Nie bądź kurą! – czyli jak znani blogerzy piszą książki

Tomasz Węcki

Cześć, mam na imię Tomek i jestem grafomanem. Od kilkunastu lat udaje mi się połączyć przyjemne z pożytecznym i utrzymuję się przede wszystkim z pisania. Byłem już dziennikarzem, piarowcem, copywriterem, ghostwriterem, dokumentalistą i autorem tekstów do gier komputerowych. W moim poradniku „Jak napisać powieść?” znajdziesz jeszcze więcej przydatnych porad dla pisarzy.

73 komentarze

  1. Ola pisze:

    „Twoja książka ma wyglądać jak Ferrari, a przynajmniej jak rezydencja cygańskiego gangstera. ” Czytając twój wpis tak się uśmiałam, że dobre kilka minut zbierałam cztery litery z podłogi. 😀 Chociaż z drugiej strony było mi smutno, bo jak pisał Norwid „Ideał sięgnął bruku”. W dzisiejszych czasach pisać może każdy, może też mówić, skandować, tańczyć i jeździć na żyrafie jednocześnie wyklaskując stopami piosenki Krzysztofa Krawczyka(z całym szacunkiem dla człowieka, który skradł serca naszym rodzicielkom i ich rodzicielkom). Tak właśnie wyobrażam sobie osobę, do której adresujesz tekst. Osobę, która zauważyła, że wykorzystując wolniej myślące jednostki może zarobić na wszystkim(w tym na klaskaniu stopami). Kiedyś książki pisało się dla wykształconych i chociaż jestem przeciwna podziałowi na mądrych czytających i na głupich nieczytających(jak było kiedyś), to ubolewam nad tym, że powszechny dostęp do literatury jest jednym z powodów jej upadku. Masy zamiast się kształcić za pomocą książek sprowadziły je do swojego poziomu i nagle okazało się, że nawet na złej książce da rade zbić majątek(przykład: Pisiont Twarzy Szarego). Dopóki książki pokroju Thorna będą poczytne dopóty będą pisane, a blogerzy coraz niższych lotów będą się ubiegać o własny kąt na poletku internetowej sławy(posiadanie własnej strony WWW czy konta na YT już im tego nie zapewnia). Można tym gardzić, można się śmiać, ale prędzej czy później będzie się trzeba z tym pogodzić i strasznie mnie to zasmuca, bo kiedy kiepsko sklecona książeczka wypiera naprawdę wybitne pozycje coś jest nie tak ze społeczeństwem, bo to w końcu ono decyduje kto otrzyma łatkę „Bestsellerowego autora/autorki”.

  2. asia pisze:

    Początek nawet śmieszny. No dobra, do połowy przebrnęłam w miarę gładko. Potem… Niezjadliwe niestety. Choc rozumiem i zgadzam się z przekazem to sam tekst, w moim odczuciu oczywiscie, to przerost formy nad treścią.

    • Karola pisze:

      lol, czyli przekartkować, bo za trudne! Kisnę.

      • Tomasz Węcki pisze:

        Karolo, po prostu w połowie artykułu Asi znudził się mój dowcip. Nie ma czego się tu dopatrywać, ani dogryzać sobie złośliwościami.

      • MajorMistakes pisze:

        @Tomasz Węcki (tutaj, bo nie widzę możliwości odpowiedzenia niżej)- jest całkiem duże prawdopodobieństwo, że tak właśnie było i Asię znużył ton/dowcip. Poczciwiej i grzeczniej jest tak założyć i kudos, że tak właśnie zrobiłeś.
        Ale-bogowie! Jak pięknie komentarz Karoli zagrał z opisem idealnego czytelnika Jasona Wu!

  3. Serio tak dużo można zarobić?

    • Tomasz Węcki pisze:

      Cyfry nie kłamią. Cały myk polega na tym, że eliminujesz wydawcę, dystrybutora i księgarza, zgarniając ich udziały. Ba! Jeśli Dżejson ma głowę na karku, pewnie znalazł tańszego kuriera, bardziej ekonomiczną drukarnię – i zarabia na egzemplarzu grubo ponad 20 złotych.

      Problem z self-publishingiem polega na tym, że wszystko rozbija się o promocję i dystrybucję. To jest prawdziwa bariera, której do tej pory w Polsce nie udało się przeskoczyć. W Stanach Amazon to wyczaił i dał swoje rozwiązanie. U nas Kominek testuje własne możliwości.

      • Jak wyrobię sobie z jednej strony markę dobrego pisarza, a z drugiej znanego blogera, to też tak będę robił.

      • mirandel pisze:

        Cóż, pominąłeś grafika, korektora i edytora, kogoś od przygotowania ebooka… to nie są małe wydatki, a patrząc na książkę Jasona, trochę się na to szarpnął (okładka i skomplikowany skład, cokolwiek by o nim nie mówić są na wysokim poziomie). Podejrzewam, że self-publishing jest opłacalny dopiero od pewnego pułapu sprzedanych egzemplarzy. Jak wszystko, co drukowane.

      • Tomasz Węcki pisze:

        Grafik, korektor, redaktor – to są jednorazowe wydatki, które się nie skalują z liczbą wydrukowanych i sprzedanych egzemplarzy. Dlatego pominąłem tę część. W kontekście zarobków Kominka jest dokładnie tak, jak mówisz – nieskalowalne wydatki podnoszą próg zwrotu z inwestycji. Po przekroczeniu tego progu nie hamują windowania zysków prosto w kosmos.

        Co do tego, jak bardzo się Tomczyk wykosztował, powiem tak: jeśli zapłacił więcej niż 15 kółek za całość (wliczając DTP) – grubo przepłacił.

  4. popielica pisze:

    Tomek, to chyba Twój najlepszy wpis tutaj 🙂 Tylko popraw to „wszyło”, bo burzy obraz recenzji idealnej.
    „Thorn” to najdroższy papier toaletowy, który miałam nieszczęście nabyć.

    A teraz idę udowodnić światu, że jestem pandą zwyciężcom! 😀

  5. domingo pisze:

    dżejson kominek zabanuję twój wpis

  6. A pisze:

    Po fragmencie: „Bądź pandą i zwycienżcom. Powtórz to trzy razy: jestem pandą zwycienżcom” padłam.
    Świetny wpis!

  7. Umarłam ! Dobrze, że wypiłam już poranną kawę, bo nie lubię jak mi cieknie po brodzie z nieopanowanego śmiechu 🙂

  8. Gośka pisze:

    Ok. Jest zabawnie, jest zjadliwie, ale jest również bardzo niesprawiedliwie, bo generalizujesz. Cóż dziwnego jest w tym, że blogerzy chcą i będą wydawać własne książki? W końcu codziennie piszą, wyrabiają styl i można spokojnie powiedzieć, że dzięki temu mają większe doświadczenie z tekstem od przeciętnego debiutanta.

    • Maciesz pisze:

      Pewnie to, że nie mają wiele wartościowego do powiedzenia na tylu stronach maszynopisu xD

    • Tomasz Węcki pisze:

      Blogerzy mają większe doświadczenie z tekstem od przeciętnego debiutanta – TO jest dopiero generalizacja! 😀

      Nigdzie nie mówię, że każdy bloger to pała i nie umie pisać. Nigdzie też nie mówię, że każda książka każdego blogera będzie popeliną. Ba, znam osobiście blogerów, którzy potrafią pisać znakomicie – i bloga, i książki. Więc wyczytujesz więcej, niż faktycznie napisałem.

      Bo jedyne, co napisałem, to że w najbliższych latach znajdą się blogerzy (i wieszczę, że będzie ich wielu), którzy pójdą za śladem Kominka i zastosują jego strategię. Napiszą byle jakie książki (z braku umiejętności lub z rozmysłu) i spróbują wcisnąć je za grubą kasę swoim czytelnikom, robiąc przy okazji raban na cały internet.

  9. No zajebisty tekst. Dawno nic mnie tak nie rozbawiło. Świet

  10. Tekst mi się rozjeżdża na Chromie i jest niezczytywalny 🙁

    • Tomasz Węcki pisze:

      Spróbowałaś przeładować stronę? Jeśli nie pomoże, pozostaje inna przeglądarka. 🙁

      • ampH pisze:

        U mnie też na Chromie taki sam problem – siakiś Wasz szpec od layoutu powinien go dostosować również do Chrome’a – w końcu obok FF ma chyba największy udział na rynku przeglądarek. 😛 Jak macie jakieś Google Analytics to zerknijcie na procenty użytkowników odwiedzających bloga – jeśli z Chrome’a korzysta mniej niż 10% użyszkodników można to olać, jeśli więcej to cóż, lepiej nie olewać. 😀

      • Tomasz Węcki pisze:

        Dzień dobry, przy klawiaturze spec od lejałtu. Proszę przeładować stronę, albo wyłączyć i włączyć komputer.

        A tak na poważnie: to nie jest olewka. Mam ograniczone zasoby i nie nadążam za każdym bugiem, który sobie Chrome zafunduje. Zwłaszcza że ten problem możesz o wiele taniej rozwiązać sam – klikając przycisk „Odśwież stronę”.

  11. Bellatora pisze:

    Tekst super 😀 uśmiałam się, miejmy jednak nadzieję, że pandy zwycienżcy nie zdobędą całego świata, a niedźwiedzie i kuny przestaną opowiadać o życiu w głębinach 😉

    • Tomasz Węcki pisze:

      Żyjąca w studni żaba usłyszy wtedy opowieść o oceanie od lisa, więc na jedno wyjdzie. Lepiej machnąć płetwą i zająć się własnym ziemniakiem.

  12. Sakitta pisze:

    Jestem pandą, jestem pandą, jestem pandą… i zwyciężcom! (Choć wolę jednorożce)

    Przyznam szczerze, początek mnie przeraził. ,,Chwila, on na serio? W dzisiejszych czasach nigdy nie wiadomo.” W sumie, w dalszej części wpisu nie wiedziałem, czy się śmiać, czy płakać. Czytało się naprawdę wyśmienicie, to trzeba przyznać, ponieważ wielu twórców stawia sobie za cel zanudzenie czytelnika, powiem więcej, niech przedstawione dane same się bronią. Jeżeli ktoś chce przeczytać, to i tak przeczyta, a jeśli nie, no cóż, wtedy by tu nie trafił.

    Jeśli chodzi o technikę promocyjną, ciekawe, ile takie coś może się utrzymać. Rozglądam się w internetach i wszędzie widzę tragiczne oceny, nawet lektury szkolne dostają lepsze, które przecież napisano wyłącznie na złość przyszłym uczniom. Siada sobie taki profesor z fajeczką i myśli: ,,Hmmm, czego dziś nauczymy młodzieży?”. No dobra, nie wszystkie lektury były złe, ale jakiekolwiek zestawienie Orzeszkowej z Sienkiewiczem byłoby zbrodnią. To tak, jakby porównać kurę z delfinem.

    A niech to, twój tekst mnie niepokoi. Szlag, muszę to przemyśleć. Ilu ludzi tak naprawdę kupi książkę bez opinii niezależnego recenzenta? Osobiście nie lubię tracić czasu, dlatego zawsze ,,czytam po kimś”, a zdanie wszystkich osób powiązanych z biznesem (opinie na okładce, recenzje pisarzy z tego samego wydawnictwa i komentarze krótsze niż trzy zdania) w ogóle mnie nie obchodzą. Wchodzi się tu na lubimyczytać i patrzy po recenzjach. Szokuje mnie, że dobrze rozreklamowany gniot (nie czytałem, ale wierzę szczurom laboratoryjnym, dzięki którym żyję) może osiągnąć komercyjny sukces. Ludzie aż tak bardzo lubią kupować w ciemno? Interesuje ich tylko, że ich idol zdecydował się wydać książkę? Ja nawet do popularnych pisarzy podchodzę z dystansem. Każdemu czasem zdarzy się cienizna (a to ludzkie), nawet ,,Stefanowi” Kingowi, choć kiedy indziej musiałem siedzieć na szlachetnej części ciała w środku nocy, bo oderwanie się byłoby zbrodnią. On jest pandą, choć nie polecam wszystkich jego książek, a tylko te, które są naprawdę dobre!

    No, ale cóż… jeżeli czytelnicy są idiotami, może wydanie książki w sam raz dla nich nie jest aż takie złe. Dla każdego coś dobrego.

    • Sakitta pisze:

      PS: Zainteresowany tematem, przeczytałem niektóre wpisy na jego blogu. Gość jest chyba troszeczkę walnięty.

    • Tomasz Węcki pisze:

      Są dwa klucze do zrozumienia tej strategii: wysoka marża blogera i rozbuchana przedsprzedaż. Dzięki pierwszemu czynnikowi ryzyko biznesowe jest małe, bo inwestycja zwraca się szybko. Dzięki drugiemu – więcej ludzi kupi „w ciemno” i z czystej ciekawości.

      Ta ciekawość nie będzie trwała wiecznie, bo po wejściu książki na rynek zaroi się od niezaleznych recenzji. Idealnie więc, jeśli sama przedsprzedaż pokryje koszty inwestycji. Od strony finansowej to wszystko jest bardzo dobrze pomyślane.

  13. Mega niesamowicie zajebisty tekst! Śmiałam się prawie cały czas! A to niestety gorzka prawda! Już czytałam te teksty, w których recenzenci mówili, że książka Jasona ich zmotywowała… 😉

  14. Teraz istotne pytanie – jest to tekst dla tych debili, którzy zachłysnęli się owym dziełkiem czy dla tych, którzy i tak odbiorą „Thorna” jak powinni, czyli z odruchem wymiotnym? 😀 Komentarze wskazują raczej na walor humorystyczny recenzji. Druga rzecz, tutaj i tak chodzi o kasę, ale Kominek choćby przy autorce „Zmierzchu” czy „Greya” to pierd komara. Z książką jest jak z filmem – zawsze się trafi gowno, które na siebie zarobi. I też zbierze hejt, dzięki któremu również wpadnie trochę kasy. Ciekawość zżera, co nie? Blogerzy dzielą się na kółko znajemnej adoracji albo nienawiści, stąd chyba ten tekst to tak dla beki. Ja z Kominka i jego prawd objawionych też mam bekę, ale bloga nie czytam od pierwszego randomowego wpisu, książki nie kupię, bo wystarczy, że codziennie internety lansują to całe gówno jak Pudelek, ktory pisze o tym jak mylą Rodowicz z Bardortką. I tylko z tego paradoksu mam tak naprawdę ubaw 😀

  15. Eyuforia pisze:

    Nie rozumiem o co tyle hałasu. Kupił Pan książkę i się Panu nie podoba? Trzeba było nie kupować, od lat każdy odrobinę zainteresowany tematem wiedział co w niej będzie. Mam wrażenie, że jakaś zazdrość przez Pana przemawia, ale głowa do góry, zna już Pan świetnie sposób na zarobienie na książce, szybciutko Pan pisze i wydaje. Powodzenia.
    Ale ocenianie ludzi i nazywanie ich idiotami z tego powodu, że sobie lubią jakąś książkę to nie świadczy o Panu dobrze. Nie zna Pan powodów, ani motywacji, chęci jej posiadania a jest ich wiele, choćby to, że jest przyjemna, pozytywna i pięknie wydana, a Jason jest fajnym facetem.

  16. Martyna Sz. pisze:

    Generalnie bardzo lubię bloga Tomka, czytałam jego książki o blogach i okazały się dla mnie dużą pomocą, ale Thorna jeszcze nie czytałam. Natomiast strasznie mnie rozbawił sposób, w jaki tekst został napisany. 😀 Zwłaszcza „bindowanie kartek strunami głosowymi delfina” i „kunie sukcesu”. 🙂 Nie przeszkadza mi, że ktoś potrafi zarobić na swojej popularności – jeśli ma możliwość, to czemu nie? Cenię to, że w powyższej notce nie ma żadnego hejtu i plucia jadem tylko humorystyczne przytyki. 🙂

    • Tomasz Węcki pisze:

      Szczerze mówiąc, poradniki blogerskie Tomczyka odebrałem dość pozytywnie. Nie przydały się na wiele (bo i twardej wiedzy nie było tam dużo), ale lektura nie dość, że przyjemna, to rzeczywiście motywująca. Ale „Thorn”? Zupełnie inna bajka. Oszczędź sobie 50 złotych, ta książka to przekręt.

      • Martyna Sz. pisze:

        Nie zamierzałam jej kupować, bo i tak mam furę książek, które czekają na swoją kolej. Zdania o tej książce są bardzo mocno podzielone, jak widzę. 🙂

  17. as pisze:

    Kominek na pewno się cieszy, że o jego książce się mówi. Ładnie czy brzydko = jeden pies. Twój wpis zawiera sporo prawdy (imho selfpub to rak na rynku wydawniczym), ale wyłazi z niego ogromna dawka bólu sempiterny. Czytałam poradniki blogerskie Tomczyka i nie mogę powiedzieć, żeby to był chłam. Na jakimś tam poziomie tej poradnikowej literatury daje radę, ale na bogóf, wystarczy przeczytać u niego 3 notki blogaskowe, żeby mieć dosyć i nabawiać się uwiądu ciekawości w związku z jego epicką prozą. Albo na rzadkie u niego recenzje książek (level a la grishamy, z tego co pamiętam).
    Kominek wykorzystał hajp na swoją osobę i korzysta dalej wciskając zapewne (bo nie czytałam) chłam w ładnej pozłotce. Dzisiaj tak można zarabiać kasę i chwała za to systemowi. Lepiej że „można” niż by „nie można” było. A państwo blogujący możecie zwyczajnie pominąć to milczeniem, bo dokładnie na takie coś zasługuje wciskanie kitu szczęśliwym Iwonkom, które w końcu mogą dowiedzieć się kim był Tesla i poznać tajniki kryptografii w pulpie. Serio daliście się nabrać Dżejsonowi na pińć dyszek?

    • Tomasz Węcki pisze:

      No tak. Skoro o książce Kominka powinni mówić tylko ci, którym się podobała, dominowałaby opinia, że to absolutne arcydzieło. Nie uważasz?

      Wolę nie udawać kogoś bardziej nobliwego, niż jestem, zniżyć się do poziomu Dżejsona – i kopnąć go w dupę. Jeżeli przeze mnie jedna dodatkowa osoba kupi tę książkę z ciekawości, trudno. Ważne, że dziesięcioro nie da się nabrać na fejkowe zachwyty.

      Może też Tomczyk po takim odzewie zrozumie, że jego szwindel jest transparentny i następnym razem postara się bardziej.

      • as pisze:

        Nie, nie uważam, że powinni mówić tylko ci, którym książka się podoba – nigdzie tak nie napisałam. Ale jakoś brakuje mi w tych wszystkich opiniach konkretnego rozdziału książki od osoby twórcy (choć rozumiem, że wydmuchane blurby o Martinie Edenie skłaniają do takiego skrętu).
        A rzeczony Tomczyk niczego nie zechce zrozumieć, bo Tomczyk już świetnie rozumie i wcale nie chce być wielkim pisarzem tylko pisarzem, który się doskonale sprzedaje. Zwłaszcza jeśli odbywa się ta sprzedaż w oparach kontrowersji i podszytego złośliwym żartem oburzenia kolegów blogerów. Młyn na wodę dla czegoś, co prawdopodobnie nie zasługuje na taki szum. Ja się nie skuszę, choć kusisz skutecznie.

  18. mrbeardead pisze:

    Najlepsza rzecz o blogerach-karierowiczach ever. Nic więcej nie trzeba dodawać. DZIEŁO (ŻYCIA) SKOŃCZONE

  19. Tomasz Sławek pisze:

    Widzę, że większości komentujących wpis się podobał. Dla mnie jest najsłabszym na blogu. Doceniam ciekawe metafory, jednak ten jad i rozżalenie ciężko było przełknąć. Do tej pory pojawiały się tutaj merytoryczne i przydatne materiały. Ludzie którzy kupili jego książkę wiedzieli czego się spodziewać i pewnie większość z nich jest zadowolona. Więc nikogo nie oszukał. A ten model biznesowy nie miałby prawa bytu, gdyby nie lata pracy włożone w rozwój kanału dystrybucji. Nie rozumiem dlaczego to potępiasz.

    • Tomasz Węcki pisze:

      Och joj. Najsłabszy wpis na blogu. Jad i rozżalenie. Potępiam bezpodstawnie. No masz Ci los.

      Jedyne, co robię, to pokazuję mechanikę strategii JH. Jest to strategia oparta na bezczelnych założeniach: że czytelnik łyknie każdą głupotę, że nie rozpozna formy od treści, że można go bezkarnie okłamać, obiecując cuda niewidy. No i wreszcie – że kolegów blogerów skorumpować da się łatwo, a efekty będą znakomite.

      Nic nie poradzę na to, że widzę ten szwindel jasno i wyraźnie. Gdybym siedział cicho, czułbym się współwinny. No ale jeżeli Twoim zdaniem wszystko jest w porządku, a Kominkowi wolno więcej, bo bardzo się nad tym wałkiem napracował – to gratuluję. Tak proste rozwiązanie dylematów moralnych jest poza moim zasięgiem.

      • as pisze:

        Przechodzisz etap „Kominek”. Polecam szybki przeskok do etapu „Jason Hunt”:
        http://i2.wp.com/redroompodcast.com/wp-content/uploads/2015/05/Mad-Men-Don-Meditating-e1432009276569.jpg

      • Tomasz Węcki pisze:

        Przeskok jest iluzją.

      • Tomasz Sławek pisze:

        Może wychodzimy z innych założeń, bo nie czytałem tej książki. To co mi w tekście zgrzytało to, być może niesłuszne przeświadczenie, że boli cię sukces kogoś kto w twoich oczach na niego nie zasłużył. Po przeczytaniu kilku komentarzy myślę, że to jednak krucjata przeciwko nieprawidłowością które tam dostrzegłeś. A do tego nic nie mam.

        Ciągle jednak nie widzę tutaj oszustwa. owszem ma agresywną polityką sprzedażową, ale jednak jego książkę kupili głównie jego czytelnicy i im ta książka może się podobać, bo była napisana pod nich. A może tomek naprawdę uważa ją za arcydzieło?

        Sam również nie widzę żadnej różnicy pomiędzy Kominkiem i Jasonem. Ale on zawsze był znakomity w tworzeniu samospełniających się przepowiedni i szeroko pojętego marketingu.

  20. Prakseologiczny pisze:

    Propsuję tekst po całości.

    Nawiasem mówiąc, jakiś czas temu był podobny skandal (nie o takim zasięgu, ale nadal) dotyczący książki Admiralette, największego badziewia, jakie kiedykolwiek wyszło. Zrąbane tam było wszystko; redakcja, korekta, fabuła, język, bohaterowie, po prostu dzieło do analizy zdanie po zdanie, takie to było złe. Ale oczywiście nie przeszkodziło to zwolennikom-czytelnikom blogera w odwracaniu kota ogonem; wytaczanie cięższej kalibrowo krytyki zawsze jest w ich rozumieniu hejtem. Przy okazji cała promocja zaczęła się pozytywnymi recenzjami na zaprzyjaźnionych blogach.
    Naprawdę, każdy kto chwalił tamtą książkę stracił dla mnie wiarygodność (m.in Aspirujący pisarz).

    Książkę niedługo później wycofano (najpewniej zdecydował się na to autor).

    Tu trochę o tym (nie wiem czy mogę podlinkować).

    http://mistycyzmpopkulturowy.blogspot.com/2014/09/moj-epicki-rant-na-admiralette.html

    • Tomasz Węcki pisze:

      Trochę głupio mi kopać Tucholskiego za „Admiralette”, bo widać po tej książce, że została napisana szczerze. Kiepsko, owszem, bez wyczucia, bez redakcji i bez sensu – ale jednak uczciwie. Ktoś pozbawiony umiejętności rzeczywiście włożył wysiłek w opowiedzenie oryginalnej (we własnym mniemaniu) historii. Czyli połowa strategii Kominka odpada, bo tam chodzi o wytworzenie książki możliwie najniższym nakładem pracy samego autora.

      Ale tak, wysiłki promocyjne wyglądają już w jednym i drugim przypadku łudząco podobnie.

      Co do Aspirującego, to teraz jego blog przechodzi remanent i nie mogę odświeżyć sobie tamtej recenzji. Pamiętam, że nie zrobiła na mnie wrażenia hurra-optymistycznej. Wytykał błędy, po prostu starając się to robić łagodnie i ze skupieniem na pozytywach. Może przesadził, nie wiem. Wiem, że nie zrobił tego „na zamówienie”.

      • Prakseologiczny pisze:

        Okej, racja, sytuacja trochę inna. A jeszcze Aspirujący; nie uściśliłem, że chodzi mi o jego ocenę z lubimyczytac, 6/10. Wierzę, że nie każdy, komu się podobało, pisał na zamówienie (za opinie 10/10 dla Achai też nikt ludziom nie płaci xd), także spoko.

    • misiael1 pisze:

      U Tucholskiego problemem jest nie cynizm, tylko kompletny brak samokrytycyzmu. Notkę na blogu można wyedytować albo w ostateczności usunąć, komentarze można wymoderować w ten sposób, że autor zawsze znajduje się w swojej bańce komfortu. Kiedy autor puszcza swoją książkę w eter, traci tę możliwość – rzeczywistości moderować się nie da. Można próbować, jak czynił to Tucholski, nakazując swoim podwładnym pisać w Internetach pozytywne recenzje jego dzieła, ale na dłuższą metę jest to przeciwskuteczne.

      Sam obecnie przygotowuję do publikacji swój powieściowy debiut i odkryłem, jak ogromnym skarbem jest sensowny redaktor, który wskaże autorowi wszelkie mankamenty, wytknie nielogiczności, powtórzenia itd. Gdyby Tucholski takiego redaktora posiadał oraz byłby skłonny schować dumę do kieszeni i przyjąć jego uwagi, Admiralette… no cóż, najprawdopodobniej nie stałoby się automatycznie dobrą książką, ale pewnie czytałoby się ją nieco lepiej.

      To pisałem ja, autor podlinkowanej wyżej notki.

      • Tomasz Węcki pisze:

        Nie chciałbym się wdawać w długie dygresje na temat psychiki tego czy owego blogera. Ale ogólnie – sądzę, że masz rację. I Tucholski, i wielu innych wpadło we własne bańki i nie potrafi z nich wyjść. Kiedy bloger ma zasięgi rzędu kilkudziesięciu tysięcy UU na miesiąc, zamknięcie na resztę świata mu nie przeszkadza. Może nawet tego nie widzi. Szydło wychodzi z worka, kiedy próbują wyjść przed obcych z takimi samymi manierami, jakie wyćwiczyli w towarzystwie wzajemnej adoracji.

  21. Tekst jest świetny i pod wieloma względami bardzo celny. Ale samej strategii promocyjnej bym aż tak bardzo nie wyśmiewał. Wyobraźmy sobie autora innego niż Kominek, wyobraźmy sobie, że ktoś umie pisać i ma coś do powiedzenia. On także może wykorzystać podobną strategię, ale już bez ryzyka „bańki”. I w takiej sytuacji duża część podobnej strategii – wg mnie – może mieć sens.

    • Tomasz Węcki pisze:

      Dobre rzeczy w strategii JH, które można powtórzyć:

      1. Przedsprzedaż. To normalna rzecz. Więcej, finansowanie społecznościowe (Kikstartery i inne) to nic innego jak przedsprzedaż, a ludzie się tym jarają.
      2. Maksymalne wykorzystanie przewagi dystrybucyjnej. Książki JH można kupić tylko u niego, za cenę, nad którą ma pełną kontrolę i która zapewnia mu gigantyczną marżę.
      3. Skupienie na promocji w internecie. W jakim kanale handlujesz, w takim kanale się promuj.
      4. Wszędobylskość, czyli tzw. wyglądanie z lodówki. Nigdy nie wiadomo, co najmocniej chwyci, więc warto się pojawić w wielu miejscach naraz.

      Słabe rzeczy w strategii JH, które można powtórzyć, jeśli się jest pacanem:

      1. Napisanie książki na kolanie. Sorry, ale nie da się dobrze sprzedać bubla. Da się go tylko opchnąć szwindlem.
      2. Składanie nieuczciwych obietnic odnośnie zawartości i jakości dzieła, celem napędzenia popytu, zwłaszcza w trakcie przedsprzedaży.
      3. Posługiwanie się kupionymi (w ten lub inny sposób) recenzjami, żeby uwiarygodnić własne obietnice.
      4. W ogóle: zakładanie na którymkolwiek etapie, że Twoi klienci to debile, a więc możesz ich zmanipulować, bo się nie połapią.

      „Słabe rzeczy” to właśnie wciskanie klientowi towaru do gardła i wyzyskiwanie jego zaufania. „Dobre rzeczy”, dla kontrastu, służą zwiększeniu ekspozycji, świadomości produktu i przy okazji ograniczeniu ryzyka biznesowego. Czy można to było zrobić inaczej? Oczywiście – gdyby książka potrafiła obronić się sama. Wtedy „dobre rzeczy” by zadziałały bez dodatkowych starań. Kominek nadmuchał jednak bańkę do oporu, nie przebierając w środkach – i stąd wnioskuję, że od początku był doskonale świadom miałkości swojego dzieła.

      • Dokładnie też tak uważam. Cieszę się, że Pan to zebrał w takiej formie 🙂 Co do minusów – nie ma nawet co komentować, oczywiście, że takie działanie jest możliwe na krótką metę i Kominek prędzej czy później się skończy (jako zjawisko zwracające czyjąkolwiek uwagę). Koncentruję się jednak na zaletach jego strategii, bo gdyby zrobić to dobrze, to jest jakaś alternatywa dla naszego tradycyjnego i niestety patologicznego rynku dystrybucji książek. Sam zajmuję się zarówno pisaniem, jak i PR-em, dlatego wszelkie alternatywne opcje budzą moje zaciekawienie.

  22. T.Now pisze:

    Uwielbiam czytać komentarze na Spisku. Można z nich wyciągnąć prawie drugie tyle wiedzy, co z samego artykułu.

    Pierwszy raz komentuję. Pozdrawiam, Panie Tomku!

  23. „Bądź pandą i zwycienżcom. Powtórz to trzy razy: jestem pandą zwycienżcom”

    jestem pandą zwycienżcom
    jestem pandą zwycienżcom
    jestem pandą zwycienżcom

    Uwierzyłam 😀

  24. Martin pisze:

    Tomek gratuluję tekstu ! I popieram twierdzenie – nie staraj się pisać coś ambitnego, to się nie sprzedaje, napisz „bele co” , uzyj nie więcej niż kilkadziesiąt wyrazów( co by dziatwa zrozumiała) zrób okładkę, która sie bedzie dobrze prezentowała na stole w kuchni (znajomi muszą widzieć) unikaj głebszych przemysleń, które nie bedą zrozumiałe dla wiekszości czytelników… i spróbój być sławny w jakikolwiek sposób ( rozbierz sie do naga pod sejmem itp) SUKCES MUROWANY( 100 tysięcy egzemplarzy sprzedanych :P)

  25. Ilghazi pisze:

    Abstrahując od wszystkiego co zostało napisane powyżej, nie uważacie, że sam content to dno? Ale co gorsza, dno, które doskonale wpasowuje się w obecne czasy.

    Serio, pierwszy raz przeczytałem Kominka z osiem lat temu, było to nawet ciekawe, coś nowego, ale od tej pory… nic się nie zmieniło. Cały czas mamy do czynienia z bełkotem na temat, pardon my klatchian, d*py. Oczywiście d*py z każdej perspektywy: z perspektywy kasy, lansu, wakacji, sensu życia i istoty Absolutu (nie mylić z wódką). I nie jest to jedyne miejsce, gdzie autor poszedł tą ścieżką, bo pociągnął za sobą całą masę „blogopisarzy” – największym sukcesem „wydawniczym”, może się poszczycić pseudoerotyczny dziennik podbojów warszawskiego korposzczura, nazywającego siebie i swój świat Pokoleniem Ikea. On upchnął dwie książki w łącznej ilości ponad 80 tysięcy egzemplarzy. 80! To z trzy-cztery razy więcej niż Lód Dukaja.

    Serio, jeżeli komuś nie zależy na pisaniu, tylko na pisarskim lansie, niech porzuci fantastykę, kryminał, horror i tnie nowoczesną obyczajówkę, ociekającą od spermy i tandetnych zegarków (wymienne z ipodami). To taka „dobra” rada dla początkujących -_-

    Takie kilka myśli na szybko – na kolanie 😉

    • Tomasz Węcki pisze:

      To nie do końca tak… W sensie – jasne, jest zapotrzebowanie na różne wariacje Coelho. Zawsze będzie. Takie książki nie przyćmiewają jednak popularnością literatury z prawdziwego zdarzenia. Wątpię na przykład, że Kominek opchnie swoją książkę w więcej niż trzech tysiącach egzemplarzy (zarobi na tym krocie, ale to inna sprawa).

      A w te 80 tysięcy sprzedanych „Pokoleń Ikea” zwyczajnie nie wierzę. Skąd te dane? Bo jeśli to sam autor się chwali, bez podania dowodów – najpewniej kłamie.

  26. Valerie pisze:

    Co do Kominka to: http://web.archive.org/web/20070104042958/http://kominek.blox.pl/2006/08/NIEPELNOSPRAWNI.html

    Wystarczy rzucić okiem na notkę i komentarze, i człowiekowi się odechciewa zapoznawać z tworami tego pana.

    • Tomasz Węcki pisze:

      O, znany tekst. 😉 Tomczyk za czasów Kominka pisywał nie takie rzeczy. Właśnie dlatego się przebrandowił na Dżejsona – żeby przypudrować dawne skojarzenia.

  27. Ada pisze:

    Jakże inteligentny, demaskatorski wpis! Łyknęłam tekst, komentarze, a potem poszłam jeszcze dobić się na Lubimy Czytać. Nie pozostaje mi już nic innego, jak nie czytać Thorna, prawda? Dziękuję za potwierdzenie moich przypuszczeń, coś wietrzyłam w nim wielki szwindel i blagę. Coś nie chciało mi się wierzyć, mimo tego, że sporo dobrego słyszałam o jego wcześniejszych książkach-poradnikach, że tak nadmuchiwany kominkowy balon może po pęknięciu prezentować coś więcej niż gumowego flaka (to zabrzmiało tak no dwuznaczenie, że przepraszam z góry za skojarzenia :))

    Co mnie boli najbardziej, to jak zwykle blogosfera. Nie wypada krytykować dzieła znanego kolegi blogera, nie tylko będąc jego kolegą-innymZnanymBlogerem, ale będąc blogerem aspirującym tym bardziej. Nigdy nie wiadomo, kiedy dobrze stosunki, tudzież brak złych stosunków, ze znanym blogerem się przyda. Wzmianka o twoim blogu u Kominka to jeden z największych zaszczytów jaki może kopnąć. Może się przecież zdarzyć, a jak gdzieś kiedyś skrytykujesz, to zapomnij. No i pewnie nie zaakceptują zgłoszenia na BFG. Wydaje mi się, że część blogerów, która i chętnie wyraziłaby swoją negatywną opinię o Thornie, nie zrobi tego, własnie z takich, może całkiem wyimaginowanych powodów. Takie dziwne bagienko. Jak szoł biznes i światek celebrytów. Wiadomo, że nieładnie jest robić do własnego gardła, ale kaman!

    • Tomasz Węcki pisze:

      „Blogosfera” to słowo wytrych. W rzeczywistości nie ma wspólnoty blogerów, bo nie łączy nas nic poza medium. Jeśli ktoś kogoś ceni, albo z kimś sympatyzuje, to indywidualnie. Z tych indywidualnych relacji mogą powstać całe sieci zależności, jasne – ale to nie jest tak, że jeśli Kominek jest „czołowym blogerem”, to pozostali zabiegają o resztki z jego stołu.

      Swój ciągnie do swego, więc wokół ludzi nieuczciwych blogosfera zamienia się w „dziwne bagienko”, jak to ujęłaś. Dokładnie tak, jak z każdym innym rodzajem relacji społecznej – co siejesz, to zbierasz.

  28. Ada pisze:

    Czekający na resztki ze stołu to może nie, ale pragnący ogrzewać się w blasku tego czy innego blogera z czołówki, czy też zabiegający o ich uwagę w zupełnie niezrozumiały sposób, już niestety istnieją. W zeszłym roku była jedna taka aspirująca blogerka, której co drugi tekst to było 10 najlepszych cytatów z Kominka, a większa część tekstów trochę zbyt mocno inspirowana wpisami z innych blogów. Kominek linkował. Można i tak. Ale jakie to słabe! Chociaż nawet bardziej niż o takie ekstrema chodziło mi o całkiem normalnych blogerów, którzy po prostu jakoś tam identyfikują się z tą wąsko rozumianą „blogosferą” i nie chcą o niczyjej twórczości wypowiadać się niepochlebnie, nawet jeśli należałoby, bo ogólna zasada jest taka, że się miziamy. Jak się nie miziamy, to jest gównoburza.
    Z tą „blogosferą” to jest w teorii tak jak piszesz. To słowo wytrych. Ja też rozumiem tę grupę jako zbiór osób, które łączy tylko medium. Wielu blogerów rozumuje jednak już bardziej wspólnotowo, naprawdę czują się częścią jakieś określonej grupy, którą nazywają blogosferą, jednocześnie tę blogosferę zawężając, bo inaczej się nie da. Często zawężając własnie do towarzystwa wzajemnej adoracji (a jak się czepiasz, że jest takie towarzystwo, to pewnie masz ból tylnej części ciała). Czytałam kiedyś wpis pewnej dość znanej blogerki, która właśnie tak dosłownie zawężała blogosferę do blogerów, którzy raz, że się znają i spotykają, to dwa: piszą o wszystkim po trochu (więc blogi specjalistyczne to już odpadają na przykład). Jasne, że ma prawo do takiej opinii, ale z drugiej strony, dlaczego ktoś ma się czuć wykluczony z blogosfery, jeśli nie pasuje do tych kategorii? I niestety jej punkt widzenia nie jest osamotnionym głosem. Trochę wylewam swoje żale, bo z jednej strony, prowadząc rożne blogi od lat, nie mogę o sobie powiedzieć, że nie jestem częścią blogosfery postrzeganej właśnie zupełnie niewspólnotowo, z drugiej strony, przez te wszystkie wąskie „blogosfery” mam do tego pojęcia straszną awersję.

  29. Matrioshka pisze:

    To, że jedni zarabiają na drugich to nie jest nic złego. Zawsze tak było. To, że wspaniałe talenty literackie, które nie potrafią trafić do „blogosfery” będą spychane na drugi plan jest smutne. Ale tak jest również z każdą inną rozrywką.

  30. Maciek Rozen pisze:

    You made my day 🙂 🙂 🙂 trafione w punkt.

  31. Jestem tutaj pierwszy raz i żałuję, że nie było mnie tu wcześniej. Zastanawiałam się, dlaczego ‚topowe’ polskie blogerki idą na rzeź publikując takie bezwartościowe ‚nicosie’… no teraz już rozumiem:D same pandy zwycienżcy:) Unosiłam brwi kilkukrotnie jak śmiały jest tekst i jak wielu się obrywa, ale prawdy nie da się ukryć. Uśmiałam się:) Lecem pendzem pisać swoją książkę…hmmm… mega poczytny blog…to muszem jeszcze poczekać:P Zrelaksowałam się, że huhu…no to czytam wczesniejsze posty… nie mam dość:) pozdrawiam

  32. Phoe pisze:

    Od razu przypomniała mi się wakacyjna burza odnośnie „Demona żądzy” — książki wydanej na zasadzie współfinansowana. Był tam ten sam mechanizm recenzji po znajomości i też jest to dzieło bloggera. Pomimo że nie był to self-pub w pełnej krasie, wydawnictwo Novae Res dało ciała. Błędy, błędy i jeszcze raz błędy. Treść natomiast nie powinna ujrzeć światła dziennego, bo to, co się tam znajduje, chyba podchodzi pod jakiś paragraf 😛 Ale cóż…

  33. Phoe pisze:

    A tak w ogóle można byłoby kiedyś zrobić przegląd jakiś normalnych, tanich drukarni? Bo jak widzę ceny 20-30 zł za egzemplarz, to mi się nóż w kieszeni otwiera.

  34. Basia pisze:

    Tak jak napisales ,tak tez sie stalo.W ksiegarni nie moge dostac pozycji klasycznych,a wystawy sa zaciapane blogerskim chlamem.Ksiazki te sa pisane w formie poradnikow,ale ich zawartosc jest na niskim poziomie.

  35. Mada pisze:

    Mnie od samego jego pomysłu zamknięcia marki „Kominek” i stworzenia „Jasona Hunta” śmierdział ten jego interes. Zrobił wokół Jasona Hunta w cholerę dużo szumu, było odliczanie do odpalenia nowej witryny, ludzie wyczekiwali, choć nie wiedzieli na co czekają. Sam później przyznał gdzieś, że razem ze zmianą wizerunku odeszli jego starzy czytelnicy, za to pojawili się nowi – chyba właśnie ci mniej wymagający, idący ślepo za hypem marketingowym. Jakkolwiek, jego plecy zakorzenione w blogosferze, Paweł Tkaczyk robiący mu branding Jasona Hunta, jego prywatna partnerka i kilka innych blogerów piszących recenzje (w tym blogerki modowe, a przecież one nie od tego). Takie zwykłe kolesiostwo. O samej książce nie było w żadnych literackich mediach czy mniej lub bardziej szanowanych opiniotwórczych portalach. Gdyby głębiej przestudiować temat przed zakupieniem „Thorna” pewnie wyczuć by można ten przekręt zawczasu, oszczędzić sobie 50 zł, czasu i rozczarowania.

    Twój wpis tym bardziej ugruntował moje przekonanie, by nie ufać Kominkowi aka Jasonowi Huntowi aka za chwilę nikt nie będzie już o nim pamiętał. I może właśnie dlatego, że mógł jeszcze jako Kominek dostrzegać spadającą popularność swojej marki postanowił stworzyć coś nowego? Tylko czemu od razu było zabijać Kominka?

  36. Uśmiałam się, zmroziło mnie i z takim tekstem, to na prezydenta. Może lepiej premiera. Ciekawe czy czytają to również „idioci”, czy wyłącznie „zwyciężcy”.
    P.S. A „ukryty pod okładką miotacz serpentyn” brałabym bez Twoich rad ;).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *