Breaking Saul – czyli czego można się nauczyć z seriali?

Tomasz Węcki


Cześć, mam na imię Tomek i jestem grafomanem. Od kilkunastu lat udaje mi się połączyć przyjemne z pożytecznym i utrzymuję się przede wszystkim z pisania. Byłem już dziennikarzem, piarowcem, copywriterem, ghostwriterem, dokumentalistą i autorem tekstów do gier komputerowych. Teraz możesz również przeczytać moją pierwszą książkę – „Wtajemniczenie”.

9 komentarzy

  1. Ja się nie do końca zgodzę z pierwszym punktem. Wnioski są dobre, ale IMHO źle ujęte.

    KIedyś, dawno temu jedna z moich znajomych zauważyła, że istnieje coś takiego jak „paradoks nadmiernej stawki”. Otóż: jeśli bohater zostanie postawiony w sytuacji bez wyjścia i okaże się, że musi wygrać, bo bez tego jego dziewczyna,rodzina, towarzysze broni, zwierzęta domowe i cała ludzkość bez mała zostaną utrupione, to napięcie od razu spada, bo wiadomo, że w takiej sytuacji bohater MUSI wygrać.

    Natomiast w sytuacjach, gdy gra się o niższą stawkę: życie kumpla, romans z dziewczyną, skarb z wyspy skarbów, moralność, pieniądze, wolność etc. gdzie MOŻNA sobie pozwolić na przegraną, bo świat się od tego nie zawali sytuacja robi się dziesiątki razy ciekawsza.

    Zarówno w BB jak i BCS czegoś takiego nie ma. O obu bohaterach od początku wiadomo, jak skończy się dla nich historia: Walter umrze, a Saul będzie musiał się ukrywać. Liczy się natomiast to, jak do tego dojdzie.

    Należy zauważyć też, że obie serie bardzo ładnie to wyśrodkowują: bohaterowie grają o takie stawki, że ich przegrana wywołuje reakcję emocjonalną, ale jednocześnie nie przytłacza widza.

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Słuszna uwaga. Ze wszystkim można przesadzić, więc ze stawkami również. Mam jednak wrażenie, że problem dotyczy przede wszystkim tych rodzajów literatury, które ochoczo sięgają po konwencję eposu. Wtedy łatwo przychodzi stawiać na szali losy całego świata. No i kłopotliwy jest też dyktat happy endów, bo wtedy rzeczywiście – bohaterowi musi się udać.

    • pepe1195 napisał(a):

      Niekoniecznie. Fatalizm. Bohater może wszystko stracić. Zagrał i przegrał. I jest trochę takich produkcji.

    • Sakitta napisał(a):

      Otóż zgodzę się połowicznie. Cenna uwaga, lecz trochę biją we mnie słowa: ,,Musi wygrać”. Otóż nie ,,musi”. Gram obecnie w ciekawą grę, ale żeby nie spoilerować, nie przytoczę tytułu. Dodam tylko, że jest dość stara i uchodzi za slangową ,,pikselozę” (czy tamte gry rzeczywiście miały duszę w odróżnieniu od obecnych, czy to tylko tęsknota za dzieciństwem? – nie wiem, lecz wrócić zawsze miło.) W połowie gry mamy sytuacją, kiedy świat stoi na krawędzi zagłady, niedawno sprzymierzeni zajęli stolicę imperium, które wcześnie walczyło dosłownie ze wszystkimi wygrywając z marszu, i można by oczekiwać, że w końcu czekają nas czasy spokoju i kolorowych motylków nad kwiecistymi łąkami. Imperator wyjaśnia kilka rzeczy, dowódcy, którzy użyli broni masowego rażenia zostaną ukarani, pada obietnica opuszczenia zajmowanych terenów, a żołnierzom wzbrania się dalszej walki. Jednak coś idzie nie tak. Jeden z dowódców imperium zaczyna kraść magię z innego świata, rosnąc w siłę ponad wszelką miarę. Część sił imperium próbuje z nim walczyć, przegrywają z kretesem. Nasi bohaterowie postanawiają uderzyć, nim ten osiągnie moc absolutną i zawładnie światem. W tym celu przeprowadzają nalot, niszcząc lotnictwo imperatora, współpracującego z potężnym dowódcą. Wcześniejsze obrady pokojowe były tylko mrzonką, a imperium jest potężniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Nasz wróg niebawem może stać się bogiem i tylko my możemy go powstrzymać. Dochodzi do walki, lecz… przegrywamy ją… Świat, który znaliśmy dotąd, o który walczyliśmy, który pokochaliśmy, uległ katastrofie. Powierzchnia w dużej mierze zniszczona, wiele miast się nie zachowało, zmienił się układ kontynentów, nawet imperium nie istnieje, ponieważ dowódca zdradził swego władcę, niszcząc także jego. Teraz musimy odnaleźć się w nowym świecie, a nie wszyscy z dawnej grupy bohaterów pragną walczyć, nie dostrzegając w tym sensu. Jedna czarodziejka chce odtąd zajmować się sierotami, twierdząc, że przez całe życie nie dawano jej wyboru, lecz teraz w końcu chce zrobić coś, co sama uznała za słuszne, nie tylko przelewać krew za losy świata. Opisałem środek gry, gdzie rozgrywka dotyczyły przetrwania całego świata, a mimo to moim zdaniem wyszło świetnie. Kiedy nie można zawieść, a mimo to bohater zawodzi, powstaje coś unikalnego, coś co będziemy pamiętać. Bez sensu jest natomiast sytuacja, gdyby historia zakończyłaby się już na obradach pokojowych – spodziewane zwycięstwo. Twórcy kusili nas upragnionym przez postaci pokojem, w zanadrzu szykując jeszcze większe zagrożenie. Niech bohater przegra tę najważniejszą walkę i zawiedzie wszystkich, wtedy otrzymamy historię nie z przytupem, ale z bombą atomową.

  2. MARGOTA KOTT napisał(a):

    „Breaking Bad” to majstersztyk. Wspaniale rozegrana i genialnie przemyślana fabuła, gdzie wszystkie wątki zazębiają się ze sobą a pojawienie się kolejnej osoby czy sprawy zawsze ma sens. Zawsze czekałam na następny odcinek jak narkoman na głodzie. Natomiast „Better Call Saul” wiele obiecywał, ale.. niestety nie spełnił moich oczekiwań (co nie oznacza, że nie będę czekała na 2 sezon). Jednakże zauważyłam, że odcinki były bardzo nierówne pod wieloma względami – napięcia, ważności spraw, tempa akcji. Ten serial jest tworzony jakby na siłę i to go gubi. Ale my tu o serialach a należymy przecież do Spisku PISARZY;) Jaką lekcję możemy więc wyciągnąć z zestawienia tych dwóch seriali? Po pierwsze: po ewentualnym sukcesie pierwszej książki nie upajać się do bólu sukcesem, ale postawić sobie poprzeczkę jeszcze wyżej. Po drugie: po napisaniu książki pozwolić jej się „odleżeć” jakiś czas w szufladzie a potem przyjrzeć się jej krytycznym okiem. Nie godzić się na bylejakość!!! Nigdy! Lepiej uczyć się na czyichś błędach a nie na swoich…Te zbyt drogo nas kosztują…

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Hmm… Mam wrażenie, że to powszechny problem ze spin-offami, że robi się je na siłę. 😉 Ale IMHO nawet nie o to chodzi w wypadku BCS – patrząc na fabułę całościowo to ciągle jest top class. Najbardziej zgrzyta mi, że dostaję komedię obyczajową, która korzysta z tych samych narzędzi, co „Breaking Bad”, a nie wnosi od siebie aż tak wiele. Czyli zawodzi koncept.

      Ale cóż. Pomimo marudzenia, też będę czekać na drugi sezon. 😀

  3. Cord napisał(a):

    A ja się spytam, tak nie na temat wpisu. Czy w przyszłości pojawi się coś na temat nadawania tytułów? A jeżeli nie, to czy istnieje jakaś złota rada, która trochę to ułatwia? Nieważne ile stron ma opowiadanie lub jakikolwiek tekst, który napiszę, nawet jeżeli byłby tasiemcem, nie potrafię nadać mu tytułu. Męczę te tytuły i męczę, a skutki są zazwyczaj takie, że i tak to co wymyślę jest kompletnie nieadekwatne do treści, zawiewa kiczem lub jest zbyt proste i nijakie.

  4. Tardis napisał(a):

    A tym razem się z tobą nie zgodzę ;p
    Uważam, że historia Saula/Jimiego jest sto razy lepsza o historii Walta, ale to oczywiście moje zdanie
    Także choć potrafisz przekonać tym artykułem do swojej tezy, nadal stawiam Saula wyżej na piedestale, od naszego chemika.

    • Ali napisał(a):

      I ja się zgodzę. Uwielbiam i Saula, i to, że wreszcie mamy dobrą postać kobiecą (Kim). BB oglądałam z ciekawością, ale bez gorączki. BCS połykałam odcinek za odcinkiem i teraz nie mogę doczekać się kolejnego sezonu. Mam wrażenie, że tu postaci i ich relacje są mimo wszystko pełniejsze – może dlatego, że tej akcji nie jest tak przytłaczająco dużo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *