Gdy zabraknie inspiracji

Co tu dużo mówić, wena to dziwka. Do tego ekskluzywna, świadcząca swoje usługi wyłącznie wielkim, uznanym artystom. Tak, im oddaje się bez reszty, podczas gdy początkującym twórcom pozostaje tylko podziwiać jej powab gdy przechodzi obok, czasem od niechcenia puszczając oko.

A porzucając wyświechtane metafory – z inspiracją bywa różnie. Sam fakt jej istnienia dzieli aspirujących pisarzy na dwa obozy: tych, którzy sądzą, że coś takiego nie istnieje, oraz tych, którzy traktują ją jako świętą krowę wszelkiej kreacji, bez której pod żadnym pozorem nie wolno siadać do pracy. Prawda, jak to zwykle bywa, leży gdzieś pośrodku.

Każdy z nas chciałby pozostawać stale pod wpływem natchnienia. Czuć inspirację zawsze i wszędzie, niezależnie od pory dnia; być gotowym na przelewanie swojego wewnętrznego geniuszu na papier, przyzywając do siebie muzę na pstryk palcami. Niestety, to tak nie działa. Inspiracja przychodzi i odchodzi. Jak radzić sobie z jej brakiem? Oto kilka użytecznych wskazówek.

Po pierwsze: Nie przestawać pisać!

Wiecie co odróżnia złego pisarza od dobrego pisarza? Konsekwencja. Poczytajcie sobie biografie wielkich autorów, posłuchajcie wywiadów z ludźmi, których książki podbiły świat. W dziewięciu przypadkach na dziesięć okaże się, że ich sukces wcale nie był spowodowany stałym przypływem natchnienia, lecz ciężką, codzienną pracą.

O samych technikach przełamywania blokady i pisania „na sucho” będzie kiedy indziej, ale na dziś weźcie sobie do serca tę radę: jeśli nie czujecie inspiracji, tym bardziej powinniście pisać. Nie słuchajcie głosów „natchnionych twórców”, którzy głoszą wszem i wobec, że takie pisanie kończy się tylko grafomańską papką. Piszcie mimo tego. Bo widzicie, z muzą jest tak, że w końcu przyjdzie; musi tylko wiedzieć gdzie znaleźć was przez te kilka godzin dziennie.

Po drugie: Nie bój się zrobić sobie przerwy.

Jeśli podczas codziennej sesji pisania naprawdę czujesz, że już nic więcej z siebie nie wyciśniesz, możesz śmiało wstać od biurka i zrobić sobie przerwę. Jest to nawet wskazane, nie tylko ze względów zdrowotnych. Osobiście bardzo lubię wyjść na dwudziestominutowy spacer, gdy tylko czuję, że brak mi sił do dalszej pracy. Chyba że jest środek nocy, wtedy zazwyczaj otwieram okno i patrzę w przestrzeń przez dłuższą chwilę, oddychając świeżym, nocnym powietrzem.

Ludzie bardzo często zapominają, że jesteśmy tylko maszynami, a maszyna do poprawnej pracy musi być odpowiednio konserwowana. Może przyczyna braku inspiracji wcale nie leży gdzieś w sferze psychicznej, tylko w zwyczajnym odwodnieniu? Może wystarczy się odrobinę dotlenić i już nasz umysł będzie pracował o wiele wydajniej? Krótka przerwa wystarczy, żeby uniknąć przeciążenia obwodów 😉

Po trzecie: spróbuj zmienić otoczenie.

Większość pisarzy ma swoje małe sanktuaria; miejsca, gdzie najłatwiej im się skupić i przywołać muzę. Czasem jednak, gdy brakuje inspiracji, warto na chwilę zmienić otoczenie. Idźcie z laptopem do kuchni. Spróbujcie pisać siedząc w łóżku, albo na kanapie. Wyjdźcie do pobliskiej kawiarni i spróbujcie popracować otoczeni gwarem, popijając dobrą kawę. Ogromną zaletą wyjścia na zewnątrz jest to, że nigdy nie wiemy, co się wydarzy. A nuż zobaczymy coś, co da nowe siły i popchnie naszą pracę do przodu? Inspiracji często trzeba pomóc.

Czasem jednak brak natchnienia wcale nie leży w naszym lenistwie, zewnętrznych rozpraszaczach czy negatywnych emocjach. Czasem sięga o wiele głębiej.

Musicie nauczyć się rozpoznawać, czy problemem faktycznie jest brak inspiracji, czy może zdążyliście się już wypalić? Jeśli tak – ostrożnie. To o wiele poważniejsza kwestia.

Jeżeli czujecie pustkę w środku, musicie bardzo uważać na to, co z nią zrobicie. Próbując przeforsować taki zator możecie spędzić długie, bezproduktywne godziny przed ekranem komputera i tylko pogłębiać problem. NAJGORSZĄ radą, jaką można dać na wypalenie, jest próba brnięcia dalej. Nie. Jeśli w środku czujecie pustkę, musicie najpierw czymś ją ZAPEŁNIĆ, a dopiero potem myśleć o dalszej pracy.

Nie posuwajcie się jednak do skrajności, jak roczny urlop z powodu wypalenia zawodowego, coraz bardziej popularny w korpo na całym świecie. Nie jesteście przecież pionkami korporacji, tylko artystami. Ludźmi kreatywnymi. Takich ludzi stosunkowo łatwo „naładować”.

Pomyślcie o rzeczach, które dają wam najwięcej przyjemności – spędzanie czasu z bliskimi, słuchanie muzyki, oglądanie filmów, czytanie dobrych książek. Cokolwiek by to nie było, powinniście poświęcić temu więcej czasu niż zazwyczaj. Nie myślcie o pracy. Dajcie sobie odrobinę przestrzeni, żeby wyjść z marazmu. Zobaczycie, tydzień, dwa i stopniowo poczujecie, jak zaczynają napływać wasze pisarskie soki. Dopiero gdy napełnicie się dostatecznie, by znów poczuć tę wewnętrzną potrzebę przelania myśli na papier – dopiero wtedy powinniście wrócić do pracy. Z nową porcją energii, inspiracji i pomysłów.

W sumie – do diabła z inspiracją. Energia do pracy wystarczy 😉 A gdy poczujecie, że wsparcie weny też by się przydało, to wróćcie do pierwszej części tego artykułu.

I do pracy – samo się nie napisze!

 

Foto: Derek Midgley / Foter / CC BY

Zapisz się na newsletter! Spisek Pisarzy wysyła tylko to, co warto przeczytać.



Łukasz Kotkowski

Łukasz Kotkowski


Cześć! Nazywam się Łukasz Kotkowski i jestem aspirującym pisarzem. Moją debiutancką książkę, mroczny thriller „Fanaberia”, można już kupić na stronie Zaczytani.pl. Założyłem również bloga Aspirującypisarz.pl, żeby dzielić się z wami wrażeniami, jak to jest być debiutującym na rynku pisarzem, a także pokazać, jak przebiega fascynujący proces twórczy pisania książki. Spotkać możesz mnie też na Facebooku.

14 odpowiedzi

  1. Phoe pisze:

    Myślę, że najlepszym sposobem na niewypalenie się jest posiadanie kilku pasji. Jeśli chwilowo ma się dość pisania, można przesiąść się na coś innego i za miesiąc wrócić. A wena to dziwna rzecz. Tak w sumie to nawet nie wiem, co to jest – ochota do pisania? Raczej stoję po stronie, że wena to ludzki wymysł na potrzeby wizerunku 😀

  2. Hanna Greń hag pisze:

    Tak,wena to zaiste podła dziwka i lubi robić chamskie numery. Wiem coś o tym. Pierwszą książkę napisałam w trzy miesiące. Pisałam niemalże w amoku i irytowało mnie, że muszę chodzić do pracy, wykonywać domowe obowiązki, bo w głowie miałam już kolejne sceny. Z drugą książką było zupełnie inaczej. Po doskonałym starcie nastąpił kompletny zastój, totalna pustka w głowie. Nie próbowałam z tym walczyć. Zajęłam się leżącymi odłogiem sprawami i czekałam. Po dwóch miesiącach wena ponownie zaszczyciła mnie swą obecnością. Teraz piszę trzecią książkę i właśnie jestem w fazie kolejnego zastoju. Nie spędza mi to snu z powiek, spokojnie oddaję się wygładzaniu i dopieszczaniu tej drugiej. Wiem, że wena kiedyś za mną zatęskni i wróci. Poczekam. Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo!

  3. Killer pisze:

    Cytat na początku aż zasłużył za zawiśnięcie na mojej tablicy korkowej :)
    A co do weny, to w pełni się zgadzam, jedyne czego nienawidzę to, bezsensowne marnowanie jej na prace do szkoły. Po napisaniu dwóch stron wypracowania jestem wyczerpana,a kiedy napiszę dwie strony opowiadania to, tak jakbym się właśnie obudziła 😀

  4. Utalika pisze:

    Jak dla mnie wypracowania na j. Polski są trucizną dla prwadziwego pisania. Jak piszę na polski zwykle odwalam robotę, a i tak dostaję 5+ jeżeli nie 6. Poza tym praca w ten sposób zwraca uwagę na to, co nie istotne, np. błędy ortograficzne.

    • Hanna Greń hag pisze:

      Ejże, ortografia to coś nieistotnego? Ośmielę się mieć inne zdanie. Na ten przykład, jeśli napiszesz, iż „dziewczęta miały piękne rzycie”,
      może to zostać źle odebrane.

      • Phoe pisze:

        Poprawne pisanie – na czele z ortografią i interpunkcją – to podstawa w tym biznesie 😉 Nikt nie będzie chciał czytać teksu, który jest usiany błędami, choćby nie wiem jak porywającą historię przedstawiał.

  5. Człekołak pisze:

    Ja z kolei ostatnio doszedłem do wniosku, że wena bardziej niż jakieś metafizyczne natchnienie przypomina mi niewyćwiczony mięsień. Rzeczywiście wcześniej borykałem się z problemem pisania. Wyrzucałem w połowie jeden projekt i zaczynałem nowy, siedziałem długo przed pustą kartką, a stosowane techniki inspiracyjne gówno dawały. Teraz po prostu siadam, chwilę się pogapię i… hej już mam! no i jedziemy z tym koksem. A jest tak ponieważ staram się pisać codziennie, chociaż jedną stronę A4. Może więc można osiągnąć poziom, gdzie właśnie siadasz i pstrykasz palcami, a wena stawia się na wezwanie? A może po prostu z powodu niespełna rocznego synka, pracy, studiów i innych moich działalności nie mam już czasu czekać, aż ta dziwka łaskawie do mnie przyjdzie? 😉

  6. Ilghazi pisze:

    No to ja niestety cierpię na odwrotny przypadek – wena mnie tak napastuje, że nie wiem za który projekt chwycić się w pierwszej kolejności. Czuję się jak mały kotek w składzie z włóczkami 😀

  7. To ja w październiku miałem podobne wypalenie, bo przez trzy tygodnie nie potrafiłem ze swojej twórczości wziąć się za cokolwiek (nawet beletrystyki nie chciało mi się w ogóle czytać). A przecież nie pisałem np. swojej powieści codziennie, tylko tak, że wychodził rozdział na tydzień, i to góra.

    Jeśli chodzi o moje podejście do weny, to jestem jednak bliżej przekonania, że lepiej pisać, kiedy przyjdzie. Z pisania na siłę bowiem nigdy nie przychodzi nic dobrego. Z drugiej strony rzeczywiście czasem warto pisać mimo to, chociażby po to, żeby przełamać tę blokadę (złe fragmenty zawsze można wywalić).

  8. Scathach pisze:

    Na Muzę jak na razie nie narzekam, wpada dość często i pomaga. Czasem dość niespodziewanie, to prawda, ale kto by tam za nim nadążył? Trzeba jednak przyznać, że Muza lubi ludzi, którzy ciężko pracują, a nie siedzą i czekają na światło z niebios, które łaskawi na nich zstąpi. Lub nie. Chyba więc rzeczywiście jest tak, że harówka z pisaniem pod wpływem weny nie wykluczają się, a raczej uzupełniają… Osobiście wolę z weną, bez niej mam jakieś takie poczucie, że to nie jest to, na co mnie stać. 80%, a nie 100, by ująć to w liczbach.

    Jeśli jednak kiedyś zdarzy mi się zablokować, na pewno wrócę do tego artykułu. Głupi nie jest, pewnie pomoże 😉

  9. iwona pisze:

    „A nóż zobaczymy”… ten cytat bardzo pobudził moją wenę 😀 😀 😀 .. a nuż się to do czegoś przyda? 😉
    Ortografia w pisaniu jest jednak bardzo ważna.

  10. lusty redhead pisze:

    Ja też często piszę „na sucho”, głównie dlatego, że gonią mnie terminy. I o dziwo, zawsze kiedy wydaje mi się, że będzie źle, bo na siłę, to efekty są super. Nie umiem tego wytłumaczyć 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *