Co warto czytać, żeby lepiej pisać?

Przeglądając w sieci serwisy literackie natrafić można na nierzadkie pytanie: „jakie książki należy czytać, by zostać pisarzem?”. Temat ten powraca z regularnością wschodów i zachodów słońca, więc dojść można do wniosku, że istnieje społeczne zapotrzebowanie na odpowiedź. Spróbuję dzisiaj takiej udzielić.

Niestety będę musiał rozpocząć od bardzo przykrej prawdy. Otóż: pisarzem nie można zostać czytając książki, nawet jeśli są to poradniki pisarskie, podobnie jak nie można nim się stać kończąc studia lub specjalny kurs. Pisarzem zostaje się pisząc i publikując książki.

Niemniej jednak lektura niektórych pozycji faktycznie może nam to zadanie ułatwić. Oto typy książek, na które moim zdaniem należy w pierwszej kolejności zwrócić uwagę:

Podręczniki do polskiego

Pierwszą lekturę, którą polecam, a którą osobiście (do czego niestety wstyd się przyznać) zlekceważyłem, są szkolne podręczniki do języka polskiego. Będąc pisarzem wypadałoby wiedzieć co nieco o swoim głównym narzędziu, i to nie tylko by nabyć niezbędnego w życiu obycia.

Niestety oznacza to, że powinniśmy wiedzieć, co to są te wszystkie przydawki i onomatopeje, czym różni się temat utworu od motywu, albo jakie są rodzaje narracji. Bardzo przydatna jest też wszelka wiedza o strukturze i analizie utworów oraz o wszelkich zabiegach stylistycznych. Znając je będzie nam łatwiej zaplanować dzieło, a samo pisanie stanie się prostsze. Są to elementy programu tak nudne, że nawet nauczyciele nie próbują z nich pytać, a wiedza o nich zwykle przebąkiwana jest gdzieś na marginesie programu.

Książki innych rzemieślników

Po drugie: warto czytać innych pisarzy. I to niekoniecznie mistrzów gatunku, w którym się tworzy, a raczej zwykłych rzemieślników i wyrobników. Warto też mieć możliwie szerokie gusta. Dobrze jest znać przynajmniej kilka romansów, kryminałów, książek sensacyjnych obfitujących w akcję oraz podróżniczych. Przykładem autora, którego zawsze wymieniam jako wartego przeczytania (i za którego zawsze dostaję po głowie) jest Andrzej Pilipiuk.

Nie jest to najlepszy pisarz, jakiego wydała polska ziemia, niemniej powiedzmy sobie szczerze: czytanie literackich noblistów nie nauczy nas pisać książek. Pilipiuk natomiast posiada kilka zalet, których owi nobliści z punktu widzenia początkującego pisarza nie posiadają. Jest nią łopatologiczność jego utworów. W tej prozie, a zwłaszcza we wczesnych opowiadaniach o Wędrowyczu, łatwo dostrzec strukturę: gdzie zaczyna się i kończy wstęp, gdzie następuje rozwinięcie akcji i jej zakończenie, kiedy autor buduje postacie, kiedy dochodzi do momentu kulminacyjnego… Jeśli spojrzeć uważnie, opowiadania te są jak preparaty anatomiczne w sali do biologii.

I właśnie w ten sposób należy czytać: nie tylko dla przyjemności, lecz by zapoznać się z warsztatem ich autorów. Należy w szczególności zwrócić uwagę na to:

  • jak konstruowana jest akcja;
  • jak pisane są poszczególne sceny;
  • jak budowani są bohaterowie, zarówno główni jak i drugoplanowi;
  • w jakie cechy zostali wyposażeni i dlaczego?
  • jak tworzony jest świat przedstawiony;
  • jak budowana jest atmosfera i napięcie w książce;
  • jak tworzone i opisywane są relacje między postaciami;
  • jak czytany autor posługuje się opisem, opowiadaniem i dialogiem;
  • jak dawkuje informacje;
  • co naszym zdaniem robi źle;
  • co robi dobrze;
  • jak możemy uniknąć jego błędów lub wykorzystać jego sukcesy u siebie.

W naukach technicznych istnieje termin inżynieria wsteczna oznaczający analizę jakiejś konstrukcji, celem sprawdzenia jak jest zbudowana i odtworzenia jej planów -aby później zbudować jej odpowiednik. Czytając książki także powinniśmy taką inżynierię wsteczną uprawiać, by samemu się coś od ich autorów nauczyć.

Albumy i przewodniki turystyczne

Kolejna dziedzina, której moim zdaniem należy poświęcić trochę czasu, to wszelkiego rodzaju przewodniki turystyczne oraz albumy ze zdjęciami, pod warunkiem, że posiadają choć trochę tekstu. Przy czym należy skupić się na następujących tematach:

  • zabytki i architektura;
  • wnętrza i ich wystrój;
  • malarstwo i rzeźba;
  • krajobraz i środowisko naturalne;
  • rośliny i zwierzęta.

Wartość tej literatury jest moim zdaniem potrójna:

Po pierwsze, tego typu książki pełne są anegdotek i informacji o ludziach, które raz, że poszerzają naszą wiedzę, dwa, że mogą stanowić dla nas świetne źródło inspiracji.

Po drugie: nie wyobrażam sobie napisania powieści bez wcześniejszego research-u dotyczącego miejsc, o których będzie się pisać. Nawet jeśli mamy zamiar pisać wyłącznie o swojej okolicy. Niestety – fakt, że gdzieś dorastaliśmy, nie czyni nas od razu znawcami danego regionu.

Po trzecie i najważniejsze: każda z tych dziedzin posiada swoje specyficzne słownictwo, które pisarzowi bardzo się przydaje, a które rzadko jest wykorzystywane w mowie codziennej. Są to najczęściej terminy półzrozumiałe, jak „głębia koloru”, „faktura”, „styl secesyjny” lub „neoklasycyzm”, tudzież „kolor indygo” albo „wino o głębokim smaku”, „bór” czy „puszcza”, co do których zwykły Kowalski raczej domyśla się ich znaczenia, niż je zna. Nie są to bowiem zwroty szczególnie pomocne w normalnym życiu, chyba że ktoś zamierza kupić dom lub obraz. Niemniej jednak większość ludzi choćby z kontekstu wychwytuje ich znaczenie. Jeśli więc napiszemy, że „stare miasto pełne było barokowych i renesansowych kamieniczek” wielu czytelników nie będzie wiedziało, jak dokładnie wygląda taka kamieniczka. Jednak zrozumie prosty komunikat „ładnie tam było” ubrany w o wiele bardziej estetyczne słowa.

Znajomość tych słów bardzo przydaje się pisarzowi choćby po to, by móc kreślić wizję tego, co sobie zaplanował. W jakimkolwiek gatunku będziemy tworzyć, prędzej czy później przyjdzie nam opisać jakieś wnętrze, naturalny pejzaż, wschód słońca lub bukiet kwiatów – i wówczas skończy nam się słownictwo. Przykładowo: tym, co najbardziej utrudniało mi ukończenie „Gambitu Mocy” był fakt, że znaczna część jego akcji toczyła się na pseudośredniowiecznych zamkach (tych łącznie było pięć). I powiem szczerze: mam magistra z historii, byłem w wielu muzeach, ale żadna z tych rzeczy nie przygotowała mnie do tego zadania. I to nie dlatego, że nie widziałem w wyobraźni tego, co chcę napisać, ale z tej przyczyny, że nie znałem odpowiednich słów, by swą wizję wyrazić. Brakowało mi określeń na meble, ściany, zdobienia, sprzęty, ich rozmieszczenie…

Kolejny powód jest taki, że niestety słowa mają określone znaczenia i jako pisarze musimy umieć je wykorzystywać prawidłowo. Choćby tylko dlatego, że nie wszyscy czytelnicy są naiwni. Znajdą się tacy, którzy doskonale rozumieją, co które słowo naprawdę oznacza. Wypada więc wiedzieć, dlaczego nie można napisać „prasłowiański, dębowy bór” (odp. albowiem „bór” jest lasem iglastym).

Z książek, które tu pomogą, polecam serie „Historia życia prywatnego”, „W kręgu codzienności” oraz książki „Historia rzeczy codziennych” i „W domu: krótka historia rzeczy codziennego użytku”.

Nie polecam natomiast książek sensu stricto naukowych. Jeśli napiszecie „las, do którego weszli, był typowym zbiorowiskiem ekstrazonalnym” – to nie zrozumieją was nawet zawodowi leśnicy.

Katalogi mody (zwłaszcza przeciwnej płci)

Drugim koszmarem „Gambitu mocy” było opisywanie ubioru postaci, w szczególności kobiecego. Przykro mi to mówić, ale ponownie jest to coś, co prawie na pewno będziecie musieli zrobić, niezależnie od tego, w jakim gatunku tworzycie. Przy czym w im bardziej eleganckim środowisku poruszają się bohaterowie, tym większym ubiór jest wyzwaniem. Podobnie bardzo źle opisuje się wygląd wszelkich subkultur, nawet jeśli znamy je dość dobrze z widzenia, ale nie znamy ich z bliska.

Ubiór, związane z nim kolory, a także perfumy i kosmetyki, podobnie jak kształty poszczególnych części ciała, mają swoje nazwy oraz specyficzne słownictwo, które ponownie nie jest używane w codziennej mowie. Trudno oczekiwać, na przykład, by mężczyzna znał określenia opisujące różne szczegóły ubioru kobiecego lub makijażu. Ale niestety, jeśli chce zostać pisarzem, powinien. Słowa to materia opisów.

Książki kucharskie

A przynajmniej – jedną książkę kucharską, która powinna być poświęcona któremuś z następujących rodzajów sztuki kulinarnej: kuchnia francuska, haute cuisine lub (gdy wasza powieść osadzona jest w czasach współczesnych) fusion. Jeśli umieszczacie akcję swojego utworu w jakimś egzotycznym kraju lub odległej epoce, warto przeczytać też dwa słowa o lokalnej sztuce kulinarnej. Z całą pewnością przyda się wam także szersza wiedza o alkoholach, bowiem ludzie piją i to nie zawsze wino o smaku siarki. Jeśli piszecie książkę fantasy lub powieść historyczną – i jesteście całkiem zboczeni – możecie też sięgnąć po „O sztuce kulinarnej ksiąg dziewięć” Apicjusza, ale to naprawdę jest już szczyt perwersji.

Ważne jest natomiast, żeby książka którą wybierzecie miała w miarę kompetentny rozdział o śniadaniach, daniach obiadowych i deserach.

Dlaczego upieram się na te trzy pozycje? Otóż: są to obecnie trzy główne i najbardziej uniwersalne nurty w kuchni wyższych sfer. Przy czym kuchnia francuska i haute cuisine to jedzenie podawane w miejscach snobistycznych, drogich hotelach i wykwintnych restauracjach. Serwowano ją też na dworach królewskich i w pałacach arystokratów. Fusion natomiast to repertuar nowoczesnych pań domu, śniadań prasowych, korporacyjnych rautów i lunchów biznesowych.

Lektura ta jest przydatna z prostego powodu: zaproszenie na wspólny posiłek jest jednym z najprostszych, obecnych w każdej kulturze sposobów rozluźnienia atmosfery i zmniejszenia dystansu dzielącego dwie osoby, okazją do nawiązania nieformalnej znajomości oraz pewnego rodzaju łapówką „wy przyjdziecie na nudną rozmowę, a ja wynagrodzę was jedzeniem”. Podobną rolę pełni też wspólne picie alkoholu. O ile z opisaniem wypadu na hamburgery każdy sobie poradzi, tak z opisaniem tego, co jest serwowane na eleganckich spotkaniach i w drogich restauracjach, lub co jedzą osoby bogate lub wyższa klasa średnia, można mieć problemy.

A niestety istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że nasze postacie o te warstwy się otrą. Tam bowiem są pieniądze, jest władza, to tacy ludzie mają okazję, żeby robić najgrubsze przekręty, ich najbardziej opłaca się okradać lub porywać, ich wreszcie stać na wynajęcie płatnego zabójcy, prywatnego detektywa czy drużyny smokobójców.

Podręcznik do savoir-vivre

Ponownie – nie warto popadać w przesadę. Znajomość przynajmniej jednego poradnika przedstawiającego zasady dobrego wychowania jest jednak przydatna, by wiedzieć, jak nasze postacie powinny zachować się w towarzystwie. A raczej: jak opisywać zachowanie postaci z owego towarzystwa.

Widzicie: opisanie kogoś, kto jest niegrzeczny, gburowaty, zwykłego chuligana z ulicy, czy typowego chłopka roztropka o złotym sercu, który owszem, jest trochę szorstki w obyciu, ale generalnie i tak sympatyczny, nie jest trudne. Problemy pojawiają się, gdy spróbujemy opisywać grupę posługującą się jakąś specyficzną formą kodeksu zachowania, o którym nic nie wiemy. Tak zwane wyższe sfery są oczywiście tutaj najszerszą i najczęściej spotykaną grupą, lecz oczywiście nie jedyną. Własne kodeksy zachowania mają też i inne grupy: więźniowie, wojskowi, wszelkie subkultury, młodzież… Wystarczy poczytać twórczość części pisarzy w wieku 50+ i poznać ich wyobrażenie o tej ostatniej, by złapać się za głowę.

Także my spotkamy się z tym problemem, gdy spróbujemy przenieść akcję naszego utworu w środowisko rządzące się regułami, których nie znamy. A niestety nie uda nam się tego uniknąć. Przykładowo: drużyna smokobójców zostanie zaproszona na królewski dwór, albo też detektyw będzie musiał spotkać się ze starszą, dystyngowaną panią, by przesłuchać ją jako świadka morderstwa.

Fora i serwisy tematyczne

Warto czytać fora i serwisy tematyczne poświęcone zagadnieniom, o które w swojej książce się ocieramy. Po pierwsze: pozwala nam to zrozumieć specyfikę danej grupy oraz psychikę i zwyczaje znajdujących się w niej osób. Po drugie: poznajemy język używany przez społeczność, dzięki czemu nasze opisy brzmią wiarygodnie. Po trzecie: fora stanowią kopalnię anegdot i inspiracji. Po czwarte: często są nieocenionym źródłem wiedzy fachowej lub hobbystycznej. Po piąte: dzięki obserwacji będzie nam łatwiej wyobrazić sobie ludzi zajmujących się daną dziedziną i na tej podstawie stworzyć bohaterów naszego utworu.

Oczywiście: czytając fora internetowe nie da się poznać dogłębnie zawodu i opisać go dokładnie. Jednak my, pisarze, nie kopiujemy prawdy: nie jesteśmy dziennikarzami, historykami czy twórcami autobiografii. My posługujemy się wyobraźnią i tworzymy fikcję, a w najlepszym razie redagujemy prawdziwe informacje. Wiedza jednak pozwala tworzyć bardziej przekonujące, charyzmatyczne wyobrażenia.

Na przykład – strona, która okazała się pomocna przy zbieraniu materiałów do drugiej mojej powieści to Niebezpiecznik.pl. Jest to blog zajmujący się wszelkiego rodzaju cyberprzestępczością i zagadnieniami bezpieczeństwa w sieci. Prawdziwa kopalnia wiedzy dla każdego, kto chce pisać science fiction, cyberpunk lub kryminał osadzony we współczesnych realiach. Na Niebezpieczniku jest wszystko: scenariusze ataków hakerskich oraz zwykłych wyłudzeń i ich analiza, wywiady ze specjalistami, opisy oprogramowania i narzędzi, szpiegujące lalki i telewizory, sposoby strącania dronów, cyberwojna, a nawet złodzieje wyspecjalizowani w wysadzaniu bankomatów… Jeśli ktoś szuka inspiracji do powieści kryminalnej albo sensacyjnej, to powinien od tej strony zacząć.

Co warto, lecz bez przesady

Moim zdaniem nie warto natomiast przesadzać z lekturą wszelkich poradników dla pisarzy. Owszem, znajomość Campbella, pisarstwa kreatywnego, metody płatka śniegu i innych technik pisarskich jest bardzo przydatna. Powiem więcej, można wynieść z niej same pożytki: ta wiedza uczy dyscypliny, pomaga unikać błędów czy zwyczajnie przyśpiesza proces twórczy. Dobrego pisarza jednak z nas nie zrobi.

Po pierwsze, pisarzem nie zostaje się czytając książki, tylko jak już mówiłem: pisząc je i wydając.

Po drugie: każdego roku tysiące osób na całym świecie kończy kursy kreatywnego pisania, na których wszyscy poznają te same techniki i uczą się z tych samych podręczników, w efekcie czego osiągają standardowy poziom umiejętności. Naśladując ich nie staniemy się dobrym pisarzem, ale takim samym, jak wszyscy inni. Owszem, bardzo źle jest być pisarzem gorszym, ale dążenie do bycia „średniakiem” również nie powinno być naszym celem. My powinniśmy być lepsi. A w tym celu potrzeba dać coś od siebie.

 

Foto: Alexandre Dulaunoy / Foter / CC BY-SA

Zapisz się na newsletter! Spisek Pisarzy wysyła tylko to, co warto przeczytać.



Piotr Muszyński

Piotr Muszyński


Dziennikarz (również internetowy), autor ebooków oraz rozpoczynający karierę pisarz-fantasta. Autor powieści „Gambit Mocy” oraz „Ten, Co Walczy Z Potworami” . Na codzień rozbija się na blogu Fanboj i Życie.

17 odpowiedzi

  1. Indianin pisze:

    A ja mogę jeszcze dorzuć do przeczytania różnej maści ustaw i kodeksów. Nie chodzi mi tu głównie o to, aby ich uczyć się na pamięć, ale o to, aby podszkolić się w pisaniu, gdyż kodeksy i ustawy są przecież pisane językiem urzędowym, gdzie tym bardziej jest zwracana uwaga na poprawność, co nie koniecznie jest już w przypadku niektórych książek, w których może roić się od błędów.

    • Ri pisze:

      Osobiście BARDZO się nie zgodzę z tym stwierdzeniem. Język urzędowy? – owszem, jest obecny; poprawność? – zdecydowanie nie! W praktycznie każdej ustawie, którą przeczytałam przy okazji odpracowywania stażu w jednostce samorządu terytorialnego, znajdywałam średnio około 10 błędów na stronę (a wtedy nie miałam ani połowy wiedzy, którą mam teraz). Aż mnie zwijało, by sięgnąć po czerwony długopis i popodkreślać je na kserokopii, obdarzając uwagami na miarę Snape’a. 😉

      Jedynym powodem dla piszącego, by sięgnąć po ustawy i kodeksy, jest jego własny dobry interes. Nie tylko jako pisarza, ale przede wszystkim jako obywatela. Nasze prawo (zwłaszcza podatkowe) jest zawiłe, pełne absurdów oraz kruczków, które dla nieuświadomionej osoby są niczym mina na środku prostej drogi. Warto więc wdrożyć się w rozszyfrowanie języka przepisów, by nic nie było człowiekowi w nich obce. Nieznajomość prawa nie zwalnia z jego przestrzegania.

      A wartość piszącego to nie tylko dobra znajomość warsztatu, ale głównie jego wiedza o życiu. Umiejętności opisywania można się nauczyć, poprawności – również, lecz bez świadomości, jak świat funkcjonuje, każdy tekst będzie zaledwie namiastką prawdziwej książki. Nie będzie posiadał w sobie tej głębi i realności, która każe czytającemu wierzyć, że to mogłoby się kiedyś gdzieś zdarzyć.

      Swoją drogą polecam zwracać baczniejszą uwagę na wydawnictwa, po których książki sięgasz. :) Wiadome jest, że niektóre nie przykładają należytej uwagi do procesu opracowania powieści lub po prostu nie mają sprawdzonych i odpowiednio wykształconych ludzi, lecz takich zwyczajnie należy unikać. 😉 Jakaś selekcja lektur zawsze musi być!

      Pozdrawiam,
      Ri :)

    • Knight Martius Knight Martius pisze:

      Czytanie tekstów prawnych w celu nauczenia się stylu literackiego to IMO głupi pomysł, bo obydwa rodzaje stylistyki mają spełniać odmienne zadania, a w związku z tym wykorzystują inne środki stylistyczne i kolokacje (styl prawny jest przedstawiony „bezdusznym” językiem urzędowym, natomiast literatura piękna wręcz powinna „żyć”, wywoływać na czytelniku wrażenie estetyczne). No, chyba że Twoja proza ma oscylować wokół sądu czy w ogóle tematu prawa, wtedy to jeszcze może się sprawdzić.

    • Znaczy się: język urzędowy jest w prawdzie poprawny i dba o logikę wypowiedzi oraz jej specyficznie pojmowaną jasność, jednak ma on swoje ograniczenia i tak naprawdę dla zwykłego człowieka jest mało zrozumiały. Z tego powodu moim zdaniem średnio nadaje się do literatury. Dwa, że został on stworzony pod kontem określonych zastosowań i poza nimi jego przydatność jest ograniczona.

      No, chyba, że chcemy napisać coś stylizując na prawdziwy dokument prawny lub administracyjny. Mi zdarzyło się to chyba dwa razy. Za pierwszym napisałem scenę od nowa, zupełnie rezygnując z tekstu administracyjnego, a za drugim posłużyłem się odpowiednio zredagowanym tekstem autentycznej ustawy.

  2. Sweetie pisze:

    Tęskniłam za „Wami”.
    Dobrze, że wróciliście.
    Temat wyjątkowo trafiony, bo dziś spędziłam w ramach researchu „trochę” czasu na przeglądanie Wikipedii na temat trucizn. Ostatecznie z pół dnia zajęło mi „ogarnięcie tematu”, by jeszcze urzeczywistnić skąd ten nieszczęsny samobójca mógł wytrzasnąć specyfik, którym pozbawi się życia, a dokładniej składniki na niego.
    Niektórzy mi mówią wręcz, że w zdobywaniu tej wiedzy do pisania jestem aż pedantyczna i że się zadręczam, a nie ma to efektu… ale jestem teraz już podbudowana i już nikt mi nie wmówi, że przesadzam. 😀

  3. wolin97 pisze:

    Dobry artykuł, sam od jakiegoś czasu staram się sięgać po różnoraką literaturę. Ostatnio liznąłem trochę filozofii, o niej też pewnie warto trochę poczytać 😉
    A co do tego „prasłowiańskiego dębowego boru” – w wyjaśnieniu zabrakło informacji, że nie ma czegoś takiego jak „Prasłowianie”, z tego co pamiętam to hasło jest jakimiś komunistycznymi naleciałościami (ale tu mogę się omylić); po prostu Słowianie 😉

    • A wiesz, że racja? Rzeczywiście powinno być „gockiego”, „wandalskiego”, „celtyckiego” czy nawet „sarmackiego” boru. Albo krócej: pragermańskiego.

      • wolin97 pisze:

        Pewnie, jak ktoś bardzo chce, to można się pokusić o taką synekdochę, tylko wtedy trzeba zagłębić się w już bardziej specjalistyczną literaturę, żeby nie było gafy 😉

  4. nienormalny pisze:

    Nie zgadzam się z tym, że czytanie noblistów nie uczy pisać książek. Rozumiem intencję autora, ale obcowanie z literaturą najwyższych lotów, wydaje mi się ważnym elementem kształtowania pisarskiej wrażliwości. Uczy dobrych nawyków.

    Przy okazji – nie ma czegoś takiego jak „sensu stricte”. Jest „sensu stricto” albo „stricte”.

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Odnośnie „sensu stricto”, rzeczywiście tak jest. Poprawione. Wtopa, jak zwykle, korektora – czyli moja. :)

  5. Riboq Riboq pisze:

    A ja dodam, że czytanie niektórych komentarzy tutaj też doucza. O. :)

  6. Phoe pisze:

    Była mowa o wyższych sferach, a co dopiero byłoby, gdybyśmy mieli opisywać wyższe sfery ZAGRANICZNE 😀 Przede wszystkim ważna jest znajomość ogólnie kultury danego kraju czy regionu – a więc wszystko do jednego wora: religia, kuchnia, moda, polityka, konwenanse. I niekoniecznie czytanie jest jedynym rozwiązaniem. Ja z godzinnego reportażu z TVP dowiedziałam się o mentalności i zwyczajach Japonii więcej, niż można byłoby przypuszczać, bo… był na temat katastrofy morskiej 😀 (co dopiero byłoby, gdyby autorzy zajęli się samymi zwyczajami?) A więc tutaj można dołączyć wszelkie animal planet, travel channel, discovery historia, kuchnia+ i inne.

    • Phoe pisze:

      Dodam jeszcze, że autorowi się z tematem trafiło, bo ostatnio właśnie szukałam informacji o savoir-vivre ze względu problem z opisaniem pewnej sceny 😀 Niby każdy z nas bywa na różnych spotkaniach i nie powinno być problemu, ale przy pisaniu wychodzi szydło z wora.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *