Jak zaplanować opowieść – w dziesięciu prostych krokach

Tomasz Węcki


Cześć, mam na imię Tomek i jestem grafomanem. Od kilkunastu lat udaje mi się połączyć przyjemne z pożytecznym i utrzymuję się przede wszystkim z pisania. Byłem już dziennikarzem, piarowcem, copywriterem, ghostwriterem, dokumentalistą i autorem tekstów do gier komputerowych. Teraz możesz również przeczytać moją pierwszą książkę – „Wtajemniczenie”.

55 komentarzy

  1. Kamil Mianowski napisał(a):

    Ile książek napisał autor tych porad? Andrzej Ziemiański nigdy nie miał planu powieści, nigdy nie robił notatek, nigdy nie znał zakończenia w momencie pisania treści, a jego książki mają pewnie po 600 000 znaków i znakomicie się sprzedają. Czym to tłumaczyć? Różnicą w budowie mózgów? Tym, że jeden umie pisać (ogarnia całość), a drugi nie?

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Autor tych porad pisze zawodowo od dobrych kilkunastu lat. 😉 Ale spoko, nie podniecam się, kiedy ludzie uznają mnie za autorytet, więc nie żal mi też, jeśli ktoś we mnie wątpi. Na Pańskim miejscu, Panie Kamilu, po prostu zastanowiłbym się nad własnym procesem. Jeśli trzaska Pan książki bez planu jak Andrzej Ziemiański, to świetnie. Gratulacje. Jeśli to Panu jednak nie wyjdzie, nie znaczy to z automatu, że nie umie Pan pisać, ani że nie ogarnia całości. Znaczy to tylko tyle, że wzorował się Pan na bardzo rzadkim przypadku – bo niewielu twórców rzuca się na ambitne projekty bez JAKIEGOŚ planu.

    • Lapis Lazuli napisał(a):

      Ja nie mam pojęcia, dlaczego Ziemiański się sprzedaje, ale jeżeli on pisze bez planu, to ja tym bardziej wolę planować 😉 (zresztą to w sumie widać, że jego powieści są pisane bez planu i wcale nie wychodzi im to na plus)

      Mam pytanie trochę poza tematem – co z forum? Próbowałam się od wczoraj zarejestrować, wyskakuje mi błąd bez komunikatu tekstowego, a maila żadnego nie dostałam :<

      • Tomasz Węcki napisał(a):

        Damn, rzeczywiście coś się zepsuło z rejestracją. Spróbuję to naprawić jeszcze dzisiaj, ale że chwilowo sam jeden stanowię całość zasobów przeznaczonych na administrację, może mi się to nie udać tak szybko. Tak czy owak, dzięki za zgłoszenie.

        EDIT: poszło szybciej, niż myślałem. Spróbuj się zarejestrować jeszcze raz. System powinien poprawnie wyświetlić komunikat, jeśli coś poszło nie tak (np. ten użytkownik już istnieje).

  2. Piotr Borowiec napisał(a):

    Absolutnie zgadzam się z każdym zdaniem. Z mojego doświadczenia (nie wielkiego co prawda, i ograniczającego się jedynie do opowiadań) wynika, iż najważniejszy jest chyba punkt pierwszy. Uważam, iż nie ma sensu abym siadał do tekstu, jeśli nie mam wyobrażonego jego zakończenia. To zakończenie nie musi być idealne, wiele razy zdarzało mi się, że to, co na początku pracy wymyśliłem jako jej koniec, i tak w trakcie pisania modyfikowałem. Mając zakończenie możemy ustalić jaki będzie cel bohatera oraz która z pozostałych postaci w osiągnięciu tego celu będzie przeszkadzać/pomagać. Potem możemy napisać streszczenie, rozbić ja na punkty i ustalić jakie elementy świata przedstawionego i kiedy będą w historii pokazane.

    Nie upieram się, że mój sposób pracy jest jedynie słuszny, a to co ja piszę – czy to co pisze Autor wpisu powyżej – to jakaś prawda objawiona. Jednak nie raz zdarzało mi się czytać opowieści w których, pomimo przepięknego języka i sprawności warsztatowej, „coś nie grało”. I dam sobie rękę uciąć, że tworzono jej bez sensownego planu.

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Tworzono je albo bez planu, albo bez twardej edycji po skończeniu. Bo sporo można uratować, jeśli się już ma cały tekst gotowy i widzi wszystkie mankamenty. 😉

      • Piotr Borowiec napisał(a):

        Aż sobie powtórzyłem stary tekst M. Oramusa „7 grzechów głównych polskiej fantastyki”. Felieton ma już prawie 30 lat, a jest ciągle aktualny. Otóż Oramus twierdzi, iż „ten grzech jest najcięższego kalibru: nie wiedzieć, po co się pisze. Co chce się osiągnąć i powiedzieć rozpoczętym, a gorzej – skończonym właśnie utworem”. I nie wierzę, po prostu nic mnie nie przekona, że można uratować tekst najsurowszą nawet edycją, jeśli był pisany bez celu. Nawet najbardziej oczywistego (z pozoru!): opowiedzieć ciekawą historię.

        Dla mnie, założenie sobie już na początku pracy jej zakończenia, potem tworzenie planu pod to zakończenie jest najprostszym chyba sposobem na przeprowadzenie „testu sensowności pracy autora”. Jeśli mam zakończenie, plan, antagonistę, cel do którego będzie dążył bohater to mogę łatwo rozpoznać, czy faktycznie wiem po co chcę pisać… czy tylko wydaje mi się, że wiem.

        Pewnie i masz racje, pewnie i tekst pisany bez planu, ale z jasno postawionym celem można uratować. Albo i niekoniecznie. Tak mi się zdarzyło z jednym z moich opowiadań, jakie opublikowałem. Chciałem napisać ghost story (mój ukochany gatunek literacki) w którym protagonista – z zawodu historyk – spotyka się upiorem kobiety zamęczonej w XVII w. w trakcie prześladowań czarownic. Upiór wymusza na postaci przerwanie badań naukowych właśnie nad tym tematem. Pomysł świetny, moim zdaniem, cel też: sprowokować czytelnika do zadania sobie pytania, czy faktycznie ofiary rzezi z przeszłości życzyły by sobie, aby rozgrzebywać ich dramaty. Plus opowiedzieć ciekawą historię, pogrywając sobie ze schematem klasycznego opowiadania grozy: zamiast sensu spirytystycznego mamy metodologie badan historycznych, zamiast medium panią doktor piszącą monografię.

        Pomysł był, cel był, więc siadłem, zacząłem pisać. I spieprzyłem sprawę po całości. Teraz wiem, że opowiadania nie dało się uratować na poziomie edycji. Trzeba by było napisać je jeszcze raz, tym razem z planem. Nauczka na przyszłość.

      • Tomasz Węcki napisał(a):

        No, trochę o to mi chodziło, kiedy mówiłem o „twardej edycji”. Twórca, zamiast płakać, że mu nie wyszło, bierze d*pę w troki i pisze na nowo duże fragmenty tekstu. Może nawet tworzy tekst zupełnie od początku, będąc świadomym pomyłek, które wykonał za pierwszym razem.

        Straszne marnowanie czasu i energii, ale ej – można! A czasem trzeba.

  3. Sylwia napisał(a):

    Jak z każdym Twoim ,,poradnikiem” i tym razem się nie zawiodłam. Może teraz pisanie pójdzie mi prościej bo nadal stoję w martwym punkcie. Pozdrawiam 🙂

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Dzięki. Planowanie opowieści to nie jest uniwersalne rozwiązanie na każdy problem, ale niektórym twórcom naprawdę pomaga wszystko ogarnąć. Warto spróbować i przekonać się na własnej skórze.

  4. Sweetie napisał(a):

    Planowania trzeba się nauczyć i dorosnąć do niego… nawet można by powiedzieć, że trzeba się sparzyć, trzeba zmasakrować swoje „dzieło”, by odkryć, że pisanie nie jest takie łatwe. Wiem, bo parę razy rozwaliłam kilkumiesięczną pracę. I nie jest to wynikiem tego, że ktoś jest ograniczony i nie umie pisać na poczekaniu… Na poczekaniu pisze się krótkie teksty, coś poważniejszego trzeba zaplanować dla własnej wygodny. Im więcej wątków tym bardziej przyda się przelewanie swoich myśli na papier, bo jak czegoś zapomnimy to dzieło trafi do kosza.
    Każdy ma swoje metody. Ja na przykład zaczynam najpierw od ogólnego planu, tworzę nawet w myślach historię dość rozległą, potem „odcinam” jej zakończenie w miejscu, gdzie, jak zauważam, wyczerpuję wszystkie ważne wątki. Potem działam trochę jak Pan, ale nigdy nie piszę streszczenia. Przyznam, że nienawidzę tej formy z powodu czasów szkolnych. Wolę opisać wszystko w punktach, które po „przeleżeniu” pomysłu można przeczytać, powykreślać i pozmieniać. Właśnie… musi poleżeć, nawet kilka dni, trzeba myśleć, czy wszystko trzyma się prawdopodobieństwa, dopiero potem działam.
    Dobrze, że wspomniano o strzelbach. To bardzo prosta sztuczka, która pozwala na połączenie fabuły i jeszcze uatrakcyjnia opowiadanie. Ja jeszcze w podobny sposób wykorzystuję swoich bohaterów. Tworzę ich ograniczoną liczbę i potem staram się nimi działać… Jedna osoba może mieć kilka ról, często nawet dość zaskakujących. To też łączy fabułę.
    Dziękuję za kolejny inspirujący tekst na spisku 😀

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Ja również dziękuję. A co do streszczenia – w punktach to świetny pomysł. Sam owe streszczenia piszę półsłówkami i dzielę na różnorakie „sekcje”, więc wychodzi z tego niemal lista zakupów. Myślę, że jedyne wymagania odnośnie takich literackich mapek to: a) powinny być zdatne do odczytania, b) powinny wprowadzać więcej porządku niż chaosu. 😀

  5. Czarownica Wrażeń napisał(a):

    No Tomku – ten tekst musiałeś w jakiś tajemny sposób wysączyć z mojego mózgu… 🙂 A tak serio: u mnie wszystko jest właśnie tak jak napisałeś z jednym malutkim wyjątkiem – brak streszczeń! Nigdy tego nie umiałam robić. Przygotowanie streszczenia np. do artykułu, który publikuję jest dla mnie największą karą i barierą. Męczę się przy tym jak potępieniec… Może kiedyś jakiś szybki kurs pisania tych cholerstw…? 🙂 🙂 🙂
    Ja nie wyobrażam sobie pisania bez planu… Choć moi bohaterowie i tak w trakcie pisania zaczynają żyć swoim życiem, to jednak jakieś ramy na dzień dobry muszę mieć… I faktycznie: zawsze mam zakończenie, dzięki któremu wiem co i po co chcę napisać…
    Dziękuję za ten tekst! 🙂

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Jasne, to dobry pomysł – dopisuję sobie do listy przyszłych tekstów ten o streszczeniach. Prawdę mówiąc, też nie lubię pisać tych diabelstw, zwłaszcza jeśli streszczam tekst, który jeszcze nie powstał. No ale – czasem to mniejsze zło. 😉

  6. Lapis Lazuli napisał(a):

    Chyba nadal nie działa tak, jak powinno. Zarejestrowałam się na inny nick i mail (poprzednich nie mogłam użyć, bo już są w bazie), ale nie dostałam hasła na maila – tylko potwierdzenie subskrypcji. A odznaczyłam je przy rejestracji. Próbowałam też „przypomnieć hasło” na mail i nic.
    Może trzeba długo czekać? Ale mail z potwierdzeniem subskrypcji przyszedł po ok. minucie.

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Na pewno nic nie wpadło do spamu? Subskrypcja newslettera idzie z innego, pewniejszego serwera, a nasze skromne forum musi wysyłać ot tak.

      • Lapis Lazuli napisał(a):

        Aaa, faktycznie jest 😀 Myślałam, że już przejrzałam wszystkie zakładki na gmailu, a ta ze spamem jest z boku. Przepraszam za trucie w takim razie 🙂

  7. Tomek napisał(a):

    Moja przygoda z nauką pisania rozpoczęła się od przeczytania książki „Jak napisać scenariusz filmowy” – Russina Downsa i Williama Missouriego. Jest tam ładnie napisane, że doświadczony autor z niejasnego pomysłu potrafi stworzyć scenę, zaś początkujący autor z pewnością się poparzy.
    Jeszcze lepszą motywacją w ich książce na temat planowania są takie słowa.
    „Może najprościej zabrać się do pracy wyobrażając sobie, że planując już piszesz – to właśnie ten etap wymaga największego nakładu pracy” (nie wiem czy napisałem słowo w słowo – sens zachowałem)

    Wiem, że nie mowa tu o scenariuszach filmowych, ale struktura jest taka sama.

    Mówi się o fiszkach.

    Stephen King mówi, że ma w głowie zarys fabuły ale nigdy nie zna końca. Palahniuk o tym, by nie siadać do pisania bez niczego konkretnego w głowie. Musimy mieć w głowie następną scenę.

    Ja najbardziej lubię planować w głowie. Jeśli jakiś pomysł na scenę opuszcza moją pamięć, to znaczy że nie był warty zapisania.

    • Piotr Borowiec napisał(a):

      Ja wychodzę z założenia, że wszystko warto zapisywać, każdą myśl, skojarzenie, sytuacje, dosłownie wszystko. Nawet kaleka lub głupkowata myśl, z pozoru zupełnie nie przydatna do tego co akurat w tej chwili piszę lub planuje pisać, może stać się inspiracją do czegoś dobrego za pół roku. Oczywiście, zdaje sobie sprawę że to moje, i to Ty być może masz racje. Mnie jest szkoda zapominać jakiegokolwiek pomysłu, najdrobniejszego nawet. Szkoda pomimo świadomości, że 99% tego co zgromadziłem (w notatkach, tekstach roboczych, bazgrołach i brudnopisach) okazuje się do dupy.

      • riboq napisał(a):

        O tak, nauczyłam się (i to o zgrozo dopiero niedawno), ze należy zapisywać każdy pomysł, który pojawia się w głowie. Kwadrans później nie jestem ws tanie odtworzyć tej złotej myśli, która mogła być osią całkiem niezłego tekstu. Zapisuję wszystko chociaż hasłami, jak jest zbyt ulotne – to zapisuję wszystko jak idzie mi pod kopułką. Błędy nieważne, literówki? Nieważne! Musi zostać zapisane. 🙂

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Hmm… No muszę przyznać, że sporo tekstów zaplanowałem w głowie, jak mówisz Tomku. Tyle tylko, że to same opowiadania i inne króciaki (włączając artykuły). Długie rzeczy to IMHO jednak zbyt duże ryzyko zapomnienia ważnych szczegółów. No bo to nie jest tak, że tylko rzeczy nieważne się zapomina. 😉

  8. Knight Martius napisał(a):

    Widzę, że mój pomysł z opisaniem foreshadowingu (vel „strzelby Czechowa”) się przyjął. I nawet powstał kompletny poradnik. 🙂 Ogólnie nie mam nic do dodania, bardzo dobrze napisane. Tylko stosować się by wypadało…

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      No ba! 😀 A z tym stosowaniem to naprawdę łatwiejsze, niż wygląda. Aż szkoda patrzeć jak się ludzie czasem męczą bez planów z trudnymi wyzwaniami, a potem kończą przepisując połowę tekstu od nowa. No, chyba że nie kończą…

  9. Lady V. napisał(a):

    Chyba pierwszy wpis na tym blogu, z którym w równym stopniu się nie zgadzam, co zgadzam. Lub też inaczej: część z tych porad kompletnie (lub przynajmniej częściowo) się u mnie nie sprawdza. I do nich się odniosę.
    „Zacznij od zakończenia”. Nie mogę i nie potrafię. Owszem, mniej więcej sobie określam, w jakim kierunku zmierza mój tekst (np: jeśli to ma być kryminał, to mówię sobie, że zagadka zostanie rozwiązana a morderca złapany), jednak nic więcej. Jeśli mam świetną scenę na finał i ją rozpiszę, choćby i w kilku zdaniach, to już koniec. Tekst nie powstanie. Bo i po co brać udział w wyścigu, skoro jestem już na mecie? Nawet jeśli piszę, chcę być choć trochę zaskoczona tym, co się dzieje w fabule – bo inaczej mnie to zanudzi, a nudnych rzeczy nie mam serca robić. Dlatego raczej korzystam z rady dotyczącej określania celów postaci. Jeśli postacie mają cel i zostaną umieszczone w konkretnej scenerii, to będą dążyć do jego zrealizowania. Czyli do finału. Chcą tam dotrzeć za wszelką cenę, więc nie obawiam się tego, że za każdym razem będę pisać coś innego. Z podobnych powodów nie tworzę streszczeń i nie zamierzam tworzyć. W ostateczności ograniczam się do kilku krótkich punktów na najbliższe sceny, to mój cały plan. Wiem też, że nie jestem osamotniona w tym, by pisać bez planowania. Są ludzie, którzy planu (w tym gotowego zakończenia) potrzebują i są tacy, u których zabija to tekst.
    „Trzymaj się ram gatunku”. Oj, to trudne, gdy pisze się kryminał z wątkiem romantycznym, ewentualnie romans z wątkiem kryminalnym 😉 Dlatego najczęściej definiuję swoje różne projekty jako twórczość przygodową. Ale w sumie zgadzam się z tym, by jeśli zapowiada się kryminał nie kończyć tego jako typowy romans. Po prostu można mieć główny gatunek i do niego wprowadzić wątek z innego gatunku. Ale wydaje mi się, że o to chodziło we wpisie…
    Reszta kroków (czyli wszystkie pomijające konieczność planowania) zostaje przeze mnie zdecydowanie zapamiętana ^^ Część stosuję od dawna, niektórych pewnie intuicyjnie, części dopiero się uczę… ale uważam za bardzo wartościowe to, jak zostało to przez Ciebie, Tomaszu, zebrane. Dziękuję.

    P.S. A właściwie to czy można pisać do Was (autorów Spisku) per „Ty”? I jeśli tak, to czy wolicie imiona w wersji oficjalnej (Tomasz, Anna) czy mniej formalnej?
    P.P.S. Jeśli nie masz nic przeciwko, to kroki dotyczące przeciwnika i celu posłużą mi za inspirację do jednej z notek w nowym cyklu na moim blogu. Choć jeszcze nie mam pewności, w której z kolei. Oczywiście zamierzam wskazać źródło natchnienia ^^”

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Wiesz, mam podobnie w tym względzie, że zbyt szczegółowy i restrykcyjny plan zabija mi proces. Miałem dwa takie podejścia do powieści, jakieś kilka lat temu. Raz metodą płatka śniegu, drugi raz jakąś swoją mieszanką metod. Pięknie to wyglądało w teorii, w praktyce – da mnie – kompletna porażka. Czułem się jak na linii produkcyjnej. Oczywiście nie dopisałem do końca. Inna sprawa, że materiał się nie zmarnował – ale to już osobna historia.

      Teraz, jeśli coś planuję, staram się zachować spory margines na zmiany, a do tego – jak najwięcej drobiazgów wymyślać na bieżąco. To oznacza, że muszę czasami zmieniać zakończenie wymyślone na początku.

      A co działa dla Ciebie – Ty wiesz najlepiej. 😉 Osobiście bardzo bym się bał zaczynać kryminał BEZ wymyślonego już na wstępie zakończenia. W końcu to forma bardzo zależna od precyzyjnej konstrukcji fabuły. Ale ej, ja tylko radzę. Nie zjadłem wszystkich rozumów.

      Natomiast co do tego jak się do nas zwracać – Tomek jestem. 😀 Ania też się nie obraża za swoje imię. Jeśli któryś z tekstów Cię zainspiruje, korzystaj z tego śmiało. Bogowie świadkami, że to nie są produkty mojej unikatowej wyobraźni, tylko kompilacja osobistych doświadczeń, wiedzy wyczytanej wieki temu w zapomnianych źródłach i świeżego riserczu przeprowadzanego na potrzeby każdego z tekstów. Słowem: ja często też się czymś tam inspiruję. Ale jeśli chcesz Spisek nagrodzić linkiem – ejże, ja z chęcią wezmę! 😉

      • Lady V. napisał(a):

        W kryminale (no nie, zaszalałam… nazywam to kryminałem, ale to naprawdę dalekie od mocnych pozycji z tego gatunku) zależy mi najbardziej na tym, by wiedzieć, co się stało. Czyli na przykład jak kogoś zamordowano i dlaczego. I, oczywiście, kto jest mordercą. A potem postacie same powinny to odkrywać, by na koniec ująć sprawcę. Tylko że – co z bólem serca muszę podkreślić – nie mam na koncie żadnego ukończonego kryminału, więc to takie moje uwagi ze środka procesu pisania.

        Cudne porównanie: linia produkcyjna.
        Metodę płatka śniegu spróbowałam wykorzystać eksperymentalnie przy jednym pomyśle. Spisałam wszystko do etapu „krótkie opisy z punktu widzenia każdego z głównych bohaterów” i już wtedy czułam, jak cierpi me jestestwo 😉 Ok, był to zarys planu. I świetny pomysł. Do dzisiaj leżą nietknięte, a mijają jakieś trzy lata… choć mam cichą nadzieję kiedyś do tego wrócić. Pewnie wtedy docenię fakt spisania owych pseudo-streszczeń, bo będę wiedziała, o co mi chodziło ^^”
        Na dzień dzisiejszy moje plany są maksymalnie ogólne. Jednak, gdy tak sobie teraz o tym myślę, może to rzeczywiście wynika w dużej mierze z gatunku, jaki się tworzy? Z jego „ciężkości”?

        Twoje rady są cenne, a sam Spisek naprawdę wspaniały. Ja mam w sobie na tyle dużo pokory, że gdy myślałam o tym, co użytecznego umieszczać na blogu, szybko wykreśliłam pomysł na „porady dla pisarzy”. Nie dorastałabym Wam do pięt, wolę czerpać wiedzę od kogoś, kto ma ją poukładaną w głowie i popartą doświadczeniem. Zdecydowałam się za to skupić na postaciach, bo na tym mam spore podstawy się znać. Co mi z tego wyjdzie, zobaczymy. Jeśli będziesz miał ochotę i czas, możesz oczywiście kiedyś zajrzeć.

        Aniu, Tomku, pozwolę sobie jeszcze raz powiedzieć, że bardzo mi się podoba Wasz blog. Nadrabiam wszystkie notki, staram się też je komentować. Spisek już teraz linkuję na blogu jako mój prywatny (w sensie: wybrany przeze mnie i moje widzimisię) Blog Miesiąca. Raczej nie przełoży się Wam to na wzrost popularności, bo z moim blogiem dopiero startuję, ale póki będzie on istniał, to Spisek będzie widniał w polecanych linkach. I może jak już będę znaną pisarką, przypomnę, skąd czerpałam tyle świetnych rad.

        Hmmm… patrząc na zegarek… dobrej nocy!

  10. Phoe napisał(a):

    Teoretycznie wydawałoby się, że pisanie na żywioł jest łatwiejsze. Jednak uważam, że w praktyce jest właśnie na odwrót. Generalnie sama planowanie dzielę na dwa elementy: tworzenie notatek (przeszłość bohaterów, relacje rodzinne, wygląd polityki w danym uniwersum, etc) i tworzenie planu akcji, który dzielę od razu na rozdziały, zapisując pod każdym, co ma się wydarzyć. Jeśli na pewnym etapie stwierdzę, że coś nie pasuje, usuwam, przekształcam lub przesuwam gdzie indziej, bo niektóre wątki zwyczajnie tracą potencjał w nieodpowiednim miejscu. Już na tym etapie widzę słabe i mocne punkty fabuły. Reszta już zależy od warsztatu.

    Także zgadzam się z tym artykułem w pełni. Dodatkowo chyba najtrafniejszym podpunktem jest ta o strzelbie Czechowa. Ale nie chodzi mi o sam efekt, ale o to, że autorzy nie wykorzystują potencjału tkwiącego w każdej scenie. Wrzucają różne rzeczy, jakby bez celu, nic z tym dalej nie robiąc. Nie dość, że jest to zupełnie bez sensu, to na dodatek wymaga więcej wysiłku. Nie łatwiej wykorzystać to, co już się stworzyło, zamiast wymyślać nowe?

    • UlaHohensee napisał(a):

      Zgadzam się w pełni, ale to nie mój sposób planowania powieści. Próbowałam rozdział po rozdziale, ale gdy czasami wpadłam na jakiś pomysł i zaczynałam przesuwać- wszystko się rozpadało. A najgorzej było ze związkiem przyczynowo skutkowym. Gdy ściągałam strzelbę Czechowa automatycznie uniemożliwiałam jej wystrzelenie po kilku rozdziałach. A gdy strzelba nie wystrzeliła nie było powodu do odpowiedzi ze strony innych bohaterów.
      Przykładowo:
      1. Kobieta rozwściecza jednego z jej porywaczy;
      2. Upokorzony porywacz przychodzi do jej celi i się mści;
      3. Najlepszy przyjaciel kobiety oczyszcza jej rany;
      4. Mężczyzna potajemnie zakochany w kobiecie inaczej odbiera sytuację;
      5. Zakochany zaprzestaje zaloty.
      Całość rozgrywa się na przestrzeni około 10- 12 rozdziałów. Wszystko idealnie się łączy i prowadzi do ostatecznego skutku (5.), lecz odkrywam, że porywacz może się zemścić wcześniej- tuż po punkcie 1. Wtedy rany zostaną opatrzone w celi. I punkty 3.- 5. nie mają prawa bytu. Cały wątek poboczny rozpada się. Fabuła traci realistyczność, swoje tło.
      Osobiście muszę mieć podane ramy, ograniczenia. Ustanawiam cel powieści i kolejne wydarzenia, które do niego prowadzą, a wątki poboczne piszę bez konkretnego planu. Uważam, że drobniejsze sceny są bardziej realistyczne, gdy nie urzeczywistniam wcześniej opracowanych zachowań, wypowiedzi bohaterów, lecz kieruję się tym co zrobiłaby postać w takiej sytuacji. Nie jest to proste. Inaczej reaguje samotnik, inaczej dusza towarzystwa.
      Jestem bardziej skrytą osobą, więc trochę więcej czasu zajmuje mi scena z pewnym siebie flirciarzem, niż tajemniczą uwodzicielką.
      Dlatego moje opowiadania można nazywać mrocznymi, tajemniczymi- odzwierciedlają mój charakter, to jaka jestem. Myślę, że widać to w większości tekstów początkujących pisarzy (o wielkim stażu mówić nie mogę).
      Każdy jest inny- każdy pisze inaczej.

      • Phoe napisał(a):

        Generalnie sama tworzę na tyle ogólne podpunkty, żeby nie ograniczać się zawczasu, bo rzeczywiście czasami okazuje się, że realistyczniej będzie, jeśli bohater zachowa się akurat w taki sposób a nie inny. A więc: kłótnia pomiędzy A i B. To wystarczy, bo to jak ona przebiegnie, okaże się w czasie pisania – wiem jedynie, do czego chcę dążyć, czyli po co tę kłótnię wprowadziłam i co ma z niej wynikać. Zaciera się podział na wątki główne i poboczne, ponieważ uwaga jest skupiona na ciągu przyczynowo-skutkowym, który prowadzi właśnie do celu. No i pewne rzeczy są na tyle istotne, że trzeba je w jakichś miejscach poustawiać i na dodatek dobrze to ustawienie przemyśleć 🙂 (np. ujawnienie haniebnej przeszłości rodziny, przedstawienie jakiegoś środowiska mającego duże znaczenie, etc)

  11. riboq napisał(a):

    Ajajaj. Tomek znowu otworzyłeś mi głowę i gmerasz piórem w zwojach. Dzięki temu wpisowi powstało streszczenie historii, która rośnie – słabo, bo słabo – ale od lat. I oł maj, nie wiedziałam jak bardzo mi to było potrzebne. Z miejsca, w którym utknęłam wystrzeliłam jak pchełka (ktoś pamięta grę w pchełki?). Fakt, że opisywanie tych wszystkich scen będzie wymagało ode mnie największego wycisku słomianych zapałów, ale jest plan! A pisząc go doznawałam tego najlepszego uczucia pod słońcem – twórcze uniesienie. Każdy pomysł wybijał mnie w tętnie. Nawet jeżeli połowę tych pomysłów wywalę (bo trzeba będzie), to i tak dla samego pisania tego streszczenia i planu warto było :D.
    Dzięki piękne ^^.

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      No, mnie też kręci wymyślanie. W zasadzie bardziej niż pisanie. Jeśli rzeczywiście masz tak samo, to podpowiadam, że warto zostawić sobie powody do ponownego przywoływania tego twórczego uniesienia także później. Na przykład – po prostu nie planując wszystkiego do końca, w sensie: każdej sceny ze szczegółami. Wtedy będzie taki moment przed spisaniem każdej ze scen, kiedy będziesz mogła się zastanowić nad następnymi ruchami i – jeśli się uda – przywołać odrobinę tego twórczego uniesienia.

      Jak wspominałem już w którymś z komentarzy powyżej, swego czasu zagalopowałem się z planowaniem, wypisałem sobie każdy szczególik – i nie napisałem tej powieści. Okazuje się, że bez emocji ciężko pisze mi się duże, pożerające siłę woli teksty.

  12. Kate_Cook napisał(a):

    Odnodze wrażenie, jakby autor tego wpisu chciał tylko i wyłącznie zadowolić oczekiwania czytelników. A gdzie nasza frajda z pisania? Jeśli zrezygnujemy z elementu, który nam się podoba ale uznamy, że jest zbyt skomplikowany dla tych, którzy to czytają coś jest tu nie tak. Książka ma się nie tylko sprzedawać ale również ma być dobra i mamy być z niej dumni. Takie jest moje zdanie 🙂

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Ale co to znaczy, że książka ma być dobra? 😉 Wystarczy, jeśli twórca będzie z niej zadowolony?

      Powiem tak: jeśli ktoś chce pisać tylko dla siebie, to nie ma potrzeby, żeby stosował którąkolwiek z moich rad. 😀

      • Kate_Cook napisał(a):

        Nie pisać tylko dla siebie ale nie pisać także tylko dla czytelników 🙂

  13. Dasza napisał(a):

    Wspaniały temat! Przydatny oraz praktyczny (w sumie jak większość artykułów tutaj zamieszczonych). Wezmę sobie te rady do serca, chociaż moje lenistwo w planowaniu pobija wszystkich i wszystko 🙂 Zawsze od tego stroniłam. Pamiętam, że nawet pracę maturalną pisałam „na żywioł”. Muszę jednak wypróbować metodę „od końca do początku”, bo kiedy pisałam „od początku do końca” to plan nie wyglądał tak jak plan wyglądać powinien. Jutro w pociągu będę miała co robić 😉 Ogromne podziękowania dla autora wpisu! 😀

  14. UlaHohensee napisał(a):

    To bardzo skuteczna metoda- rozplanowanie powieści. Przedstawiona tutaj jest chyba najprostszą jaką dotąd odkryłam- sama wpadłam na jej wykorzystanie bez czytania wpisu. A jednak nie miałam poczucia, że wiem co i jak. Mimo długiego planowania (bardzo ciekawa historia…) wciąż czegoś mi brakowało, wciąż nie byłam przekonana do zaczęcia. Ale zaczęłam. Poległam zanim dotknęłam klawiatury. Mimo tego, że wiedziałam co chcę osiągnąć i w jaki sposób- nie potrafiłam. Problem polegał na niezbyt istotnych dla fabuły momentach. Nie istotnych dla fabuły, ale dla wątków pobocznych- niezbędnych. Bo co to za frajda byłaby z czytania powieści bez konfliktów między bohaterami, przyjaźni, miłości. Tego co ich napędza, daje energię. Bez tego wszystko traci realizm. Po co wypowiadać komuś wojnę za przyjaciela, jeśli w ogóle się z nim nie rozmawia? Po co narażać życie dla „ukochanego”, którego się zna od miesiąca? Całość nabiera realizmu gdy „tchniemy” w bohaterów życie, gdy pokażemy sytuacje, które przedstawią relacje między postaciami. Po co wypowiadać wojnę za przyjaciela, z którym przeżyło się całe dzieciństwo? Po co narażać życie dla ukochanego, który ryzykował własnym dla ciebie?

  15. Wstęga Deszczu napisał(a):

    Ups – moja bohaterka nie ma przeciwnika

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Heh, no to rzeczywiście ups. 😉 Ale jeśli ma cel, łatwo będzie znaleźć kogoś, kto będzie chciał, żeby go nie osiągnęła.

  16. Gość napisał(a):

    Książka w strzępkach. Natłok pomysłów, planowanie leży, nic się z drugim nie wiąże, a do tego nie chcę pisać niczego nowego, bo boję się, że nie wyjdzie. No… z grubsza mam właśnie coś takiego. Książka w strzępkach.

  17. Szabla napisał(a):

    Mam wrażenie, że będę tutaj częstym gościem 😉 Zawsze gdzieś instynktownie czułem, że powinienem właśnie jakoś bardziej systematycznie podchodzić do pisania, ale póki co nie stworzyłem nic na tyle długiego, by było to potrzebne (a może właśnie dlatego, że nie planowałem to nie stworzyłem?). Zawsze mi się wydawało, że do pisania potrzebne są emocje, a nie „zimny” proces planowania. To chyba jest w jakimś stopniu wyznacznik profesjonalizmu – jeśli się potrafi połączyć jedno z drugim? Albo nawet uzyskać przewagę systematyczności?

  18. fudi napisał(a):

    Aj tam, aj tam, strzelba Czechowa od dawna jest już krytykowana, i to przez pisarzy. Książka bez głównego przeciwnika też jest jak najbardziej do pomyślenia tudzież walka z ideą. To, co pokazane może mieć ogromne znaczenie, a mimo to nie być wykorzystane – serio. Ale pewnie autora artykułu nie kręci poszukiwanie odpowiedzi chociażby o moralne wymogi bytu, a akcja, stąd sobie takich rzeczy nie wyobraża.

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      „Moralne wymogi bytu” to nie jest hasło, które mnie kręci. Nie wiem kogo mogłoby kręcić. Ale mniejsza z tym. Jeśli nie chcesz korzystać z tych rad, nikt nie zmusza. Jeśli uważasz je za nietrafne – też w porządku. Nie ma jedynie słusznego podejścia do pisania, więc nie roszczę sobie do tego pretensji. Tak samo nie zamierzam na siłę chronić Cię przed popełnianiem błędów. 😉

  19. mwpistolet napisał(a):

    Co do punktu, że „twój bohater potrzebuje przeciwnika”:
    By lepiej konstruować opowieść lub po prostu nauczyć się lepiej opowiadać, poszedłem na warsztaty filmowe organizowane przez Gdyńską Szkołę Filmową. Moim wykładowcą był m.innymi Grzegorz Łoszewski – znany m,innymi z głównej nagrody za scenariusz do „Komornika”. Facet nauczył mnie (nas) jednego: NAJWAŻNIEJSZY W OPOWIEŚCI JEST KONFLIKT.
    Oznacza to, że nawet jak w opowiadaniu ograniczasz się do przedstawiania jednej postaci, to niech jego przeciwnikiem, napędzającym konflikt będzie… on sam. Jego druga – równie silna jak pierwsza – natura, lub jego druga osobowość. Tym samym wzbudzasz u odbiorcy (czytelnika, widza) ciekawość, kto wygra.

  20. Pavulon napisał(a):

    Diabelnie sensowne i rzeczowe porady. Bardzo dziękuję, na pewno skorzystam z części, jak nie ze wszystkich

  21. ciri napisał(a):

    A co jeśli, szumnie to nazywając, książkę rozpoczęło się dosyć dawno (będzie z sześć lat) i wracając do niej, pogubiło się w niej? Zaczynać tworzenie od początku, czy też brnąć w to dalej? Dodam, że nie planowałam, nie streszczałam, nie rozpisywałam punktów, ale całkowicie szłam na żywioł? Opowieść, a w zasadzie jej zarys wydaje się ciekawy, ale utknęłam w martwym punkcie i ani w te ani wewte.. Będę wdzięczna za każdą wskazówkę 🙂

  22. Joko napisał(a):

    Skorzystam 🙂 Może w końcu coś dokończę 🙂

  23. N napisał(a):

    Jeśli publikujesz już swoje teksty ( bardzo przydatne) to chciałabym abyś nie narzucał innym swoich poglądów szczególnie w sprawach wiary.

  24. N napisał(a):

    Przeciwnikiem nie wolno Ci natomiast uczynić bezosobowej siły natury, życiowej przypadłości (jak, na przykład, biedy), BOGA ANI w ZASADZIE ŻADNEJ INNEJ ABSTRAKCYJNEJ IDEI.

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Ahahahaha! 😀 Ot, masz Ci los. Przykazania pozwalają przyjmować pisarskie rady tylko od wyznawców tej samej denominacji?

      Zasadą, którą ustanowiłem dla Spisku, jest pisanie w sposób jak najmniej wykluczający, więc nie – nie przekonuję do żadnej opcji religijnej. Sporo pary idzie właśnie w to, żeby niczyich uczuć bez potrzeby nie naruszać. Jeśli jednak przez to sito przejdą fragmenty zdradzające moje poglądy – i ktoś się ich doszuka – nie zamierzam za to przepraszać. Nie żyjesz już w oazowej bańce, ale w szerokim świecie, gdzie różni ludzie mają różne opinie. To, że je mają, nie znaczy, że Ci je narzucają. Pora to zaakceptować.

  25. Ithrise napisał(a):

    Rewelacyjny poradnik. Kiedy ja zaczynam pisać, robię to spontanicznie. Dopiero po stworzeniu kilku rozdziałów określam fabułę, cel bohatera i wymyślam zakończenie. Zazwyczaj ten sposób się u mnie sprawdza, jednak chciałabym spróbować napisać coś, co będzie dokładnie zaplanowane, gdzie od samego początku stworzona zostanie fabuła, cel i zakończenie. 😉

  26. KurczakPapaja napisał(a):

    Poradnik oświecił mnie jak spora żarówka w ciemnym pomieszczeniu. Wszystko jasno wytłumaczone, proste i świetne rozwiązania na kilka moich dotychczasowych problemów z rozpoczęciem czegoś większego niż opowiadanie. Od kilku lat zajmuje się nędznymi próbami napisania czegoś fajnego. Nie idzie mi źle, ale właśnie z powodu problemów organizacyjnych nie byłem w stanie rzucić się na coś większego niż 25 stron pisaniny. Twoje rady sprawiły, że mam już genialny pomysł na swoją pierwszą nieco dłuższą pracę, której pomysł dotychczas tylko nieznacznie zaprzątał moją głowę pomiędzy obkuwaniem się z matematyki i fizyki a czynnym odmóżdżaniu przy grach komputerowych. Będę tu z pewnością częściej wpadać 😀

  27. Tundra napisał(a):

    Dziękuję za artykuł, jest bardzo celny i użyteczny, z pewności jeszcze wiele razy do niego powrócę!

    Mam jedno pytanie – jaki sposób planowania opowieści poleciłby pan, gdy pisze się opowiadania? Powiedzmy, jeśli planuję napisać trzy sceny, mierząc w 18 tys. znaków, jak poradzić sobie z nadmiarem informacji, które gromadzą się podczas planowania? Czy ma pan jakieś rady na ten temat?

  28. Młoda napisał(a):

    Próbowaliście kiedyś tworzyć opowieść, w sposób przypominający montowanie filmu?
    Ja czesto zapisywałam poszczególne fragmenty pod wpływem natchnienia. Potem je układałam, osadzałam w czasie i poprawiłam.
    ” Coś ” wychodzi.

  29. Kajmak napisał(a):

    To chyba tekst, który najbardziej mi się przyda 🙂
    Choć planowanie zabija we mnie ninje. Spróbuję jeszcze raz, tym razem bardziej po twojemu. Mam tylko nadzieję, że przez to opowieść nie stanie się zbyt oczywista.
    Ziemiańskiego w swoich nastoletnich latach uwielbiałam. I jeśli Twoje podejście nie wyjdzie, to zawsze pozostaje dążyć do jego umiejętności, by brak planowania stał się atutem.

    Dziękuję!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *