Jak Empik zarabia na niesprzedawaniu książek

Oto opowieść o tym, jak kiwać fiskusa i przerzucać koszty na innych. Jak nie sprzedawać książek, a i tak na nich zarabiać. Jak z wolnego rynku zrobić parodię.

Zuzanna Łazarewicz ze studia wydawniczego DodoEditor zgodziła się z nami porozmawiać i opisać swoje perypetie z Empikiem oraz dystrybucją książek na polskim rynku. DodoEditor to niewielka oficyna, publikująca głównie albumy i książki poświęcone sztuce. Bohaterem tej opowieści mogłoby jednak równie dobrze być dowolne inne niezależne wydawnictwo. W oczach dystrybutorów i dużych sieci księgarskich takie firmy są bowiem dojnymi krowami, które muszą ponosić ekstra koszt za sam przywilej wejścia na rynek.

Miłe złego początki

Jesienią roku 2010 wydawnictwo – po półrocznych staraniach – podpisało umowę z firmą Platon, jedynym dystrybutorem (z tych dostarczających dla Empiku), który w ogóle zgodził się na negocjacje. Porozumienie miało otworzyć wrota do sieci księgarskiej, bo Empik nie współpracuje bezpośrednio z małymi wydawcami. Za wysokie progi. Droga wiedzie tylko przez hurtownika, bo to dla Empiku wygodniejsze.

Jakie warunki więc ustalono? Bardzo korzystne dla dystrybutora. DodoEditor zgodziło się, żeby hurtownia na spółkę z księgarnią otrzymywały książki po cenie o 55% niższej niż okładkowa. Termin oczekiwania na zapłatę to pięć miesięcy od wystawienia faktury. Dystrybutor otrzymał wyłączność na handel wydawnictwa z Empikiem, a sam Empik prawo do zwrotu niesprzedanego towaru.

Widać więc nierówność sił – nie dość, że wydawca miał oddać większość zysków ze sprzedaży, to jeszcze ponosił całe ryzyko biznesowe. Jak to się miało opłacać? Ejże, przecież Empik to 20% rynku księgarskiego! Skoro przyjmowali książki, to znaczy, że chcieli je sprzedawać. A skoro tak, DodoEditor zarobiłoby mniej na pojedynczym egzemplarzu, ale w sumie więcej, bo więcej książek trafiłoby do czytelników.

Tej samej jesieni Empik złożył pokaźne zamówienie przedświąteczne.

Tylko słabi płacą podatki

Umowa, podpisana przez DodoEditor, była tzw. umową konsygnacyjną. Książki dostarczane dystrybutorowi pozostawały własnością wydawnictwa, dopóki nie zostały sprzedane Empikowi. Oczywiście, skoro Empik miał prawo zwrotu, liczyła się tylko faktyczna sprzedaż, kiedy to czytelnicy wychodzili z księgarni z książką w torbie. Liczyła się – ale nie dla fiskusa.

W chwili, gdy książki trafiły do Empiku, wydawnictwo na papierze zanotowało zysk. Faktura wystawiona jesienią oznaczała, że w nowym roku trzeba było uwzględnić ją w zeznaniu podatkowym. Nie miało znaczenia, że żadne pieniądze jeszcze nie wpłynęły na konto firmy. Tak po prostu działa nasz system podatkowy. Masz fakturę – płacisz. Co najwyżej po paru miesiącach możesz robić korektę i ubiegać się o zwrot. Jeśli w międzyczasie zabraknie Ci pieniędzy, Twój problem.

Jak to jednak działało dla Empiku? Otóż, VAT (obowiązujący na książki od 2011 roku) księgarnia mogła sobie pomniejszać dokładnie o tę sumę, którą płaciło DodoEditor. Miała przecież faktury. Cóż z tego, że nieopłacone. Wielka korporacja dostała premię kosztem małego wydawnictwa.

Oczywiście – to nie jest tak, że fiskus komukolwiek daruje. Empik musiał rozliczać się z tych książek, które faktycznie sprzedał, i na których zarobił. Te, których nie sprzedał, działały jednak na jego korzyść: pomagały utrzymać płynność finansową. Może Ci się to wydać wbrew intuicji – jak coś, co zalega w magazynach, może przynosić korzyść? Żeby to zrozumieć, trzeba pamiętać, że mimo faktur potwierdzających transakcję, żadne pieniądze nie przechodziły z rąk do rąk, aż do rozliczenia pięć miesięcy później. Ryzyko biznesowe po stronie Empiku było więc żadne, koszty były wirtualne, a realne – tylko zyski.

Nie trzeba być tęgą głową, żeby wyobrazić sobie hipotetyczną sytuację, gdy Empik celowo zamawia zbyt duże nakłady książek, aby zdobyć faktury na wysokie sumy. Ma mnóstwo czasu na uregulowanie należności. Ma dobrze zorganizowany magazyn, gdzie tanio można przechować nieotwarte paczki z książkami, aż do zwrotu. W takiej sytuacji dostawcy, łudząc się, że ich towar jest w obrocie, w rzeczywistości tylko kredytowaliby bieżącą działalność Empiku. Oni płaciliby podatki wtedy, kiedy trzeba. On – wtedy, gdy by mu to pasowało.

Nie mam dowodów, że Empik celowo zawyżał zamówienia, stąd nie śmiem nikogo oskarżać. Warto jednak mieć świadomość, o jak poważnej sprawie mowa. To, co opisałem, jest oszustwem polegającym na doprowadzeniu ofiary do niekorzystnego zarządzania majątkiem. Najzwyklejsze przestępstwo, które powinno doprowadzić winnych przed sąd.

Zwrotów Ci u nas dostatek

Książki zamówione jesienią od DodoEditor wróciły do wydawnictwa pod koniec stycznia 2011 roku. W oryginalnych opakowaniach. Sprzedało się 10% z nich. Pozostałe 90% najprawdopodobniej nie trafiło nawet do salonów sieci, całe święta spędzając w magazynie.

Można pomyśleć, że to jakaś pomyłka. Albo – że Empik przestrzelił z oceną zapotrzebowania. Ale co powiedzieć, jeśli księgarnia zaraz po zwrocie zamawia dokładnie te same książki ponownie? Co powiedzieć, jeśli towar znów i znów wraca niesprzedany? Co, jeśli sytuacja trwa bez zmian latami?

Dla mnie to nie wygląda jak sprawne zarządzanie logistyką. Możliwe, że to po prostu sprawne zarządzanie fakturami.

W tym czasie wydawnictwo musiało samodzielnie pokryć koszt realizacji zamówień Empiku. Musiało płacić podatki od nieistniejącego dochodu, aby później przechodzić kłopotliwą procedurę zwrotu nadpłaty. Słowem: traciło. Pieniądze i energię. Tylko dlatego, że Empik nie chciał lub nie umiał ogarnąć, ile książek naprawdę mu potrzeba.

Handlarze dokręcają imadło

W maju roku 2011 zaczął obowiązywać podatek VAT na książki. Dystrybutor przedstawił więc DodoEditor nową umowę. Propozycja nie do odrzucenia, bo bez tego – nici z Empiku. A wtedy, raptem po kilku miesiącach współpracy, Empik nie wydawał się jeszcze złym pomysłem.

Ofensywa poszła na całym froncie. Teraz to hurtownik będzie kupować książki i odsprzedawać je Empikowi, zachowując prawo do zwrotu. Dlaczego? Bo dzięki temu też się załapie na „przywilej” podatkowy z finansów wydawnictwa. W zamian za to zapłaci nie pięć miesięcy później, ale równe sześć. Taki bonus – dostajesz miesiąc opóźnienia gratis.

Bezczelne zagranie? Oto kwitnie handel kulturą.

Na czym zarabia Empik

W latach 2011 – 2014 książki DodoEditor krążyły więc między księgarnią, magazynami hurtowni oraz magazynem wydawnictwa. Część z nich rzeczywiście znikała na rynku, ale większość zamówionego nakładu, zwłaszcza z okresów świątecznych, po prostu wożono na paletach.

Aż w końcu Empik uznał, że może pomóc w rozwiązaniu problemu! A przynajmniej – tak to wyglądało w pierwszym momencie dla wydawnictwa. Za pośrednictwem dystrybutora, wydawca dostał w listopadzie roku 2012 ofertę specjalnej promocji na święta. Za 3 tysiące złotych czekało miejsce na półce i stoliku w pięćdziesięciu salonach, a także pozycja w sklepowej gazetce. Dodatkowo – zamówienie miało być większe, bo przecież promocja oznacza sprzedaż. Drobiazg, że rabat dystrybutora w ramach promocji nagle skoczył do 60%. Drobiazg, że 3 tysiące „wejściówki” wydawnictwo musiało zapłacić od razu, a na zyski czekać tyle, co zwykle.

W DodoEditor podejrzewano już, że z tym Empikiem coś musi być grubo nie tak. Firma zdecydowała się jednak przetestować ofertę i sprawdzić, jak dobrze im pójdzie ze wsparciem księgarni.

W styczniu następnego roku Empik zwrócił 80% zamówionego nakładu. Zyski nie przekroczyły kosztu promocji, więc na całej akcji zarobili tylko księgarnia i dystrybutor.

I tu mała dygresja, bo przypomniałem sobie, o czym wspominał Aspirujący Pisarz. Otóż, pracownicy Empiku otrzymują w każdą środę instrukcję marketingową. W niej to zawarte są cotygodniowe dyrektywy odnośnie promocji. Co jest wystawiane, gdzie i w jakich ilościach. Jak mówi Łukasz Kotkowski:

A teraz wyobraźcie sobie, że takich promocji jest minimum 3. Lub 10. Czasem do 30 w jednej instrukcji.

Żeby było śmieszniej, 3 tysiące, które zapłaciło DodoEditor za promocję, to naprawdę tanio. Oficjalny koszt podobnej ekspozycji sięga od dziesięciu do dwudziestu tysięcy złotych. Na tydzień. A są jeszcze specjalne miejsca – jak nowości czy Top Ten – gdzie książki trafiają za cenę pięćdziesięciu tysięcy. Nawet licząc się z tym, że większość tego typu promocji byłaby sprzedawana z rabatem 50%, to i tak są porządne pieniądze.

Skromnie zakładając, że Empikowi udaje się wcisnąć kilkanaście promocji tygodniowo, średni przychód miesięczny bez problemu przekroczy czterysta tysięcy złotych. Przy dobrych wiatrach, sięgnie kilku milionów. I wszystko tylko dzięki przekładaniu co środę książek z miejsca na miejsce. Nie trzeba ich nawet sprzedawać.

Tego nie da się ciągnąć

W roku 2014 wydawnictwo DodoEditor zakończyło ostatecznie współpracę z Empikiem i hurtownią. Po ponad trzech latach motania się i liczenia strat. Zamiast tego zaczęło rozwijać sprzedaż detaliczną oraz współpracę bezpośrednią z księgarniami lub mniejszymi pośrednikami.

Jak mówi Zuzanna Łazarewicz:

Wbrew obawom, przez ostatni rok, podczas wygaszania współpracy z Empikiem, zanotowałam wzrost, a nie spadek sprzedaży.

Po podsumowaniu wszystkich korekt, oszałamiająca sprzedaż Empiku skurczyła się żałośnie. Sieć, która ma 200 księgarń, w ciągu 4 lat współpracy sprzedała mniej więcej tyle książek, co ja przez własną księgarnię internetową. Jak mogła im się opłacać współpraca ze mną? Czemu tak naprawę służyła? Sztucznemu zwiększaniu kosztów? Podnoszeniu obrotów? Sprzedaży „promocji”?

Dlaczego tak długie terminy płatności oraz nagminne praktyki zwrotów nie przyciągają uwagi urzędów ani prasy? „Mafia książkowa” jest mniej atrakcyjna medialnie niż „paliwowa”?

 

Foto: HikingArtist.com / Foter / CC BY-ND

Zapisz się na newsletter! Spisek Pisarzy wysyła tylko to, co warto przeczytać.



Tomasz Węcki

Tomasz Węcki


Cześć, mam na imię Tomek i jestem grafomanem. Od kilkunastu lat udaje mi się połączyć przyjemne z pożytecznym i utrzymuję się przede wszystkim z pisania. Byłem już dziennikarzem, piarowcem, copywriterem, ghostwriterem, dokumentalistą i autorem tekstów do gier komputerowych. Teraz możesz również przeczytać moją pierwszą książkę – „Wtajemniczenie”.

90 odpowiedzi

  1. aki pisze:

    Wszystko to brzmi bardzo chwytliwie, tyle że nie jest pragną. Faktury zakupu towaru do dalszej odsprzedaży nie są dla Empiku (ani żadnej innej spółki prawa handlowego) fakturami kosztowymi aż do momentu sprzedaży tego towaru na kasach. A wtedy pojawia się z jednej strony koszt, ale z drugiej przychód.

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Przy tak ustawionym terminie zapłaty, Empik ma 90 dni na to, żeby „trzymać w kosztach” zakupione książki. Tuż przed upłynięciem tego terminu, zwraca towar wydawcy i zamawia go ponownie, na nowej fakturze, de facto odnawiając sobie ten licznik. Gdyby przekroczył te 90 dni, musiałby robić korekty, co mu się – najwyraźniej – nie opłaca.

    • hastour pisze:

      Jeżeli nawet nie jest to prawdą, a ocenić tego nie umiem bez wiedzy z zakresu księgowości, to w najlepszym przypadku jest dowodem fatalnego zarządzania w tej firmie. Na wożeniu paczek z książkami z jednego magazynu do drugiego na pewnie nie powinno dać się zarabiać, chyba że właśnie zasugerowanym tutaj oszustwem. Także – albo oszuści, albo idioci…

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Dodam jeszcze, że nie jestem księgowym, więc wolałbym się nie pakować w dokładne wyjaśnianie mechanizmu (czy to są faktury kosztowe, zakupowe, czy inszy diabeł). Wiem natomiast, że ten mechanizm stosowany jest nie tylko przez Empik, ale też innych graczy rynkowych, przede wszystkim dużych księgarzy i dystrybutorów. Niesprzedane książki zwracane są do wydawnictw po 90 dniach. Wedle prawa to maksymalny okres, przez który niezapłacona faktura może być traktowana jako koszt. Do tego czasu trzeba się albo rozliczyć z kontrahentem, albo usunąć fakturę z kosztów, czyli zapłacić podatek, którego się wcześniej uniknęło. Gdyby od początku handlowcy nie mogli sobie wrzucić w koszta tych faktur, przecież nie opłacałoby im się wozić z książkami w te i wewte.

      To nie jest tak, że sobie sprawę wymyśliłem i podaję jako teoretyczną możliwość. 😉 Tak po prostu działa obecnie rynek książki – ryzyko biznesowe przesuwane jest na wydawcę.

      • aki pisze:

        Tomek, to o czym napisałeś to jest mit, który powielasz i który cały artykuł czyni dyletanckim, choć taki nie jest. Jak pokusiłeś się, by tyle napisać w ważnej sprawie, teraz (choć to trochę za późno) zweryfikuje to proszę i dopisz komentarz. Inaczej wiarygodność -> 0.

      • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

        No, czyli wszystko jasne. Zamiast argumentów – trolling.

      • pr pisze:

        aki pracuje w empiku 😉

    • ksiegowa pisze:

      Aki zwyczajnie mąci. Mówi o sytuacji gdy sprzedaż jest konsygnacyjna, czyli sprzedawca nie staje się właścicielem sprzedawanych dóbr. Z artykułu wynika że Empik nigdy nie był w takiej sytuacji.

    • kaya pisze:

      To jest prawda. Jeśli to jest faktura, to jest to już w momencie zaksięgowania faktura kosztowa! Fiskusa nie interesuje czy towar zafakturowany jest już sprzedany, czy zalega na półkach. Faktura zakupu oznacza zakup, czyli koszt.

      • xxx pisze:

        kaya… tak jest przy uproszczonej księgowości. Pełna księgowość (którą prowadzą spółki prawa handlowego) ma to inaczej zorganizowane – faktura zakupu TOWARÓW do dalszej odsprzedaży (czyli ‚na magazyn’) NIE jest kosztem w momencie zakupu (otrzymania faktury itp) ALE dopiero w momencie SPRZEDAŻY towaru.

        Jedyne, co może mieć sens, to kwestia VAT’u – vat odliczasz, mimo, że go nie zapłaciłeś.

    • Teuton pisze:

      Aki, człowieku, co ty pieprzysz? Faktura zakupu to faktura zakupu. Koszt. Idź poczytać o księgowaniu kosztów zanim zaczniesz gadać głupoty. No chyba że to celowe, bo ci empik zapłacił.

    • Jak to nie jest prawdą? Nie wiem oczywiście, czy Empik robi coś takiego celowo, ale oczywiście, że koszt podatkowy poniesiony jest w dacie wystawienia albo zaksięgowania faktury, a nie zapłaty za nią. Na tym polega metoda memoriałowa. „Moment sprzedaży towaru na kasach” nie ma żadnego znaczenia. Jeśli podatnik ma takich kontrahentów, którzy bez mrugnięcia okiem przyjmują zwroty, to może sobie w ten sposób okresowo obniżać podatek kredytując się u dostawców. Oczywiście jak potem zrobi zwrot i korektę, to będzie musiał ten koszt „anulować”. W ten sposób można wyzyskać dostawców po to, żeby opóźnić zapłatę podatku dochodowego.

      • ePortfel pisze:

        Metoda memoriałowa polega przede wszystkim na tym aby przychody i koszty odnosić jednocześnie. Jeśli zatem chcesz ten „fikcyjny” zakup książek wliczyć w koszt, musisz je sprzedać klientowi końcowemu. Inaczej kwota którą „wydałeś” (mimo że gotówka nie poszła) jest zapisana jako zapasy i żadnego obniżenia podatku nie ma. A zatem artykuł wprowadza w błąd w swojej głównej tezie. Chyba że Empik czyni dalsze, bardziej złożone kombinacje, tego nie wiem.

      • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

        Nie no, proszę przynajmniej czytać ze zrozumieniem. Kwestie księgowe nie są sednem artykułu. Mogłem je opisać niepracyzyjnie, ale to nie znaczy, że opisana praktyka nie zachodzi.

      • @ePortfel – masz rację. Pomieszałem koszty bezpośrednie i pośrednie. Ale na VAT to wciąż by mogło działać.

      • ePortfel pisze:

        @Piotr – tak, na VAT to niezły numer. Księgujesz wypływ VAT (który nie wypływa), odpisujesz od swojego, a jak przychodzi czas zwrotu natychmiast zamawiasz ponownie i „prolongujesz” odpis VAT bez końca. To niezły numer, a że VAT to sporo kasy, może mieć istotny wpływ na wyniki, jeśli firma jest zalewarowana. A z tego co patrzyłem ogólnie na Empik, tam lewar jest ogromny. Jeśli dane mi będzie spotkać się z Zarządem Empik to ich wprost o to zapytam, ale nie liczę że dostanę jasną odpowiedź, no bo wiadomo jaki to temat, zwłaszcza w obliczu negatywnej prasy jaką teraz mają.

        Ogólnie, mimo że artykuł zawiera merytoryczne niedociągnięcia, to faktycznie warunki współpracy na linii Empik – wydawnictwa są delikatnie mówiąc niefajne. Ale pierwotnej przyczyny szukałbym w samym ułożeniu rynku – niskie bariery wejścia przy odpalaniu wydawnictwa, a wysokie przy odpalaniu sprzedaży detalicznej. Taki rynek.

        Nadzieja w sprzedaży internetowej, że coś tu zmieni.

      • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

        @ePortfel – Dziękuję za ten komentarz. Poprawiłem tekst, żeby nie było wątpliwości, o który podatek chodzi. Sam nie jestem księgowym i ogarniam co najwyżej obsługę księgi przychodów i rozchodów. Posiłkuję się więc głównie relacjami wydawców, DodoEditor oraz innych, którzy nie chcieli być cytowani.

    • Joanna pisze:

      A od kiedy to?Fakturę zakupową księguje się w miesiacu otrzymania lub w 2 następnych.

  2. Nerd pisze:

    Czy z tego wynika, że bogatsi wydawcy mogli wykupić sobi miejsce na regale bestsellerów?

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Jakiś czas już mnie nie było w Empiku, więc nie pamiętam, czy w ogóle jest tam regał z napisem „bestsellery”. Ale jeśli chodzi o ogólną zasadę – tak. Empik wyróżnia tylko to, za co wydawca zapłaci.

  3. konstantynopolitaneczka pisze:

    W ubiegłym roku tuż przed świętami zabrakło pozycji na której bardzo mi zależało. Jak się zorientowalam, że praktycznie w byle której księgarni jest taniej, to się za głowę złapałam ile złodzieje ze mnie zdzierali. Teraz mam swój dyskont, w którym zamawiam i nawet kupując 1 książkę, to cena z przesyłką jest niższa, niż w empiku w „promocji”.

  4. DFSDF pisze:

    o matko i ile to niby empik zarobił na ym gównianym małym wydawnictwie? pińcset złotych? na waciki starczy? tak wygląda rynek – nie trzeba było wchodzić w jasny i klarowny układ a potem biadolić jak pizda na blogach… dla nich takie wydawnictwo od gównoksiążek to gówno interes…

  5. MARGOTA KOTT pisze:

    Panie Tomku! Są rzeczy, które nie są od nas zależne (m.in.wszystkie przekręty EMPiK-u) a są takie, które zależą jedynie od nas (nasze własne próby pisarskie). I powiem szczerze, że mnie jako adeptkę pisarską zdecydowanie interesuje ten drugi przypadek. Sugeruję skupić się na pozytywach i powrócić do poradników pisania. To mnie naprawdę „kręci” i dlatego właśnie odwiedzam Pańskiego Bloga. Proszę więc o kolejne inspirujące artykuły. Pozdrawiam M.K.

  6. Aspagio pisze:

    Sorry za szczerość, ale jeśli ktokolwiek godzi się na termin płatności 5 miesięcy, rozliczane za sprzedane egzemplarze, gwarantuje możliwość zwrotu i jednocześnie gwarantuje wyłączność, to jest zwyczajnym idotą zasługującym na bankructwo.

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Dowcip polega na tym, że jeśli chcesz handlować z Empikiem, a nie jesteś wielkim dostawcą z setkami książek w ofercie, to musisz godzić się na takie warunki. Tymczasem, nie każde małe wydawnictwo jest świadome tego, że na Empiku raczej nie zarobi. Pokutuje mit, że Empik = sprzedaż. A tu niekoniecznie. I o to chodzi w artykule. 😉

      Nie każdy, kto nie ma wszechstronnego doświadczenia biznesowego jest od razu „idiotą zasługującym na bankructwo”.

      • Aspagio pisze:

        Przykro mi ale nie znam tego dowcipu o konieczności poddawania się warunkom narzuconym przez Empik.
        Pewnie dlatego umiem wynegocjować inne.

      • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

        Trudno, nie każdy ma poczucie humoru. Tak samo nie każdy potrafi kojarzyć fakty. Rodzimy się z różnymi predyspozycjami.

      • Przez trzy lata moja książka znalazła sześć tysięcy nabywców. Na pewno nie z każdym tytułem da się w ten sposób dotrzeć do czytelników (omijając wielkie sieci), ale trzeba mieć jakieś zasady. Kiedy kupujesz towar w Empiku, nie mówisz „zapłacę za 5 miesięcy”, bo inaczej wyjechałbyś stamtąd radiowozem. Dlaczego wydawca ma czekać miesiące na płatność? Nie godzi się przystawać na takie warunki.

      • Dziwię się tylko, czemu piszesz, że to parodia wolnego rynku. Wyzyskiwanie małych przez dużych to jest sama esencja wolnorynkowej ideologii.

      • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

        Piotrze – nie do końca. Akurat ideolodzy wolnego rynku mówią o równych szansach dla wszystkich i o tym, że swoboda konkurencji pomaga urosnąć tym z dołu hierarchii. Wychodząc z poziomu tej wizji – przytoczony przykład jest niezbyt śmieszną parodią wolnorynkowych ideałów. Oczywiście to, że nasza codzienna rzeczywistość wygląda jak przypadek Empiku powielony tysiące razy, o czymś świadczy. Na przykład o tym, że rynek nie jest autonomicznym systemem, który bez pomocy z zewnątrz potrafi zachować korzystny, „idealny” kształt. Wręcz przeciwnie, sam z siebie dąży do układów monopolistycznych, właśnie zasadzających się na tym, że silny korzysta na słabych.

        Ale – to wszystko wykracza poza temat artykułu. Wolałem więc obrać opcję minimum i odwołać się do tej wymarzonej, mesjańskiej wizji rynku, którą tak wielu preferuje. 😉

  7. MARGOTA KOTT pisze:

    I tak trzymać! Pozdrawiam znad szklanki z koszyczkiem, w której niespiesznie stygnie aromatyczny czaj. Dodam, że opisuję teraz scenę rytualnego parzenia herbaty za pomocą starego, carskiego samowara;)

  8. Sakitta pisze:

    O jacie! Zakładam własną księgarnię na tych samych zasadach. Najwyżej zamknę, gdy zacznie dręczyć mnie sumienie. A poważnie mówiąc: ,,mafia książkowa” to najlepsze określenie. Coś takiego powinno pójść do prokuratury. Mam nadzieję, że już nikt nie popełni takiego błędu i nie rozpocznie współpracy z empikiem. Tomaszu, czekam na kolejne artykuły poświęcone empikowi, bo temat naprawdę mnie wciągnął. Dotąd sądziłem, że literatura nie śmierdzi.

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Gdy dochodzi do handlu kulturą, dość często zaczyna śmierdzieć. Materiału na afery nam starczy aż nadto. W najbliższym czasie jednak damy odsapnąć tym, którzy wolą poczytać o czymś bardziej konstruktywnym. 😉

    • Aspagio pisze:

      Załóż więc wydawnictwo. Szybko się okaże, że jako wydawca będziesz stosować podobne tricki, np. przerzucając koszty wydania książki na jej autora.

      • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

        Są wydawnictwa, które tak robią (model biznesowy vanity press). Zaskoczę Cię jednak – to margines rynku. I pod względem nakładów, i pod względem liczby podmiotów tak operujących – dominuje model tradycyjny. Czyli to jednak wydawnictwo bierze na siebie ryzyko. Ale cóż powiedzieć, rynek działa lepiej, gdy nie ma monopoli i „wąskich gardeł”.

  9. Beata Głąb pisze:

    E…. akurat tak się składa, że mam za sobą 15 lat pracy w zawodzie księgowego i w tym artykule jest sporo nieścisłości, że tak to ujmę.

    a) faktura zakupowa na towar handlowy (książki) księgowana w listopadzie, grudniu – owszem może stanowić koszty działania operacyjnego (głównego) ale dopiero w momencie faktycznej, fizycznej odsprzedaży tego towaru. Jeśli towar został w magazynie – wartość faktury ujęta jest na kontach zespołu 3 – czyli na magazynie. Reasumując – nie stanowiła dla empiku kosztu, bo książki nie sprzedały się w obrębie roku, w którym je zakupiono.
    b) owszem, wydawnictwo zaksięgowało sprzedaż w momencie wystawienia faktury, ale czy zrobi to w roku bieżącym, czy następnym w tej chwili nie ma większego znaczenia, bo już od dawna nie ma czegoś takiego jak podwójny pod.doch. za listopad, więc albo zapłaciłoby podatek od sprzedaży (jak się stało), albo od stanów magazynowych (od remanentu).

    Czyli to sytuacja typu wlał wylał (jeśli chodzi o podatki).
    Co do finansów – zgoda, rzeczywiście korzystniejszą sytuację ma empik, ale z drugiej strony – zawsze było tak, że silny gracz dyktuje warunki.

    aha
    Co ja tu robię?
    Podczytuję bloga bo jestem pisarką (początkującą).
    Pozdrawiam.

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Uściślę, na wypadek, gdyby to umykało przy lekturze artykułu: największe zamówienia miały miejsce w listopadzie na „okres świąteczny”, a największe zwroty niesprzedanych egzemplarzy (pod względem odsetka zamówionego nakładu) były w styczniu. Jeśli więc rozumiem, doskonale pasuje to do sytuacji przez Panią opisanej.

      • Beata Głąb pisze:

        Płacenie podwójnej dochodówki za listopad już dawno nie obowiązuje.

        A co do zakupów w listopadzie, akurat empik robi to z głową, bo szykuje się do większej sprzedaży w grudniu – stąd wzmożone zakupy w listopadzie i zwroty w styczniu.

  10. Monika Mosiewicz pisze:

    Nie no, moment, to jest metoda na żonglowanie podatkiem VAT, ale nie podatkiem dochodowym, bo w podatku dochodowym jest zasada kosztów faktycznie poniesionych. Naprawdę warto by tę sytuację omówić z księgowym, aby zrozumieć mechanizm, nie bronię Empiku, broń boże, tylko lepiej aby mechanizm był opisany dokładnie, aby nie robić afery tam gdzie jej nie ma. Ponadto polecam tym co zakończyli tego rodzaju współpracę przeczytać z uwagą ustawę o terminach zapłaty w transakcjach handlowych i przeliczyć jakie mają roszczenie względem swego kontrahenta z tytułu odsetek, o ile się nie przedawniły, odsetek nie za opóźnienie, ale odsetek za okres przed terminem zapłaty.

  11. Palonnier pisze:

    Czyli jak zwykle:
    Zawiódł system dając okazję do kombinowania.
    Empik wykorzystał sytuację kosztem małych wydawnictw i autorów.
    Wszystkiemu dopomogła niewiedza, albo cicha nadzieja, że może jednak się uda.

    Z drugiej jednak, tak jak napisała MARGOTA KOTT, chyba już wystarczy wpisów na temat Empiku. Wszyscy już raczej zrozumieli o co chodzi, tym bardziej, że Łukasz Kotkowski też dorzucił swoje trzy grosze.

    Miałbym też gorącą prośbę o wpis dotyczący okładek książek. Jak to właściwie jest. Czy książka jest tak atrakcyjna jak jej okładka? Czy układ okładki: Autor, Tytuł, Grafika mają aż tak duże znaczenie.
    Przyznam się, że kiedy odwiedzam księgarnię, zwykle skupiam się na oprawie graficznej, a dopiero potem na wnętrzu.

    Dlatego mam pytanie: Jak zwrócić na siebie uwagę na półce pełnej konkurencji?

  12. RafałJ pisze:

    Mam podobne problemy z Empikiem i z innymi dużymi hurtowniami. Azymut żąda jeszcze dłuższych terminów niż Empik. Książki przecenione w Empiku mają dawać dla tej hurtowni zysk jakby nie były przecenione, co eliminuje sprzedaż tego typu pozycji. Wyrzucane są wiec na makulaturę. Przez Empik sprzedaję śmieszne ilości książek. Coraz częściej handluje bezpośrednio z księgarniami lub przez sklep internetowy.
    Problem leży oczywiście w małych wydawnictwach, które nie mają szans z molochami. To jednak małe wydawnictwa tworzą różnorodność i są platformą, na której opierają się niejednokrotnie działania autorskie. Ludzie piszą książki i sami je wydają bo nikt inny nie chce podjąć ryzyka wprowadzenia na rynek nowej, czasem kontrowersyjnej pozycji. Dzięki temu mamy autorów, którzy próbują nowatorskich działań i utrzymują się z powiększonych dochodów ze sprzedaży własnych pozycji. Duże wydawnictwa zainteresowane są jedynie zyskiem i inwestują w te książki, które mogą znaleźć szersze grono czytelników. Państwo Polskie powinno w związku z tym wspierać małe wydawnictwa. Rozumiem, że panuje wolnorynkowe pojmowanie gospodarki oparte na zasadach klasycznego liberalizmu. Niestety takie pozostawienie rynku książki samemu sobie może doprowadzić do żałosnych skutków. Decydenci kultury powinni zainteresować się tym problemem.
    Podstawowym problemem jest prawo podatkowe. Płacenie podatku za niezapłacone faktury jest absurdem, szczególnie kiedy dotyczy książek. Taka procedura utrudnia wydawanie książek, szczególnie tym małym wydawnictwom, które nie dysponują dużymi zasobami finansowymi na inwestycje.
    Uważam jednak, że duża wina leży po stronie wydawców. Brak umiejętności organizowania się w zrzeszenia, które mogłyby walczyć na rynku jest przywarą, którą można by uznać za typową dla naszego kręgu kulturowego. W krajach Europy Zachodniej takich problemów nie ma. Społeczeństwo organizuje się w różnego rodzaju stowarzyszenia. Wynika to moim zdaniem z większych pokładów wzajemnego zaufania i chęci bezinteresownych działań prospołecznych.
    Proponowałem kiedyś stworzenie, na wzór hiszpański, stowarzyszenia małych wydawnictw, które stanowiłoby przeciwwagę dla hurtowni i księgarń. Stowarzyszenie takie mogłoby mieć własną hurtownię dyktującą racjonalne warunki księgarniom i hurtowniom. Mogłoby zakładać sieć własnych księgarń. Wszystko powinno opierać się na nonprofitowej działalności. Takiej która ułatwia działanie, ale nie przynosi dodatkowego zysku. Dzięki temu zysk z takiej działalności mógłby być przeznaczony na rozwój lub wspieranie ważnych inicjatyw. Niestety pomysł ten nie spotkał się z odzewem. Jak to w naszym kraju bywa oskarżano taką inicjatywę o prywatę. Jestem jednak optymistą. Mam nadzieję, że dorośniemy w końcu do umiejętności współpracowania. Zrozumienia, że jest ona jedynym sposobem na przetrwanie w brutalnych warunkach liberalnego kapitalizmu. Współpracując łatwiej również przekonać rządzących do objęcia rynku książki specjalnym nadzorem, tak jak to się dzieje w innych krajach zachodnich. Przecież bez różnorodnej książki, taniej, do której jest łatwy dostęp nie ma możliwości właściwego rozwoju społecznego.

    • czytelnik pisze:

      Można wybrać metodę kasową – wówczas podatek dochodowy płaci się w momencie uzyskania zapłaty za fakturę. Oczywiście to nie gwarantuje, że hurtownik nie zrobi zwrotu i nie trzeba będzie robić korekty i do faktury i do rozliczenia podatkowego.

  13. Gdybyż tylko był chociaż ten klasyczny liberalizm…

    Zwracam uwagę, że Empik ma przewagę nie za przyczyną mechanizmów rynkowych, tylko z wykorzystywania sytuacji na styku przedsiębiorca-państwo. Inaczej mówiąc, gdyby nie było podatków, PIT-ów, VAT-ów i innych regulacji państwa (TO by był właśnie klasyczny liberalizm), to nie byłoby tego artykułu. Empik nie wypłacałby też po 5 miesiącach i nie robił zwrotów z 90% nakładu, bo raz, że by nie miał powodu, a dwa, że czuł by na plecach oddech konkurencji. A tak, robi co chce, a konkurencji nie ma, bo bariera wejścia na rynek jest w Polsce ogromna. I to – znowu – nie tyle przez rynek, co przez regulacje i podatki, które dla małego jak góra, a dla dużego są jak ziarnko piasku.

    Ja, tak jak coraz więcej ludzi, sprzedaję książki sam, bo warunki Empiku to nonsens. Ale żadna to pociecha, bo wszyscy na tym tracimy. Koncentrowanie rynku w kilku miejscach zwiększa efektywność i zmniejsza koszty. Ale co zrobić, jak w Polsce jest tylko jeden duży sprzedawca, który robi wszystko, żeby zarżnąć rynek. Warunki Empiku są przecież niedorzeczne. Na wolnym rynku powstałaby natychmiast konkurencja, do której przeszliby masowo wydawcy – z czystej chęci zysku. Fakt, że nic takiego nie powstaje, pokazuje najlepiej że ten rynek wolny nie jest. Jest przeregulowany i do tego w bezmyślny, głupi sposób.

    Mam tylko nadzieję, że nikt nie będzie wołać o jeszcze więcej regulacji i jeszcze większą interwencję państwa, bo to z tej strony przychodzą okazje do tych wszystkich nadużyć. Naprawdę mnie już irytuje, że muszę sam książki sprzedawać, podczas kiedy w cywilizowanych krajach miałbym paru dystrybutorów do wyboru, a wzajemna konkurencja między nimi uniemożliwiłaby wymuszania na nas tak niedorzecznych warunków jakie daje Empik.

    Nic, tylko zacząć pisać po angielsku…

    • ePortfel pisze:

      Myślę że nie jest to takie proste Martin. Przewagi związane ze skalą nie muszą powstawać tylko na skutek regulacji.
      Niemniej jednak masz rację w tym że jeśli spróbujemy tę „chorą” sytuację z Empikiem naprawiać regulacjami, na 99,99% jeszcze bardziej pogorszyłoby to sytuację.

  14. ta dyskusja przypomina żale Gabrieli Pyziak na ludzi, którzy wściekli byli, że kupuje parówki bez kolejki. Bo to nie była wina tych ludzi, tylko systemu gospodarczego. Tu podobnie – jedyna winą Empiku jest narzucanie długich terminów płatności i wysokich marż. Wydawnictwo za to powinno sprawdzić, czy nie lepiej rozliczać vat metodą kasową i kwartalnie.

  15. Ilo pisze:

    jestem wydawcą… wydaję magazyny i książki… i NIGDY WIĘCEJ dystrybucji książek w Empiku. Nie bedę komentować, ale jestem jedną z oszukanych i zawiedzionych …. I temat tego tekstu jest mi bardzo bliski.

  16. wydawca pisze:

    Jestem małym wydawcą. Od początku unikam empiku, bo wiem jaka „sława” się za nimi ciągnie. Ale w międzyczasie z innymi dużymi miałem zetknięcie. Z jednym – z równie złymi opiniami – Olesiejukiem, rozstalismy się po pol roku. Nie dawalismy tyle ile chcieli, a i tak na koniec borykalismy sie z absurdalnymi zwrotami.
    Azymut ma te zalete, ze chociaz rzetelnie sie rozlicza (choc na początku bywalo roznie).
    Oprocz tego mamy odbiorców, którzy nam robią ok. 40 proc, sprzedazy i płacą po 30 dniach.
    Bez zwrotów, kombinacji itp.
    Upadek empiku to będzie jedna z najelpszych rzeczy jaka się zdarzy na rynku

  17. Paweł pisze:

    Od tego co masz w magazynie na koniec roku płacisz podatek tak jak byś to sprzedał. Tak przynajmniej jest w produkcji. Nie wiem czy księgarnie mają tak samo. Tylko dlaczego miałyby mieć inaczej?

  18. joenoteUla pisze:

    Zamiast faktury lepiej byłoby wystawić WZ-ke, a po 90 dniach fakture od sprzedanych książek…

  19. Jacek Kijewski pisze:

    Jeżeli chcecie wiedzieć, o jakie kwoty chodzi przy przeciąganiu faktur, to tutaj jest ślad:

    „- Spadek zysku netto (w porównaniu z rokiem 2012) wynika z faktu, iż w 2012 roku rozpoznano aktywo z tytułu podatku dochodowego odroczonego w wysokości 69 mln złotych, które przyczyniło się do wzrostu zysku netto w 2012 roku o tę samą kwotę – informuje spółka.”

    cytat z:
    http://www.portalspozywczy.pl/handel/wiadomosci/grupa-empiku-notuje-duza-strate,97290.html

  20. yuri pisze:

    empikowy pseudopijar już działa w komentach. sprawdź IP okaże się pewnie, ze piszą z tego samego IP 😉

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Był taki przypadek wczoraj. To samo IP trollowało pod trzema ksywkami. Komentarze zostały usunięte, a IP zablokowane. Informuję trolli ku przestrodze. 😉

      EDIT: I faktycznie, po porządnej lustracji adresów – jest tego dużo, duuużo więcej.

  21. Kamil N pisze:

    Samo już odroczenie płatności na 5 miesięcy powinno być ustawowo zabronione. Reszta praktyk, oczywiście, bandycka.

  22. szpieg pisze:

    Fakt: Empik i kilku innych dużych odbiorców wymusza rabaty 50-60%. Co robią wydawcy? Podnoszą cenę książki tak, żeby im się to wszystko opłacało, włącznie z tymi gazetkami i promocjami.. To czytelnik ponosi największe koszty..

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Dokładnie tak to działa! No, z tym wyjątkiem, że Empik i Matras tracą powoli grunt pod nogami, zmniejsza się ich kolektywny udział w rynku. Sieci księgarskie rozpętały więc tzw. „wojnę rabatową”, de facto obniżając cenę książek (tę liczoną netto – po promocjach). Krótkoterminowo jest to korzystne dla klientów (kupują taniej). Długoterminowo – to kolejna żenująca zagrywka, która drenuje kieszenie wydawców i kosi księgarską konkurencję. Ale to już osobna historia. W uproszczeniu – wpływ Empiku i innych dużych sieci jest taki, jak mówisz. Gdyby nie tonęli, nie opłacałoby się im sprzedawać tanio, za to bardzo opłacałoby się cisnąć na wzrost cen.

  23. nieaferuj pisze:

    Czy dzięki rozwiązaniu tego problemu empik bedzie dalej mógł w niższych cenach sprzedawać książki? bo jeżeli nie, to niech sobie ta afera trwa…ja i tak nic z tego nie mam.

  24. robi pisze:

    ROZWIĄZANIE TEGO PROBLEMU JEST BANALNIE PROSTE: trzeba zmienić przepisy tak, by podatki należałoby odprowadzać od ZAPŁACONEJ sprzedaży… to samo z wrzucaniem w koszty… tak jest w wielu krajach EU… problem zatorów płatniczych by się rozwiązał szybciutko.. już by US tego dopilnował…
    i tu nie do Empiku pretensje bo działa w ramach prawa.. pretensje do Ministerstwa Finansów i stanowiących to prawo..

  25. Ahena pisze:

    Co ciekawe, te same utzedy ktore kreatywnosci Empika nie widza sa w stanie doprowadzic do bankructwa zwyklego kowalskiego, ktory nie jest w stanie z wlasnych oszvzednosci zaplacic podatkow a ppoznienia w otrzymywaniu naleznosci sa tylko kowalskiego problemem!!

  26. hag pisze:

    Zastanawia mnie ta polityka handlowa Empiku. Jako spółka z o.o. maja obowiązek prowadzenia ksiąg handlowych czyli tzw. pełnej księgowości.
    W tej formie księgowości faktura za zakup towaru nie powinna stawać się z automatu kosztem, takim bowiem jest jedynie wartość sprzedanych towarów liczona w cenie zakupu.
    Tym samy więc, gdyby otrzymali fakturą za 1000 książek po 10 złotych sztuka, a sprzedali 20 sztuk, to kosztem będzie jedynie 200 złotych.
    Zatem nie może tu chodzić o podatek dochodowy. Myślę, że bardziej o zwlekanie w nieskończoność z zapłatą zobowiązań. Mając więcej środków pieniężnych w obrocie, nie trzeba się martwić o płynność finansową, czy tracić czas na uzyskanie kredytu.
    Co nie zmienia faktu, że jest to ewidentna nieuczciwość.

  27. aki pisze:

    Dzięki hag, a także ePortfel, Beata Głąb, Monika Mosiewicz, za sensowne i merytoryczne uwagi tyczące się tezy artykułu. Ja, zgłaszając je pierwszy, zyskałem miana „trola”, „pracuje w empiku”, „mąci” i „pieprzy”. No ale teza postawiona musi być przecież prawdziwa.

    Nie, nie pracuję w Empiku, a nawet wprost przeciwnie, co mogę szybko Tomkowi na maila udowodnić, o ile obieca to publicznie potwierdzić 😉

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Aki, próbowałem Ci wyjaśnić, że nie opisuję mechanizmu, który ma działać teoretycznie, ale taki, który działa w realu i można jego efektów doświadczyć empirycznie. Branża księgarsko-wydawnicza mówi zresztą o tym otwarcie. Książki krążą między magazynami co 90 dni. Nikt nie ma wątpliwości, że to z powodów czysto fiskalnych.

      Od Ciebie usłyszałem natomiast, że wszystko jest bardzo chwytliwe, ale nie jest prawdą. A potem – że powielam mity. Poza samym rzuceniem tezy, zero konkretów. A co teraz się dzieje? Ot, zwyczajnie się chełpisz.

      Nie jestem księgowym i rzeczywiście opisałem całą tę fiskalną mechanikę nieprecyzyjnie. Stąd poprawki w tekście. Jednak po wymianie zdań z Tobą – trudno mi Cię traktować poważnie. Wręcz zapaliły mi się wszystkie lampki ostrzegawcze. Proszę, nie rób sobie sam krzywdy i nie rozmawiaj z ludźmi w ten sposób. Nie ma znaczenia, czy masz rację, czy nie, gdy i tak nikt Ci nie wierzy.

  28. Monika pisze:

    „Przy tak ustawionym terminie zapłaty, Empik ma 90 dni na to, żeby „trzymać w kosztach” zakupione książki ” Idż na podstawy rachunkowości, autorze artykułu, a nie gadaj takich głupot. Przy pełnej rachunkowości, a Empik tką prowadzi, kosztem dla niego jest tylko towar sprzedany.

  29. Lobster pisze:

    Proba do autora o wyjasnienie mechanizmu z dodatkowym rabatem po wprowadzeniu Vat.
    Zakladajac naprzemiennosc mnozenia, ktorej ucza w pierwszych klasach szkoly podstawowej, nie powinno to miec znaczenia…

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Zakładamy, że cena okładkowa książki to 50zł. VAT to 5% ceny detalicznej. Rabat dla dystrybutora to 55%. Koszt przygotowania i produkcji książki to 15zł.

      1. Gdy ignorujesz VAT i naliczasz rabat od 50zł, sprzedajesz dystrybutorowi książkę za 22,50. Po odliczeniu kosztów produkcji twój zysk to 7,5zł.
      2. Gdy musisz odprowadzić VAT, cena netto książki to 47,50.
      3. Po odliczeniu rabatu, dystrybutor kupuje książkę za 21,375 (no, nie jestem pewien, jak się to zaokrągla).
      4. Różnica w cenie dla dystrybutora to 1,125 czyli 5%.
      5. Wydawnictwo odprowadza VAT od razu, dystrybutor i księgarnia mogą sobie to prolongować.
      6. Wydawnictwu nie spadają koszty druku i redakcji (już poniesione), ani inne koszty związane z wprowadzeniem książki na rynek.
      7. Ostateczny zysk wydawnictwa po wprowadzeniu VAT to 6,375 na egzemplarzu, czyli o około 15% mniej.

      Można argumentować, że z powodu wprowadzenia VAT wszyscy tracą, ale to nie byłaby prawda. Traci przede wszystkim najsłabsze ogniwo.

  30. Karola pisze:

    Czytam sobie tę dyskusję i nie widzę sensu większości komentarzy. Połowa po prostu się czepia jakiejś pierdoły i wykorzystuje to, żeby pokazać jak dobrze zna się na ksiegowości, a autor jak źle. No i co z tego, że nie da się tak zrobić z podatkiem dochodowym, jeśli da się zrobić z vatem. Empik i tak korzysta, a wydawcy tracą. Bożesz.

  31. Astralny pisze:

    Mógłby pan poświęcić kolejny odcinek opisywaniu głosu bohaterów? Pan taki problem, że jestem głuchy jak pień, jeśli chodzi o rozpoznawanie dźwięków. A warto przecież czasami wspomnieć jakim głosem mówi czarny charakter. Cichym piskliwym jak byle chuchro, czy twardym twardym niczym głaz. Jak można opisać tak ważny aspekt?

  32. Teozof pisze:

    Autorze tego „dzieła”. Gowno wiesz o rynku książki. Gowno o podatkach i gowno powiedziałeś mądrego. Jak się nie znasz na księgowości to o niej nie pisz. Wiarygodność i powagą ZERO.

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Postanowiłem zostawić ten komentarz (i wcześniejszy „Moniki”) dla przestrogi i przykładu. Oba zostały postawione z IP, które już udzielały się pod innymi ksywkami.

      Przy okazji dziękuję wszystkim, którzy nie przyszli tu robić sztucznego tłoku, ale rzeczywiście mieli coś do powiedzenia. Zwłaszcza zaś tym, którzy nie skąpili swojej wiedzy. Jak powtarzam, nie jestem księgowym. Trudno mi ująć te zagadnienia językiem precyzyjnym i zrozumiałym. To dzięki Wam udało się dopracować tę część artykułu, która o księgowości traktuje.

  33. Żywioły pisze:

    Zakupy i zwroty w kółko są powszechną praktyką niestety w tej branży.
    Tutaj artykuł problemów nie z samym Epikiem, a z Helion, gdzie takie coś jest podstawą sporu między autorem książki a wydawnictwem, ze względu na niewłaściwe rozliczenia zdaniem autora (moim):
    http://www.forum.simple-nlp.pl/owion/14209-czy-helion-oszukuje-autorow.html
    Uwaga – nie wiem, czy w tym przypadku sytuacja wynika z jakichkolwiek przekrętów podatkowych, czy nierejestrowanych dodruków i ukrywania sprzedaży, żeby nie wypłacać honorarium autorskiego, czy może z jakichś innych przyczyn.
    Niewątpliwie z polskim rynkiem księgarskim nie jest dobrze. Niedawno założyłem własne wydawnictwo (małe oczywiście), bo po przejściach z Helion i komentarzem jednego z wydawców, że wielu tak robi, po prostu stwierdziłem, że nie mam najmniejszej ochoty nikomu dawać prawa do kopiowania mojej kolejnej książki. Obecnie jestem na etapie naporów od strony dystrybutora, aby zmienić wcześniej ustalone warunki (oczywiście na mniej atrakcyjne dla mnie), po to żeby Empik mógł też dostać książkę. Żeby było ciekawiej dystrybutor wyszedł z propozycją, zanim w ogóle minął nawet pierwszy miesiąc dystrybucji, czyli zanim właściwie podjął się wykonywania swojej części umowy, już chce ją zmieniać. Dla mnie to dziwne podejście, choć na razie nie określam sytuacji z dystrybutorem jako złej, a na razie patową, licząc, że wkrótce ulegnie to zmianie i w końcu dystrybutor zacznie wywiązywać się z dystrybucji, jak książka będzie miała pozytywne recenzje (jedna bardzo fajna dopiero co się pojawiła), bo na razie zdaję sobie sprawę, że to nowa pozycja, nowego w tej części literatury autora i nie każda księgarnia chce mieć ją od razu na stanie (poprzednia książka była z zupełnie innej beczki).

  34. AS pisze:

    Szanowny Panie, przedstawia się Pan przewrotnie jako „grafoman”. Myślę, że należałoby do tego dodać: „dyletant ekonomiczny”.

    1. Nie znam modelu biznesowego obowiązującego w EMPIK-u. Widać jest nie najlepszy, skoro rośnie zadłużenie i spada wartość akcji. W takiej sytuacji zazwyczaj doradza się firmom cięcie kosztów, rozwój działalności przynoszących dochód, likwidację działalności deficytowych. Sądzę, że EMPIK to robi. Czy zdąży?

    2. Nie ma równości na rynku, a duży może zdecydowanie więcej. 20% udział w rynku to sporo, lecz do monopolu jest jeszcze daleko. Pozostaje 4/5 możliwości sprzedaży. Szefostwo DodoEditor (skąd ta miłość do anglopodobnych nazw?) zdecydowało, że opłaci się dać upust, zaakceptować zwrot, pokryć ekstra promocję, VAT i czekać miesiącami na przelew – byle tylko sprzedawać w EMPIK-u. A przecież 8 książek na 10 sprzedaje się poza EMPIK-iem. Życie pokazało, że była to decyzja błędna.

    3. Duży może więcej, lecz nie może wszystkiego. Jeśli EMPIK gdziekolwiek złamał prawo, uprzejmie proszę korzystać z istniejących możliwości dochodzenia własnych roszczeń. Patrząc na kondycję EMPIK-u doradzam pośpiech.

    4. Z mielenia faktur korygujących nie wynika żaden zysk (co najwyżej nieoprocentowany krótkoterminowy kredyt). Koniec końców trzeba pokazać pełny stan magazynowy, którego wzrost zalicza się do przychodu. Kręcenie na kilkuprocentowym VAT wystarczy na waciki, a podejmowane ryzyko jest niewspółmiernie wysokie. Na marginesie, dane finansowe EMPIK-u, jako spółki giełdowej, są publicznie dostępne.

    Cóż, złotodajny dawniej biznes książkowy (pamięta Pan BGW?), stał się wymagający i ryzykowny finansowo. Posypią się wydawnictwa i księgarnie, powstaną inne, lepiej przystosowane do rzeczywistości. Bo, przede wszystkim, zmieniła się książkowa i czytelnicza rzeczywistość, niestety! Ale to zupełnie inny temat.

    Kończę przynudzać i pozdrawiam serdecznie.

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Hmm… Nie rozumiem jak to wszystko świadczy o moim dyletanctwie.

      Co do DodoEditor – sami wiedzą, że im się nie opłaciło. Warto jednak pamiętać, że know-how nie przychodzi z powietrza, zwłaszcza w wypadku młodych i niewielkich firm. Trzeba za nie zapłacić albo pieniędzmi, albo pomyłkami.

      Powiem nawet więcej. W mojej ocenie sam fakt, że zechcieli opowiedzieć o swoich perypetiach świadczy o pewniej szlachetności. Sami nic na tym nie zyskują – pomagają tylko innym w uniknięciu biznesowych pułapek. Innym, czyli potencjalnej konkurencji.

      Natomiast co do Empiku… Cóż, 20% to naprawdę dużo, ale jeśli Panu tego mało, to powiem inaczej. Razem z pozostałymi sieciami księgarskimi to jest już około 40% udziału (cytuję za Biblioteką Analiz, ale z pamięci, więc mogę mylić się o kilka punktów). 40% to już jest niemal połowa. Żadna inna grupa podmiotów działających na rynku książki nie osiągnęła tego stopnia koncentracji. Dla mnie to oczywiste, że sieci księgarskie narzucają ton całemu środowisku. Jeśli Pan dalej upiera się, że jest inaczej – w porządku. Ale wtedy proszę zachować tytuł dyletanta dla siebie.

      No i jeszcze taki drobiazg. Kręcenie na 5% VAT starczy na waciki jeśli kręci na nim kioskarz. W wypadku Empiku – starczy na o wiele, wiele więcej. A nieoprocentowany kredyt – proszę Pana, to jest czysty zysk. 😉

      • AS pisze:

        Cóż, powiem więc tak, jak na miedzy…

        1. Książka jest produktem i tym się, między innymi, różni od np. marchewki, że nie jest niezbędna do przeżycia; czyli: zaspokaja potrzeby tzw. wyższego rzędu; czyli: łatwiej zrezygnować z książki aniżeli z marchwii.

        2. Nie wystarczy cokolwiek wyprodukować, aby zarobić. Trzeba wiedzieć:

        a) co się produkuje;
        b) dla kogo;
        c) jak ten produkt przedstawić i sprzedać.

        W przypadku marchewki odbiorców mamy miliony. Sami się pchają do rozlicznych warzywniaków, nie ważne kioskowych czy sieciowych.
        W przypadku dzieła Elviry Dones p.t. „Zaprzysiężona dziewica” zdobycie bez specjalnej akcji promocyjnej choćby 100 klientów może nie być łatwe.

        3. Firmie DodoEditor życzę sukcesu. W tym celu doradzam porządny biznesplan. Niezbędnym jego czynnikiem musi być znajomość struktury sprzedaży książki w Polsce.

        4. Dyskusja była nie o dominacji sieci, tylko o ledwo dyszącym EMPIK-u. Przypomnę, że napisałem przecież, iż „nie ma równości na rynku, a duży może więcej”. Z prostej arytmetyki wynika, że nawet przy 40% koncentracji ciągle jeszcze 6 książek na 10 sprzedaje się poza sieciami.

        5. Mało prawdopodobne machlojki z 5% VAT-em od sprzedaży produktów firmy DodoEditor mogą nie starczyć EMPIK-owi nawet na waciki.

        6. A procent od kredytu – proszę Pana – to jest czysty koszt :-)

        Nieodmiennie Pana pozdrawiam.

  35. Jakub pisze:

    Sprzedawcy wyzyskuja wydawców, wydawcy autorów i koło sie zamyka 😀

  36. ania pisze:

    Osobiście bardzo mi się podoba styl książek wydawanych przez DodoEditor i ich tematyka dlatego jestem w trakcie wiecznego poszukiwania książek tego wydawnictwa. A teraz okazuje się, dlaczego nigdzie nie mogłam ich znaleźć – leżały na magazynach. To chore.

  37. Wydawcy za bardzo nie chcą współpracować z księgarniami. Chodzi mi o małe księgarnie.

  38. Ludwik pisze:

    TO OSZUKAŃCZA FIRMA. Zamówiłem płytę i muszę czekać 10 dni. W MOMENCIE ZAMÓWIENIA BYŁO POKAZANA, ŻE 5 DNI.
    Nie kupujcie w Mpiku

  39. luke pisze:

    A jaki frajer współpracuje na takich warunkach z takim oszustem tak długo?? No przecież to handlowa prostytucja. Jak coś wygląda jak oszustwo to oszustwem jest. Prosta zasada.

  40. ewa pisze:

    pęknie. właśnie od miesięcy lezy w szufladzie kolejna moja książka …najpierw chciałam ją wydać nawet za własne pieniądze i o mały włos nie została oszukana, a teraz czytam o kolejnych zasadach działania tego rynku. chory kraj

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *