Ile zarabia pisarz?

Chcesz wiedzieć, ile da się w Polsce zarobić na pisaniu książek? Oto cała prawda. Bez bajek i wciskania kitu. Kawa na ławę.

Gdy autor skończy już swoją książkę, może zrobić jedną z trzech rzeczy. Po pierwsze, rozesłać dzieło do wydawców i poczekać, aż któryś zechce zainwestować w publikację. Po drugie, wyciągnąć zaskórniaki i samemu wydać książkę. Wreszcie, po trzecie – wybrać opcję „pomiędzy” i współfinansować koszty wydawcy. To, ile zarobi – oraz to, co ostatecznie stanie się z książką – zależy od tej decyzji.

W pierwszej kolejności przyjrzyjmy się najczęściej spotykanemu wyborowi…

Tradycyjny model wydawniczy

„Model tradycyjny” to sytuacja, gdy wysyłasz wydawcy swoją książkę, a ten ją publikuje i promuje na własny koszt. W zamian możesz liczyć na udział w zyskach ze sprzedaży oraz zaliczkę na ich poczet.

Było już trochę o tym na Spisku – tutaj artykuł sprzed roku. Od tamtego czasu cyfry nie zmieniły się istotnie. Autor publikujący tradycyjnie na każdym sprzedanym egzemplarzu zarobi orientacyjnie od 5 do 15 procent ceny okładkowej. Stawki nominalne rosną dwukrotnie w wypadku liczenia zysków od ceny hurtowej (tej dla dystrybutorów). Realne zarobki się jednak nie zwiększają (mogą nawet zmaleć), bo łańcuszek handlarzy bierze towar od wydawców z rabatami 50-60%.

Uśredniając: na jednej sprzedanej książce autor może zarobić w okolicach 4 złotych brutto (10% z 40 złotych, czyli dominującej obecnie ceny okładkowej). Od razu zaznaczę, że jest to optymistyczny szacunek. Tak samo jak patrzenie na gospodarkę przez pryzmat średniej krajowej pensji jest optymistyczne – w sytuacji, gdy wiadomo, że wypłaty większości Polaków są dużo niższe. Nie mam jednak dostępu do rzetelnych statystyk, które wskażą medianę i dominanty pisarskich stawek (mogę co najwyżej strzelać, na podstawie relacji znajomych – i komentarzy do tekstu – że dominanta wypadnie w okolicach 1,50 zł, a mediana nie będzie wyższa niż 2,50 zł). Żeby nie grzęznąć w gdybaniach, ani nie zaniżać potencjalnych zysków, pójdziemy dalej z tym prostym wyliczeniem: każdy (kupujący) czytelnik wart jest 4 złote.

Acha, mała dygresja: jeśli debiut masz dopiero przed sobą i szukasz informacji o tym, ile Tobie wydawnictwa zaproponują – zapomnij o tych 4 złotych. Oferta rzędu 10% od ceny hurtowej (czyli góra 2 złote z egzemplarza) to granica, którą trudno Ci będzie przebić.

Średni nakład książek wydawanych w Polsce to niecałe 4000 egzemplarzy (dane z 2013 roku). Wlicza się w to jednak wszystkie pozycje, od podręczników do literatury faktu. W wypadku beletrystyki bezpieczniej przyjąć 3000. Jeżeli cały ten nakład się sprzeda, twórca dostanie 12 tysięcy złotych. Zakładając, że trudził się nad swym dziełem przez rok, wyjdzie mu po tysiąc złotych brutto na miesiąc.

Dziękuję bardzo. Miłej wizyty w ośrodku pomocy społecznej. Bo przypomnę: liczymy z optymistycznymi założeniami dla stawki i sprzedaży całego nakładu. Rzeczywiste zarobki większości pisarzy będą niższe.

Oczywiście, kalkulacje zysków wyglądają zupełnie inaczej w wypadku popularnych twórców, obecnych na rynku od dłuższego czasu i regularnie dostarczających produkty o wysokiej jakości. Ich książki sprzedają się w wyższych nakładach. Przy stawce równej 4 złote za sztukę, zbyt dziesięciu tysięcy egzemplarzy daje 40 tysięcy złotych, czyli w przeliczeniu na rok pracy – ponad 3300 miesięcznej pensji. Gdyby założyć wyższy udział autora w zyskach (powiedzmy: 15% ceny okładkowej, czyli 6 złotych za egzemplarz), wyjdzie 60 tysięcy, a więc 5 tysięcy złotych na miesiąc. Nie są to kokosy, ale da się żyć.

Naturalnie, jeśli umowa z wydawcą zapewnia autorowi niższą stawkę, na przykład: 2 złote za egzemplarz, zyski z udanej książki będą mniejsze. Przy dziesięciu tysiącach sprzedanego nakładu – ponad 1600 złotych miesięcznie. Taka sytuacja powinna mieć jednak miejsce tylko za pierwszym razem, gdy stworzysz popularną książkę. Bo jeśli tworzysz je regularnie i ciągle pozostajesz przy stawkach dla przeciętniaków – do diabła, gdzie Twoja głowa?!

Kłopot tylko w tym, że sprzedaż dziesięciu tysięcy egzemplarzy nie jest trywialnym wyczynem. Debiutant nie ma na to szans. Przeciętnie uzdolniony pisarz produkujący książki średniej jakości – też nie. Tak samo wszyscy, którzy celowo wybierają niszowe formy i gatunki. Nie ma zmiłuj. Dziesięć tysięcy sprzedanych egzemplarzy to umowna granica, po przekroczeniu której książka staje się bestsellerem. Teraz już wiesz dlaczego: dopiero wtedy pisarz ma szansę zarobić na niej realne pieniądze.

Self-publishing

Za tym modnym pojęciem kryje się stare dobre wydawanie książek własnym sumptem autora. Masz pieniądze – nie oglądasz się na wydawców i samodzielnie organizujesz redakcję, korektę, skład, druk i dystrybucję.

Self-publishing ma złą sławę. Panuje opinia, że w ten sposób publikują tylko ci, których nie chciało żadne wydawnictwo. Desperaci i grafomani. Rzeczywiście bywa i tak, choć większość niedopracowanych książek wydawana jest w innym modelu – vanity press (o nim za chwilę). Skuteczne wykorzystanie możliwości self-publishingu wymaga sporych umiejętności, obycia na rynku i smykałki do marketingu. Raczej wysoki próg wejściowy, więc debiutant i desperat utoną pospołu.

Ile można na tym zarobić? Cóż, tu kalkulacje nie są już tak proste. Zasadniczo, publikując własnym sumptem, pisarz wchodzi w buty wydawcy. W odniesieniu do modelu tradycyjnego – zarabia tyle, co suma własnego honorarium i marży wydawnictwa. Spójrzmy jednak dokładniej, jakie koszty trzeba pokryć z własnej kieszeni:

  1. Druk. W wypadku przeciętnej jakości wydania (miękka okładka, klejona, papier tani choć solidny, format A4 lub mniejszy), drukarnia weźmie około 5 złotych za 300 stron książki. I to przy założeniu, że drukujemy offsetowo przynajmniej 1000 sztuk. Łączny wydatek: 5000 złotych.
  2. Korekta i redakcja. Wiele zależy od tego, ile chcemy zainwestować w jakość. Przy przeciętnej długości książce będziemy mieli do czynienia z kosztami od tysiąca (sama korekta) do więcej niż pięciu tysięcy złotych (porządna korekta wykonana przez kilku ludzi, plus kompetentna redakcja). Dla przyszłych wyliczeń załóżmy 2 tysiące. Nie chcemy przepłacać, ale nie chcemy też puszczać bubla.

I już nasze konto jest szczuplejsze o 7 tysięcy złotych. Pozostają jeszcze takie kwestie jak przechowywanie książek oraz koszt ich transportu do hurtowni i księgarń. Pominę to w obliczeniach, bo można tu mocno przyoszczędzić (jeśli ktoś ma samochód transportowy i pojemny garaż). Gdy myślisz o self-publishingu, pamiętaj jednak, że nie ruszysz bez rozwiązania problemów logistycznych.

Co dalej?

  1. Żeby pojawić się w sieciach księgarskich, trzeba skorzystać z usług dystrybutorów, takich jak Platon czy Olesiejuk. Tu zachodzi już pierwsza selekcja, bo nie ma gwarancji, że hurtownie będą zainteresowane pozycją wydaną własnym sumptem. W zasadzie – dość często nie są.
  2. Jeżeli dystrybutor przyjmie książkę, zrobi to po cenie przynajmniej o 50% niższej od okładkowej. Zresztą – to stawka dla dużych i silnych. Mikrusy, do których zalicza się samo-publikujący autor, udzielają upustów na poziomie 60%.
  3. Dystrybutor i księgarnia wezmą książkę w komis, a więc pieniądze trafią do autora dopiero gdy czytelnicy jego dzieło faktycznie kupią. Niesprzedane egzemplarze zostaną zwrócone – najprawdopodobniej po trzech miesiącach. Na faktyczną wypłatę zysku trzeba będzie poczekać nawet do roku.
  4. W międzyczasie nie ma gwarancji, że nakład trafi dalej niż do magazynu. Opisywaliśmy już przypadek Empiku, który używa książek jako paliwa dla kreatywnej księgowości. Autor ma jeszcze mniejsze możliwości zapobieżenia takiej sytuacji, niż wydawnictwo.

Powiedzmy jednak, że nakład tysiąca egzemplarzy trafi na półki i wreszcie się sprzeda. Jeśli cena okładkowa książki to 40 złotych brutto, po odliczeniu 5% VAT wyniesie 38 złotych. Po odliczeniu rabatu hurtownika (60% od ceny netto): nieco ponad 15 złotych. Po odliczeniu kosztów druku i redakcji zostaje 8 złotych. Nieźle. Przynajmniej dwa razy więcej, niż zarobiłby autor w wydawnictwie!

Gdzie tkwi haczyk? W ryzyku biznesowym. Na wstępie autor musiał wyłożyć około siedmiu baniek, a więc przy zarobkach równych 15 złotych brutto na egzemplarzu, inwestycja zwróci mu się po sprzedaniu 470 egzemplarzy. Tak jest, dobrze czytasz. Trzeba opchnąć połowę nakładu, żeby wyjść na zero.

Czy łatwo w Polsce sprzedać 470 książek? Tu właśnie ujawnia się przewaga prężnie działającego wydawnictwa nad self-pubem. Wydawca posiada w ofercie wiele pozycji, więc z automatu ma większy posłuch u dystrybutora. Łatwiej mu negocjować ceny. Ryzyko biznesowe rozkłada na wiele książek. Jest dogadany z Empikiem i ma gwarancję, że znajdzie się półka na jego towar. Z racji ustalonych kontaktów, wydawnictwo szybciej dotrze do mediów branżowych, będzie też traktowane z większym szacunkiem. A to tylko benefity przysługujące „takim sobie” firmom. Porządni wydawcy każdej rokującej książce przydzielają budżety reklamowe w wysokości kilkudziesięciu tysięcy złotych. Autorom załatwiają obecność w mediach głównego nurtu, jak tygodniki opinii czy programy śniadaniowe. W takiej sytuacji – zbyt 470 egzemplarzy to żaden wyczyn.

Tymczasem pisarz publikujący własnym sumptem musi przeskakiwać barierkę za barierką. Jego dzieła nie bierze żaden z dystrybutorów? Już jest pod górkę, bo trzeba szukać alternatyw. Towar trafia do oferty Empiku, ale nie na półkę? Pod górkę, bo dopiero w salonach sprzedaż rusza. A do tego – o książce nikt nic nie słyszał, nikt się nią nie interesuje, nawet blogerzy mają na nią wyłożone. Nagle opchnięcie tych kilkuset sztuk wydaje się niezłym osiągnięciem.

To jest właśnie słabość polskiego self-publishingu – dystrybucja i promocja. Nie mamy Amazona, który rozwiązał problem w Stanach. Najbliżej do pokonania tej bariery są więc osoby skądinąd znane: celebryci, uznani pisarze, blogerzy. Zwłaszcza ci ostatni, bo blog mogą wykorzystać nie tylko jako platformę promocyjną, ale też punkt dystrybucji. Wystarczy spojrzeć na przykład Jasona Hunta. Pomimo wtopy z „Thornem”, ciągle to jemu self-publishing wychodzi najlepiej.

Jeżeli nie jesteś ani sławą internetów, ani geniuszem marketingu, zapomnij, że wydaną przez Ciebie książką zainteresuje się szerokie grono. Nie dysponujesz narzędziami, którymi dysponują wydawcy. Gdy oni sprzedadzą trzy tysiące książek, uważają, że im średnio wyszło. Ty możesz odtrąbić wielki sukces, gdy sprzedasz tysiąc.

Na jakie zarobki możesz liczyć? W efekcie – na takie same, jak pisarz publikujący tradycyjnie. Wyjdziesz lepiej od niego dopiero wtedy, gdy trafi Ci się bestseller. Na to jednak szanse są mniejsze, bo książka staje się popularna nie tylko od dobrego pióra, ale też dzięki skutecznej promocji.

Self-publishing w Polsce z całą pewnością będzie się rozwijać. Zresztą – to właśnie w nim największa nadzieja na przewietrzenie zatęchłego rynku książki. Póki co jednak, żadnemu autorowi literatury pięknej nie udało się w ten sposób zarobić tyle, żeby mógł wyżyć tylko z własnej twórczości.

Vanity press

Trzecią opcją wydawniczą, bardzo intensywnie w Polsce promowaną, jest vanity press. Wydawanie ze współfinansowaniem. Na czym to polega? Otóż, jeśli masz książkę, którą chcesz opublikować własnym sumptem, ale brakuje Ci smykałki marketingowej i obycia na rynku, możesz udać się do wydawcy po pomoc. Pokryjesz część inwestycji, podzielisz się też przyszłymi zyskami. W zamian możesz liczyć na profesjonalną obróbkę materiału oraz wykorzystanie potencjału wydawnictwa w promocji i dystrybucji.

Teoretycznie więc jest to rzetelna usługa, na którą istnieje zapotrzebowanie. Teoretycznie.

W praktyce – to pułapka na myszy.

Zanim wyjaśnię, o co chodzi, mała dygresja. Naprawdę nie uważam, że współfinansowanie to model z definicji zły. Nie uważam, że publikowanie w ten sposób przynosi pisarzowi ujmę (plamą na honorze jest pisanie gniotów, a nie sposób dostarczenia dzieła na rynek). Automatyczne skreślanie wszystkich tak wydanych książek to wylewanie dziecka z kąpielą.

To rzekłszy, jest coś bardzo, bardzo nie w porządku z tym, jak Polacy zabrali się za realizację modelu vanity press. Pokażę to na przykładzie. Rozmawiałem bowiem z dwoma pisarzami, którzy skorzystali z usług Novae Res (o wątpliwej kulturze tego wydawnictwa pisaliśmy wcześniej). Nie zdradzę ich nazwisk, bo nie chcę przysparzać im problemów. Zapewniam jednak, że przeszli całą drogę. Od przyjęcia oferty, przez druk i redakcję, aż do momentu, gdy ich książki trafiły na rynek – i z powodu polityki wydawcy nie miały szans się dobrze sprzedać.

W retrospekcji obaj przyznają, że zanadto się pospieszyli. Byli zbyt niecierpliwi. Co tu dużo gadać, okazali się też naiwni. Nie powiedzieli „sprawdzam” we właściwym momencie.

Novae Res w obu przypadkach zaoferowało, że pokryje połowę kosztów druku i redakcji (resztę pokrywa autor). We własnym zakresie wydawca miał przeprowadzić promocję książek (choć autorzy jak najbardziej mogli wzmocnić efekt własnymi wysiłkami). Zapewniono, że dzieła trafią do głównego nurtu dystrybucji, czyli przede wszystkim – na półki Empiku i Matrasa. Na każdym egzemplarzu pisarze mieli zarobić 20% ceny sprzedaży (25% w wypadku e-booka). Brzmi nieźle.

Zabawnie robi się dopiero po wgryzieniu w szczegóły. Otóż, „połowa kosztów wydania” to dla Novae Res 7500 złotych za nakład 300 egzemplarzy (z opcją dodruku).

Nie jestem umysłem ścisłym, więc nie wiem jaką całkę zastosować, żeby z siedmiu kafli zrobić połowę kosztów wydania. Może ktoś mi wyjaśni? Gdyby skorzystać z tej drukarni, cena druku trzystu egzemplarzy książki (w standardzie Novae Res) wyniosłaby około ośmiu złotych za sztukę. Całość nakładu to wydatek nie większy niż 2500 zł.

Z kapitału autora zostaje 5000 złotych na korektę, skład, redakcję, okładkę i inne tego typu rzeczy. A pamiętajmy – to tylko 50% kosztów. Wydawnictwo deklaruje więc, że dołoży do tego kolejne pięć kółek (w zasadzie powinno nawet 6250 zł). Za ponad dziesięć tysięcy można mieć naprawdę porządnie zrobioną redakcję. Starczy na cały sztab kryzysowy korektorów. Zostanie nawet na wyczepistą okładkę wykonaną przez utalentowanego rysownika.

Każdy, kto miał w ręku książkę wydaną przez Novae Res, dobrze wie jak bardzo przykładają się do redakcji i korekty. Ponownie przypomnę ten tekst, gdyby ktoś miał wątpliwości. Okładka to najczęściej zdjęcie wyciągnięte za darmo ze stocka i tak sprawnie sklejone z tytułem, że sam bym to lepiej zrobił w Paincie. Powiedzieć o ich jakości, że jest „na odpierdol” – to za mało.

Nie ma więc czego udawać: autor w Novae Res pokrywa całość kosztów wydania i jeszcze dorzuca grubą premię za fatygę. Sam wydawca – najwyraźniej – niczego nie inwestuje. Nie ponosi żadnego ryzyka biznesowego. Jedyne, co robi, to liczy zyski. No ale, skoro tak – powinno mu przynajmniej zależeć na dobrej sprzedaży. Chyba?

Co zrobiło wydawnictwo, żeby wypromować książki moich rozmówców? Rozesłało notkę prasową do dziennikarzy i przekazało darmowe (tzn. sfinansowane przez autorów) egzemplarze recenzenckie do blogerów. Łączny budżet na promocję to dwie godziny pracy pani Krysi z sekretariatu, czyli około 50 złotych.

Dystrybucja? Jeżeli książki trafiły do Empiku, to nie na półki w salonach, a do katalogu internetowego. Kto wiedział o ich istnieniu, mógł sobie tam je zamówić.

Sprzedaż? Jedną pozycję kupiło prawie trzysta osób w ciągu roku. Drugą – sto w dziewięć miesięcy. Oczywiście, „20% od ceny sprzedaży” wedle Novae Res oznacza „20% ceny hurtowej”, a więc autorzy dostali dokładnie taką samą stawkę jak w tradycyjnym wydawnictwie. Przyjmując optymistycznie, że byłyby to 4 złote od sztuki, wyłożony na początku kapitał (7500) zwróciłby się dopiero po sprzedaniu 1875 egzemplarzy. To jest ponad sześć razy więcej, niż nakład faktycznie puszczony na rynek.

Znając polską mentalność, już czuję nabrzmiewający komentarz, że „a to frajerzy” i „powinni byli lepiej zadbać o interesy”. Oczywiście, że powinni – i oczywiście, że wtopili. Nie o to jednak chodzi. Novae Res nie udzieliło im takiej pomocy, jaką obiecało. Nie wyjaśniło, z jak niedorzecznym ryzykiem wiąże się oferta. Zamiast tego – z polowania na niedoświadczonych pisarzy zrobiło sobie model biznesowy.

Co najgorsze – Novae Res to żadna czarna owca, a tylko najbardziej znane wydawnictwo vanity press w Polsce. W tym sektorze można znaleźć wielu innych Januszy biznesu. Znów: nie chcę arbitralnie skreślać każdego przedsiębiorstwa oferującego druk ze współfinansowaniem. Gdzieś tam mogą być uczciwi ludzie, którzy rzeczywiście pragną pomóc. Powiem jednak otwarcie: ja o takim przypadku nie słyszałem. Słyszałem za to wiele historii o zaniedbaniach i najzwyklejszych oszustwach.

Dlatego, jeśli myślisz nad debiutem literackim – trzymaj się od tego bagna z daleka. Tacy wydawcy wcale nie muszą się przedstawiać jako vanity press (wręcz często tego nie robią). Usłyszysz, że są „platformą pomocy”, że świadczą „usługi wydawnicze”, „konsultacje edytorskie”, czy wręcz, że mają „ofertę dla self-publisherów”. Jeśli obiecują publikację po tym, jak im zapłacisz – bez wyjątku działają w tym samym modelu, co Novae Res.

Zresztą – ja mam do zaoferowania tylko opowieści z drugiej ręki. Łukasz Kotkowski swoją pierwszą książkę („Fanaberia”) opublikował ze współfinansowaniem. Niedawno postanowił powiedzieć o tym doświadczeniu. Jeżeli nie wierzysz w moje słowa, może uwierzysz w jego relację.

To na czym zarabiać?

Powiem brutalnie: jeśli chcesz tworzyć literaturę, nie licz, że zdobędziesz dzięki temu środki do życia. Nie powinno tak być, ale tak jest. Rynek w obecnej formie mocno premiuje pośredników. Nawet drobni księgarze, choć tak bardzo narzekają na swój los, dostają książki z upustem 20-30% w stosunku do ceny okładkowej. Na każdym sprzedanym egzemplarzu zarabiają kilkakrotnie więcej niż autor.

Dobre wieści są takie, że Twój los odmieni się w momencie, gdy pierwszy raz trafisz w bestseller. Później pójdzie z górki – o ile nie osiądziesz na laurach, a napisanie książki zajmuje Ci mniej niż dwa lata. Dziesięć tysięcy sprzedanych egzemplarzy (pięć dla self-publisherów) to wysoki próg, ale osiągalny.

A jak zarobić na życie piórem, kiedy czekasz na rozbicie banku? O tym opowiem w najbliższych wpisach. Zaczniemy od tego, jak zostać dziennikarzem i czy w ogóle warto. 😉

 

Foto: Magic Madzik / Foter / CC BY

Zapisz się na newsletter! Spisek Pisarzy wysyła tylko to, co warto przeczytać.



Tomasz Węcki

Tomasz Węcki


Cześć, mam na imię Tomek i jestem grafomanem. Od kilkunastu lat udaje mi się połączyć przyjemne z pożytecznym i utrzymuję się przede wszystkim z pisania. Byłem już dziennikarzem, piarowcem, copywriterem, ghostwriterem, dokumentalistą i autorem tekstów do gier komputerowych. Teraz możesz również przeczytać moją pierwszą książkę – „Wtajemniczenie”.

67 odpowiedzi

  1. Emma pisze:

    Bardzo ciekawy tekst.
    A jak sprawa wygląda jeśli chodzi o prawa autorskie? Jak to wygląda w każdym z typów?

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Wygląda tak, jak sobie ją autor wynegocjuje. Więcej pisałem o tym tutaj: http://spisekpisarzy.pl/2014/07/book-deal.html

      Różnej maści vanity press lubi wywieszać na sztandary, że u nich autor zachowuje pełną kontrolę nad prawami autorskimi. No spoko. Tyle że biorąc pod uwagę realne interesy ich klientów to kwestia drugorzędna. Ważniejsze, żeby otrzymali taką właśnie pomoc wydawniczą, na jaką liczą – i żeby mieli faktyczne szanse zarobić na tym interesie. Tutaj vanity press zdumiewająco często zawodzi.

    • jasiekxyz pisze:

      prawa autorskie są zawsze przy twórcy
      inaczej jest z prawa majątkowymi – są najczęściej przy wydawnictwie albo też autor udziela licencji

  2. Krzysiek P. pisze:

    Pisarze zarabiają też na spotkaniach autorskich. Są zapraszani np. przez biblioteki i konwenty. Poza kosztami podróży czasami biorą też kasę za sam przyjazd. Nie są to jakieś kokosy ale te 200-300 zł można liczyć, zwłaszcza jak jest się już w miarę poczytnym pisarzem. Ponadto podbija się sprzedaż.

    Ogólnie bycie pisarzem, to jak bycie vlogerem (blogerem w sumie też). zarobek z tego nieduży ale fejm się zgadza 😀

    Co do dziennikarzy, to poczekam z wypowiadaniem się jak już ukarze się artykuł 😉

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      No wiesz, nie chcę wyjść na aroganta, ale ja bym dupy nie ruszał z Wrocławia na koniec Polski dla 300 złotych… A to i tak dobra stawka, bo zdarzają się propozycje udziału w spotkaniach zupełnie pro bono (na zasadzie „weźmie pan swoje książki to na pewno się sprzedadzą u nas po evencie”). No ale OK – może dla kogoś to atrakcyjny zarobek. W końcu jakby obskoczyć jedno spotkanie w tygodniu, będzie 1200 ekstra do pensji.

      A z fejmem bywa różnie. 😉 Lasek się na literaturę raczej nie wyrywa. Zwłaszcza że jak pisarz dobry i mądry, to zwykle też stary i brzydki.

  3. Tak samo. Napisałeś książkę, jesteś jej autorem i masz do niej niezbywalne prawa autorskie.

  4. Caterpillar pisze:

    Czy największego sukcesu na selfpublishingu nie odniósł autor „Pokolenia Ikea” Piotr C? Nawet tutaj w innym artykule czytałem w komentarzach, że sprzedał 80 tys. książek? Na jego stronie chyba jest tylko 50 tysięcy. :) Dlaczego o tym nie piszesz, a promujesz kominka?

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      O co chodzi z tym Kominkiem? Jak go krytykuję, zarzuca mi się hejt. Jak go chwalę – od razu promocja. Serio: jeśli znasz Polaka, który lepiej wyszedł finansowo na self-publishingu, daj znać. Z chęcią poprawię artykuł.

      Co do Piotra C. – dane sprzedażowe, które udostępnia, brzmią bardzo niewiarygodnie. Jego książka nie miała marketingu innego niż szeptany, została wydana marnie, a napisana jeszcze gorzej. Można trafić bestseller i w takich warunkach, ale jest to bardzo nieprawdopodobne.

      Nie mam wystarczających dowodów, żeby przyłapać Piotra C. na kłamstwie, ale jest wystarczająco wiele poszlak, żeby mocno w niego zwątpić. Ot, choćby liczba opinii na lubimyczytać. Gdyby „Pokolenie Ikea” rzeczywiście rozeszło się w pięćdziesięciu tysiącach egzemplarzy, tych opinii byłoby kilkakrotnie więcej (jest 3500, na chłopski rozum powinno być z 10000). Po swojemu szacuję jego sukces na kilkanaście tysięcy sprzedanych sztuk, nie więcej.

      Oczywiście, mogę się mylić. Najlepsze w tym wszystkim jest nie to, że kłamie, ale – że wybrał Novae Res na wydawcę. Czego mu zresztą szczerze współczuję. Gdyby był self-publisherem, zarobiłby na sprzedaniu kilkunastu tysięcy egzemplarzy tyle, że mógłby rzucać tę swoją korporobotę. A tak, dostał śmieszne pieniądze, przynajmniej jak na swój wynik.

      • Byłbym ostrożny z publicznym pisaniem, że ktoś kłamie. Argument o ilości komentarzy zupełnie mnie nie przekonuje. „Wojna polsko-ruska…” Masłowskiej sprzedała się w nakładzie ponad 100 tysięcy egzemplarzy, a na LC ma jedynie 6,3 tysiąca komentarzy. Zgodnie z Twoją logiką powinno być ich co najmniej 20 tysięcy, zatem, aby być uczciwym powinieneś napisać, że pani Masłowska oraz Lampa i Iska Boża też kłamie. A trzeba pamiętać, że jej książka nie była wydana w 2013 roku jak „Pokolenie…” Bardziej skłaniam się do opinii, że to Tomczyk zawyża swój sukces. A już zupełnie nie zgadzam się z Twoim stwierdzeniem, że to jemu najlepiej wychodzi self-publishing. Mamy w Polsce co najmniej kilku autorów, którym self-publishing wychodzi znacznie lepiej. Trzymając się twojego argumentu o ilości ocen na LubimyCzytać to pan Tomczyk zwany Kominkiem jest „najlepiej zarabiającym w Polsce self-publisherem” z 684 ocenami swoich 4 książek. Coś tu najwidoczniej nie gra.

      • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

        Kłopot w tym, że kiedy słyszę o osiągach Piotra C, włącza mi się bullshit detector. Te dane mogą być albo prawdziwe, albo fałszywe, nic pomiędzy – a ja w nie zwyczajnie nie wierzę.

        Co nie oznacza, że potrafię swoją niewiarę podeprzeć czymś konkretnym. Ot, słusznie wytyka Pan brak precyzji szacunków na podstawie liczby opinii w LC. Zakładam, że stosunek ocen do sprzedanego nakładu to od 1 do 3 ocen na 10 sprzedanych książek. Mnożymy więc opinie dziesięciokrotnie, żeby otrzymać górną granicę, a trzykrotnie, żeby otrzymać dolną granicę nakładu. Czy jestem pewien tej zależności? Nie, nie mieliłem statystyk wystarczająco rzetelnie, więc to tylko hipoteza, tzw. educated guess. Czy się sprawdza? Pi razy drzwi – mam kilkanaście książek, o których wiem, że trafiłem. Z naukowego punktu widzenia nic to nie znaczy.

        Kiedy jednak czytam to, co Piotr C mówi o swoich zarobkach, albo o rynku książki, zawsze mam wrażenie, że operuje w trochę innej rzeczywistości. Np. wedle niego pisarz utrzyma się z pisania tylko wtedy, gdy sprzeda 70 000 egzemplarzy w ciągu roku. No ejże! Albo Piotr C ma bardzo kosztowne potrzeby, albo na każdej sprzedanej sztuce zarabia mniej niż złotówkę. Albo – z przyzwyczajenia podaje takie dane kilkukrotnie zawyżone.

        Tak czy siak, nie kalkuluje mi się to. Najprostsze wyjaśnienie: ktoś tu kogoś robi w konia. Albo autor resztę świata, albo wydawca autora. Nie mam żadnych dowodów, żeby złapać kogokolwiek za rękę, więc proszę nie traktować tego w kategoriach bezpośredniego oskarżenia. Po prostu: wyrażam wątpliwość. Grubą wątpliwość.

        A co do sukcesów self-publisherskich, jeśli ma Pan na myśli konkretnych autorów, proszę rzucić nazwiskami. Jak mówiłem, z chęcią poprawię artykuł.

      • Zielke, Sekielkski…

      • Karola pisze:

        No i co, padły nazwiska, a artykuł nie zmieniony. 😉

      • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

        Do listy można dopisać Alexa Barszczewskiego albo Władysława Zdanowicza. Sam komentujący wyżej Aleksander Sowa, jak na polskie warunki, radzi sobie w self-publishingu świetnie. Z całym szacunkiem jednak – żadne z tych nazwisk nie powie nikomu tak wiele, jak przywołanie marki Kominka. Stąd artykuł ciągle bez zmian.

  5. tlevson pisze:

    tak, Piotr C. to chyba najbardziej poczytny pisarz z vanity press (notabene z Novae Res). A spotkania autorskie to jak koncerty początkujących (i nie tylko) raperów. Masz pracę dzienną, to nie będziesz jechał i rzucał wszystkiego żeby w środku tygodnia zarobić 200 zł….

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Największy problem to spotkania wyjazdowe. We własnym mieście można pobrylować w księgarniach i domach kultury – jeśli wpadnie za to dodatkowa kasa, to gites. Ale jechać gdzieś dalej? Trzeba brać wolne w pracy. Ten, kto zarabia na tyle mało, żeby się połasić na 200 zł – może mieć problem z szefem, który nie da mu takiego urlopu. Ten, kto nie ma problemu z szefem – nie schyli się po dwie stówki, bo koło nosa przejdzie mu kwota kilka razy większa.

      • Karola pisze:

        Są też tacy, co nie mają problemu z szefem i nie zarabiają kilkuset złotych dziennie. 😛

      • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

        No są, ale wątpię, że i oni zrobią sobie ze spotkań literackich główne źródło dochodu. Na życie nie starczy.

    • slowmoon pisze:

      Jeśli Piotr C. ze swoją „pozycją” to taki wielki sukces, zarówno literacki jak i wydawniczy, to rozumiem dlaczego „zwykłe” książki sprzedają się w tak słabym nakładzie.

      Choć osobiście bliżej mi do podejrzeń Pana Tomasza.

  6. jasiekxyz pisze:

    znam jedno wydawnictwo które oferuje współfinansowanie i nie biorą takich kwot za 300 egzemplarzy
    za 7500 to u nich druk 500 egz i zysk dla autora 40% ceny okładkowej i dodatkowo e-book

    i starają się tworzyć marketing (choć z różnym skutkiem ale robią)

    więc istnieją wydawnictwa „vanity press” które można polecać ale nie podam nazwy aby nie było że promuje kogoś wystarczy poszukać dobrze

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Serio podajesz to jako dobrą ofertę? Przy optymistycznym założeniu zysku równego 16 złotych na egzemplarzu (40% z ceny okładkowej 40 zł), zainwestowane 7500 zwrócą się po sprzedaniu 469 sztuk. To jest 94% nakładu! Ba, to jest CAŁOŚĆ nakładu po odjęciu „darmowych egzemplarzy recenzenckich”.

      Ludzie, błagam. Tabliczki mnożenia uczą w podstawówce. Korzystajcie z tej wiedzy, zanim podpiszecie umowę biznesową.

      • jasiekxyz pisze:

        a kto powiedział że z pierwszych 500 egz pojawi się zysk?
        tu jest lepsza oferta od tej z artykułu

        zysk pojawi się na dodruku – a dodruk jest tańszy o około 40%

        oraz dodatkowy zysk jest na e-bookach

      • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

        „Dodruk jest tańszy o 40%”. Czyli – najpierw płacisz 7500 za pięćset egzemplarzy. Modlisz się, żeby sprzedał się cały ten nakład, bo dopiero wtedy wyjdziesz na zero. Potem w euforii dorzucasz 4500 zł na kolejne 500 egzemplarzy, bo ten nakład zwróci się już po sprzedaniu 281 sztuk.

        Łącznie wydajesz 12 000 złotych, żeby móc zarobić maksymalnie 16 000, a na pierwsze zyski czekać aż zejdzie 75% nakładu.

        Oficjalnie robię fejspalma na Twój zmysł biznesowy. Naprawdę nie chcę korzystać z żadnych ofert, które polecasz.

      • Olaf pisze:

        Wygląda na to, że vanity press nie może zaoferować więcej, bo na czym by zarabiało? 40% ceny okładkowej to chyba często cały zysk wydawcy.

      • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

        40% to często cały przychód wydawcy. 😉 Ale tak, oczywiście – vanity press muszą wyzyskać autora, żeby zarobić. Niewykluczone, że właśnie ta oferta jest najlepsza na rynku. Jeśli tak, podtrzymuję: debiutant nie powinien korzystać z tego typu wydawnictw. Tylko na tym straci.

    • Anna Wi pisze:

      Dobrze, ale przynajmniej w Novae Res, co by o samym modelu współfinansowania nie mówić, za dodruki nic nie płacisz, więc jasiek, jak już musisz reklamować jakieś vanity to przemyśl sens i przy okazji składnię swoich wypowiedzi. Poza tym, Tomek nie napisał, że nakład jego rozmówcy wyniósł 300 egz tylko, że tyle się sprzedało. Natomiast jeśli ktoś oferuje Ci 40% to mam uzasadnione obawy, że albo nie będzie zainteresowany sprzedażą książek (bo na tym nie zarabia) albo nie ma możliwości wprowadzenia książek do szerszej dystrybucji i wie, że na sprzedaży książek i tak nie zarobi, więc równie dobrze może obiecać 50%, bo sprzeda się 20 egz.
      Debiutanci mają nieco trudniej to fakt, ale mnie to w ogóle nie dziwi, to wręcz naturalne, jest mnóstwo piszących, w zdecydowanej większości bardzo przeciętnych, spośród których szansę mają Ci, którzy nie tylko napisali dobrą książkę ale też trafili nią w gusta jakiejś grupy czytelników. Jeśli debiutant uważa, że na swojej książce zarobi majątek albo stanie się gwiazdą to powinien zweryfikować swoje oczekiwania, bo mają mało wspólnego z rzeczywistością. Wystarczy spojrzeć ile zarobiła Kaja Malanowska, która pisać potrafi, co nie oznacza oczywiście, że jej twórczość każdemu przypadnie do gustu, ale to inny temat. Więcej pokory, cierpliwości i pracy nad warsztatem.
      PS. I fakt, 4 zł to naprawdę sporo, realiom bliżej do 3 zł.

  7. Co do uśredniania, w praktyce bardziej realne jest zarobienie 3-4 zł na egzemplarzu niż sprzedanie „średniej” liczby 3-4 tys. egz :)

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Prawda. W całym artykule szacuję kwoty na podstawie „optymistycznej” granicy stanów średnich. Głównie po to, żeby uniknąć oskarżeń, że zaniżam zarobki w którymś modelu, a więc że tak naprawdę da się więcej. Nie da się.

      Założenie bardziej intuicyjnych kwot (2-3 zł zarobku brutto na egzemplarzu, plus średni sprzedany nakład na poziomie 1500-2500) tak naprawdę nie zmienia żadnej z tez. Przeciętny pisarz prosto z wydawnictwa trafi do opieki społecznej, a self-publisher z trudem wyjdzie na zero.

  8. Knight Martius Knight Martius pisze:

    Nic dodać, nic ująć. Chociaż odnoszę wrażenie, że rynek self-publishingu ma rację bytu głównie w przypadku e-booków, gdzie siłą rzeczy odpadają koszty druku (ale słyszałem z drugiej ręki, że często ich autorzy nie zlecają nikomu profesjonalnej redakcji, a czasami nawet sami nie czytają tego, co napiszą…).

    Miło też dowiedzieć się, jak nazywa się model wydawniczy, który jak dla mnie jest niczym innym, tylko świetnym pretekstem do oszustwa ze strony wydawnictwa. Kiedy bowiem dorzucę się takiemu do wydania książki, jaką mam gwarancję, że po prostu nie pójdzie ona do kosza?

  9. Alek pisze:

    4 złote?! Skąd Pan to wziął… 1,5 do 3 góra. A i tak już przy 3 wydawnictwa biadola, że dokładają do tego interesu,..

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      4 złote najlepiej pasuje mi na średnią – bo zapewniam, że można sobie wynegocjować większe stawki. Nie upieram się przy tym założeniu (mniejsza kwota i tak nie wpływa na tezy artykułu, co najwyżej podnosi próg przejścia na „życie z pisania”).

      A to, że wydawnictwa biadolą – to z ich strony niezła hipokryzja.

  10. Z felietonu wynika jednoznacznie, iż pisanie książek jest (w najlepszym razie) fajnym hobby, w żadnym razie sposobem na życie. Zarabiają na tym wszyscy z wyjątkiem pisarza. Pół roku do roku pisania książki, potem do kilku miesięcy na dopracowanie, plus druk i dystrybucja… Mając na uwadze praktyki największych „hurtowych detalistów” autor pierwsze pieniądze może zobaczyć dopiero po dwóch latach od napisania pierwszej litery. Tak licząc to nawet napisanie bestsellera nie jawi się wartym zachodu. :)

    W sumie nie jestem też pewien, czy pisarz winien zawracać sobie głowę opisanymi niuansami. W zasadzie powinien mieć od tego agenta.

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      No też prawda, że pierwszy bestseller w Polsce nie musi nikogo uczynić bogatym. Dopiero kiedy się okazuje, że autor to marka i dostarcza bestseller za bestsellerem – wtedy można żyć z pisania. Za średnią krajową.

      A agenci nie mają w Polsce życia, bo przecież są opłacani z autorskiego honorarium. Wydawca, a tym bardziej dystrybutor, ich nie potrzebują, więc nie będą się dzielić swoimi kawałkami tortu.

      • Problem w tym, że moim zdaniem pisarz średniak powinien zarabiać średnią krajową na swoich książkach :). Seryjny bestsellerowiec winien się rozbijać kabrioletem po swojej hacjendzie ;).

        Z tym, że agenci nie mają u nas życia się zgodzę, ale nie zgodzę się, że wydawca ich nie potrzebuje. Potrzebuje, tylko (statystycznie rzecz ujmując) chyba jest za gupi, by to zauważyć. Agent robi za wydawcę wstępną selekcję tekstów i wstępne ich przygotowanie – czyli obcina im koszty.

      • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

        No to się zgadzamy co do tego, jak powinno być. 😉 Niestety, ani pisarzowi nie skapuje z handlu książką wiele, ani wydawca nie opływa w luksusy. A to jest właśnie ten segment, w który wbija się agent. I nie twierdzę, że nie jest potrzebny (bo może zdziałać wiele dobrego) – twierdzę tylko, że w obecnym systemie nie zostało już dla niego miejsca. Z „części produkcyjnej” rynku książki za mało kasy da się wydusić.

      • Też mam swoje „ale”. IMO „ustawa o książce” może w tym nieco pomóc stabilizując ceny i likwidując tak zwane „promocje”. Jeśli wydawca będzie mógł ceny swoich książek kalkulować na jakimś sensownym przewidywalnym poziomie, to i inaczej będzie wyglądał podział tortu. Druga rzecz, że to przede wszystkim nie wydawcy winni dojrzeć do agentów, tylko autorzy. Tyle, że w środowisku pokutuje przekonanie typu „kolejny darmozjad”.

        Wydawca może nie opływa w luksusy, ale też i nie dokłada do interesu.

      • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

        Nie spodziewam się wiele dobrego po ustawie o książce, jeśli pozostanie w takim stanie, jak obecnie. Po wejściu przepisów w życie żaden wydawca nie będzie mieć powodu, żeby obniżać ceny okładkowe. Z całą pewnością dystrybutorzy nie będą na to przeć, bo i po co? W branży, na ile się rozeznaję, panuje przeświadczenie, że książki wcale nie są za drogie. Że gdyby wyeliminować podmioty zaniżające ceny, można by sprzedawać literaturę za ceny okładkowe.

        Tymczasem – to myślenie życzeniowe. Cena nigdy nie jest „bez znaczenia”. W krótkim terminie efektem ustawy będzie obniżenie sprzedaży. W średniej perspektywie – turbulencje, gdy rynek będzie próbował ustanowić nową równowagę. W najlepszym razie doczekamy powrotu cen okładkowych w okolice obecnych cen po promocjach. W najgorszym razie: wszyscy pogodzą się z mniejszą sprzedażą i dalszym upadkiem czytelnictwa, a więc podniosą ceny okładkowe jeszcze wyżej, niż obecnie.

        Szans na to, żeby dzięki ustawie pojawiło się miejsce dla agentów, raczej nie widzę…

      • Tyle, że takie myślenie życzeniowe świadczy o nie najlepszym przygotowaniu do prowadzenia biznesu. Wydawca będzie miał jeden istotny powód by obniżyć ceny, tj skalkulować je bez „dodatku na promocje” – będzie chciał sprzedać swój towar. W hipotetycznej sytuacji wydania przez dwóch wydawców porównywalnych bestsellerów obawiam się, że większy sukces odniesie ten, który będzie go sprzedawał w niższej cenie okładkowej. Zresztą – patrząc po sobie – jeśli książki analogowe kosztują 30-35pln miesięcznie zwykle kupuję dwie. Jeśli 40pln i więcej najczęściej jedną. Normalne zachowanie klienta, który kupuje więcej dzięki niższej cenie jednostkowej. Jeśli wydawcy nie zauważają takich prawideł, to znaczy, że im kury szczać prowadzać, nie książki wydawać. Podmiotami zaniżającymi cenę są wydawcy, bo godzą się na chore warunki „hurtowych detalistów” – czy mam rozumieć, że to taki rodzaj samokrytyki?

        Nie sądzę, by się pogodzili wszyscy, bo takie zachowanie obecnych graczy tworzy niszę dla nowych, którzy mogą konkurować z nimi ceną, lub warunkami dla np autorów. Jeśli przy obecnej cenie okładkowej 40pln obecny wydawca dostaje 16-20pln od sztuki, to przy zachowaniu tych samych kwot dla wydawcy cena okładkowa może wynosić te 32-35pln. Najlepiej na tym wyjdzie nie ten, kto będzie maksymalizował cenę, tylko ten, który będzie maksymalizował sprzedaż.

        Zgadzam się, co do Twojej diagnozy krótkiej, średniej i długiej perspektywy skutków ustawy.

        IMO agenci, to miernik dojrzałości naszego rynku. Ustawą się ich nie wprowadzi.

  11. kakowalewska pisze:

    A ja mam pytanie, bo tytuł mnie zachęcił, a artykuł okazał się traktować o czymś innym. Ile zarabiają w Polsce pisarze? W sensie: ile konkretnie zarabiają konkretni pisarze? Mam na myśli taki ranking. Forbes publikuje ranking pisarzy na świecie. A mnie najbardziej interesuje polskie podwórko, tyle że nigdy jeszcze na taki ranking się nie natknęłam.
    Z góry dziękuję :-)

  12. Hoviel pisze:

    Witam, mam pytanie nie dotyczące tego tematu, lecz mnie nurtuje. Czy to, że bohater powieści jest sarkastyczny, czasem nieznośny dla innych bohaterów, lecz kiedy trzeba poważny, nie odstraszy czytelników? Może lepiej tworzyć sympatyczne najważniejsze postacie? :)

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Łoj, żeby odpowiedzieć, to bym musiał napisać kolejny artykuł (i, swoją drogą, pewnie kiedyś tak właśnie zrobię). Na razie, żeby nie przedłużać:

      1. Nie, grubiański bohater nie odstraszy czytelnika, o ile czytelnik będzie mógł się z nim identyfikować (bo np. świat bohatera jest gorszy niż on sam; albo: bo bohater wredny jest tylko dla gnojków, etc.)

      2. Tak, zawsze łatwiej idzie, jeśli główny bohater jest sympatyczny (z czym też można przesadzić, vide casus Mary Sue).

      • Hoviel pisze:

        Dziękuje za odpowiedź. Raczej nie planowałam tworzyć bohatera negatywnego, bardziej kogoś, kto jest dobry i pomocny, czasem jednak bywa ironiczny, ma tupet i temperament. Choć nie jest to cecha, która sprawia, że nikt go nie lubi, wręcz przeciwnie. Użycie słowa „nieznośny” chyba nie odzwierciedliło bohatera, którego chciałam opisać.

  13. Ilghazi pisze:

    Z nieco innej perspektywy – jak wygląda kwestia podatków? W końcu pisanie to nie jest takie hop-siup, czasem trwa ponad rok. A gdy zaczyna się sprzedaż, nie daj Boże człowiek wyda bestseller i wtedy nagle zaczynają wskakiwać różne potworki takie jak drugi próg podatku dochodowego, VAT, no i ZUS… nasz kochany ZUS, który jest z Tobą na dobre i ZŁE. Zawsze możesz liczyć na jego obecność, szczególnie gdy zacznie domagać się zaległych wpłat. Tak więc nawet po odniesieniu sukcesu lwia część zarobków może pójść się…

    Może więc coś w tym temacie? Jak strategicznie rozplanować swoje wydawnicze ekscesy, żeby nie zostać zmiażdżonym przez nasze wspaniałe państwo opiekuńcze? Szczególnie przy self-publishingu.

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Akurat ZUS nie jest taki straszny, jak go malują. Jeśli ktoś potrafi zaskoczyć na minus to raczej urzędy skarbowe.

      Kwestia podatków wygląda adekwatnie do sposobu, w jaki zarabiasz na pisaniu. Jeśli książkę wydaje wydawnictwo, Twój przychód pochodzi z przekazania praw autorskich (no, mówiąc prosto i zakładając prostą sytuację). Skoro tak, płacisz jak każdy wedle skali podatkowej (18% od dochodu nie większego niż 85528 zł i 32% za wszystko powyżej). Możesz sobie też odliczyć 50% przychodu z książki jako koszt (do limitu 42764 zł rocznie; przychód wyższy od 85528 zł już nie zwiększy tej „ulgi”). Większość ludzi zapłaci więc podatek w wysokości 9% tego, co wysłało im wydawnictwo. Acha – zależnie od formy umowy, wydawca może od razu taki podatek odliczyć i przesłać w Twoim imieniu.

      Jeśli publikujesz własnym sumptem – sprawa robi się bardziej skomplikowana. Jeśli nie prowadzisz działalności gospodarczej, rozliczasz się zależnie od umów, które podpisujesz. Za każdym razem, gdy przekazujesz prawa autorskie, obowiązuje Cię ta ulga w możliwości odliczenia 50% przychodu jako kosztów. Poza tymi momentami Twój przychód zwykle będzie tożsamy z dochodem. Generalnie jednak – dotyczy Cię ta sama skala podatkowa, co wyżej.

      Samo-publikowanie bez zarejestrowania działalności gospodarczej jest jednak kłopotliwe. Dużo łatwiej, gdy ma się firmę. Tutaj jednak wchodzimy na grząskie pole. Bo po pierwsze – prowadząc działalność musisz opłacać ZUS co miesiąc, w tym składkę na NFZ, nawet jeśli nie masz dochodu. Musisz prowadzić jakąś formę księgowości (najpewniej będzie to księga przychodów i rozchodów). Jeśli chcesz handlować książkami – musisz być płatnikiem VAT. No i last but not least: wystawiasz się na kontrole różnorakich urzędów.

      Są sposoby, żeby ograniczyć te problemy. Np. przez pierwsze dwa lata każdy nowy przedsiębiorca płaci mocno obniżone składki ZUS (nie pamiętam ile, ale góra 170 zł na miesiąc, plus składka na NFZ w pełnej wysokości). Jeśli chodzi tylko o wydanie jednej książki, te dwa lata wystarczą i można zamknąć działalność przed terminem płacenia pełnych składek. Jeżeli do tego pracujesz na etacie, nie musisz płacić ZUS-u wcale, choć składka na NFZ i tak Cię nie ominie (tutaj jednak nie jestem pewien szczegółów, więc radzę doczytać). Podobnie z kontrolami. Przez te pierwsze dwa lata raczej nikt Cię nie zwizytuje. Średnio przedsiębiorcy mają kontrole z US raz na 7 lat – duże firmy częściej, mikrusy pewnie raz na pół wieku.

      Tak czy siak – zakładanie firmy nigdy nie będzie neutralne dla Twoich finansów. Ułatwi Ci to samo-publikację, ale lepiej się do takiego kroku przygotować – poczytać o obowiązkach przedsiębiorcy, zasięgnąć rady u księgowego.

      • adi pisze:

        Wysokość miesięcznych stawek na ZUS (stan na grudzień 2015, za chwile będą ciut większe):
        – normalny: 1092,28 zł (lub 1034,08 zł bez tak zwanego dobrowolnego ubezp. chorobowego)
        – ulgowy (przez 2 lata dla nowych firm): 446,20 zł

        Gdy pracuje się na etacie (i ma Działalność Gospodarczą) to:
        Jeśli, na etacie zarabia się >= płaca minimalna i pracodawca opłaca nam ZUS z tego tytułu to
        właściciel DG od swojej firmy płaci „tylko” składkę na ubezpieczenie zdrowotne:
        czyli 279,41 PLN / miesiąc

        Warto nadmienić, że:
        ZUS się płaci także jak się nie ma dochodu. Dobrowolne ubezpieczenie chorobowe (jeśli je oczywiście płacimy) pozwala zmniejszyć wysokość opłat ZUS proporcjonalnie do czasu choroby (jeśli w danym miesiącu przedsiębiorca jest na zwolnieniu lekarskim)

  14. zkop pisze:

    Dzięki wielkie za ten artykuł, bardzo rozjaśnia drogę. Czekam niecierpliwie na tekst o dziennikarstwie. W imieniu wchodzących na drogę pisarstwa chyba mogę powiedzieć: całkiem nieźle, że cię mamy.

  15. Łał, świetna wiedza – dzięki :) Sporo rozjaśniło mi w głowie, chociaż mówiąc szczerze to w myślach jeszcze bardziej zaniżałam te stawki, więc można powiedzieć, że te dane to, paradoksalnie, miłe zaskoczenie. Niemniej jednak nadal jak to mówią – szału bez…

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      No, z konieczności musiałem dokonać paru uproszczeń, więc pamiętaj, że liczę dla „górnych stanów średnich”. 😉 Wielu komentatorów zwraca nawet uwagę, że 4 złote na egzemplarzu to dla nich stawka już bardzo wysoka.

      Jedyne, co mogłem oszacować zbyt nisko to zarobki self-publisherów. Cwany pisarz publikujący w ten sposób może potencjalnie zyskać więcej niż tylko marżę wydawcy.

  16. Jestem self-publisherem i nie ma się co łudzić, że koszty wydania się zwrócą lub książka pozostawi jakieś echo. W maju tego roku wydałem w całości na własną rękę swój zbiór opowiadań „Trzecia strona wyobraźni”, redakcja, skład, cała reszta. Nakład skromny, bo sto egzemplarzy i ebooki w trzech formatach. Wszyscy niby zachwycają się, mówią że szacun, bo oni by nie dali rady, treść też im się podoba, ale ostatnio to już mi ręce całkowicie opadły. Nie dość, że Facebook nagminnie obniża zasięg stron, a za promocje na nim swoje już zapłaciłem, to coraz trudniej dotrzeć gdzieś z tą moją książką. Niby opinie w internetach są, lajki też… Jak na razie ze stu książek zostało mi niecałe czterdzieści pięć, w tym jakoś dziesięć poszło za darmo. Ebook? Śmieszna sprawa, bo od maja sprzedał się tylko jeden…

    Tak więc wydawanie książki na własną rękę (przynajmniej na tym etapie), to nieopłacalny biznes. Już postanowiłem, że jakbym następnym razem miał coś samodzielnie wydawać, to tylko ebooka, ewentualnie kilka zeszytów, żeby można było jakoś fizycznie dotknąć treści, w żadne książki już się nie bawię.

    I takie jest moje doświadczenie, jeśli chodzi o self-publishing. Dostałem propozycję wydawniczą typu vanity press od Warszawskiej Firmy Wydawniczej, ale odezwali się (w terminie o wiele późniejszym, niż tym, którym zarzekali się na swojej stronie), kiedy byłem na ostatniej prostej. Do tego zaproponowana przez nich cena była i jest (przynajmniej dla ucznia drugiej, już trzeciej, klasy liceum) bajońska, właśnie koło tych siedmiu tysięcy… Ale po przeczytaniu Pańskiego artykułu, cieszę się, że jednak na to nie poszedłem.

    Pozdrawiam.

  17. Maria pisze:

    Cieszę się, że przeczytałam ten artykuł. Człowiek taki naiwny…, mówię o sobie :-)
    pozdrawiam

  18. Phoe pisze:

    I dlatego kategorycznie nie mam żadnych aspiracji do bycia pisarzem. Nieintratne to. Już lepiej dziubać w wolnym czasie, jeśli ktoś lubi, i z braku lepszego zajęcia próbować pocisnąć do wydawnictwa (a nóż, widelec przyjmą), niż starać się żyć tylko z pisania, martwić się o sprzedaż i przymierać głodem 😛

  19. Wydałem dwie książki na własny koszt.
    „Szynkadela – produkt polski” http://www.szynkadela.pl
    „Monsun” http://www.monsun.net.pl

    Każdy tytuł sprzedaje się w ilościach kilkudziesięciu sztuk miesięcznie. Chciałbym aby sprzedawało się 200 miesięcznie, ale póki co między bajki to włożyć. Rynek wydawniczy jest chory. Hurtownie biorą 55% ceny okładkowej. Mnie zostaje 5 zł za sprzedanie jednej książki. Terminy płatności 3 miesiące. Rynek książki to rynek hurtownika. Jestem marketingowcem książki promowane są na youtube ,facebooku, forach dyskusyjnych, wydrukowałem plakaty, kolejny krok to zakładki. Dzwonię do księgarń i zachęcam ich do zamówienia książki w hurtowni. Współpracuje z Azymut (poprzez Motyle Książkowe), Ateneum, Super Siódemka, Rema. Teraz będę próbował telemarketingu. Zatrudniłem już pracownika.
    Nie poddaje się. W kółko testuje nowe pomysły.

    OK. Zaraz biorę się za pisanie.

  20. Gosia pisze:

    A co myślisz o self-publishingu przez strony jak rozpisani.pl ? Czy warto zrzucić na kogoś korektę, czy też druk? Przyznam, że skok z pisarza do wydawcy nieco mnie przeraża, nie chcę wydawać przez wydawnictwo, ale self-publishing chętnie, z tymże nie chcę mieć wszystkiego na swojej głowie.

  21. O ile zgadzam się z wieloma rzeczami, o których piszesz, o tyle nie zgadzam się z tym, jak trudna jest sprzedaż samodzielnie wydanych książek i jak mało można na tym zarobić. Szczególnie, jeśli nie korzysta się z „usług” dystrybutorów i dużych sieci księgarni – dużo więcej można zyskać, o ile zrobi się to mądrze i z pomysłem, uderzając bezpośrednio do czytelnika. Pozwól, że na swoim przykładzie pokażę, o co mi chodzi:

    W 2013 roku wydałam swoją pierwszą książkę, w maju 2014 roku drugą; obie jako self-publisherka. Od ponad 2.5 roku utrzymuję się z książek i z innych dochodów, które są bezpośrednio związane z przeprowadzonym przeze mnie projektem.

    „Czy łatwo w Polsce sprzedać 470 książek?”
    Zanim moja pierwsza książka poszła do druku, sprzedałam 220 jej egzemplarzy w kilka dni. W dziesięć tygodni od premiery rozeszło się wszystkiego razem ponad 1000 egzemplarzy (co oczywiście wiązało się z dużą ilością energii włożonej w jej promocję).
    Moja odpowiedź: łatwo, o ile pomyśli się nad tym, co i jak należy zrobić.

    „Tymczasem pisarz publikujący własnym sumptem musi przeskakiwać barierkę za barierką. Jego dzieła nie bierze żaden z dystrybutorów? Już jest pod górkę, bo trzeba szukać alternatyw.”
    I super, bo alternatywa – zbudowanie własnej społeczności i sprzedaż bezpośrednia/na swojej stronie www – zostawia 50-60% zarobku w Twojej kieszeni. Wymaga pracy i czasu, ale podobnie jest z promocją książek, które się u dystrybutora znajdą.

    „Towar trafia do oferty Empiku, ale nie na półkę? Pod górkę, bo dopiero w salonach sprzedaż rusza.”
    Tylko, jeśli wydawnictwo zapłaci kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie na to, żeby książkę umieścić w dziale „Polecone” itp. W przeciwnym wypadku, jeden lub dwa egzemplarze Twojej książki będą wciśnięte gdzieś między setki innych. I żadna sprzedaż nie ruszy.
    W ogóle stawianie sobie „znalezienie się na półce w Empiku” za cel wydawniczy i sprzedażowy jest wielką pomyłką, szczególnie w przypadku self-publishera.

    „A do tego – o książce nikt nic nie słyszał, nikt się nią nie interesuje, nawet blogerzy mają na nią wyłożone. Nagle opchnięcie tych kilkuset sztuk wydaje się niezłym osiągnięciem.”
    Zaczynając z pierwszą książką nie miałam żadnej platformy, społeczności, bloga, wyrobionego nazwiska; nie miałam też żadnego budżetu marketingowego ani kasy na druk książki. Publikację, jeszcze przed jej powstaniem, promowałam na FB, nagrałam filmik na YT, ktoś zaoferował mi zrobienie strony www. Kasę na druk zebrałam (przedsprzedaż + znalezienie sponsora – dwukrotnie), społeczność zbudowałam. Wszystko od zera i za darmo.

    „To jest właśnie słabość polskiego self-publishingu – dystrybucja i promocja. Nie mamy Amazona, który rozwiązał problem w Stanach.”
    Po pierwsze, to słabość self-publishingu na całym świecie :) A konkretniej, brak myślenia biznesowego/przedsiębiorczości i brak zrozumienia, że książka=produkt. I na rynku rządzi się takimi samymi prawami, jak każdy inny produkt.
    Po drugie, Amazon nie rozwiązuje kwestii promocji – samo wstawienie książki na Amazon, jako jednej z setek tysięcy czy milionów, nic nam nie daje. Self-publisherzy korzystający z Amazona też muszą prowadzić szeroko zakrojone działania marketingowe, żeby myśleć o jakimkolwiek sukcesie finansowym.

    „Jeżeli nie jesteś ani sławą internetów, ani geniuszem marketingu, zapomnij, że wydaną przez Ciebie książką zainteresuje się szersze grono.”
    Sławą internetów czy geniuszem marketingu nie jestem i nie byłam, a książką zainteresowała się wystarczająca ilość osób. A to niestety takie przekonanie sprawia, że wiele osób nie wydaje swoich książek i nie zarabia na swojej twórczości.

    „Nie dysponujesz narzędziami, którymi dysponują wydawcy.”
    Dokładnie. Co nie oznacza, że nie mamy innych narzędzi i możliwości promocji partyzanckiej, której nie mają wydawcy.
    Dodatkowo nie masz kosztów wydawców: biura, personelu i tytułów, które nigdy na siebie nie zarabiają. Być może jest to nieintuicyjne, ale jako niezależny autor-wydawca możesz mieć niższe koszty wydania i promocji książki niż duże wydawnictwo.

    „Gdy oni sprzedadzą trzy tysiące książek, uważają, że im średnio wyszło. Ty możesz odtrąbić wielki sukces, gdy sprzedasz tysiąc.”
    I super! W każdej chwili wolę sprzedać 1000 wydanych przez siebie książek i zarobić na tym kilkadziesiąt tysięcy złotych, niż sprzedać 3000 z wydawnictwem i zarobić kilkukrotnie mniej.

    Zasadniczo o rynku wydawniczym i self-publishingu panuje bardzo wiele błędnych przekonań, a bardzo szkoda: powtarzane nieustannie „na książkach się nie zarabia”, „jak nie jesteś sławny, to nikt cię nie kupi” itp. sprawia, że na do rąk czytelników nie trafia bardzo wiele wartościowych książek.

    Jeśli ktoś byłby zainteresowany poznaniem mojej przygody self-publishingowej w większych szczegółach, przeczytajcie sobie ten wpis:
    magdabebenek.pl/wydawanie-ksiazek-i-self-publishingu-w-polsce/.

    Każdorazowo drukowałam 3000 egzemplarzy, koszt pierwszej książki to niecałe 3 zł /egzemplarz, koszt drugiej bodajże 3.50 zł.

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      To są bardzo ciekawe uwagi! Powiem wręcz, że w tej chwili przygotowuję książkę, aby wydać ją właśnie w opisany przez Ciebie sposób. Dosłownie – oderwałem się od prac, żeby napisać komentarz. 😉 Mam nadzieję, że uda mi się przynajmniej zbliżyć do Twoich wyników.

      Natomiast – mimo osobistego entuzjazmu – myślę, że warto zachować umiar w polecaniu self-publishingu jako remedium na mizerię rynku książki. Przynajmniej ja, póki co, nie chcę uderzać w wysokie tony. Z tego, co widzę, na jedną udaną książkę wydaną własnym sumptem, przypada przynajmniej kilka takich, po których słuch ginie już w dniu premiery. Pójście w samopublikację to nie jest gwarancja sukcesu; są jakieś uwarunkowania, które sprawiają, że jeden produkt się przyjmuje, a inny nie. Dopóki sam nie sprawdzę, co i jak, wolę być ostrożny – i nie zachęcać ludzi do biznesu, na którym mogą stracić pieniądze.

      Stąd założenie, które przyjąłem na potrzeby artykułu, że pisarz-wydawca podąża dokładnie tą samą drogą, co średnio ogarnięty szef malutkiej oficyny. Z oczywistych względów nie jest to optymalna strategia, tego nie ukrywam. IMO wypunktowałaś ją bardzo trafnie. 😀

    • Jacek Korek pisze:

      Po przeczytaniu Twojej wypowiedzi i podejścia do marketingu nasuwa mi się jeden wyraz Apple. Mistrzowskie podejście do zagadnień marketingowych. Zachęcić, zaciekawić a jak przyjdzie pora sprzedać krocie. W swoich działaniach pominęłaś tylko taki szczegół jak kontrolowany przeciek informacji. Podobnie mistrzowską kampanie miała Heya. Większość z nas pamięta czerwone łapki rozklejane na basenach i innych budynkach użyteczności publicznej. Reklama w tv w stylu łapka i nic więcej. Każdy był zaciekawiony. Nie wiem czy zrobiłaś to świadomie czy też nie ale powieliłaś ten schemat i jak widać z doskonałym skutkiem. Pisząc kolokwialnie – SZACUN

    • Wypowiedź i przykład pani Magdy Bembenek może być wspaniałą wskazówką jak i dowodem na to, że selfpublishing jest dochodowy i możliwy w polskich warunkach, tylko wymaga odpowiedniego podejścia, które pokazuje pani Maga.

      Jednak wypowiedź ta może być równie dobrze drogą na manowce, i miast falsyfikować tezę, że selfpublishing jest u nas trudny, to ją udowadniać.

      Wszystko zależy od odpowiedzi na pytanie, czy przykład pani Magdy jest REPREZENTATYWNY, dla selfpublishingu, czy też jest WYJĄTKIEM, który potwierdza regułę o jego niedrożności, niebezpieczeństwach i trudnościach.

      Z lektury strony Pani Magdy wynika, że wydała ona dwie książki: „„POLKA POTRAFI. ZOSTAŃ BOHATERKĄ WŁASNEGO ŻYCIA!” wrzesień 2013 oraz „POLKA POTRAFI. ŻYCIE ZACZYNA SIĘ PO 40-STCE!” maj 2014.

      Nietrudno dostrzec, że zasadniczo to nie jest literatura ogólnego typu. To, przynajmniej na pierwszy rzut oka, poradniki motywacyjne dla kobiet (z problemami?). Nic złego w tym nie ma że z problemami, bo ja jestem facetem z problemami. Ale. Jest to działalność nie tyle na polu literatury co handlu motywacjami, trochę ociera się o lifecoaching, poradnictwo i temu podobne rzeczy. Dalej, to nic złego. Przeciwnie, to potrzebne i cenne książki, tylko że to jest NIEPREPREZENTATYWNE. Bo to nisza.

      Powtórzenie więc proste działań pani Magdy w odniesieniu do literatury pięknej, niekoniecznie doprowadzi do tych samych lub nawet podobnych rezultatów. Przyczyna może nie tkwić wcale w tym, że autor jest za mało aktywny. Że nie założył strony fanpagu książki na facebooku. Że nie nagrał filmu na YT. Przyczyna różnicy efektów jego starań a starań pani Magdy może leżeć w tym, że nie jest kobietą i nie pisze poradników motywacyjnych dla kobiet. Tylko usiłuje działać na bardziej ogólnym polu.

      Generalnie to jest imho problem systemu. System ma jedną wartość – ZYSK. Wartość osiągają najsilniejsze podmioty w systemie, tj. te, które mają najwięcej pieniędzy. Ponieważ to ZYSK jest wartością, to nie dzielą się ZYSKIEM tylko maksymalizują go kosztem innych podmiotów. Jedynym wyznacznikiem jest tu siła oddziaływania.

      Rynek składa się z producentów, pośredników i odbiorców. Producentami są Autorzy. Pośrednikami wydawnictwa, hurtownie, księgarnie. Odbiorcami są czytelnicy.

      Zarówno czytelnicy jak i autorzy są zatomizowani, oddzielni, pojedyczno (co naturalne) dokonujący swoich działań. Każdy z nich dysponuje niewielką lub minimalną siłą oddziaływania na system przepływu literatury. Dominujące są wydawnictwa, hurtownie i księgarnie i to do nich trafia zarówno lwia część strumienia pieniędzy za literaturę, jak i możliwość podejmowania decyzji co, kto będzie czytał.

      Niewiele tu zmieniają portale „społecznościowe” jak polskie poświęcone czytaniu książek czy zachodnie poświęcone ksiązkom lub filmom. Wielcy gracze kupują aktywność społeczną i za dolara gościu pisze recenzję dowolnej treści na dowolny temat.

      Klucz do systemu leży w zachowaniu klientów. Idą do księgarni, sięgają na portal, gdzie znajdą „promowane przez wielkich” produkty. Gdyby ten schemat zmenić. Gdyby część choćby decyzji klienckich przenieść do innego miejsca, to wszystko zaczęłoby się zmieniać.

      Ale takie miejsce musiałoby być wiarygodne. No i musiałoby być. A to temat na odrębną rozmowę. Tymczasem pozostaje pojedyncze (zalecane przez panią Magdę?) szarpanie się z systemem, w nadziei, że albo znajdzie się sensowną niszę społeczną, która pozwoli się odbić, albo swoją przebiegłością marketingową przebije się głową mur systemu.

  22. Aleksandra pisze:

    Drogi panie redaktorze.
    Jestem Ola, mam 14 lat i za niecałe dwa tygodnie skończę pisać swoją pierwszą powieść. Już szukam informacji o tym, ile się zarobi i powiem, że pańska witryna mnie zaciekawiła i pomogła się nakierować. Mam jednak jedno pytanie – jak wygląda wydanie książek w moim wieku?
    Wiele osób mówiło mi, że mam wielki talent, dlatego staram się to wykorzystać, próbując wydać powieść. Nie będzie długa, może dojdzie do 200 stron. Czy więc zarobki na książce i promocja powieści będą w pewnym stopniu uzależnione od mojego wieku?

  23. Paula pisze:

    Hej ja pisze besceler i nie wiem czy cos da sie na tym zarobic by pszezyc w polsce

  24. Stefek Ciekawy pisze:

    „Po pierwsze, rozesłać dzieło do wydawców…” Interesuje mnie, jak autor powinien zabezpieczyć swoje prawa w tym przypadku? Książka może zostać przecież, przynajmniej teoretycznie, wydana w całości pod innym nazwiskiem, wykorzystana we fragmentach, w zmienionej formie lub jej fabuła może posłużyć do powstania innej, napisanej przez rozpoznawalnego autora. Co wtedy? Czy znane są Wam takie przypadki oszustw?

  25. Archerr pisze:

    Interesowanie się konkretnymi kwotami w momencie, gdy jeszcze nic się nie potrafi, ewentualnie ksiżka jeszcze nie istnieje, to zupełnie ślepa uliczka. Pisarstwo to nie etat, to wolny zawód i jak w każdym wolnym zawodzie, najpierw należy się wykazać, popisać umiejętnościami, a dopiero później można myśleć o pieniądzach. Moim skromnym zdaniem, uprawianie wolnego zawodu nie powinno być motywowane chęcią zdobycia pieniędzy, a pisarz przede wszystkim powiniem być osobowością wykształconą w wyniku ciekawych i niecodziennych doświadczeń życiowych. Czy taki John Steinbeck myślał o pieniądzach pisząc czwartą (trzy pierwsze bez sukcesu komercyjnego) powieść, „Tortilla Flat”?

  26. Muc pisze:

    Odwaga i rozsądek to dwie osoby. Rozsądnie jest zatrudnić się w dużej firmie. Odważnie jest testować życie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *