tu najwidoczniej nie gra.

      • Tomasz Węcki napisał(a):

        Kłopot w tym, że kiedy słyszę o osiągach Piotra C, włącza mi się bullshit detector. Te dane mogą być albo prawdziwe, albo fałszywe, nic pomiędzy – a ja w nie zwyczajnie nie wierzę.

        Co nie oznacza, że potrafię swoją niewiarę podeprzeć czymś konkretnym. Ot, słusznie wytyka Pan brak precyzji szacunków na podstawie liczby opinii w LC. Zakładam, że stosunek ocen do sprzedanego nakładu to od 1 do 3 ocen na 10 sprzedanych książek. Mnożymy więc opinie dziesięciokrotnie, żeby otrzymać górną granicę, a trzykrotnie, żeby otrzymać dolną granicę nakładu. Czy jestem pewien tej zależności? Nie, nie mieliłem statystyk wystarczająco rzetelnie, więc to tylko hipoteza, tzw. educated guess. Czy się sprawdza? Pi razy drzwi – mam kilkanaście książek, o których wiem, że trafiłem. Z naukowego punktu widzenia nic to nie znaczy.

        Kiedy jednak czytam to, co Piotr C mówi o swoich zarobkach, albo o rynku książki, zawsze mam wrażenie, że operuje w trochę innej rzeczywistości. Np. wedle niego pisarz utrzyma się z pisania tylko wtedy, gdy sprzeda 70 000 egzemplarzy w ciągu roku. No ejże! Albo Piotr C ma bardzo kosztowne potrzeby, albo na każdej sprzedanej sztuce zarabia mniej niż złotówkę. Albo – z przyzwyczajenia podaje takie dane kilkukrotnie zawyżone.

        Tak czy siak, nie kalkuluje mi się to. Najprostsze wyjaśnienie: ktoś tu kogoś robi w konia. Albo autor resztę świata, albo wydawca autora. Nie mam żadnych dowodów, żeby złapać kogokolwiek za rękę, więc proszę nie traktować tego w kategoriach bezpośredniego oskarżenia. Po prostu: wyrażam wątpliwość. Grubą wątpliwość.

        A co do sukcesów self-publisherskich, jeśli ma Pan na myśli konkretnych autorów, proszę rzucić nazwiskami. Jak mówiłem, z chęcią poprawię artykuł.

      • Aleksander Sowa napisał(a):

        Zielke, Sekielkski…

      • Karola napisał(a):

        No i co, padły nazwiska, a artykuł nie zmieniony. 😉

      • Tomasz Węcki napisał(a):

        Do listy można dopisać Alexa Barszczewskiego albo Władysława Zdanowicza. Sam komentujący wyżej Aleksander Sowa, jak na polskie warunki, radzi sobie w self-publishingu świetnie. Z całym szacunkiem jednak – żadne z tych nazwisk nie powie nikomu tak wiele, jak przywołanie marki Kominka. Stąd artykuł ciągle bez zmian.

  5. tlevson napisał(a):

    tak, Piotr C. to chyba najbardziej poczytny pisarz z vanity press (notabene z Novae Res). A spotkania autorskie to jak koncerty początkujących (i nie tylko) raperów. Masz pracę dzienną, to nie będziesz jechał i rzucał wszystkiego żeby w środku tygodnia zarobić 200 zł….

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Największy problem to spotkania wyjazdowe. We własnym mieście można pobrylować w księgarniach i domach kultury – jeśli wpadnie za to dodatkowa kasa, to gites. Ale jechać gdzieś dalej? Trzeba brać wolne w pracy. Ten, kto zarabia na tyle mało, żeby się połasić na 200 zł – może mieć problem z szefem, który nie da mu takiego urlopu. Ten, kto nie ma problemu z szefem – nie schyli się po dwie stówki, bo koło nosa przejdzie mu kwota kilka razy większa.

      • Karola napisał(a):

        Są też tacy, co nie mają problemu z szefem i nie zarabiają kilkuset złotych dziennie. 😛

      • Tomasz Węcki napisał(a):

        No są, ale wątpię, że i oni zrobią sobie ze spotkań literackich główne źródło dochodu. Na życie nie starczy.

    • slowmoon napisał(a):

      Jeśli Piotr C. ze swoją „pozycją” to taki wielki sukces, zarówno literacki jak i wydawniczy, to rozumiem dlaczego „zwykłe” książki sprzedają się w tak słabym nakładzie.

      Choć osobiście bliżej mi do podejrzeń Pana Tomasza.

  6. jasiekxyz napisał(a):

    znam jedno wydawnictwo które oferuje współfinansowanie i nie biorą takich kwot za 300 egzemplarzy
    za 7500 to u nich druk 500 egz i zysk dla autora 40% ceny okładkowej i dodatkowo e-book

    i starają się tworzyć marketing (choć z różnym skutkiem ale robią)

    więc istnieją wydawnictwa „vanity press” które można polecać ale nie podam nazwy aby nie było że promuje kogoś wystarczy poszukać dobrze

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Serio podajesz to jako dobrą ofertę? Przy optymistycznym założeniu zysku równego 16 złotych na egzemplarzu (40% z ceny okładkowej 40 zł), zainwestowane 7500 zwrócą się po sprzedaniu 469 sztuk. To jest 94% nakładu! Ba, to jest CAŁOŚĆ nakładu po odjęciu „darmowych egzemplarzy recenzenckich”.

      Ludzie, błagam. Tabliczki mnożenia uczą w podstawówce. Korzystajcie z tej wiedzy, zanim podpiszecie umowę biznesową.

      • jasiekxyz napisał(a):

        a kto powiedział że z pierwszych 500 egz pojawi się zysk?
        tu jest lepsza oferta od tej z artykułu

        zysk pojawi się na dodruku – a dodruk jest tańszy o około 40%

        oraz dodatkowy zysk jest na e-bookach

      • Tomasz Węcki napisał(a):

        „Dodruk jest tańszy o 40%”. Czyli – najpierw płacisz 7500 za pięćset egzemplarzy. Modlisz się, żeby sprzedał się cały ten nakład, bo dopiero wtedy wyjdziesz na zero. Potem w euforii dorzucasz 4500 zł na kolejne 500 egzemplarzy, bo ten nakład zwróci się już po sprzedaniu 281 sztuk.

        Łącznie wydajesz 12 000 złotych, żeby móc zarobić maksymalnie 16 000, a na pierwsze zyski czekać aż zejdzie 75% nakładu.

        Oficjalnie robię fejspalma na Twój zmysł biznesowy. Naprawdę nie chcę korzystać z żadnych ofert, które polecasz.

      • Olaf napisał(a):

        Wygląda na to, że vanity press nie może zaoferować więcej, bo na czym by zarabiało? 40% ceny okładkowej to chyba często cały zysk wydawcy.

      • Tomasz Węcki napisał(a):

        40% to często cały przychód wydawcy. 😉 Ale tak, oczywiście – vanity press muszą wyzyskać autora, żeby zarobić. Niewykluczone, że właśnie ta oferta jest najlepsza na rynku. Jeśli tak, podtrzymuję: debiutant nie powinien korzystać z tego typu wydawnictw. Tylko na tym straci.

    • Anna Wi napisał(a):

      Dobrze, ale przynajmniej w Novae Res, co by o samym modelu współfinansowania nie mówić, za dodruki nic nie płacisz, więc jasiek, jak już musisz reklamować jakieś vanity to przemyśl sens i przy okazji składnię swoich wypowiedzi. Poza tym, Tomek nie napisał, że nakład jego rozmówcy wyniósł 300 egz tylko, że tyle się sprzedało. Natomiast jeśli ktoś oferuje Ci 40% to mam uzasadnione obawy, że albo nie będzie zainteresowany sprzedażą książek (bo na tym nie zarabia) albo nie ma możliwości wprowadzenia książek do szerszej dystrybucji i wie, że na sprzedaży książek i tak nie zarobi, więc równie dobrze może obiecać 50%, bo sprzeda się 20 egz.
      Debiutanci mają nieco trudniej to fakt, ale mnie to w ogóle nie dziwi, to wręcz naturalne, jest mnóstwo piszących, w zdecydowanej większości bardzo przeciętnych, spośród których szansę mają Ci, którzy nie tylko napisali dobrą książkę ale też trafili nią w gusta jakiejś grupy czytelników. Jeśli debiutant uważa, że na swojej książce zarobi majątek albo stanie się gwiazdą to powinien zweryfikować swoje oczekiwania, bo mają mało wspólnego z rzeczywistością. Wystarczy spojrzeć ile zarobiła Kaja Malanowska, która pisać potrafi, co nie oznacza oczywiście, że jej twórczość każdemu przypadnie do gustu, ale to inny temat. Więcej pokory, cierpliwości i pracy nad warsztatem.
      PS. I fakt, 4 zł to naprawdę sporo, realiom bliżej do 3 zł.

  7. Marcin Pietraszek napisał(a):

    Co do uśredniania, w praktyce bardziej realne jest zarobienie 3-4 zł na egzemplarzu niż sprzedanie „średniej” liczby 3-4 tys. egz 🙂

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Prawda. W całym artykule szacuję kwoty na podstawie „optymistycznej” granicy stanów średnich. Głównie po to, żeby uniknąć oskarżeń, że zaniżam zarobki w którymś modelu, a więc że tak naprawdę da się więcej. Nie da się.

      Założenie bardziej intuicyjnych kwot (2-3 zł zarobku brutto na egzemplarzu, plus średni sprzedany nakład na poziomie 1500-2500) tak naprawdę nie zmienia żadnej z tez. Przeciętny pisarz prosto z wydawnictwa trafi do opieki społecznej, a self-publisher z trudem wyjdzie na zero.

  8. Knight Martius napisał(a):

    Nic dodać, nic ująć. Chociaż odnoszę wrażenie, że rynek self-publishingu ma rację bytu głównie w przypadku e-booków, gdzie siłą rzeczy odpadają koszty druku (ale słyszałem z drugiej ręki, że często ich autorzy nie zlecają nikomu profesjonalnej redakcji, a czasami nawet sami nie czytają tego, co napiszą…).

    Miło też dowiedzieć się, jak nazywa się model wydawniczy, który jak dla mnie jest niczym innym, tylko świetnym pretekstem do oszustwa ze strony wydawnictwa. Kiedy bowiem dorzucę się takiemu do wydania książki, jaką mam gwarancję, że po prostu nie pójdzie ona do kosza?

  9. Alek napisał(a):

    4 złote?! Skąd Pan to wziął… 1,5 do 3 góra. A i tak już przy 3 wydawnictwa biadola, że dokładają do tego interesu,..

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      4 złote najlepiej pasuje mi na średnią – bo zapewniam, że można sobie wynegocjować większe stawki. Nie upieram się przy tym założeniu (mniejsza kwota i tak nie wpływa na tezy artykułu, co najwyżej podnosi próg przejścia na „życie z pisania”).

      A to, że wydawnictwa biadolą – to z ich strony niezła hipokryzja.

  10. Maciej Różalski napisał(a):

    Z felietonu wynika jednoznacznie, iż pisanie książek jest (w najlepszym razie) fajnym hobby, w żadnym razie sposobem na życie. Zarabiają na tym wszyscy z wyjątkiem pisarza. Pół roku do roku pisania książki, potem do kilku miesięcy na dopracowanie, plus druk i dystrybucja… Mając na uwadze praktyki największych „hurtowych detalistów” autor pierwsze pieniądze może zobaczyć dopiero po dwóch latach od napisania pierwszej litery. Tak licząc to nawet napisanie bestsellera nie jawi się wartym zachodu. 🙂

    W sumie nie jestem też pewien, czy pisarz winien zawracać sobie głowę opisanymi niuansami. W zasadzie powinien mieć od tego agenta.

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      No też prawda, że pierwszy bestseller w Polsce nie musi nikogo uczynić bogatym. Dopiero kiedy się okazuje, że autor to marka i dostarcza bestseller za bestsellerem – wtedy można żyć z pisania. Za średnią krajową.

      A agenci nie mają w Polsce życia, bo przecież są opłacani z autorskiego honorarium. Wydawca, a tym bardziej dystrybutor, ich nie potrzebują, więc nie będą się dzielić swoimi kawałkami tortu.

      • Maciej Różalski napisał(a):

        Problem w tym, że moim zdaniem pisarz średniak powinien zarabiać średnią krajową na swoich książkach :). Seryjny bestsellerowiec winien się rozbijać kabrioletem po swojej hacjendzie ;).

        Z tym, że agenci nie mają u nas życia się zgodzę, ale nie zgodzę się, że wydawca ich nie potrzebuje. Potrzebuje, tylko (statystycznie rzecz ujmując) chyba jest za gupi, by to zauważyć. Agent robi za wydawcę wstępną selekcję tekstów i wstępne ich przygotowanie – czyli obcina im koszty.

      • Tomasz Węcki napisał(a):

        No to się zgadzamy co do tego, jak powinno być. 😉 Niestety, ani pisarzowi nie skapuje z handlu książką wiele, ani wydawca nie opływa w luksusy. A to jest właśnie ten segment, w który wbija się agent. I nie twierdzę, że nie jest potrzebny (bo może zdziałać wiele dobrego) – twierdzę tylko, że w obecnym systemie nie zostało już dla niego miejsca. Z „części produkcyjnej” rynku książki za mało kasy da się wydusić.

      • Maciej Różalski napisał(a):

        Też mam swoje „ale”. IMO „ustawa o książce” może w tym nieco pomóc stabilizując ceny i likwidując tak zwane „promocje”. Jeśli wydawca będzie mógł ceny swoich książek kalkulować na jakimś sensownym przewidywalnym poziomie, to i inaczej będzie wyglądał podział tortu. Druga rzecz, że to przede wszystkim nie wydawcy winni dojrzeć do agentów, tylko autorzy. Tyle, że w środowisku pokutuje przekonanie typu „kolejny darmozjad”.

        Wydawca może nie opływa w luksusy, ale też i nie dokłada do interesu.

      • Tomasz Węcki napisał(a):

        Nie spodziewam się wiele dobrego po ustawie o książce, jeśli pozostanie w takim stanie, jak obecnie. Po wejściu przepisów w życie żaden wydawca nie będzie mieć powodu, żeby obniżać ceny okładkowe. Z całą pewnością dystrybutorzy nie będą na to przeć, bo i po co? W branży, na ile się rozeznaję, panuje przeświadczenie, że książki wcale nie są za drogie. Że gdyby wyeliminować podmioty zaniżające ceny, można by sprzedawać literaturę za ceny okładkowe.

        Tymczasem – to myślenie życzeniowe. Cena nigdy nie jest „bez znaczenia”. W krótkim terminie efektem ustawy będzie obniżenie sprzedaży. W średniej perspektywie – turbulencje, gdy rynek będzie próbował ustanowić nową równowagę. W najlepszym razie doczekamy powrotu cen okładkowych w okolice obecnych cen po promocjach. W najgorszym razie: wszyscy pogodzą się z mniejszą sprzedażą i dalszym upadkiem czytelnictwa, a więc podniosą ceny okładkowe jeszcze wyżej, niż obecnie.

        Szans na to, żeby dzięki ustawie pojawiło się miejsce dla agentów, raczej nie widzę…

      • Maciej Różalski napisał(a):

        Tyle, że takie myślenie życzeniowe świadczy o nie najlepszym przygotowaniu do prowadzenia biznesu. Wydawca będzie miał jeden istotny powód by obniżyć ceny, tj skalkulować je bez „dodatku na promocje” – będzie chciał sprzedać swój towar. W hipotetycznej sytuacji wydania przez dwóch wydawców porównywalnych bestsellerów obawiam się, że większy sukces odniesie ten, który będzie go sprzedawał w niższej cenie okładkowej. Zresztą – patrząc po sobie – jeśli książki analogowe kosztują 30-35pln miesięcznie zwykle kupuję dwie. Jeśli 40pln i więcej najczęściej jedną. Normalne zachowanie klienta, który kupuje więcej dzięki niższej cenie jednostkowej. Jeśli wydawcy nie zauważają takich prawideł, to znaczy, że im kury szczać prowadzać, nie książki wydawać. Podmiotami zaniżającymi cenę są wydawcy, bo godzą się na chore warunki „hurtowych detalistów” – czy mam rozumieć, że to taki rodzaj samokrytyki?

        Nie sądzę, by się pogodzili wszyscy, bo takie zachowanie obecnych graczy tworzy niszę dla nowych, którzy mogą konkurować z nimi ceną, lub warunkami dla np autorów. Jeśli przy obecnej cenie okładkowej 40pln obecny wydawca dostaje 16-20pln od sztuki, to przy zachowaniu tych samych kwot dla wydawcy cena okładkowa może wynosić te 32-35pln. Najlepiej na tym wyjdzie nie ten, kto będzie maksymalizował cenę, tylko ten, który będzie maksymalizował sprzedaż.

        Zgadzam się, co do Twojej diagnozy krótkiej, średniej i długiej perspektywy skutków ustawy.

        IMO agenci, to miernik dojrzałości naszego rynku. Ustawą się ich nie wprowadzi.

  11. kakowalewska napisał(a):

    A ja mam pytanie, bo tytuł mnie zachęcił, a artykuł okazał się traktować o czymś innym. Ile zarabiają w Polsce pisarze? W sensie: ile konkretnie zarabiają konkretni pisarze? Mam na myśli taki ranking. Forbes publikuje ranking pisarzy na świecie. A mnie najbardziej interesuje polskie podwórko, tyle że nigdy jeszcze na taki ranking się nie natknęłam.
    Z góry dziękuję 🙂

  12. Hoviel napisał(a):

    Witam, mam pytanie nie dotyczące tego tematu, lecz mnie nurtuje. Czy to, że bohater powieści jest sarkastyczny, czasem nieznośny dla innych bohaterów, lecz kiedy trzeba poważny, nie odstraszy czytelników? Może lepiej tworzyć sympatyczne najważniejsze postacie? 🙂

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Łoj, żeby odpowiedzieć, to bym musiał napisać kolejny artykuł (i, swoją drogą, pewnie kiedyś tak właśnie zrobię). Na razie, żeby nie przedłużać:

      1. Nie, grubiański bohater nie odstraszy czytelnika, o ile czytelnik będzie mógł się z nim identyfikować (bo np. świat bohatera jest gorszy niż on sam; albo: bo bohater wredny jest tylko dla gnojków, etc.)

      2. Tak, zawsze łatwiej idzie, jeśli główny bohater jest sympatyczny (z czym też można przesadzić, vide casus Mary Sue).

      • Hoviel napisał(a):

        Dziękuje za odpowiedź. Raczej nie planowałam tworzyć bohatera negatywnego, bardziej kogoś, kto jest dobry i pomocny, czasem jednak bywa ironiczny, ma tupet i temperament. Choć nie jest to cecha, która sprawia, że nikt go nie lubi, wręcz przeciwnie. Użycie słowa „nieznośny” chyba nie odzwierciedliło bohatera, którego chciałam opisać.

  13. Ilghazi napisał(a):

    Z nieco innej perspektywy – jak wygląda kwestia podatków? W końcu pisanie to nie jest takie hop-siup, czasem trwa ponad rok. A gdy zaczyna się sprzedaż, nie daj Boże człowiek wyda bestseller i wtedy nagle zaczynają wskakiwać różne potworki takie jak drugi próg podatku dochodowego, VAT, no i ZUS… nasz kochany ZUS, który jest z Tobą na dobre i ZŁE. Zawsze możesz liczyć na jego obecność, szczególnie gdy zacznie domagać się zaległych wpłat. Tak więc nawet po odniesieniu sukcesu lwia część zarobków może pójść się…

    Może więc coś w tym temacie? Jak strategicznie rozplanować swoje wydawnicze ekscesy, żeby nie zostać zmiażdżonym przez nasze wspaniałe państwo opiekuńcze? Szczególnie przy self-publishingu.

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Akurat ZUS nie jest taki straszny, jak go malują. Jeśli ktoś potrafi zaskoczyć na minus to raczej urzędy skarbowe.

      Kwestia podatków wygląda adekwatnie do sposobu, w jaki zarabiasz na pisaniu. Jeśli książkę wydaje wydawnictwo, Twój przychód pochodzi z przekazania praw autorskich (no, mówiąc prosto i zakładając prostą sytuację). Skoro tak, płacisz jak każdy wedle skali podatkowej (18% od dochodu nie większego niż 85528 zł i 32% za wszystko powyżej). Możesz sobie też odliczyć 50% przychodu z książki jako koszt (do limitu 42764 zł rocznie; przychód wyższy od 85528 zł już nie zwiększy tej „ulgi”). Większość ludzi zapłaci więc podatek w wysokości 9% tego, co wysłało im wydawnictwo. Acha – zależnie od formy umowy, wydawca może od razu taki podatek odliczyć i przesłać w Twoim imieniu.

      Jeśli publikujesz własnym sumptem – sprawa robi się bardziej skomplikowana. Jeśli nie prowadzisz działalności gospodarczej, rozliczasz się zależnie od umów, które podpisujesz. Za każdym razem, gdy przekazujesz prawa autorskie, obowiązuje Cię ta ulga w możliwości odliczenia 50% przychodu jako kosztów. Poza tymi momentami Twój przychód zwykle będzie tożsamy z dochodem. Generalnie jednak – dotyczy Cię ta sama skala podatkowa, co wyżej.

      Samo-publikowanie bez zarejestrowania działalności gospodarczej jest jednak kłopotliwe. Dużo łatwiej, gdy ma się firmę. Tutaj jednak wchodzimy na grząskie pole. Bo po pierwsze – prowadząc działalność musisz opłacać ZUS co miesiąc, w tym składkę na NFZ, nawet jeśli nie masz dochodu. Musisz prowadzić jakąś formę księgowości (najpewniej będzie to księga przychodów i rozchodów). Jeśli chcesz handlować książkami – musisz być płatnikiem VAT. No i last but not least: wystawiasz się na kontrole różnorakich urzędów.

      Są sposoby, żeby ograniczyć te problemy. Np. przez pierwsze dwa lata każdy nowy przedsiębiorca płaci mocno obniżone składki ZUS (nie pamiętam ile, ale góra 170 zł na miesiąc, plus składka na NFZ w pełnej wysokości). Jeśli chodzi tylko o wydanie jednej książki, te dwa lata wystarczą i można zamknąć działalność przed terminem płacenia pełnych składek. Jeżeli do tego pracujesz na etacie, nie musisz płacić ZUS-u wcale, choć składka na NFZ i tak Cię nie ominie (tutaj jednak nie jestem pewien szczegółów, więc radzę doczytać). Podobnie z kontrolami. Przez te pierwsze dwa lata raczej nikt Cię nie zwizytuje. Średnio przedsiębiorcy mają kontrole z US raz na 7 lat – duże firmy częściej, mikrusy pewnie raz na pół wieku.

      Tak czy siak – zakładanie firmy nigdy nie będzie neutralne dla Twoich finansów. Ułatwi Ci to samo-publikację, ale lepiej się do takiego kroku przygotować – poczytać o obowiązkach przedsiębiorcy, zasięgnąć rady u księgowego.

      • adi napisał(a):

        Wysokość miesięcznych stawek na ZUS (stan na grudzień 2015, za chwile będą ciut większe):
        – normalny: 1092,28 zł (lub 1034,08 zł bez tak zwanego dobrowolnego ubezp. chorobowego)
        – ulgowy (przez 2 lata dla nowych firm): 446,20 zł

        Gdy pracuje się na etacie (i ma Działalność Gospodarczą) to:
        Jeśli, na etacie zarabia się >= płaca minimalna i pracodawca opłaca nam ZUS z tego tytułu to
        właściciel DG od swojej firmy płaci „tylko” składkę na ubezpieczenie zdrowotne:
        czyli 279,41 PLN / miesiąc

        Warto nadmienić, że:
        ZUS się płaci także jak się nie ma dochodu. Dobrowolne ubezpieczenie chorobowe (jeśli je oczywiście płacimy) pozwala zmniejszyć wysokość opłat ZUS proporcjonalnie do czasu choroby (jeśli w danym miesiącu przedsiębiorca jest na zwolnieniu lekarskim)

  14. zkop napisał(a):

    Dzięki wielkie za ten artykuł, bardzo rozjaśnia drogę. Czekam niecierpliwie na tekst o dziennikarstwie. W imieniu wchodzących na drogę pisarstwa chyba mogę powiedzieć: całkiem nieźle, że cię mamy.

  15. Aneta Rumińska napisał(a):

    Łał, świetna wiedza – dzięki 🙂 Sporo rozjaśniło mi w głowie, chociaż mówiąc szczerze to w myślach jeszcze bardziej zaniżałam te stawki, więc można powiedzieć, że te dane to, paradoksalnie, miłe zaskoczenie. Niemniej jednak nadal jak to mówią – szału bez…

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      No, z konieczności musiałem dokonać paru uproszczeń, więc pamiętaj, że liczę dla „górnych stanów średnich”. 😉 Wielu komentatorów zwraca nawet uwagę, że 4 złote na egzemplarzu to dla nich stawka już bardzo wysoka.

      Jedyne, co mogłem oszacować zbyt nisko to zarobki self-publisherów. Cwany pisarz publikujący w ten sposób może potencjalnie zyskać więcej niż tylko marżę wydawcy.

  16. Bartosz Woliński napisał(a):

    Jestem self-publisherem i nie ma się co łudzić, że koszty wydania się zwrócą lub książka pozostawi jakieś echo. W maju tego roku wydałem w całości na własną rękę swój zbiór opowiadań „Trzecia strona wyobraźni”, redakcja, skład, cała reszta. Nakład skromny, bo sto egzemplarzy i ebooki w trzech formatach. Wszyscy niby zachwycają się, mówią że szacun, bo oni by nie dali rady, treść też im się podoba, ale ostatnio to już mi ręce całkowicie opadły. Nie dość, że Facebook nagminnie obniża zasięg stron, a za promocje na nim swoje już zapłaciłem, to coraz trudniej dotrzeć gdzieś z tą moją książką. Niby opinie w internetach są, lajki też… Jak na razie ze stu książek zostało mi niecałe czterdzieści pięć, w tym jakoś dziesięć poszło za darmo. Ebook? Śmieszna sprawa, bo od maja sprzedał się tylko jeden…

    Tak więc wydawanie książki na własną rękę (przynajmniej na tym etapie), to nieopłacalny biznes. Już postanowiłem, że jakbym następnym razem miał coś samodzielnie wydawać, to tylko ebooka, ewentualnie kilka zeszytów, żeby można było jakoś fizycznie dotknąć treści, w żadne książki już się nie bawię.

    I takie jest moje doświadczenie, jeśli chodzi o self-publishing. Dostałem propozycję wydawniczą typu vanity press od Warszawskiej Firmy Wydawniczej, ale odezwali się (w terminie o wiele późniejszym, niż tym, którym zarzekali się na swojej stronie), kiedy byłem na ostatniej prostej. Do tego zaproponowana przez nich cena była i jest (przynajmniej dla ucznia drugiej, już trzeciej, klasy liceum) bajońska, właśnie koło tych siedmiu tysięcy… Ale po przeczytaniu Pańskiego artykułu, cieszę się, że jednak na to nie poszedłem.

    Pozdrawiam.

  17. Maria napisał(a):

    Cieszę się, że przeczytałam ten artykuł. Człowiek taki naiwny…, mówię o sobie 🙂
    pozdrawiam

  18. Phoe napisał(a):

    I dlatego kategorycznie nie mam żadnych aspiracji do bycia pisarzem. Nieintratne to. Już lepiej dziubać w wolnym czasie, jeśli ktoś lubi, i z braku lepszego zajęcia próbować pocisnąć do wydawnictwa (a nóż, widelec przyjmą), niż starać się żyć tylko z pisania, martwić się o sprzedaż i przymierać głodem 😛

  19. Wiesław Pasławski napisał(a):

    Wydałem dwie książki na własny koszt.
    „Szynkadela – produkt polski” http://www.szynkadela.pl
    „Monsun” http://www.monsun.net.pl

    Każdy tytuł sprzedaje się w ilościach kilkudziesięciu sztuk miesięcznie. Chciałbym aby sprzedawało się 200 miesięcznie, ale póki co między bajki to włożyć. Rynek wydawniczy jest chory. Hurtownie biorą 55% ceny okładkowej. Mnie zostaje 5 zł za sprzedanie jednej książki. Terminy płatności 3 miesiące. Rynek książki to rynek hurtownika. Jestem marketingowcem książki promowane są na youtube ,facebooku, forach dyskusyjnych, wydrukowałem plakaty, kolejny krok to zakładki. Dzwonię do księgarń i zachęcam ich do zamówienia książki w hurtowni. Współpracuje z Azymut (poprzez Motyle Książkowe), Ateneum, Super Siódemka, Rema. Teraz będę próbował telemarketingu. Zatrudniłem już pracownika.
    Nie poddaje się. W kółko testuje nowe pomysły.

    OK. Zaraz biorę się za pisanie.

  20. Gosia napisał(a):

    A co myślisz o self-publishingu przez strony jak rozpisani.pl ? Czy warto zrzucić na kogoś korektę, czy też druk? Przyznam, że skok z pisarza do wydawcy nieco mnie przeraża, nie chcę wydawać przez wydawnictwo, ale self-publishing chętnie, z tymże nie chcę mieć wszystkiego na swojej głowie.

  21. Magda Bębenek napisał(a):

    O ile zgadzam się z wieloma rzeczami, o których piszesz, o tyle nie zgadzam się z tym, jak trudna jest sprzedaż samodzielnie wydanych książek i jak mało można na tym zarobić. Szczególnie, jeśli nie korzysta się z „usług” dystrybutorów i dużych sieci księgarni – dużo więcej można zyskać, o ile zrobi się to mądrze i z pomysłem, uderzając bezpośrednio do czytelnika. Pozwól, że na swoim przykładzie pokażę, o co mi chodzi:

    W 2013 roku wydałam swoją pierwszą książkę, w maju 2014 roku drugą; obie jako self-publisherka. Od ponad 2.5 roku utrzymuję się z książek i z innych dochodów, które są bezpośrednio związane z przeprowadzonym przeze mnie projektem.

    „Czy łatwo w Polsce sprzedać 470 książek?”
    Zanim moja pierwsza książka poszła do druku, sprzedałam 220 jej egzemplarzy w kilka dni. W dziesięć tygodni od premiery rozeszło się wszystkiego razem ponad 1000 egzemplarzy (co oczywiście wiązało się z dużą ilością energii włożonej w jej promocję).
    Moja odpowiedź: łatwo, o ile pomyśli się nad tym, co i jak należy zrobić.

    „Tymczasem pisarz publikujący własnym sumptem musi przeskakiwać barierkę za barierką. Jego dzieła nie bierze żaden z dystrybutorów? Już jest pod górkę, bo trzeba szukać alternatyw.”
    I super, bo alternatywa – zbudowanie własnej społeczności i sprzedaż bezpośrednia/na swojej stronie www – zostawia 50-60% zarobku w Twojej kieszeni. Wymaga pracy i czasu, ale podobnie jest z promocją książek, które się u dystrybutora znajdą.

    „Towar trafia do oferty Empiku, ale nie na półkę? Pod górkę, bo dopiero w salonach sprzedaż rusza.”
    Tylko, jeśli wydawnictwo zapłaci kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie na to, żeby książkę umieścić w dziale „Polecone” itp. W przeciwnym wypadku, jeden lub dwa egzemplarze Twojej książki będą wciśnięte gdzieś między setki innych. I żadna sprzedaż nie ruszy.
    W ogóle stawianie sobie „znalezienie się na półce w Empiku” za cel wydawniczy i sprzedażowy jest wielką pomyłką, szczególnie w przypadku self-publishera.

    „A do tego – o książce nikt nic nie słyszał, nikt się nią nie interesuje, nawet blogerzy mają na nią wyłożone. Nagle opchnięcie tych kilkuset sztuk wydaje się niezłym osiągnięciem.”
    Zaczynając z pierwszą książką nie miałam żadnej platformy, społeczności, bloga, wyrobionego nazwiska; nie miałam też żadnego budżetu marketingowego ani kasy na druk książki. Publikację, jeszcze przed jej powstaniem, promowałam na FB, nagrałam filmik na YT, ktoś zaoferował mi zrobienie strony www. Kasę na druk zebrałam (przedsprzedaż + znalezienie sponsora – dwukrotnie), społeczność zbudowałam. Wszystko od zera i za darmo.

    „To jest właśnie słabość polskiego self-publishingu – dystrybucja i promocja. Nie mamy Amazona, który rozwiązał problem w Stanach.”
    Po pierwsze, to słabość self-publishingu na całym świecie 🙂 A konkretniej, brak myślenia biznesowego/przedsiębiorczości i brak zrozumienia, że książka=produkt. I na rynku rządzi się takimi samymi prawami, jak każdy inny produkt.
    Po drugie, Amazon nie rozwiązuje kwestii promocji – samo wstawienie książki na Amazon, jako jednej z setek tysięcy czy milionów, nic nam nie daje. Self-publisherzy korzystający z Amazona też muszą prowadzić szeroko zakrojone działania marketingowe, żeby myśleć o jakimkolwiek sukcesie finansowym.

    „Jeżeli nie jesteś ani sławą internetów, ani geniuszem marketingu, zapomnij, że wydaną przez Ciebie książką zainteresuje się szersze grono.”
    Sławą internetów czy geniuszem marketingu nie jestem i nie byłam, a książką zainteresowała się wystarczająca ilość osób. A to niestety takie przekonanie sprawia, że wiele osób nie wydaje swoich książek i nie zarabia na swojej twórczości.

    „Nie dysponujesz narzędziami, którymi dysponują wydawcy.”
    Dokładnie. Co nie oznacza, że nie mamy innych narzędzi i możliwości promocji partyzanckiej, której nie mają wydawcy.
    Dodatkowo nie masz kosztów wydawców: biura, personelu i tytułów, które nigdy na siebie nie zarabiają. Być może jest to nieintuicyjne, ale jako niezależny autor-wydawca możesz mieć niższe koszty wydania i promocji książki niż duże wydawnictwo.

    „Gdy oni sprzedadzą trzy tysiące książek, uważają, że im średnio wyszło. Ty możesz odtrąbić wielki sukces, gdy sprzedasz tysiąc.”
    I super! W każdej chwili wolę sprzedać 1000 wydanych przez siebie książek i zarobić na tym kilkadziesiąt tysięcy złotych, niż sprzedać 3000 z wydawnictwem i zarobić kilkukrotnie mniej.

    Zasadniczo o rynku wydawniczym i self-publishingu panuje bardzo wiele błędnych przekonań, a bardzo szkoda: powtarzane nieustannie „na książkach się nie zarabia”, „jak nie jesteś sławny, to nikt cię nie kupi” itp. sprawia, że na do rąk czytelników nie trafia bardzo wiele wartościowych książek.

    Jeśli ktoś byłby zainteresowany poznaniem mojej przygody self-publishingowej w większych szczegółach, przeczytajcie sobie ten wpis:
    magdabebenek.pl/wydawanie-ksiazek-i-self-publishingu-w-polsce/.

    Każdorazowo drukowałam 3000 egzemplarzy, koszt pierwszej książki to niecałe 3 zł /egzemplarz, koszt drugiej bodajże 3.50 zł.

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      To są bardzo ciekawe uwagi! Powiem wręcz, że w tej chwili przygotowuję książkę, aby wydać ją właśnie w opisany przez Ciebie sposób. Dosłownie – oderwałem się od prac, żeby napisać komentarz. 😉 Mam nadzieję, że uda mi się przynajmniej zbliżyć do Twoich wyników.

      Natomiast – mimo osobistego entuzjazmu – myślę, że warto zachować umiar w polecaniu self-publishingu jako remedium na mizerię rynku książki. Przynajmniej ja, póki co, nie chcę uderzać w wysokie tony. Z tego, co widzę, na jedną udaną książkę wydaną własnym sumptem, przypada przynajmniej kilka takich, po których słuch ginie już w dniu premiery. Pójście w samopublikację to nie jest gwarancja sukcesu; są jakieś uwarunkowania, które sprawiają, że jeden produkt się przyjmuje, a inny nie. Dopóki sam nie sprawdzę, co i jak, wolę być ostrożny – i nie zachęcać ludzi do biznesu, na którym mogą stracić pieniądze.

      Stąd założenie, które przyjąłem na potrzeby artykułu, że pisarz-wydawca podąża dokładnie tą samą drogą, co średnio ogarnięty szef malutkiej oficyny. Z oczywistych względów nie jest to optymalna strategia, tego nie ukrywam. IMO wypunktowałaś ją bardzo trafnie. 😀

    • Jacek Korek napisał(a):

      Po przeczytaniu Twojej wypowiedzi i podejścia do marketingu nasuwa mi się jeden wyraz Apple. Mistrzowskie podejście do zagadnień marketingowych. Zachęcić, zaciekawić a jak przyjdzie pora sprzedać krocie. W swoich działaniach pominęłaś tylko taki szczegół jak kontrolowany przeciek informacji. Podobnie mistrzowską kampanie miała Heya. Większość z nas pamięta czerwone łapki rozklejane na basenach i innych budynkach użyteczności publicznej. Reklama w tv w stylu łapka i nic więcej. Każdy był zaciekawiony. Nie wiem czy zrobiłaś to świadomie czy też nie ale powieliłaś ten schemat i jak widać z doskonałym skutkiem. Pisząc kolokwialnie – SZACUN

    • Zbigniew Ściubak napisał(a):

      Wypowiedź i przykład pani Magdy Bembenek może być wspaniałą wskazówką jak i dowodem na to, że selfpublishing jest dochodowy i możliwy w polskich warunkach, tylko wymaga odpowiedniego podejścia, które pokazuje pani Maga.

      Jednak wypowiedź ta może być równie dobrze drogą na manowce, i miast falsyfikować tezę, że selfpublishing jest u nas trudny, to ją udowadniać.

      Wszystko zależy od odpowiedzi na pytanie, czy przykład pani Magdy jest REPREZENTATYWNY, dla selfpublishingu, czy też jest WYJĄTKIEM, który potwierdza regułę o jego niedrożności, niebezpieczeństwach i trudnościach.

      Z lektury strony Pani Magdy wynika, że wydała ona dwie książki: „„POLKA POTRAFI. ZOSTAŃ BOHATERKĄ WŁASNEGO ŻYCIA!” wrzesień 2013 oraz „POLKA POTRAFI. ŻYCIE ZACZYNA SIĘ PO 40-STCE!” maj 2014.

      Nietrudno dostrzec, że zasadniczo to nie jest literatura ogólnego typu. To, przynajmniej na pierwszy rzut oka, poradniki motywacyjne dla kobiet (z problemami?). Nic złego w tym nie ma że z problemami, bo ja jestem facetem z problemami. Ale. Jest to działalność nie tyle na polu literatury co handlu motywacjami, trochę ociera się o lifecoaching, poradnictwo i temu podobne rzeczy. Dalej, to nic złego. Przeciwnie, to potrzebne i cenne książki, tylko że to jest NIEPREPREZENTATYWNE. Bo to nisza.

      Powtórzenie więc proste działań pani Magdy w odniesieniu do literatury pięknej, niekoniecznie doprowadzi do tych samych lub nawet podobnych rezultatów. Przyczyna może nie tkwić wcale w tym, że autor jest za mało aktywny. Że nie założył strony fanpagu książki na facebooku. Że nie nagrał filmu na YT. Przyczyna różnicy efektów jego starań a starań pani Magdy może leżeć w tym, że nie jest kobietą i nie pisze poradników motywacyjnych dla kobiet. Tylko usiłuje działać na bardziej ogólnym polu.

      Generalnie to jest imho problem systemu. System ma jedną wartość – ZYSK. Wartość osiągają najsilniejsze podmioty w systemie, tj. te, które mają najwięcej pieniędzy. Ponieważ to ZYSK jest wartością, to nie dzielą się ZYSKIEM tylko maksymalizują go kosztem innych podmiotów. Jedynym wyznacznikiem jest tu siła oddziaływania.

      Rynek składa się z producentów, pośredników i odbiorców. Producentami są Autorzy. Pośrednikami wydawnictwa, hurtownie, księgarnie. Odbiorcami są czytelnicy.

      Zarówno czytelnicy jak i autorzy są zatomizowani, oddzielni, pojedyczno (co naturalne) dokonujący swoich działań. Każdy z nich dysponuje niewielką lub minimalną siłą oddziaływania na system przepływu literatury. Dominujące są wydawnictwa, hurtownie i księgarnie i to do nich trafia zarówno lwia część strumienia pieniędzy za literaturę, jak i możliwość podejmowania decyzji co, kto będzie czytał.

      Niewiele tu zmieniają portale „społecznościowe” jak polskie poświęcone czytaniu książek czy zachodnie poświęcone ksiązkom lub filmom. Wielcy gracze kupują aktywność społeczną i za dolara gościu pisze recenzję dowolnej treści na dowolny temat.

      Klucz do systemu leży w zachowaniu klientów. Idą do księgarni, sięgają na portal, gdzie znajdą „promowane przez wielkich” produkty. Gdyby ten schemat zmenić. Gdyby część choćby decyzji klienckich przenieść do innego miejsca, to wszystko zaczęłoby się zmieniać.

      Ale takie miejsce musiałoby być wiarygodne. No i musiałoby być. A to temat na odrębną rozmowę. Tymczasem pozostaje pojedyncze (zalecane przez panią Magdę?) szarpanie się z systemem, w nadziei, że albo znajdzie się sensowną niszę społeczną, która pozwoli się odbić, albo swoją przebiegłością marketingową przebije się głową mur systemu.

  22. Aleksandra napisał(a):

    Drogi panie redaktorze.
    Jestem Ola, mam 14 lat i za niecałe dwa tygodnie skończę pisać swoją pierwszą powieść. Już szukam informacji o tym, ile się zarobi i powiem, że pańska witryna mnie zaciekawiła i pomogła się nakierować. Mam jednak jedno pytanie – jak wygląda wydanie książek w moim wieku?
    Wiele osób mówiło mi, że mam wielki talent, dlatego staram się to wykorzystać, próbując wydać powieść. Nie będzie długa, może dojdzie do 200 stron. Czy więc zarobki na książce i promocja powieści będą w pewnym stopniu uzależnione od mojego wieku?

  23. Paula napisał(a):

    Hej ja pisze besceler i nie wiem czy cos da sie na tym zarobic by pszezyc w polsce

  24. Stefek Ciekawy napisał(a):

    „Po pierwsze, rozesłać dzieło do wydawców…” Interesuje mnie, jak autor powinien zabezpieczyć swoje prawa w tym przypadku? Książka może zostać przecież, przynajmniej teoretycznie, wydana w całości pod innym nazwiskiem, wykorzystana we fragmentach, w zmienionej formie lub jej fabuła może posłużyć do powstania innej, napisanej przez rozpoznawalnego autora. Co wtedy? Czy znane są Wam takie przypadki oszustw?

  25. Archerr napisał(a):

    Interesowanie się konkretnymi kwotami w momencie, gdy jeszcze nic się nie potrafi, ewentualnie ksiżka jeszcze nie istnieje, to zupełnie ślepa uliczka. Pisarstwo to nie etat, to wolny zawód i jak w każdym wolnym zawodzie, najpierw należy się wykazać, popisać umiejętnościami, a dopiero później można myśleć o pieniądzach. Moim skromnym zdaniem, uprawianie wolnego zawodu nie powinno być motywowane chęcią zdobycia pieniędzy, a pisarz przede wszystkim powiniem być osobowością wykształconą w wyniku ciekawych i niecodziennych doświadczeń życiowych. Czy taki John Steinbeck myślał o pieniądzach pisząc czwartą (trzy pierwsze bez sukcesu komercyjnego) powieść, „Tortilla Flat”?

  26. Muc napisał(a):

    Odwaga i rozsądek to dwie osoby. Rozsądnie jest zatrudnić się w dużej firmie. Odważnie jest testować życie.

  27. Izbela napisał(a):

    Bardzo dobre uwagi. Ja napisalam ksiazke 250 stron, wydalam w 2013 r. wszelkie koszty przejal wydawca. W 2020 konczy mi sie umowa. Oczywiscie kokosow nie ma, ale nie narzekam, sa ludzie, ktorzy gloduja. Chcialabym sprzedac wiecej egzemplarzy tej ksiazki. Czy zna ktos z Panstwa dobrego agenta, ktory mi pomoze uruchomic lepsza sprzedaz mojej ksiazki? Bede wdzieczna!

  28. Delta Delta napisał(a):

    Piszecie Panowie, ze dobry pisarz powinien zyc na super poziomie.
    Szczepan Twardoch właśnie napisał, że Król sprzedał się w 100 tys egzemplarzy czyli zakładając te 15% to jest 600 tys z jednej powieści. Szczepan Twardoch pisze powieść co rok więc wydaje mi się, że są to bardzo fajne zarobki. Rozumiem, ze nie kazdy to ST, ale potwierdza to teze, ze dobry pisarz moze fajnie zarabiac

  29. Anna napisał(a):

    Napisałam książkę niszową. Wydałam ją w tradycyjnym wydawnictwie, o dość dobrej renomie. Dostałam jako debiutant 8% od książki. Chcecie wiedzieć, ile de facto zarobiłam? Ok. 800 zł. Dodam, że książka to literatura faktu, reportażowa, wymagała ogromu pracy, wywiadów, pisałam ją 1,5 roku. I co? Cieszę się debiutem. Nie zniechęciłam się i właśnie skończyłam drugą książkę (zajęło mi to rok) – tym razem powieść obyczajową. Zamierzam ją wysłać do najlepszych wydawnictw. Jeśli zarobię kilka tysięcy (od 3 tys. wzwyż) – piszę kolejną. Oczywiście, utrzymuję się zupełnie z czego innego.

  30. guywithsoul napisał(a):

    Nie wiem czy ktoś to czyta jeszcze ale ja dam przykład taki. Wydałem książkę/bajkę dla dzieci. Druk 500 egzemplarzy offsetowy. Gruba okładka grube kartki. 64 strony. Druk wyniósł mnie 4,200 z vatem (5%). Jak sprzedam cały nakład 500 to powinno mi to dać 14,500 – 4.200 = 10.300.

    Ktoś powie, jasne ale sprzedaj 500 sztuk. Jednak to była moja inwestycja. W dłuższym czasie wyjdę na self-publishingu lepiej niż inny autor który pracował wydawnictwem. To że wydawnictwo da dobre warunki (nawet 10%) nie oznacza że będą pchali w reklamę nowego pisarza. Wydawnictwo ma swoich gwiazdorów którzy biorą większość budżetu przeznaczonego na promocje, więć mniejszy autor za to 10% i tak będzie musiał sam organizować promocję i reklamę książki.

    Też trzeba pamiętać że z jednej strony to pasja, z drugiej pewna inwestycja. Te 500 sztuk się nie przeterminują, po prostu sprzedając to samemu trzeba pamiętać, piszesz kolejną książkę? ciągle reklamuj poprzednią.

    Ja jeszcze zdradzę że przyjmuje strategie taką, w PL drukuje następną książkę w nakładzie 500-1000 a wersje angielskie tworze z myślą o wysyłaniu do wydawnictw za granice. Szukając tym samym swojego momentu sukcesu 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *