Jak poprawić własną książkę?

Robota wykonana. Pięć minut temu na ekranie monitora pojawiło się ostatnie słowo. Teraz nieprzerwany ciąg zdań pyszni się od fascynującego wstępu, przez turbulencje rozwinięcia, aż po emocjonujący finał i zakończenie. Nie zostało nic innego, jak wcisnąć „Wyślij” i przekazać powieść wydawcy.

Ani się waż!

W chwili, gdy po raz pierwszy wydaje Ci się, że literki wreszcie trafiły na właściwe miejsca i opowieść jest kompletna – masz tak naprawdę jej wstępny szkic. Tylko tyle. Żeby rzeczywiście skończyć pracę nad książką czy opowiadaniem, musisz odłożyć tekst na miesiąc, a potem wrócić do niego i zrobić uczciwą edycję. Dopiero w ten sposób upewnisz się, że dostarczasz produkt dobrej jakości.

Jest to szczególnie ważne, jeśli nie lubisz planować swoich historii już na początku.

Czytaj dalej, a dowiesz się, co robić, żeby proces szlifowania książki przebiegł sprawnie – punkt po punkcie. Na co zwrócić szczególną uwagę. Jak wypatrzeć problemy opowieści. W jakiej kolejności zająć się ich poprawianiem.

Czy opowieść zaczyna się we właściwym momencie?

W polskiej literaturze panuje plaga rozpoczynania opowieści durnowatymi rzeczami. A to pogodą. A to tłumaczeniem się z tego, co miało miejsce wcześniej. A to znów skupieniem na jakimś nieistotnym detalu.

Jeśli już ktoś nawet się zorientuje, że początek opowieści nie brzmi atrakcyjnie, zwykle próbuje temu zaradzić poprzez użycie klasycznego prologu. Czyli – przenosi akcję do innego miejsca i czasu, przy okazji wprowadzając też nowych bohaterów.

Dlaczego to są tak złe pomysły? O tym pisałem wcześniej w tekście „Jak zacząć książkę, żeby jej nie zepsuć”. Tam też rozdaję kopniaki wszystkim, którzy uważają, że prologi są zajebiste, a pogoda ma zawsze pierwszeństwo. Tutaj powiem inaczej: masz prawo popełniać takie błędy, gdy piszesz „na brudno”. Jeśli wszystko, co masz, to pusta kartka – wolno Ci zapełnić ją nawet rozważaniami o pięknym słoneczku i malowniczych strugach deszczu. Cokolwiek zadziała, żeby pokonać nicość.

Kiedy jednak skończysz swoje dzieło i o żadnej nicości nie będzie już mowy – zastanów się, czy te słowa, które kiedyś pomogły Ci ruszyć z miejsca, rzeczywiście tworzą właściwe rozpoczęcie. Przede wszystkim, rozważ te kwestie:

  1. Czy w pobliżu występuje moment, gdy akcja jest żywsza, stawki są wyższe, a bohater jest głębiej w kłopotach? Jeśli tak, możliwe, że to jest prawdziwy początek opowieści i warto go wyeksponować.

  2. Czy pierwsze akapity należą do głównego bohatera? Jego osobowość, perspektywa, myśli lub czyny muszą być tam widoczne, nawet gdy nie będą sednem tego, co przekazujesz. Jeśli jest inaczej, zawracasz czytelnikowi głowę pierdołami.

  3. Czy w ogóle coś się dzieje? Nie chcesz zaczynać statycznymi opisami, ani tym bardziej streszczaniem jakichś wydarzeń. Jeśli musisz mieć streszczenia i opisy, przesuń je na później, a na początku zostaw tylko najbardziej istotne informacje.

  4. Czy, po przeczytaniu pierwszej sceny, od razu wiesz o co chodzi w drugiej? Jeżeli pojawia się tu jakiś zgrzyt, prawdopodobnie nie wprowadzasz czytelnika w „tu i teraz” opowieści, ale za bardzo skupiasz na tym, co było wcześniej, będzie później, zdarzyło się gdzie indziej, albo komuś innemu niż bohater.

  5. Czy po pierwszej scenie czytelnik ma powód, żeby przejmować się losem bohatera? Innymi słowy – czy wie, w jakich tarapatach jest postać oraz dlaczego warto jej dopingować. Jeżeli nie, wybierz inny moment rozpoczęcia opowieści, albo w ogóle napisz początek od nowa.

Kto jest naprawdę w centrum uwagi?

Ciekawe miejsca, porywające wydarzenia i charakterni bohaterowie mogą napędzić Twoją wyobraźnię oraz zawłaszczyć sporo miejsca na łamach książki. Nawet jeśli nie będą mieć większego znaczenia dla głównego wątku. Podczas pisania „na brudno” czasem – nie za często! – warto dać się ponieść na manowce. A nuż powstanie dzięki temu coś wartościowego, a przynajmniej miłego dla oka.

Edytując skończone dzieło musisz się jednak zastanowić, czy nie poświęcasz wątkom pobocznym zbyt wiele uwagi. Albo – czy któryś z nich nie zasługuje na awans i przesunięcie bliżej centrum wydarzeń. Rozpatrując każdą scenę, odpowiedz sobie na te pytania:

  1. Czy główny bohater zbliża się do rozwiązania swojego problemu? Jeśli tak, wszystko w porządku. Jeśli nie, czy zyskujesz dzięki scenie element, który będzie wykorzystany później w opowieści? Czy pojawiają się okoliczności znaczące dla dalszego biegu wydarzeń? Jeśli odpowiedź ciągle jest negatywna, rozważ czy fragmentu nie przepisać, a nawet – czy go nie usunąć.

  2. Jeśli w danej scenie nie występuje główny bohater, to czy dotyczy ona jego problemu? Nie? Wyrzuć ją. Po co Ci zapychacze?

  3. Jeśli nie masz w scenie ani głównego bohatera, ani jego problemu, ale buntujesz się i nie chcesz sceny usuwać – to jak istotny jest motyw, który dzięki niej rozwijasz? Powieść to dzieło z definicji wielowątkowe, ale powinna przyświecać Ci zasada, że poboczne tematy wspierają temat podstawowy, a nie konkurują z nim o uwagę. Czy wątek dotyczy antagonisty albo ważnej postaci pobocznej? Czy jest blisko związany z osią fabuły? Czy dzięki niemu czytelnik lepiej zrozumie to, co chcesz przekazać? Czy mówisz o tym więcej niż raz? Jeśli na każde z tych pytań odpowiesz „tak”, rzeczywiście możesz scenę zostawić. Upewnij się tylko, że nie psuje rytmu opowieści. Jeśli choć na jedno pytanie odpowiesz „nie” – naprawdę masz do czynienia z zapychaczem. Jego usunięcie może tylko poprawić jakość dzieła.

  4. Kiedy ostatni raz było o tym samym? O głównym bohaterze możesz mówić bez przerw i limitów. Antagoniści i bohaterowie drugoplanowi mogą pojawiać się w świetle reflektorów tylko wtedy, gdy ich czyny będą miały konsekwencje dla protagonisty. Postacie z trzeciego planu i inne elementy tła nigdy nie powinny występować w scenach samodzielnie.

Czy dzieje się wystarczająco wiele?

Sednem każdej opowieści jest konflikt. Nawet jeśli nie chcesz, żeby było to brutalne starcie, bohater zawsze powinien czegoś pragnąć, a rzeczywistość powinna stawiać tym pragnieniom opór. Bez tego nie ma opowieści, jest co najwyżej anegdota.

Konflikt oznacza dynamikę. Znów – nawet jeśli intensywność wydarzeń jest niska, nawet jeśli mówimy o tempie szachisty, to i tak nieuchronne, że ruch będzie następował za ruchem. Opowieść nie może stać w miejscu.

Podczas edycji, zastanów się nad tym:

  1. Czy bohater w każdej scenie robi coś, żeby rozwiązać swój problem? Jeśli nie, czy reaguje na działania antagonisty, tudzież inne klęski żywiołowe? Jeżeli i to się nie dzieje – scena ewidentnie spowalnia tempo. Zastanów się nad tym, czy jest we właściwym miejscu opowieści (i czy w ogóle jest potrzebna).

  2. Kiedy czytasz scenę po scenie, czy masz wrażenie, że akcja przyspiesza aż do kulminacji lub kryzysu? Jeżeli któraś ze scen burzy ten ciąg, zastanów się, czy jej nie przerobić lub przesunąć.

  3. Czy twoje dzieło to długie akapity zbitego tekstu, okazjonalnie przedzielane dialogami? Obecność i obszerność rozmów jest najprostszym wyznacznikiem dynamiki opowieści. O ile ma to sens i potrafisz to zrobić zgrabnie – przytaczaj wypowiedzi bohaterów.

  4. Czy opisy scenerii często zajmują więcej niż jeden akapit? Dotyczy to nie tylko deskrypcji przyrody, ale również sytuacji, gdy przedstawiasz wydarzenia dziejące się w tle, niezależne od bohatera. Im więcej miejsca poświęcisz opisom, tym bardziej rozwlekłe wrażenie zrobi Twoja proza. W miarę możliwości skracaj fragmenty, gdy bohater obserwuje, a nie działa.

W razie wątpliwości, przeczytaj też mój wcześniejszy tekst na temat tempa opowieści.

Czy czytelnik cały czas ma powód, żeby się przejmować?

Innymi słowy, czy Twoja opowieść trzyma w napięciu? Dopóki czytelnik martwi się, czy bohater przetrwa – a przynajmniej, czy osiągnie swój cel – dopóty będzie trwać przy lekturze. Gdy bohater nie stoi nad przepaścią, nie ma już powodu, żeby drżeć o jego los.

Zastanów się więc nad tym:

  1. Jak często bohater myśli o zagrożeniu lub stawia mu czoła? Nie ma znaczenia sam charakter niebezpieczeństwa – w jednych opowieściach herosi ryzykują życiem, w innych tylko reputacją, szczęściem osobistym lub spokojem ducha. Czytelnikowi warto jednak przypominać o ryzyku, a im wyższe tempo opowieści w danym momencie – tym częściej niebezpieczeństwo powinno przybierać namacalny kształt.

  2. Czy zapowiadasz nadciągające nieszczęścia? Jeżeli zasugerujesz, że coś złego stanie się w przyszłości, czytelnik będzie wypatrywać tego momentu, tym mocniej trzymając kciuki za bohatera. Zastanów się, czy możesz wprowadzić ten mechanizm, na przykład poprzez wykorzystanie „strzelby Czechowa”.

  3. Czy jeśli bohater wpadnie już w tarapaty, to zaraz potem wpada w kolejne? W pewnych momentach można „ścieśnić” sceny, w których postać podejmuje ryzyko, i usunąć spomiędzy nich fragmenty rozwlekające opowieść. Warto zdecydować się na jeden, dwa lub trzy takie punkty kulminacyjne w przypadku powieści. Opowiadania, wbrew pozorom, nie zawsze dają czas na wykorzystanie tego triku – na etapie edycji możesz już nie mieć okazji, żeby go uskutecznić.

  4. Czy z biegiem czasu bohater staje się coraz bardziej zdesperowany? Dobrze, jeśli straci swoje narzędzia, sojuszników, jego plany zawiodą, a okoliczności zmienią się niespodziewanie. Dobrze, jeśli do ostatecznej konfrontacji stanie nieprzygotowany i osamotniony. Jeśli możesz dopisać lub wzmocnić fragmenty, które ustanawiają taki stan rzeczy – zrób to.

Więcej rad na temat budowania napięcia znajdziesz tutaj.

Czy możesz to przekazać obrazami?

Skoro mamy odhaczone kwestie konstrukcyjne, pora zająć się językiem. Podstawową kwestią, którą warto rozważyć podczas edycji, jest jego obrazowość. Czyli – zgodnie z zasadą „show, don’t tell” – czy częściej przedstawiasz wydarzenia wprost, czy raczej je streszczasz, filtrujesz i pokazujesz czytelnikowi w przetworzonej wersji.

Oto pytania, które warto sobie zadać:

  1. Czy bohaterowie wyrażają emocje w dialogach lub w działaniu? Im częściej po prostu nazywasz ich reakcję, tym gorzej. Unikaj sformułowań takich jak „zawstydził się”, „zdenerwował”, „zaskoczyło go to”. Zamiast tego pozwól czytelnikowi domyślić się emocji postaci i pokaż tylko jej zewnętrzną reakcję. Wstyd to – powiedzmy – zaczerwienione policzki. Złość to krzyk. Zaskoczenie to wybałuszone oczy albo nagły brak języka w gębie.

  2. Jak często bohater spowiada się czytelnikowi ze swoich przeżyć? Powinien to robić rzadko, a możliwe, że wcale. Jest to szczególnie istotne w przypadku narracji pierwszoosobowej, bo to właśnie ona stwarza najwięcej okazji do spoufalania się z odbiorcami. Gdy widzisz, że bohater jest rozeźlony, zamiast nazywać to wprost, włóż mu w usta odpowiednią tyradę. Gdy się w kimś zakochał, niech działa, by zdobyć serce wybranki (lub wybranka), zamiast zarzucać czytelnika poematami na temat własnego uczucia.

  3. Jak często w opisach odwołujesz się do innych zmysłów niż wzrok i słuch? W tych miejscach, na które chcesz zwrócić uwagę czytelnika, odwołaj się też do węchu, smaku, dotyku, a nawet zmysłu równowagi (zależnie od tego, co ma najwięcej sensu).

Jak trudnego języka używasz?

Im więcej wysiłku czytelnicy muszą włożyć w przebicie się przez warstwę języka, tym większa ich liczba odpadnie i nie doczyta do końca. To duży problem w wypadku literatury popularnej, gdzie przystępność jest żelazną zasadą.

Możesz pozwolić sobie na więcej, gdy tworzysz tzw. literaturę ambitną. Albo – gdy produkujesz niszowe pozycje dla ściśle określonej grupy docelowej. W pierwszym przypadku Twoi czytelnicy będą otwarci na eksperymenty i stylizacje, wyżej ustawiona poprzeczka ich nie wystraszy. W drugim, zwykle wypada użyć specyficznego słownictwa, żargonu, tudzież sięgnąć po fachową terminologię.

Tak czy siak, niezależnie od obranej strategii, warto sprawdzić, czy nie komplikujesz spraw ponad miarę. Edytując materiał, zadaj sobie te pytania:

  1. Jak często widzisz zdania wielokrotnie złożone? Powinno ich być jak najmniej. Jeśli stosujesz stylizację, musisz wziąć na nią poprawkę (rozlany, „barokowy” styl pisania bywał modny w przeszłości). Moja rada jest jednak taka, żeby każde wielokrotnie złożone zdanie ciąć na kawałki i przerabiać na zdania prostsze. Oczywiście świat jest pełen wyjątków i nie każda złożona fraza rzeczywiście zasługuje na poćwiartowanie. Jeśli jednak masz wątpliwości – im coś brzmi prościej, tym będzie lepsze.

  2. Czy używasz nieadekwatnie skomplikowanych słów? Nie wrzucisz kwiatków takich jak „dychotomia”, „paradygmat” czy „internalizacja” do książki dla dzieci. Ani do opowieści fantasy, skoro już o tym mowa. Nawet gdy stosujesz stylizację, warto się dwa razy zastanowić nad dużymi słowami. To zwykle widać, gdy ktoś używa rzadkiego terminu bez potrzeby.

  3. Jak wielu przymiotników używasz? Im rzadziej po nie sięgasz, tym lepiej. Naprawdę. Szczególnie wystrzegaj się gromadzenia ich w kolejce przed rzeczownikiem. Lepiej brzmi „zamachnął się zardzewiałym mieczem”, niż „zamachnął się brudnym, zardzewiałym mieczem”. A najlepiej opisać ten miecz raz, a dobrze, wykorzystując tylko najmocniejsze przymiotniki – i mieć z głowy dalsze przypisywanie mu cech podczas opisywania akcji. „Zamachnął się mieczem” zawsze wygra.

  4. Czy jesteś w stanie przeczytać co bardziej skomplikowane fragmenty własnej prozy na głos? Jeśli tak, i jeśli postronni potrafią Cię zrozumieć, najwyraźniej wszystko gra. Jeśli jednak Twoi słuchacze nie wiedzą, o co chodzi – pora wprowadzić zmiany.

Jak poprawnie używasz języka?

Edycja tekstu to najlepszy moment na pozbycie się własnych błędów językowych. Swego czasu pisałem, że umiejętność właściwego stawiania przecinków nie jest kluczową kompetencją pisarza. No, nie jest. Od tego są korektorzy. Nie czarujmy się jednak – często znajdziesz się w sytuacji, gdy nie będzie komu po Tobie poprawić. Albo – gdy będzie Ci zależało na tym, żeby zrobić na różnej maści redaktorach jak najlepsze wrażenie.

Skoro już i tak bierzesz się do edycji, zwróć uwagę też i na te rzeczy:

  1. Przecinki. To prawdziwa zmora każdego, kto pisze po polsku. Z innymi cechami naszego języka nie ma aż takiego problemu. Gramatyki używamy na co dzień, więc po pewnym czasie rozumiemy ją intuicyjnie. Współczesne edytory tekstów bardzo skutecznie chronią nas przed błędami ortograficznymi (no, z wyjątkiem takich słów jak „morze” i „może”). Ale przecinki? Z tym cholerstwem perfekcyjnie radzą sobie tylko specjaliści. Nie ma się co krygować, ani użalać nad sobą – trzeba sięgnąć po słownik interpunkcyjny. I uczciwie sprawdzić wszystkie zdania, które wzbudzą jakiekolwiek wątpliwości.

  2. „Morze” i „może”. „Masarz” i „masaż”. „Wierzę” i „wieżę”. Jako się rzekło – Word nie podkreśli Ci wszystkiego. Nie polegaj tylko na nim.

  3. Wielkie litery, skrótowce i pochodne neologizmy. Moim zdaniem, łatwo na tym pojechać. Czy wiesz, że sformułowanie „strona www” powinno być zapisywane jako „strona WWW”? Skrót od World Wide Web. Wielu dziennikarzy nie ma o tym zielonego pojęcia. Tak samo neologizm „piar” od skrótu PR, czyli Public Relations, jest czasem zapisywany jako „pijar”. Nie wiedzieć czemu, bo pijar to mnich, członek Zakonu Szkół Pobożnych. Skrótowce i wszelkie nowinki językowe to pole minowe. Jeśli z nich korzystasz, warto się upewnić dwa razy, że nie wybuchną.

Czy możesz coś dodać?

Zbliżamy się do końca. Kiedy wszystkie powyższe punkty zostały już odhaczone, warto zastanowić się nad tym, co możesz jeszcze dopisać, żeby wzbogacić swoją opowieść.

Innymi słowy:

  1. Czy wszystkie wątki, które rozwijasz, są na koniec zamknięte? Nie musisz traktować sprawy rygorystycznie i domykać wszystkiego ostatecznie. Na przykład – zabijając postać poboczną, albo wysyłając ją na drugi koniec świata. To jednak bardzo zły pomysł, żeby zostawiać któryś z elementów opowieści w pół słowa. Jeśli wątkiem pobocznym w Twojej książce jest romans, gdzieś w okolicach końca warto wrócić do tematu. Możesz urządzić bohaterom ślub. Możesz doprowadzić do zerwania. Możesz tylko zasugerować, że sprawy mają się dobrze i jest nadzieja na poważniejszy związek. Cokolwiek zdecydujesz, ważne, żeby wrócić w jakiś sposób do każdego wątku i coś o nim powiedzieć.

  2. Czy opowieść rzeczywiście wyraża to, co miała wyrażać? Dobre książki są „o czymś” i jestem pewien, że Twoja również ma motyw przewodni. To ostatni moment, żeby sprawdzić, czy udało Ci się powiedzieć wszystko, co było warte powiedzenia. Jeśli nie, wymyśl nowe wątki, nowe sceny i opisy, które wzmocnią przekaz. Zmień istniejące, gdy trzeba.

Usuń 20% tekstu. Co kwalifikuje się do wycinki?

No i teraz największa zabawa. Po tej całej pracy, poprawkach i szlifowaniu tekstu – skasuj 20% z tego, co zostało.

Oczywiście – czujesz spory opór przed zastosowaniem się do tej rady. To całkowicie zrozumiałe. Napisanie każdego słowa kosztuje więcej energii, niż jego usunięcie. Dla czytelnika sprawa wygląda jednak dokładnie na odwrót. Czytanie o rzeczach, które nie mają znaczenia, kosztuje go więcej, niż o tych, które są dla historii ważne. A ostatecznie przecież na tym Ci zależy – żeby skutecznie dotrzeć do ludzi. Nie na tym, żeby pokazać im wszystko, co wyszło spod Twojej ręki.

20% to, naturalnie, wartość arbitralna. Doświadczenie podpowiada mi, że w większości wypadków tyle właśnie można wyciąć, żeby dzieło ciągle miało sens. Być może jednak w Twoim wypadku liczba usuniętych znaków powinna być inna. 30%. 10%. Jeśli piszesz zwięźle, może 5%. Pewne jest tylko jedno – masz więcej materiału, niż Ci rzeczywiście potrzeba.

Zastanów się przede wszystkim nad drugorzędnymi opisami, które „budują klimat” i „przedstawiają tło”. Czy nie możesz ich skrócić? Czy nie możesz skrócić scen, w których główny bohater nie występuje, lub odgrywa w nich rolę drugorzędną? Może część dialogów jest niepotrzebnie przegadana albo zawiera zbyt wiele tekstu pomocniczego? Słowa takie jak „powiedział”, „wykrzyknął”, „wyszeptał” często można pominąć, zwłaszcza gdy rozmawiają dwie osoby, a sam kształt wypowiedzi sugeruje jej ton.

Długie zdania zawsze można wyżąć ze zbędnych ozdobników. Rozgadane akapity zawsze da się sprowadzić do właściwych rozmiarów. W ostatecznym rozrachunku, kontrolowana destrukcja jest częścią aktu twórczego. I o to tak naprawdę chodzi w edycji własnego tekstu – o przycinanie żywopłotu.

Foto: Unhindered by Talent / Foter / CC BY-SA

Zapisz się na newsletter! Spisek Pisarzy wysyła tylko to, co warto przeczytać.



Tomasz Węcki

Tomasz Węcki


Cześć, mam na imię Tomek i jestem grafomanem. Od kilkunastu lat udaje mi się połączyć przyjemne z pożytecznym i utrzymuję się przede wszystkim z pisania. Byłem już dziennikarzem, piarowcem, copywriterem, ghostwriterem, dokumentalistą i autorem tekstów do gier komputerowych. Teraz możesz również przeczytać moją pierwszą książkę – „Wtajemniczenie”.

12 odpowiedzi

  1. M.Dream pisze:

    „Kontrolowana destrukcja jest częścią aktu twórczego” – uwielbiam ten tekst i sama często z niego korzystam przy „douczaniu” w pisaniu do prasy 😉 Porady z pewnością przydatne i niezwykle trafne. Temat edycji chyba został wyczerpany. A trzeba przyznać jest to jeden z tych elementów procesu twórczego, które przysparzają najwięcej kłopotów, a czasem wręcz złości, frustracji i łez, gdy trzeba wyciąć jakiś iście „genialny” fragment, który niestety odbiegł gdzieś poza orbitę głównego wątku.

  2. Ilghazi pisze:

    Brrr… A ja tak przykroiłem opisy i ścieśniłem akcję, że moja powieść bardziej przypomina scenariusz filmowy, niż książkę. Zobaczymy co powiedzą recenzenci :p

  3. Adam Kucharuk pisze:

    Jak zwykle bardzo wartościowy tekst. Niby wszystko wiesz, ale gubisz się w szczegółach. Jedyne z czym się nie do końca zgadzam, to z przyczepianiem się do pierwszych stron i tej pogody, prologu itd. To, że akurat tobie się to nie podoba, nie znaczy, że jest to złe. Dla mnie to wieje taką klasyką. Gdy pierwszy raz sięgałem po literaturę właśnie tak ona się zaczynała zazwyczaj. Jeśli już mam przekreślić tekst, to po przynajmniej 80 stronach, a nie po samym fakcie, że ktoś zaczął od tego, jak bohater wstaje rano i patrzy w lustro. Było? Jasne, że było, ale jak może nie być, jak aspirujący pisarz przeczytał to sto razy już gdzieś i wryło mu się do głowy. No i szczególnie w niektórych gatunkach wydaje mi się to mieć rację bytu. Pozdrawiam serdecznie.

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      OK, żeby oczyścić pole, powiem tak: oczywiście, że moje gusta nie są uniwersalne i znajdzie się wielu ludzi, których pogoda w pierwszym zdaniu nie zrazi. A z całą pewnością – nie aż tak, żeby rzucić książką w kąt.

      Nie zniechęcam do pewnych sposobów na rozpoczęcie opowieści dlatego, że owe sposoby mi się nie podobają – ale dlatego, że są nieefektywne. Nie dostarczają czytelnikowi tych informacji, których potrzebuje. Nie budują wystarczająco mocnej więzi z bohaterem. Słowem, nie wciągają. Trzeba się przez nie przebić, żeby dotrzeć do bardziej interesującej treści. To nie jest dobra decyzja, żeby spotkanie z czytelnikiem zaczynać od rzucania mu kłód pod nogi.

      Natomiast co do tego, że kiepskie początki da się znaleźć wszędzie – całkowicie się zgadzam. Marzec minął mi pod znakiem chorób, więc nadrabiałem zaległości książkowe (trzeba podnieść wskaźniki czytelnictwa w kraju!). Każda pozycja polskiego autora – nieważne, nowość czy klasyka – za którą się zabrałem, zaczynała się od czegoś niemożebnie drętwego. Największą świadomość tych braków widziałem u autorów, którzy zdecydowali się na wprowadzenie prologu. Miałem wrażenie, że rzeczywiście tymi prologami starają się jakoś podnieść atrakcyjność dzieła. Cóż jednak z tego, skoro sam prolog nie jest optymalnym rozwiązaniem i tak naprawdę wprowadza więcej komplikacji niż rozwiązuje problemów.

      Z literaturą anglosaską nie miałem takich zgrzytów. Początki zwykle gładko wprowadzały mnie w dalszą akcję; ba, niektóre rzucały od razu na głęboką wodę i już na pierwszej stronie uczyły pływać. Nawet zakładając, że próbki literackie, z którymi miałem do czynienia, nie były sobie równe (na zasadzie konfrontacji światowego bestsellera z książką akurat w tym sezonie wciskaną przez grono zaprzyjaźnionych recenzentów) – nawet to zakładając, myślę, że jest tu pewna prawidłowość. Polscy pisarze wprawdzie umieją ładnie wyginać język, ale nie są zbyt mocni w konstruowaniu opowieści.

      Dlaczego tak jest? No cóż, po pierwsze – konstruowanie opowieści nie jest takie znów proste i intuicyjne. Niewielu potrafi to ogarnąć samodzielnie. Po drugie – prawie nikt tego w Polsce nie uczy. Mam wrażenie, że mało kto się nad tymi kwestiami w ogóle zastanawia. Jeśli już robi się to szerzej, to z punktu widzenia „krytyki literackiej” czyli z punktu widzenia czytelnika. Takie ujęcie, niestety, nie jest szczególnie przydatne dla pisarza.

      Po trzecie… Cóż, „po trzecie” wskazałeś sam. Większość tego, co uważamy za naszą literacką klasykę, powstało w czasach, gdy ludzie mieli więcej cierpliwości do książek. Do tej pory nie wykształciła się u nas szczególna refleksja na temat pisarskich metod, więc zamiast poprawiać po dawnych mistrzach, po prostu ich małpujemy. Młody pisarz czyta później literaturę współczesną, w której pełno dziewiętnastowiecznych prologów, i myśli, że „tak trzeba”. Tak się pisze. Nie można inaczej. Propaguje te same błędy dalej.

  4. Arli pisze:

    Jak zwykle nie mogę powstrzymać się od przeczytania kilku rozsądnych słów od człowieka, który najwyraźniej zna się na rzeczy. Jestem zauroczona Twoimi radami i biorę je zawsze pod uwagę przy analizie własnego tekstu. Cieszę się wchodząc na ten serwis, gdyż daje on motywację do działania i pociesza jednocześnie myślą, że polska literatura nie skończyła się na Mickiewiczu, Prusie, czy Żeromskim. Dzięki temu myślę, że przy odrobinie wysiłku można wskrzesić sztukę w tym kraju, zamiast oglądać się na innych.

  5. Indianin pisze:

    A ja mam pytanie nie na temat, ale w temacie książek i wydawnictw. Otóż czy wydawnictwo wyda mi książkę z moją okładką czy raczej muszę przyjąć ich projekt?

  6. pepe1195 pisze:

    Wszystkie rady fajne, z pewnością przydatne. Ale nie mogę się wyzbyć wrażenia, że Twoim głównym mottem jest więcej szybciej lepiej. Większosc rad się odnosi do tego:
    – bohater musi być zagrożony
    – bohater musi coś robić
    – znajomi bohatera muszą coś robić
    – okazuje się że bohater zrobił źle i ryzyko jest większe
    – w końcu można usiąść i odetchnąć? NIE!!! bohater nie może siedzieć w miejscu.

    Oczywiście wyolbrzymiam ale takie są moje odczucia po tym artykule.
    Pozdrawiam serdecznie bo z resztą artykułów zawsze się zgadzałem :)

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Hmm… Chyba nie do końca tak to wygląda w tekście. 😉 Ale OK, rozumiem o co Ci chodzi. Sporo jest tam rad służących zwiększeniu dynamiki tekstu. Daję je jednak nie dlatego, że lubię czytać scenariusze filmowe, ani też dlatego, żebym uważał maksymalne skupienie na akcji za jedyną słuszną drogę. Idzie o to, że pierwsze szkice opowieści zwykle są ślamazarne i rozdęte. Podczas edycji warto zadbać, żeby efekt końcowy był lżejszy i bardziej chwytliwy.

      Oprócz tego – cóż, mam wrażenie, że współczesny czytelnik woli jednak dynamiczne teksty. Tę dynamikę można podnosić różnorako. Zdarzało mi się czytać książki, w których język, mimo że bogaty, bardzo ułatwiał lekturę, dodawał jej skrzydeł. Częściej jednak miałem do czynienia z dziełami, gdzie próbowano osiągnąć podobny efekt, ale zamiast tego wyszło wodolejstwo. Najprostszą, najłatwiejszą drogą do zwiększenia dynamiki tekstu wydaje mi się więc skracanie opisów, przycinanie zdań, a eksponowanie dialogów i akcji. To nie znaczy, że jest to metoda uniwersalna, i że do każdej opowieści będzie pasować – ale w większości przypadków się sprawdzi. Z całą pewnością jest najlepszym wyjściem, gdy mamy do czynienia z literaturą popularną.

      • pepe1195 pisze:

        Jasne, i z innych tekstów to wynika. Ale akurat w tym wygląda to tak jak napisałem wyżej :)

  7. Poprawianie moich własnych tekstów, to jest ta część roboty z którą mam największy problem, której najbardziej nie znoszę i która najgorzej mi wychodzi :( Nie mówię o błędach językowych, bo te chyba są najprostsze do poprawienia. Ale usuwanie i przerabianie scen, drobne dziury w fabule… nawet gdy czytam swój tekst po napisaniu, nie widze tego wszystkiego i cały czas wydaje mi się, że wszystko jest ok.
    Niedawno napisalam opowiadanie i planuje je za jakiś miesiąc-dwa zacząć poprawiać, ale już wiem, że to będzie masakra.
    Swoją drogą tu się idealnie sprawdza prawdziwość powiedzenia, że człowiek drzazgi w swoim oku nie zobaczy, ale belkę w oku bliźniego juz tak :)

  8. przygucki pisze:

    piszecie o wszystkim tylko nie na temat.wlaczam komputer kliwam firefox i pokazuje mi wsie strona tytulowa n. fakty.pl z informacjami. jak w tej sytuacji mam napisac list do ukochanej.podajcie krok po kroku wowczas bedzie to czytelne.jestem poczatkujacy i chce to zglebic wiec wasze nauki sa mi nie przydatne to jest dobre dla zaawansowanych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *