Jak poprawić własną książkę?

Tomasz Węcki


Cześć, mam na imię Tomek i jestem grafomanem. Od kilkunastu lat udaje mi się połączyć przyjemne z pożytecznym i utrzymuję się przede wszystkim z pisania. Byłem już dziennikarzem, piarowcem, copywriterem, ghostwriterem, dokumentalistą i autorem tekstów do gier komputerowych. Teraz możesz również przeczytać moją pierwszą książkę – „Wtajemniczenie”.

15 komentarzy

  1. M.Dream napisał(a):

    „Kontrolowana destrukcja jest częścią aktu twórczego” – uwielbiam ten tekst i sama często z niego korzystam przy „douczaniu” w pisaniu do prasy 😉 Porady z pewnością przydatne i niezwykle trafne. Temat edycji chyba został wyczerpany. A trzeba przyznać jest to jeden z tych elementów procesu twórczego, które przysparzają najwięcej kłopotów, a czasem wręcz złości, frustracji i łez, gdy trzeba wyciąć jakiś iście „genialny” fragment, który niestety odbiegł gdzieś poza orbitę głównego wątku.

  2. Ilghazi napisał(a):

    Brrr… A ja tak przykroiłem opisy i ścieśniłem akcję, że moja powieść bardziej przypomina scenariusz filmowy, niż książkę. Zobaczymy co powiedzą recenzenci :p

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Heh… No, dobrze napisane scenariusze też się przyjemnie czyta. 🙂

      Beta-czytelnicy to dobry pomysł, BTW.

  3. Adam Kucharuk napisał(a):

    Jak zwykle bardzo wartościowy tekst. Niby wszystko wiesz, ale gubisz się w szczegółach. Jedyne z czym się nie do końca zgadzam, to z przyczepianiem się do pierwszych stron i tej pogody, prologu itd. To, że akurat tobie się to nie podoba, nie znaczy, że jest to złe. Dla mnie to wieje taką klasyką. Gdy pierwszy raz sięgałem po literaturę właśnie tak ona się zaczynała zazwyczaj. Jeśli już mam przekreślić tekst, to po przynajmniej 80 stronach, a nie po samym fakcie, że ktoś zaczął od tego, jak bohater wstaje rano i patrzy w lustro. Było? Jasne, że było, ale jak może nie być, jak aspirujący pisarz przeczytał to sto razy już gdzieś i wryło mu się do głowy. No i szczególnie w niektórych gatunkach wydaje mi się to mieć rację bytu. Pozdrawiam serdecznie.

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      OK, żeby oczyścić pole, powiem tak: oczywiście, że moje gusta nie są uniwersalne i znajdzie się wielu ludzi, których pogoda w pierwszym zdaniu nie zrazi. A z całą pewnością – nie aż tak, żeby rzucić książką w kąt.

      Nie zniechęcam do pewnych sposobów na rozpoczęcie opowieści dlatego, że owe sposoby mi się nie podobają – ale dlatego, że są nieefektywne. Nie dostarczają czytelnikowi tych informacji, których potrzebuje. Nie budują wystarczająco mocnej więzi z bohaterem. Słowem, nie wciągają. Trzeba się przez nie przebić, żeby dotrzeć do bardziej interesującej treści. To nie jest dobra decyzja, żeby spotkanie z czytelnikiem zaczynać od rzucania mu kłód pod nogi.

      Natomiast co do tego, że kiepskie początki da się znaleźć wszędzie – całkowicie się zgadzam. Marzec minął mi pod znakiem chorób, więc nadrabiałem zaległości książkowe (trzeba podnieść wskaźniki czytelnictwa w kraju!). Każda pozycja polskiego autora – nieważne, nowość czy klasyka – za którą się zabrałem, zaczynała się od czegoś niemożebnie drętwego. Największą świadomość tych braków widziałem u autorów, którzy zdecydowali się na wprowadzenie prologu. Miałem wrażenie, że rzeczywiście tymi prologami starają się jakoś podnieść atrakcyjność dzieła. Cóż jednak z tego, skoro sam prolog nie jest optymalnym rozwiązaniem i tak naprawdę wprowadza więcej komplikacji niż rozwiązuje problemów.

      Z literaturą anglosaską nie miałem takich zgrzytów. Początki zwykle gładko wprowadzały mnie w dalszą akcję; ba, niektóre rzucały od razu na głęboką wodę i już na pierwszej stronie uczyły pływać. Nawet zakładając, że próbki literackie, z którymi miałem do czynienia, nie były sobie równe (na zasadzie konfrontacji światowego bestsellera z książką akurat w tym sezonie wciskaną przez grono zaprzyjaźnionych recenzentów) – nawet to zakładając, myślę, że jest tu pewna prawidłowość. Polscy pisarze wprawdzie umieją ładnie wyginać język, ale nie są zbyt mocni w konstruowaniu opowieści.

      Dlaczego tak jest? No cóż, po pierwsze – konstruowanie opowieści nie jest takie znów proste i intuicyjne. Niewielu potrafi to ogarnąć samodzielnie. Po drugie – prawie nikt tego w Polsce nie uczy. Mam wrażenie, że mało kto się nad tymi kwestiami w ogóle zastanawia. Jeśli już robi się to szerzej, to z punktu widzenia „krytyki literackiej” czyli z punktu widzenia czytelnika. Takie ujęcie, niestety, nie jest szczególnie przydatne dla pisarza.

      Po trzecie… Cóż, „po trzecie” wskazałeś sam. Większość tego, co uważamy za naszą literacką klasykę, powstało w czasach, gdy ludzie mieli więcej cierpliwości do książek. Do tej pory nie wykształciła się u nas szczególna refleksja na temat pisarskich metod, więc zamiast poprawiać po dawnych mistrzach, po prostu ich małpujemy. Młody pisarz czyta później literaturę współczesną, w której pełno dziewiętnastowiecznych prologów, i myśli, że „tak trzeba”. Tak się pisze. Nie można inaczej. Propaguje te same błędy dalej.

  4. Arli napisał(a):

    Jak zwykle nie mogę powstrzymać się od przeczytania kilku rozsądnych słów od człowieka, który najwyraźniej zna się na rzeczy. Jestem zauroczona Twoimi radami i biorę je zawsze pod uwagę przy analizie własnego tekstu. Cieszę się wchodząc na ten serwis, gdyż daje on motywację do działania i pociesza jednocześnie myślą, że polska literatura nie skończyła się na Mickiewiczu, Prusie, czy Żeromskim. Dzięki temu myślę, że przy odrobinie wysiłku można wskrzesić sztukę w tym kraju, zamiast oglądać się na innych.

  5. Indianin napisał(a):

    A ja mam pytanie nie na temat, ale w temacie książek i wydawnictw. Otóż czy wydawnictwo wyda mi książkę z moją okładką czy raczej muszę przyjąć ich projekt?

  6. pepe1195 napisał(a):

    Wszystkie rady fajne, z pewnością przydatne. Ale nie mogę się wyzbyć wrażenia, że Twoim głównym mottem jest więcej szybciej lepiej. Większosc rad się odnosi do tego:
    – bohater musi być zagrożony
    – bohater musi coś robić
    – znajomi bohatera muszą coś robić
    – okazuje się że bohater zrobił źle i ryzyko jest większe
    – w końcu można usiąść i odetchnąć? NIE!!! bohater nie może siedzieć w miejscu.

    Oczywiście wyolbrzymiam ale takie są moje odczucia po tym artykule.
    Pozdrawiam serdecznie bo z resztą artykułów zawsze się zgadzałem 🙂

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Hmm… Chyba nie do końca tak to wygląda w tekście. 😉 Ale OK, rozumiem o co Ci chodzi. Sporo jest tam rad służących zwiększeniu dynamiki tekstu. Daję je jednak nie dlatego, że lubię czytać scenariusze filmowe, ani też dlatego, żebym uważał maksymalne skupienie na akcji za jedyną słuszną drogę. Idzie o to, że pierwsze szkice opowieści zwykle są ślamazarne i rozdęte. Podczas edycji warto zadbać, żeby efekt końcowy był lżejszy i bardziej chwytliwy.

      Oprócz tego – cóż, mam wrażenie, że współczesny czytelnik woli jednak dynamiczne teksty. Tę dynamikę można podnosić różnorako. Zdarzało mi się czytać książki, w których język, mimo że bogaty, bardzo ułatwiał lekturę, dodawał jej skrzydeł. Częściej jednak miałem do czynienia z dziełami, gdzie próbowano osiągnąć podobny efekt, ale zamiast tego wyszło wodolejstwo. Najprostszą, najłatwiejszą drogą do zwiększenia dynamiki tekstu wydaje mi się więc skracanie opisów, przycinanie zdań, a eksponowanie dialogów i akcji. To nie znaczy, że jest to metoda uniwersalna, i że do każdej opowieści będzie pasować – ale w większości przypadków się sprawdzi. Z całą pewnością jest najlepszym wyjściem, gdy mamy do czynienia z literaturą popularną.

      • pepe1195 napisał(a):

        Jasne, i z innych tekstów to wynika. Ale akurat w tym wygląda to tak jak napisałem wyżej 🙂

  7. Ania Karbowska napisał(a):

    Poprawianie moich własnych tekstów, to jest ta część roboty z którą mam największy problem, której najbardziej nie znoszę i która najgorzej mi wychodzi 🙁 Nie mówię o błędach językowych, bo te chyba są najprostsze do poprawienia. Ale usuwanie i przerabianie scen, drobne dziury w fabule… nawet gdy czytam swój tekst po napisaniu, nie widze tego wszystkiego i cały czas wydaje mi się, że wszystko jest ok.
    Niedawno napisalam opowiadanie i planuje je za jakiś miesiąc-dwa zacząć poprawiać, ale już wiem, że to będzie masakra.
    Swoją drogą tu się idealnie sprawdza prawdziwość powiedzenia, że człowiek drzazgi w swoim oku nie zobaczy, ale belkę w oku bliźniego juz tak 🙂

  8. przygucki napisał(a):

    piszecie o wszystkim tylko nie na temat.wlaczam komputer kliwam firefox i pokazuje mi wsie strona tytulowa n. fakty.pl z informacjami. jak w tej sytuacji mam napisac list do ukochanej.podajcie krok po kroku wowczas bedzie to czytelne.jestem poczatkujacy i chce to zglebic wiec wasze nauki sa mi nie przydatne to jest dobre dla zaawansowanych.

  9. Aga napisał(a):

    Jesteś moją Biblią. Wszystko, co mówisz chce spamietac, zrozumieć i zastosowac. Wydrukuję sobie ten tekst, powiesze na ścianie, położę przy łóżku, wypcham nim kieszenie, abym w każdym momencie miała do niego dostęp. Nie żartuję. Na reszcie ktoś zdefiniowal to, co od lat kolatalo mi się w głowie, lecz nie umiałam tego uchwycić. Wielkie dzięki.

  10. Aga. napisał(a):

    Miałam na myśli „nareszcie” 😉

  11. Gość napisał(a):

    Witam, Jestem początkującą pisarką. W tej chwili skończyłam pisać książkę i zaczęłam ją edytować. Mam wrażenie po kilkunastktotnym przeczytaniu swojego dzieła, że coś mi ucieka. Faktycznie czuję upór po wykreślaniu tekstu, który tak dużo mnie kosztował. Jestem ciekawa opinii czy moja książka trzyma w napięciu. Jej tytuł to ,,szara strefa”. Głównym bohaterem jest nastoletni chłopak, który żyje w mieście (w pełni technicznie zaawansowanym, ale też i miejscem gdzie jest pełno smogu) i z pewnych przyczyn władze miasta chcą go zabić. Udaje mu się uciec. Po jakimś czasie spotyka dziewczynę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *