Jak rozpocząć książkę? Cztery sposoby na mocny start

Masz świetny pomysł na opowieść, ale nie wiesz czym zacząć? A może wszystko już zapisane, tylko początek wyszedł niemrawo? Oto cztery sprawdzone, skuteczne sposoby na start.

Zacznijmy od wymiecenia słonia z pokoju.

 

Prolog

W tradycyjnym ujęciu prolog to wydzielona opowieść wprowadzająca w dalsze wydarzenia. Główny bohater zwykle w prologu nie występuje, a akcja dzieje się gdzie indziej i kiedy indziej, niż miejsce i czas, w którym zaczyna się właściwa historia.

Każdy, kto czytał mój wpis o najgorszych sposobach na rozpoczynanie opowieści, wie, że nie przepadam za prologami. To przestarzała forma, która rządzi się własnymi prawami i nie daje żadnych gwarancji. Bardzo łatwo się na niej potknąć. Jeśli nie wiesz, jak uatrakcyjnić początek opowieści, a prolog wydaje Ci się łatwym rozwiązaniem – mylisz się. Nie jest łatwy. Często nie jest też potrzebny.

To rzekłszy – są sytuacje, gdy prolog nie będzie zawalidrogą, ale rzeczywiście wzbogaci Twoją książkę. Kiedy warto się nad nim zastanowić?

  1. Gdy za pomocą prologu możesz zapowiedzieć rychłe niebezpieczeństwo (tzn. takie, które ujawni się najpóźniej w drugim, trzecim rozdziale – a nie w połowie książki).
  2. Gdy Twoja opowieść trzyma określony ton i tempo, ale wiesz, że nie da się rozpocząć linii fabularnej w taki sposób, żeby ów ton i tempo czytelnikowi już na pierwszych stronach obiecać.
  3. Gdy czytelnik nie zrozumie opowieści bez wstępnego wyjaśnienia dlaczego przedstawiona rzeczywistość wygląda jak wygląda.

Weźmy przykład.

Tworzysz pełną akcji opowieść fantasy, której bohater zaczyna jako pastuszek, ale z czasem rośnie i dojrzewa do roli herosa. Zgodnie z tym założeniem – musisz na początku pokazać postać w trakcie wypasu kóz. Niezbyt ekscytujące. Dobrze zrobiony prolog może pomóc. Pozwoli Ci przedstawić antagonistę (a więc ważną postać), pozwoli Ci zapowiedzieć nadchodzące zagrożenie. Z łatwością nakręcisz spiralę napięcia – świadom niebezpieczeństwa czytelnik odbierze wypasanie kóz jako ciszę przed burzą, a nie nudną scenkę rodzajową. No i najważniejsze: złożysz odbiorcom właściwą obietnicę. Złowieszczy prolog mówi o przyszłej konfrontacji, o nieuniknionych zmaganiach – o tym, o czym będzie większa część opowieści.

Rozpoczynając swoją historię od prologu, wystrzegaj się jednak tych błędów:

  1. Nie wprowadzaj zbędnych bohaterów. Im dłużej czytelnik postać zna, tym bardziej się do niej przywiązuje. Nie warto marnować początków na przedstawianie ludzi, którzy odgrywają role drugoplanowe, albo wręcz epizodyczne. Dobrym pomysłem jest skierowanie reflektorów na antagonistę. Można też pokazać głównego bohatera w innym kontekście, niż ten z opowieści. Na przykład, wiele lat wcześniej, gdy jest dzieckiem, albo wiele lat później, gdy wspomina wydarzenia, które czytelnik dopiero ma poznać.
  2. Nie rozwlekaj akcji. Jeśli prolog ma działać, musi być zwarty i wyrazisty. Wszystko, co chcesz w nim przekazać, zrób w trakcie jednej, możliwie dynamicznej sceny.
  3. Nie rób z prologu wielkiej zagadki. Wiesz – to mała atrakcja, jeśli czytelnik zrozumie, o co chodziło, dopiero w połowie książki. Rolą prologu jest zrobienie dobrego wprowadzenia do pierwszego rozdziału, i na tym się jego funkcja kończy. Jasne, wolno Ci rzucić kilka tropów do rozgryzienia, ale całość wprowadzenia musi być zrozumiała sama z siebie.

 

Akcja!

Dobrym, zawsze adekwatnym pomysłem jest rozpoczęcie opowieści wtedy, gdy „coś zaczyna się dziać”. Bohater jest wtedy na scenie – łatwo go poznać. Robi coś interesującego, więc również łatwo się wkręcić. Czytelnik od razu dostaje najsmaczniejsze kąski.

Warto pamiętać, że takie rozpoczęcie nie musi oznaczać wybuchów, pościgów i rozlewania krwi. W wielu wypadkach będzie to wręcz niewskazane. Natężenie akcji powinno być odpowiednie do reszty opowieści. Dlaczego? Bo na początku zawsze składasz czytelnikom obietnicę. Jeśli obiecasz za dużo, albo coś, czego nie zamierzasz dostarczyć – ludzie będą zawiedzeni.

Przykłady?

Piszesz urban fantasy, czyli mieszasz współczesność z elementami fantastycznymi. Twoim bohaterem jest ktoś zwyczajny, powiedzmy – korporacyjny wyrobnik. W takiej konwencji „zacznie się dziać” wtedy, gdy życie bohatera zostanie zakłócone przez element nadprzyrodzony. Ot, wychodzi z pracy wkurzony na szefa albo zestresowany deadlinem. I nagle bum – widzi skrzata. Albo inaczej. Wraca taksówką z popijawy, wysiada przed domem, płaci grubym banknotem. A taksówkarz, zamiast reszty, przewraca oczy i wydaje mu przepowiednię. „Gdy w piątek piątą pintę wypijesz, pięciu pijaków przywali ci pięścią”. I już, coś się zaczęło dziać.

Jeśli Twojego bohatera można zdefiniować przez to, co robi – warto go już na początku pokazać w trakcie wykonywania tej czynności. Jest bokserem? Może warto zacząć na ringu? Jest matką lub ojcem? Niech na początku bawi się z dziećmi. Ta pierwsza scena pokaże, z kim mamy do czynienia, na czym tej postaci zależy – z jakiej perspektywy patrzy na świat. Będzie też dobrym fundamentem pod późniejsze tarapaty. W końcu – co zrobi bokser, jeśli odniesie kontuzję i nie będzie mógł dalej walczyć? Co zrobi ojciec, gdy jego dziecko zginie, ciężko zachoruje lub zostanie porwane?

Kluczem jest rozpoczynanie w momencie, który jest jednocześnie dynamiczny i pokazuje, z jakim bohaterem oraz z jakimi wydarzeniami czytelnik będzie mieć później do czynienia. To wszystko. Dynamikę równie dobrze można czerpać z rozmowy, jak i z pościgów; z intrygujących rozmyślań, jak i z nietypowych wydarzeń.

 

In medias res

W pewnym sensie jest to odwrócenie prologu. Zaczynasz nie tym, co zdarzyło się wcześniej lub co zdarzy się długo po zakończeniu opowieści, ale jednym z momentów ze „środka” historii. Natomiast później przeskakujesz do spokojniejszych czasów, czyli do chronologicznego początku opowieści. Narracja może dogonić przedstawiony na wstępie moment już po paru rozdziałach, a może dopiero tuż przed finałem – nieważne. Ważne, że da się w ten sposób nakręcić sprężynę.

W jaki sposób? Otóż, dopóki opowieść nie dogoni opisanego na wstępie wydarzenia, jej napięcie nie będzie wysokie. Czytelnik wie, że bohaterom nic złego się nie przydarzy. To dobry moment, żeby pokazać okoliczności, w jakich dzieje się akcja, rozłożyć rekwizyty potrzebne na później, no i pozwolić czytelnikom zapoznać się z postaciami. Nie musisz pędzić na łeb na szyję, bo w poważne zagrożenia i tak nikt nie uwierzy.

Kiedy jednak chronologia opowieści wreszcie dotrze do punktu, gdy czytelnik nie zna już przyszłości – cóż, wszystko się zmienia. Nagle nic nie jest pewne, może zdarzyć się dosłownie cokolwiek. Bohaterowie mogą wpaść w tarapaty, ba, umrzeć już za moment. Tymczasem, przecież czytelnik już się z nimi zżył, już im dopinguje. Zainwestował emocje w lekturę. I co teraz? Przewracamy stronę.

To jest główna korzyść z rozpoczynania in medias res. Zyskujesz kontrolę nad tym, kiedy napięcie nagle pójdzie w górę.

Niestety, ten rodzaj początków stwarza ryzyko, że spory kawałek książki ma niejako z założenia niższe napięcie. Słowem: może być nudny. Jak więc zabrać się do tematu, żeby nie zrobić sobie krzywdy?

  1. Moment, którym zaczynasz, ten „ze środka” opowieści, powinien być momentem decyzyjnym. Warto, żeby na koniec sceny bohater stanął przed ważnym dylematem, albo w obliczu wielkiego zagrożenia (niekoniecznie dla życia). Nie dostarczaj od razu rozwiązania – czytelnicy będą musieli poczekać na nie, aż doczytają do właściwej chwili.
  2. Dobrze, jeśli w scenie początkowej wyraźnie zarysowane są najważniejsze motywy przewijające się przez książkę. Nawet lepiej, jeśli scena będzie ich alegorycznym przedstawieniem. Od razu mówisz czytelnikowi, o czym jest opowieść i czego się po niej spodziewać. Kontynuując te same motywy w „nudniejszej” części, pokazujesz, co doprowadziło do tej pierwszej, alegorycznej sceny.
  3. Jeśli w ramach in medias res czytelnik zobaczy bohatera całego i zdrowego, nie uwierzy Ci, gdy scenę później postanowisz zaryzykować jego życiem. Przecież wiadomo, że postać musi przetrwać. Zamiast tego możesz postawić na szali majątek postaci, jej relacje z bliskimi, reputację – cokolwiek, co nie jest już zaklepane w pierwszej scenie.
  4. Wykorzystaj początek in medias res jako wieszak na strzelby Czechowa. Jeśli we wstępnej scenie postać nie ma ręki, ale w drugiej już ma – czytelnik będzie ciekaw przyszłego wydarzenia, które doprowadzi do tego kalectwa.

 

Klamra, rama, szkatułka i inne pętle

Kolejnym ciekawym sposobem rozpoczynania opowieści jest połączenie początku i końca spójną konstrukcją. Bodaj najpopularniejszym pomysłem tego rodzaju jest tzw. opowieść ramowa. Na przykład taka, gdy bohater opowiada (ot, wnukom, albo dziennikarzowi) o wydarzeniach sprzed dwudziestu lat. Wtedy książka może zacząć się sceną, gdy staruszek spotyka się z rozmówcą, następnie akcja cofnie się wstecz do opisywanych wydarzeń – i na koniec wróci do czasów staruszka.

Powieść szkatułkowa to już wyższy poziom komplikacji, bo można ją skonstruować z kilku opowieści – każda zawarta w poprzedniej. Np. w historii pierwszego bohatera pojawia się książka z zapisaną opowieścią drugiego bohatera, który z kolei przytacza opowieść bohatera trzeciego. „Atlas chmur” Mitchella jest całkiem dobrą książką (nie jedyną), w której sprawnie użyto takiej właśnie konstrukcji.

Kompozycja klamrowa – termin kojarzony raczej z poezją niż prozą – również może znaleźć tu zastosowanie. Początek i koniec są ze sobą powiązane, odbijają się jak echo. Na przykład – rozpoczynasz opowieść, gdy bohater siedzi w knajpie, sam przy stoliku, i rozmyśla nad życiem. Później coś się dzieje. Na koniec bohater siada w tej samej knajpie, przy tym samym stoliku – i też rozmyśla nad życiem, tylko że mądrzej.

Nie do każdej historii takie zabiegi pasują, ale jeśli pasują, możesz z ich użyciem wzmocnić przekaz, podkreślić to, na co czytelnik powinien zwrócić największą uwagę. Jest to bardzo przydatne, gdy chcesz stworzyć wymowne zakończenie.

Kłopot w tym, że różnej maści klamry nie pomagają automatycznie w stworzeniu lepszego rozpoczęcia. Pojawia się ryzyko wprowadzenia nieistotnych postaci, zaniżania tempa, kierowania uwagi czytelnika na rzeczy drugorzędne. Te same problemy, co z prologiem oraz in medias res, tylko trudniejsze do ominięcia – bo przecież zmieniając początek, zmieniasz też zakończenie.

Bardzo lubię takie pogmatwane konstrukcje, ale muszę przyznać, że to zabawa dla doświadczonych pisarzy – lub na te okazje, kiedy możesz eksperymentować.

 

Kilka słów na koniec

Jakikolwiek początek wymyślisz dla swojej opowieści, warto pamiętać o tych trzech regułach (tak, mówiłem o nich wcześniej):

  1. Wprowadź czytelnika w to, co dzieje się tu i teraz. Nawet jeśli opisujesz wydarzenia z innego miejsca i czasu, ich celem jest zaangażowanie czytelnika we właściwą historię.
  2. Przedstaw głównych bohaterów jak najprędzej. Im wcześniej się pojawią, tym będą ważniejsi, więc nie zawracaj czytelnikowi głowy wpychając statystów na pierwszy plan.
  3. Pokaż czytelnikowi, dlaczego ma się tym wszystkim przejąć. To właśnie jest Twój cel.

 

Foto: Broo_am (Andy B) / Foter / CC BY-ND

Zapisz się na newsletter! Spisek Pisarzy wysyła tylko to, co warto przeczytać.



Tomasz Węcki

Tomasz Węcki


Cześć, mam na imię Tomek i jestem grafomanem. Od kilkunastu lat udaje mi się połączyć przyjemne z pożytecznym i utrzymuję się przede wszystkim z pisania. Byłem już dziennikarzem, piarowcem, copywriterem, ghostwriterem, dokumentalistą i autorem tekstów do gier komputerowych. Teraz możesz również przeczytać moją pierwszą książkę – „Wtajemniczenie”.

29 odpowiedzi

  1. Strzyga pisze:

    Jak zwykle świetny artykuł :) Dziękuję za wskazówki, zawsze mam problem z początkiem. Znaczy, to jest tak, że morduję rozpoczęcie opowieści tak długo, że potem po prostu nie chce mi się kontynuować pomysłu, bo zdążę wpaść na coś innego. Wbrew pozorom to nie wynika z lenistwa, po prostu nic mi nie pasuje. Potrafię nabazgrać 20 stron, a potem stwierdzić, że nie wyszło, poprawiać, poprawiać… I i tak wychodzą z tego przysłowiowe cztery litery :p

  2. Tomek W pisze:

    Świetny artykuł. Doskonałym i w dodatku polskim przykładem powieści klamrowej jest „Vertical” Rafała Kosika. Tam po prostu świat jest zapętlony. Po wydarzeniach opisanych w książce kilkaset lat później powtarza się dokładnie ta sama histoira. Trzeba przeczytać.

  3. MARGOTA KOTT pisze:

    Tomku! A co myślisz o prologu (oczywiście krótkim, zwięzłym i na temat), który ukazuje akcję z końca książki (prawie). A na końcu epilog, który jest rozwinięciem i zakończeniem prologu? Taka klamra spinająca całą powieść. Co Ty na to?

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Brzmi to jakbyś chciała zacząć in medias res, tylko nie chcesz tego tak nazwać. :) Chyba że nie rozumiem, o co pytasz?

  4. Sakitta pisze:

    Lubię samemu eksperymentować i kiedyś stworzyłem coś, co nazwałem ,,opowiadaniem retrospekcyjnym”. Nie twierdzę, że ja wymyśliłem ten typ, ale uwielbiam nadawać rzeczom własne nazwy. Akcja działa się w czasie rzeczywistym, lecz połowa była wspomnieniami głównej bohaterki w czasie przeszłym (nie jakieś tam jedno-akapitowe opisy, lecz normalne części składowe z dialogami).

  5. Po dobrych wpisach doczekałam się czegoś wspaniałego.

  6. wojciechwiese pisze:

    Rozpoczęcie książki od dialogu, też wydaje się fajnym zabiegiem. Co uważasz na ten temat?

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Zależy czego częścią jest dialog. Z całą pewnością konstrukcję pierwszej sceny można oprzeć na rozmowie – o ile jest to ciekawa rozmowa, która ma konsekwencje dla reszty opowieści.

      Natomiast czy pierwsze akapity warto zastąpić dialogiem? Nooo… Moim zdaniem w większości wypadków to nie będzie optymalne. Żeby się przejąć, czytelnik potrzebuje wiedzieć, kto rozmawia z kim. Lepiej więc zacząć od pokazania perspektywy bohatera (np. że oto siedzi w knajpie i ktoś się dosiada). Na pewno da się też zrobić tak, że zaczynasz od przytoczenia wypowiedzi postaci, później jest akapit opisu wprowadzającego w kontekst, i później reszta dialogu.

  7. Martyna Sz. pisze:

    Mam już napisany wstęp, a i tak chętnie przeczytałam tego posta i sprawdziłam, co Spisek na to. :) Dziękuję za kolejny świetny wpis. :)

    Pozdrawiam :)

  8. Bruce 2 pisze:

    A co jeżeli w prologu (tak, zacząłem od prologu) pojawi się tylko jeden z dwóch głównych bohaterów? Nie będzie to przypadkiem błędem?
    Zastrzegam, że nie ma możliwości by drugi pojawił się tak wcześnie.

  9. MW pisze:

    Świetna strona, ciekawe spostrzeżenia :) Ja wybrałem in medias res, choć w wersji trochę pokręconej, jeszcze sam nie wiem, czy nie przesadziłem, ale „wyjdzie w praniu” 😉

  10. Phoe pisze:

    Ja bym jeszcze dodała „początek od końca”, który jest moim zdaniem bardzo interesującym zabiegiem. Cały myk polega na tym, by na początek wybrać scenę przed główną kulminacją, gdy ma się wszystko rozstrzygnąć, a potem iść chronologicznie, np. „rok wcześniej”, „pół roku wcześniej”, „miesiąc wcześniej”. Gdy coś takiego zastosowałam, zauważyłam, że ludzie od razu rozkminiali nie tylko „jak do tego doszło”, ale też „co będzie później” :) Na razie przetestowane w krótkiej formie, ale do powieści też powinno się nadać.

  11. Mocna Kawka pisze:

    Parafrazując słowa klasyka pisarza poznaje się po tym, jak zaczyna i jak kończy 😉

  12. Jerzy Bargiel pisze:

    A co z początkiem przed początkiem? Chodzi mi o blurba. Nie znalazłem nic na stronie (może gdzieś mi umknęło), a chętnie bym się dowiedział, co o nim sądzisz.

  13. Tylko częściowo mogę się zgodzić z tym co zostało napisane o początku typu „In medias res”. Otóż, tego typu forma wcale nie musi obniżać napięcia w przedstawionych wydarzeniach poprzedzających. Wręcz przeciwnie! Weźmy na tapetę jeden z sezonów Breaking Bad (spoilery), który rozpoczyna wiele swoich odcinków od sceny rozgrywającej się w ogrodzie Walera. W basenie pływa spalony, pluszowy miś, okulary, szklane oko. Jacyś ludzie w białych skafandrach zbierają te przedmioty do foliowych torebek. Myślimy sobie „Kurcze, to Waltera w końcu dopadli?”. Scena się kończy a akcja cofa się do nieodległej przeszłości. Do końca sezonu pozostaje zagadką co dokładnie ta scena oznacza. Z każdym odcinkiem staramy się powiązać przedstawione wydarzenia i odpowiedzieć sobie na pytanie: kto po i po co zabiera jakieś losowe przedmioty z basenu Waltera. Im bliżej rozwikłania tej zagadki tym większe powstaje napięcie. Wszystko to dzięki zastosowaniu wstępu typu „In medias res”.

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Słuszna uwaga, choć w mojej ocenie to działa dzięki użyciu strzelby Czechowa. Z angielska – foreshadowing. Twórcy „Baking Bad” bardzo często stosują ten trik, zwykle ze świetnym rezultatem.

  14. Lena pisze:

    Zaczynam książkę na wattpadzie. Mam taki pomysł, że na początku bohaterka spotyka kogoś, kogo nigdy wcześniej nie widziała, ten bohater, którego spotyka, po chwili rozmowy i natłoku pytań zaczyna tłumaczyć bohaterce to co się stało wcześniej i tak przez pewien czas, powiedzmy kilka rozdziałów bo to dość długa historia. Zakładam jednak, że opowiadający bohater będzie opowiadał niezbyt zrozumiale. Potem postać, która opowiadała będzie towarzyszyć głównej bohaterce gdy ta będzie sama, ale po pewnym czasie zniknie. Już podejrzliwa, bohaterka zaczyna być bardzo nachalna i w końcu postać występująca często, ale z drobnym znaczeniem okaże się tą złą i wyśle główną bohaterkę do innego świata. Potem ta bohaterka ułoży sobie wszystko w głowie. I dalej już różne przygody, zagadki i tak dalej, a wiedza dziewczyny będzie ciągle uzupełniana itd. itd. Czy to dobry pomysł?

    • Chejron pisze:

      Zależy jak opiszesz wszystko, jednak ten początek może być nudnawy – a tego chcielibyśmy uniknąć. Tłumaczenie co się stało trwające kilka rozdziałów mnie osobiście odrzuca. Może być świetnie wykorzystane do manipulacji główną bohaterką i czytelnikiem (o co zgaduję chodzi), ale „kilka” rozdziałów to za długo.

      ps. zarzuć linkiem 😉

  15. Maja pisze:

    Jestem na początku planowania powieści fantasy z motywem apokalipsy. Pierwsza myśl była ambitna – na pewno wyjdą dwie części. Ostatecznie jednak uznałam, że byłoby to nieco naciągane, zwłaszcza że na drugą mam jedynie zamysł, zero choćby lekkiego zarysu fabuły czy dokładnej wizji zakończenia. Mimo wszystko nie mogę pozbyć się jej całkowicie, wobec tego skrócenie jej do epilogu wydało mi się dobrym rozwiązaniem. Akcja miała dziać się kilkanaście lat po dość niespodziewanym (mam nadzieję) zakończeniu pierwszego części. W pewnym momencie stwierdziłam, że ciekawym zabiegiem byłoby wrzucenie tej sceny na początek, w formie wstępu, a jej zaistnienie wyjaśniłby epilog, jeśli mogę tak nazwać tekst z pierwszej strony świętej księgi (stworzyłam własne bóstwa i mitologię). Naszły mnie jednak wątpliwości. Oczywiście bardziej logiczne wydaje się, aby ten tekst stał się wstępem, a wydarzenie kilkanaście lat po zakończeniu epilogiem, ale przez to całość zostałaby pozbawiona ważnego elementu – w zamyśle bohaterowie znać mieli jedynie fragment pierwszej strony świętej księgi (ach, dużo tłumaczenia), a w epilogu miała pojawić się ona cała, co by bardzo dużo wyjaśniało.
    Co robić?

  16. Marcin pisze:

    Witam.
    Właśnie zaczynam własną książkę fantasy i chciałbym spytać o kilka rzeczy:
    – Jak dobrze napisać legendę?
    – Czy bohater książki może być świadom tego, że jest w książce? (Tutaj chodzi mi o coś w stylu złamaniu czwartej ściany, która występuje np. w komiksach czy też w teatrze)
    – W jakim tempie ma rozwijać się bohater?
    – Jak powinny wyglądać walki? (Tutaj chodzi mi o połączenie walki wręcz z magią)
    – I jak długie powinny być dialogi?

  17. Iza pisze:

    Moja książka fantasy rozpoczyna się prologiem, którego akcja odgrywa się kilkanaście lat przed rozpoczęciem akcji pierwszego rozdziału. Uważam, że jest spoko.

  18. Iza pisze:

    Lepiej, aby bohaterowie nie byli świadomi, że są w książce. To by psuło klimat. Dialogi zależą od sytuacji, nie będziesz gadać o tym że musisz do toalety przez pół godziny cnie?
    Tak, wiem, że pisałeś to rok temu. Xd

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *