Jak stworzyć bohatera? Pięć pułapek, których możesz uniknąć

Bohaterowie są sercem opowieści. Bez nich nawet najpiękniejsze scenografie pozostaną puste, najbardziej wartka fabuła pozostanie teorią, a najbardziej wykwintny język nie wzniesie się ponad czcze gadanie. Jak więc ich zrobić, żeby ich zrobić dobrze?

Zaraz przeczytasz o pięciu pułapkach, w które tak naprawdę może wpaść każdy. W dziełach niedoświadczonych twórców widać te pomyłki wyraźniej, ale da się znaleźć ślady po nich również u niektórych wyjadaczy. Różnica jest taka, że ci drudzy nauczyli się je pudrować – przykrywają braki grubymi warstwami efektownej akcji, tudzież po prostu nawałem zgrabnych słów. Ja postaram się dać Ci sugestie jak rzeczywiście wybrnąć z kłopotów, a nie tylko odwrócić od nich uwagę.

Zacznijmy od pułapki najbardziej zdradliwej…

Mary Sue może wszystko

Mary Sue to taki typ bohatera, któremu wszystko się udaje, który posiada niemal każdą wyobrażalną zaletę i – oczywiście – którego wszyscy uwielbiają. Jeśli ktoś Mary Sue nie uwielbia, automatycznie staje się czarnym charakterem opowieści, bo przecież tylko podły człowiek nie zapałałby miłością do tego żywego ucieleśnienia wszelkich cnót.

Gdy widzisz, że Twój bohater to Mary Sue – zabij ją. Zabij, zanim złoży jaja!

Da się tę postać zrobić dobrze, to znaczy tak, żeby czytelnik również ją polubił – wtedy nagle okazje się strawna. Jej obecność zawsze jednak odbiera realizmu opowieści i wciąga ją na tory sztampy. No i psuje napięcie – czytelnik nie dowierza twórcy Mary Sue, że rzeczywiście wpakuje ją w prawdziwe kłopoty.

Oczywiście Mary Sue to wytwór kompleksów autora – tacy ludzie nie istnieją. Przykład pokazuje jednak, jak zwiększyć wiarygodność budowanych przez nas postaci. Powiedziałbym: ten sam kierunek, tylko inny zwrot.

Twój bohater będzie wyglądać bardziej realnie, jeśli popełni kilka błędów. Ot, zapomni o czymś. Potknie się w najgorszym możliwym momencie. Palnie coś głupiego. Rozleje kawę. Upuści i rozbije telefon. Oczywiście masz pełne prawo wykorzystać jego pomyłki do dalszego gromadzenia kłopotów i nakręcania śruby. Wręcz zachęcam!

Idąc dalej – warto też, żeby postać stawała przed problemami, które przerastają jej możliwości.
Przeszkody nie muszą koniecznie leżeć na drodze do jej celu (te w końcu przezwycięży). Warto jednak dać znak czytelnikowi, że bohater jest tylko człowiekiem. Autobus może mu się spóźnić i nic na to nie poradzi. Trafi na policjanta, który wstał lewą nogą – i dostanie mandat, choćby nie wiem co zrobił. Niektórzy ludzie mogą postaci nie lubić tylko dlatego, że jest ruda, wyznaje inną religię, jest kobietą, Marsjaninem, albo ma po prostu krzywy nos. I nie da się z tym nic zrobić. Rzeczywistość każdego jakoś ogranicza – osobowość przejawia się w tym, jak na te ograniczenia reagujemy oraz jak sobie z nimi radzimy.

Papierowe kukiełki

Trochę nie dowierzam ludziom, którzy przekonują, że w pewnym momencie ich bohaterowie zaczynają żyć własnym życiem. Dla mnie postacie literackie to zawsze kukiełki, które muszą popychać fabułę do przodu, a więc wypełniają narzucone przez nią role. Jeśli główny bohater rzeczywiście ma być w centrum opowieści, musi ogniskować wszelkie kłopoty oraz narzucać ton. Jeśli ma pomocników – stanowią lustro, w którym może się odbić. Jeśli ma wroga – jest on ścianą, z którą główna postać z pewnością się zderzy.

Świadomość wszystkich nitek, za które trzeba pociągnąć, być może pomaga w ogarnięciu fabuły, ale nie pomaga w stworzeniu bardziej realistycznych bohaterów. Ba, może wręcz przeszkadzać, bo za bardzo wtłacza ich w role, które akurat pełnią. Na to jednak jest inna rada.

Otóż, wystarczy tych nitek czytelnikowi nie pokazywać. Trzeba zasłonić je scenografią.

Zadbaj o to, żeby umieścić w ramach swojej opowieści dowody na to, że bohaterowie mają życie wykraczające poza ich rolę w opowieści. Muszą posiadać przeszłość, czyli pewne rekwizyty opowieści, pewne relacje z ludźmi – powinny być zdefiniowane niezależnie od bieżących wydarzeń. To, jak wyglądają, świadczy właśnie o osobowości bohaterów. Być może już przed rozpoczęciem opowieści są skłóceni z rodzicami (tudzież ze swoimi dorosłymi dziećmi). Być może mają kłopoty finansowe, które nie powstały w wyniku opisywanych na bieżąco wydarzeń. A możliwe, że po prostu zrobili kiedyś coś, czego nie potrafią sobie wybaczyć.

Warto pamiętać też o teraźniejszości. Postacie mają przecież pracę, kredyty, dzieci, szkołę, psa – i całą masę innych zobowiązań. Może zabiegają o czyjąś miłość i nie chcieliby odpuścić? A może siedzą na paru kilogramach kokainy, którą trzeba upłynnić, zanim kontrahenci upomną się o zaległe pieniądze? Kłopoty, w które wpadają na początku opowieści, prawdopodobnie nie wyrwą ich zupełnie z normalnego życia. Ciągle przychodzą rachunki do opłacenia. Ciągle trzeba gdzieś mieszkać i coś jeść. Gdy faktycznie postanowisz odizolować bohaterów od normalnego życia (np. pakując do więzienia lub przenosząc do alternatywnej rzeczywistości) – pamiętaj, że oni nie zapomną o swoich obowiązkach ot tak. Nawet jeśli hasają po tęczy z jednorożcami, mają pełne prawo martwić się, czy ktoś nakarmi pozostawionego w domu psa.

No i – opłaca się pomyśleć o przyszłości. Każdy z nas ma jakieś marzenia i nadzieje, więc fikcyjni bohaterowie również powinni. Nie dyskryminuj ich tylko dlatego, że nie są prawdziwi.

Epickie dzieło potrzebuje pierdyliarda bohaterów!

W naszej kulturze funkcjonują opowieści, które po brzegi zapełnione są różnej maści bohaterami. Nierzadko to naprawdę wybitne dzieła, które wiele zyskują na tej różnorodności. Czytając taką – dajmy na to – „Pieśń Lodu i Ognia” można uwierzyć, że to proste tak ciągnąć opowieść przez różne punkty widzenia. I jeszcze co chwila zmuszać czytelnika do nawiązywania więzi z nowymi herosami. W końcu innym pisarzom się udało!

Powiem wprost – w rzeczywistości to cholernie trudne. Zwłaszcza na takim poziomie, żeby czytelnik czerpał z tego przyjemność. Serio, wierz mi: to wyczyn kaskaderski.

Każdemu, kto nie czuje się jeszcze mistrzem pióra (ot, choćby ja się nie czuję…), polecam stosować sprawdzony schemat: jeden bohater główny i maksymalnie do trzech bohaterów drugoplanowych. Przy czym najlepiej jeśli narracja rzeczywiście będzie skupiać się na najważniejszej postaci, kierując reflektory na pozostałych tylko wtedy, gdy to absolutnie niezbędne.

Dzięki takiemu podejściu łatwiej będzie Ci przekonać czytelników, że warto przejąć się losami wszystkich bohaterów. Po prostu – jest ich tak niewielu! Jeśli postanowisz postać zabić, rosną szanse, że ktoś będzie po niej płakać. Sama opowieść staje się też bardziej klarowna. Wiadomo, komu dopingować. Wiadomo, o co toczy się gra. No i – last but not least – zyskujesz miejsce na pokazanie osobowości bohaterów oraz na rozłożenie wszystkich tych rekwizytów, o których mówiłem wcześniej (i o których powiem też później).

Pewnym ułatwieniem jest fakt, że nie ma ograniczeń na bohaterów trzecioplanowych, czyli na role epizodyczne. Pamiętaj tylko, że czytelnicy traktują takich delikwentów jak elementy dekoracji. Często nie warto wymyślać im nawet imion, nie mówiąc już o opisach dłuższych niż dwa zdania.

Opowieść, której nie potrafisz ogarnąć, nigdy nie będzie opowieścią, którą skończysz. Nie warto łapać wszystkich srok za ogon, wystarczy jedna, byle nie uciekła.

Moje słowa – takie piękne

Początkujący pisarze często wykładają się na założeniu, że jeśli jakaś postać ma bogate wnętrze, to trzeba ten fakt przedstawić jak najbardziej literalnie. Stąd biorą się kwieciste monologi wprost do czytelnika, wszystkie te wymuszone metafory, barokowe emocje – proza wygłaszana sopranem.

OK, niech będzie – to nie tylko przypadłość młodych i niedoświadczonych. Kilku klasyków też poszło tą drogą. Za ich czasów może i nie był to zły pomysł. Wedle dzisiejszych standardów to jednak kompletna porażka.

Proza dobra dzisiaj to proza obrazowa i oszczędna. Napisana w punkt, a nie rozlewająca się bez opamiętania. Pamiętaj więc, że czyny Twojego bohatera zawsze będą znaczyć więcej niż jego słowa. Słowa zawsze będą ważniejsze niż myśli. Natomiast te myśli, które sobie faktycznie wyartykułuje w głowie, zawsze będą ważniejsze niż niewyartykułowana gra podświadomości, przejawiająca się w efemerydalnych emocjach. Szczerze mówiąc, tego ostatniego naprawdę nie warto opisywać wprost, bo to najkrótsza droga do bełkotu.

Gdy więc chcesz pokazać niuanse psychiki bohatera, zamiast monologu wybierz drgnięcie ust, chwilę zawahania, łzy, krzyk rozpaczy, szczery śmiech, twarde spojrzenia, westchnienie. Pozwól postaciom przeglądać się w innych ludziach jak w lustrze. Pokaż, jak bohaterowie reagują, gdy są zdenerwowani – jak mówią, jak traktują towarzyszy. Pokaż, jacy są, gdy odpoczywają, a jacy, gdy są smutni. Jeśli pomyślą coś ciekawego, niech spróbują podzielić się tym z innymi w ramach dialogu.

Gdy piszesz w pierwszej osobie, to jeszcze lepiej. Skup się na tym jak bohater postrzega świat. Pokaż jego charakter w tym jak opisuje akcje swoje i cudze. Jakim językiem mówi. Jak komentuje świat zewnętrzny, ale – nie jak trzęsie się nad każdą ze swoich emocji.

Jeśli zdecydujesz, że nie ma innej opcji i rzeczywiście musisz mu wejść z narracją do głowy – OK. Pamiętaj tylko, żeby zrobić to oszczędnie. Celne słowa zapadają w pamięć. Liczne – pożerają się nawzajem.

Dylematy młodego Wertera

Cóż, w ogóle zadbaj o to, żeby bohaterowie mieli co robić. Skoro czytelnik najchętniej poznaje ich w ruchu, niech nie siedzą na kanapie i nie dumają bez przerwy o życiu. Postać bierna jest marnym materiałem na opowieść. Gorzej nawet – istnieje tylko teoretycznie.

Bo widzisz, czytelnik podczas lektury znajduje się dokładnie w tej samej sytuacji. Nie działa, tylko myśli. Nawet jeśli jest czytelnikiem naiwnym – to przecież i tak intuicyjnie to rozumie. Dobrze wie, że można sobie wyobrazić wszystko: inne światy, inne czasy, innych ludzi. Ba, można sobie wydumać nową definicję siebie („Przez następne pół godziny nie będę urzędnikiem skarbowym, lecz piratem z powieści przygodowej!”). Matriks, panie dzieju.

Bohater powinien więc iść inną drogą. Powinien pomagać czytelnikowi w budowaniu jego fantazji, a nie siedzieć we własnej głowie. Nie może sobie pozwolić na długie dywagacje oraz na wielostronicowe analizy. Na przykład – jeśli pokażesz jakiś ciąg zdarzeń, nie możesz później pozwolić bohaterowi rozważać przez długie akapity, czy dobrze zrobił, czy właściwie odczytał intencje innych ludzi, może mógł powiedzieć coś innego?

Jasne, ludzie tak robią, zwłaszcza introwertycy. Bohaterom opowieści to jednak nie przystoi, głównie dlatego, że czytelnik nie tego po nich oczekuje.

To oczywiście nie znaczy, że Twoi bohaterowie mogą być tylko radosnymi ekstrawertykami, albo że muszą śmigać przez wydarzenia bez żadnej refleksji. Chodzi tylko o to, jak ich dylematy pokazujesz. Najlepiej – w ruchu i w wyniku interakcji ze światem.

Dzie ja jezdem?

Na koniec – nie zapomnij też o otoczeniu postaci. Poprzez to jak i gdzie żyje możesz powiedzieć o niej więcej, niż przytaczając długie fragmenty monologów wewnętrznych. Pomijając ten aspekt i skupiając się tylko na scenografiach wymuszonych przez bieg fabuły – odzierasz bohaterów z indywidualności.

Jeśli Twój bohater chadza na siłownię, to gdzie? Droga sieciówka przy galerii handlowej będzie o nim świadczyć inaczej niż gdyby odwiedzał osiedlową dziuplę, gdzie mają jedne hantle na trzech, ale za to wszyscy znają się jak łyse konie (zwłaszcza że faktycznie są łysi). Czyta książki? A więc jakie leżą na półkach jego mieszkania? Pokaż, jak wygląda jego miejsce pracy – co ma na biurku, z kim dzieli pokój. Pokaż go w samochodzie, na spacerze, w sklepie i w knajpie ze znajomymi.

Użyj szczegółów otoczenia, aby uwiarygodnić historię bohatera – a może nawet ją opowiedzieć co uważniejszym czytelnikom. Takie podejście otwiera Ci drogę do tego, żeby bardziej pokazywać, niż opisywać. No i stwarza okazję do nienachalnego wskazywania cech charakteru postaci. Jeśli otworzy kredens w poszukiwaniu ulubionej kawy i zauważy, że już się skończyła – jak zareaguje? Jeśli wróci wieczorem zmęczona do domu i zaraz po wejściu wysiądzie jej jedyna żarówka – co zrobi?

Wymyślając postać prawdopodobnie zrobisz to na ogólnym poziomie (na przykład: „detektyw w stylu Marlowe’a”). W szczegóły pozwolisz jej obrosnąć we własnej głowie, a więc – dolepisz do niej jakieś swoje skojarzenia. Ma wąsy jak dziadek Marian, nosi płaszcz jak ten detektyw z nowego serialu, mówi niskim tembrem, jak ten pan z radia. W efekcie z tego wszystkiego powstanie wrażenie, wyczucie tej postaci, którym Ty pewnie możesz się kierować – ale którego żaden z czytelników nie doświadczy.

Potrzebujesz w swojej opowieści elementów, które świadczą o osobie bohatera, ale są wobec niego zewnętrzne. Tylko sprzęgając go ze światem możesz pokazać, że jest realny – że rzeczywiście w nim istnieje, rzeczywiście jest taki, jaki jest. Rzeczywiście, a nie tylko dlatego, że tak mówisz.

 

Foto: Ashley Campbell Photography / Foter / CC BY

Zapisz się na newsletter! Spisek Pisarzy wysyła tylko to, co warto przeczytać.



Tomasz Węcki


Cześć, mam na imię Tomek i jestem grafomanem. Od kilkunastu lat udaje mi się połączyć przyjemne z pożytecznym i utrzymuję się przede wszystkim z pisania. Byłem już dziennikarzem, piarowcem, copywriterem, ghostwriterem, dokumentalistą i autorem tekstów do gier komputerowych. Teraz możesz również przeczytać moją pierwszą książkę – „Wtajemniczenie”.

17 komentarzy

  1. MARGOTA KOTT napisał(a):

    „Celne słowa zapadają w pamięć. Liczne – pożerają się nawzajem” – bardzo trafna uwaga. Pozdrawiam

  2. Eleaina33 napisał(a):

    Bardzo pomocne, pewnie będę jeszcze wracać do tego artykułu 🙂

  3. Mystery napisał(a):

    Bardzo przydatne wskazówki! Na pewno wyeliminuję jedną z moich „Mary Sue” 😉 Pozdrawiam

  4. Sweetie napisał(a):

    Miło czytać poradnik właśnie na ten temat. Przyznam szczerze, że dużo się „mówi” o otoczeniu, wszelkich ozdobnikach, by zdania nie wyglądały podmiot+orzeczenie+dopełnienie. Bohaterowie są trzonem fabuły, a wiele osób ginie na tym etapie i jest problem, bo są ładne opisy, sceneria, niebanalna fabuła, a czytać nikt nie chce.
    Jeśli chodzi Mary Sue to akurat na ten typ postaci zwraca się uwagę i już nie popełnia się takich błędów. Niestety dla uniknięcia „panny perfekcyjnej” tworzą bohatera zwanego przeze mnie „dzieckiem bólu i nieszczęścia” o tragicznej przeszłości (patologia, sieroctwo, niezrozumienie), mglistej teraźniejszości („nikt mnie nie lubi, bo jestem inny, lepszy”), a o przyszłości nie wspominajmy . To jest równie okropne jak i oklepane, i naprawdę nikt nie będzie współczuł temu bohaterowi od pierwszej strony jak wleje się w jego postać tyle bólu. Nawet Werter w pierwszych listach wydawał się dość „ogarnięty”.
    Dobrze jest w końcu znaleźć głos rozsądku na temat ilości bohaterów. Też jestem zdanie, że im mniej tym lepiej. Czasami jest tak, że czujemy, że w świecie przedstawionym jest pusto, dlatego głównemu bohaterowi damy kółko wzajemnej adoracji i powiedzmy, teoretycznie tworzymy jakiemuś facetowi kolegów z pracy: Marka, Maćka, Mańka… Wszyscy są „fajnymi kolesiami”, bez wdawania się w szczegóły wyglądają podobnie (kto pamięta czy ktoś jest brunetem czy blondynem?), pracują w jednej firmie… Zapewne będą mieć też jedno zdanie na każdy temat, a nawet jeśli któryś się wyłamie to kto wyłapie, który gość na „M” miał inne zdanie? Ja na przykład po stworzeniu fabuły zastanawiam się jak zminimalizować ilość postaci do minimum, by każdy miał nawet kilka ról w historii, pojawiał się i znikał. Oszczędnie, ale prosperujące na przyszłość… być może coś uda się ulepić z tego pomysłu.
    Co jeszcze… Akurat nie zgadzam się na argument o życiu własnym życiem bohatera…. Ale tylko częściowo. Autor tworzy w swojej głowę obraz bohatera, jego wady i zalety, słabości i talenty i naprawdę dobrze, jeśli zauważa, że osoba nie łączy się z fabułą. Tylko wtedy powinno się nanieść zmiany w bohaterze a nie fabule. Bohater to aktor, który ma zagrać nam jak my chcemy, a jeśli z jakiegoś powodu nie gra, trzeba podziękować mu za współpracę.
    Pozdrawiam 😀

  5. Riboq napisał(a):

    Niezły zbiór zasad i to w sumie uniwersalnych. Ja akurat jestem krótko po lekturze „Galerii dla dorosłych” Feliksa W. Kresa i utkwiła mi jeszcze w głowie jego zasada trzech wad i trzech zalet. Jeżeli nie jesteś w stanie ich wymienić jednym tchem – coś nie gra :). I to też taka uniwersalna zasada, którą trzymając w dłoni należy przewertować swoje dzieło. Ja co prawda nigdy nie miałam Mary Sue, ale już znalazłam co najmniej dwoje „aktorów”, którym brak złej/dobrej trójcy.
    Zanim jednak zabierzemy się za ich przeinaczanie: warto jeszcze ocenić czy to drugoplanówki, pierwszo, czy może plebs.
    Kres dosyć obrazowo pisze na temat zbytniego ożywiania drugoplanowych bohaterów. Zaczynają wtedy dominować, a obsada pierwszego staje się bezpłciowa.

  6. Polka w Szwecji napisał(a):

    O! Wreszcie jakiś ciekawy blog w tym konkursie!

  7. Phoe napisał(a):

    Właściwie nie zgadzam się tutaj z dwoma sugestiami. Sprawa Mary Sue została nieco spłaszczona, bo jeżeli popełni kilka błędów typu potknięcie się czy rozlanie kawy, to będzie zwyczajnie nierozgarniętą Mary Sue. To za mało. Żeby sprawić, aby przestała być Mary Sue błąd musi być innej, większej wagi – coś, co sprawi, ze czytelnik odczuje, że jest tylko człowiekiem. Może to być zdradzenie wieloletniej przyjaźni, bo okoliczności zmusiły do takiej decyzji. Niby stawiamy postać w złym świetle, ale da się jej czyny usprawiedliwić, bo życie nie jest bajką. Nie trzeba się obawiać, że czytelnik przestanie lubić postac. Ba! Można nawet tym sposobem sprawić, że zacznie jej współczuć, przez co jeszcze bardziej będzie interesować się jej losami.

    Sprzeciwiam się też temu pierdylionowi bohaterów, bo można przesadzić w drugą stronę. Nie trawię przykładowo „Gry o tron”, bo jest tam nadmiar postaci i choćby nie wiem, jak się człowiek starał, nie ma możliwości zidentyfikować się z którąś z nich – w skrócie: poczuć ją. Stają się obojętne. A więc kilku-kilkunastu bohaterów (w zależności od objętości tekstu), a nie kilkudziesięciu.

    Pozdrawiam,
    Phoe

    • Phoe napisał(a):

      No i jak wczesniej wspomniała Sweetie, zadaniem postaci jest odegranie konkretnej roli. Jest bohater nie ma roli, jest wtedy zbędny. Zamiast planować ilość bohaterów, wypadałoby spojrzeć na fabułę i poziom jej skomplikowania. To właśnie konkretne sytuacje wymagają od autorów wprowadzenie konkretnych ostaci. W przypadku kryminału będą to na przykład policjanci, detektyw, podejrzani, ofiary, dziennikarze… Można wyliczać.

      Wypadałoby też wspomnieć o samym sposobie kreacji bohatera. Jak sprawić, żeby był barwny, a więc wyróżniał się w tłumie i żeby czytelnik pamiętał go już po pierwszym akapicie. Tego tutaj zdecydowanie zabrakło, bo wielu amatorów tworzy postaci nieciekawe lub łudząco do siebie podobne, także z imienia.

    • hag napisał(a):

      W przypadku „Gry o tron” identyfikowanie się z kimkolwiek jest pozbawione sensu, bo i tak za klika kartek się zginie.
      Zgadzam się, że nadmiar bohaterów to bezsens, ale zbyt mało, to też źle, bo nikt normalny nie żyje w izolacji. Staram się zawsze wprowadzić rozsądną liczbę postaci, tzw. konieczne minimum. Właśnie tak, jak napisałaś – od kilku do kilkunastu.
      Pozdrawiam
      Hanna

      • hag napisał(a):

        Sorry, miało być „kilka kartek”. Klika kartek brzmi jak grupa przestępcza.

  8. Jest jeszcze jeden typ bohatera, którego nie da się przedstawić dobrze. To bohater bardziej inteligentny / sprytny / dowcipny / mądrzejszy / lepiej wychowany od autora. Ktoś, kto powinien wymyślać genialne plany, sypać co chwila aforyzmami, wartymi zapamiętania sentencjami lub żartami i nawet próbuje to robić. Niestety nie wychodzi mu to, bowiem autorowi brakuje zamierzonych cech osobowości i zwyczajnie nie jest w stanie włożyć w usta swojej postaci odpowiednich słów.

    • Andy napisał(a):

      Nie bądź taki pewien. Niejeden już autor opisał historię np. o naukowcu snującym skomplikowaną teorię, której zrozumienie go przerasta. Natomiast ubrał to w słowa, które czytelnikowi dają złudzenie, że piszący wszystko rozumie.

  9. Beata Ch. napisał(a):

    Rewelacyjne porady, sporo sobie uświadomiłam, dziękuję. Zasadniczo podpisuję się wszystkimi kończynami, mam jednak jedno, a właściwie dwa ale.

    Nie do końca zgadzam się z tym, że pierdyliard bohaterów jest jednoznacznie zły, przytłaczający i straszny, czytelnikowi muszą się oni wszyscy pomieszać, i koniecznie go trzeba uchronić przed tym pomieszaniem redukując ich zgraję. Nie, im dłuższa historia, tym więcej aktorów potrzebuje, aby nabrała wiarygodności i przekonała czytelnika, że ten świat jest z krwi i kości, a nie teatrzykiem lalek. „Pieśń Lodu i Ognia” jest świetnym przykładem na powieść totalną, która jest pełna życia, bo po prostu tego wymaga przyjęta przez autora konwencja. Tematem cyklu są losy całego Westeros i Essos, nie konkretnego rodu, konkretnego bohatera. Można się spierać, czy to dobry pomysł porywać się na tego rodzaju historię, ale sukces Martina mówi sam za siebie. Myślę że ten cykl jest skierowany głównie do osób, które poczuwają się do roli obserwatora, niekoniecznie mając potrzebę utożsamiania się z jakimkolwiek bohaterem. Innym dobrym IMHO przykładem jest cykl „Mroczna Wieża” Kinga, który chociaż konsekwentnie ma jednego głównego bohatera i kilku pierwszoplanowych, roi się od drugoplanowych postaci mających własne bogate życie i często przejmujących stery opowieści. Albo chociażby „Wiedźmin” Sapkowskiego, który przeludnieniem swego świata owszem przytłacza, ale dzięki temu że postacie te mają swój charakter i cele nadające im wiarygodności, czytelnik ma wrażenie że każdy z osobna jest potrzebny. Zależnie od rozmiaru planowanego dzieła bohaterowie są potrzebni, aby zaludnić świat i nie sprawić wrażenia pustki, jak w rewelacyjnym, lecz martwym emocjonalnie świecie Tolkiena. Bohaterowie drugo- i trzecioplanowi mają być scenografią, ale nie martwą naturą. (Odwołuję się głównie do fantastyki bo to moje podstawowe paliwo, obyczajówka wchodzi mi jednym okiem a wychodzi drugim). Oczywiście przesada jest zła, szczególnie kiedy nie umie się wykreować ciekawych bohaterów, tak jak Ziemiański (cykl „Achai” dosłownie połknęłam tylko po to, żeby wreszcie ją skończyć i do żadnego bohatera nie uczułam chociażby nici sympatii).

    Drugie ale dotyczy życia własnego bohaterów. Wydaje mi się, że to mocno zależy od stylu autora. Dużo użerałam się ze swoimi postaciami, każąc im robić za wszelką cenę to co ja chcę i koniec kropka, kłóciłam się z nimi, a one uparcie odwracały się tyłem do widowni i strzelały focha, będąc nadal przezroczyste i niewyraziste. Aż natrafiłam w sieci na zdanie nieco bardziej doświadczonego autora: „Set your characters free, and try to write the way they would want themselves written.” Sedno wypowiedzi tej osoby zawierało się w tym, żeby postrzegać postacie jak prawdziwych ludzi, nie zmuszać ich do odgrywania narzuconych ról, lecz zastanawiać się, jak zareagują w danej sytuacji, stworzyć dla nich pewną strukturę, w której mogłyby swobodnie się poruszać. Zostawiłam ich więc w spokoju na trochę i popracowałam nad settingiem. Dopiero to pozwoliło mi „uwolnić” swoich bohaterów od ram które im narzucałam i wiele z nich zyskało na charakterze, osobowości, jakby zaczęli mieć chęć do życia. 🙂 A ja oczywiście ruszyłam z miejsca i zamiast męczyć się pół dnia nad jednym akapitem, hm, męczyłam się pół dnia nad pięcioma stronami. To chyba całkiem niezły postęp.

    To mój pierwszy komentarz na Spisku, bardzo doceniam istnienie tego miejsca i Twoją pracę. Jako osoba, która pisarskie laury zbierała głównie od nauczycieli polskiego i nielicznych znajomych, nie ośmielam się wypowiadać z pozycji żadnego autorytetu, ani tym bardziej podważać Twojego, toteż mam nadzieję że zostanie mi wybaczone mądrzenie się :))) Pozdrawiam!

  10. Strzyga napisał(a):

    Staram się osobiście unikać książek, w których występuje takaż Mary Sue. Z daleka wystrzegam się też tworzenia takich postaci… Ale wtedy wychodzi mi typowy anty-bohater. Zły, zepsuty… Ma sławę, jest legendą… Ale przy tym zachowuje się pyskato i oczywiście cechuje się typowym brakiem sumienia… Nie wiem, czy to jakoś przez spaczenie w psychice, czy co? Postaram się jakoś dopasować do rad, może wreszcie wyjdzie mi prawdziwy bohater, a nie wcielenie zła złośliwego :p

  11. TheEridanusGoddess napisał(a):

    Mój największy błąd – pierdyliard postaci 😀 Oj, chyba czas na zmiany ;p

  12. Darius Salamon napisał(a):

    Jesteś na dobrej drodze do zostania dobrym pisarzem a może nawet już nim jesteś, ale świat jeszcze o tym nie wie…
    Powodzenia.

  13. Michal Przeszkoda napisał(a):

    Zabij Mary Sue zanim zlozy jaja 🙂
    No po prostu uwielbilem to. To juz zreszta nie pierwszy raz gdy glosno smieje sie z humoru, bystrosci i trafnosci Pana.
    Polecam sobie Pana strone. Innym tez. Uczta. Uczta slowa i wiedzy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *