Albo pięknie, albo wiernie – wywiad z Krzysztofem Sokołowskim

Tłumacz jest jak dyżurny ruchu. Kieruje skojarzenia na określone tory, a kiedy oryginał da się odczytywać rozbieżnie, chcąc nie chcąc przestawia zwrotnice.

— Jakub Ekier

Często zapominamy, że czytamy książkę obcojęzycznego autora. Dajemy się porwać fabule, bądź też zdarza się, że na nią narzekamy, ale rzadko przychodzi nam do głowy to, że w tej łączności między nami a światem pisarza jest ktoś jeszcze – osoba, która była najbliżej twórcy i której zadaniem jest utorować nam jak najprostszą drogę do serca jego prozy.

Czy tłumacz to godny zaufania przewodnik po nieznanym lądzie? Czy to jest wyłącznie odtwórcze zajęcie, jak z pewnością niektórzy sądzą? Czy tłumacze w ogóle funkcjonują w świadomości czytelników? Na te i inne pytania udzielił mi odpowiedzi Pan Krzysztof Sokołowski, z którym miałem niewątpliwą przyjemność porozmawiać.

Nie sposób wymienić w kilku zdaniach działalności i dorobku mojego rozmówcy, więc skupię się na rzeczach moim zdaniem najważniejszych. Pana Krzysztofa można kojarzyć przede wszystkim z polskich przekładów Stephena Kinga i Roberta Silverberga. Warto nadmienić, że podczas konwentu w 1988 roku, poświęconego twórczości Kinga, występował już jako znawca jego twórczości (trudno w to uwierzyć, ale King był polskiemu czytelnikowi wówczas nieznany). Krzysztof Sokołowski nieobcy jest także tym, którzy na co dzień interesują się fantastyką i wiedzą, jak wiele polska fantastyka mu zawdzięcza, że choćby wymienię tę najbardziej spektakularną zasługę: jako pierwszy w swoim eseju przedstawił całość twórczości literackiej J.R.R. Tolkiena oraz zaproponował jej interpretację, wraz z przekładem opowiadania „Liść, dzieło Niggle’a”. Pan Krzysztof jest także krytykiem literackim i filmowym. Jego teksty, głównie te poświęcone fantastyce, można znaleźć na autorskiej stronie Lapsus Calami.

Mateusz Miś: Z pewnością spotkał się Pan ze słowami, że każdy tłumacz jest zdrajcą, jak głosi łaciński zwrot. Czym faktycznie mogłaby okazać się taka nielojalność i czy rzeczywiście zdarzają się takie sytuacje w Pana życiu zawodowym, że nie ma innego wyjścia i trzeba się uciec do „zdrady”?

Krzysztof Sokołowski: „Omnis traductor traditor”, co? Lubię manifestacje erudycji, to dobry początek, ale sens wyraża lepiej włoskie „traduttore traditore”. Jak to przetłumaczyć nie zdradzając oryginału z jego zwięzłością i dźwiękowym podobieństwem słów? Odpowiedź przynosi polskie powiedzenie, nie takie ładne, ale prawdziwsze: „Tłumaczenie jest jak kobieta: albo piękne, albo wierne”.

Jestem wielbicielem piękna raczej, niż wierności, więc oczywiście, bez zdrady ani rusz. Zdradzam nieustannie, rzecz w tym, jak rozumieć ową „zdradę”. Przecież tłumacza literatury to nie małżeństwo wiąże z przekładanym tekstem. Każdy kolejny jest kochanką, a każda kochanka wymaga innego podejścia. Innych dowodów oddania, nieco innych pieszczot. I po każdej jest następna, póki jeszcze możesz… Ojciec uczył mnie, że w stosunkach z kobietą dozwolone są wszystkie chwyty, „byle potem nie płakała”. To się dobrze sprawdza w sprawach zawodowych.

M: W takim razie nie mogę nie zapytać o to, który romans okazał się być tym, jak dotąd, najburzliwszym w Pana karierze?

K: Każdy następny jest burzliwszy od poprzedniego, a ten „naj” mam nadzieję jeszcze przede mną; romans musi być burzliwy, żeby w ogóle miał sens.

A tak nieco poważniej: „Kwiaty dla Algernona” Daniela Keyesa (wersja powieściowa). Jest to opowieść o człowieku upośledzonym intelektualnie, którego inteligencję powiększono medycznie aż do poziomu geniusza, po czym bohater, już jako geniusz, odkrywa, że jest to proces odwracalny i że wkrótce czeka go stopniowy powrót na poziom kretyna. Ma formę dziennika bohatera, jego awans – i degeneracja – odbywają się w całości w języku. Keyes miał łatwo – Charlie najpierw pisze fonetycznie, a potem coraz bardziej prawidłowo, a w końcu wręcz wyrafinowanie; po czym proces odwraca się mniej więcej symetrycznie. Po polsku tak się nie da, prawda?

Nadrobiłem ten nasz brak ortografią, początkowo (i końcowo) maksymalnie ją upraszczając (przez rezygnację z dwuznaków, z „ó” na rzecz „u” etc.), po czym stopniowo, tak precyzyjnie jak było mnie na to stać, wprowadzałem komplikację najpierw w krótkich, prostych słowach o jednoznacznych desygnatach, a potem…

To cut the long story short – rozrzuciłem puzzle Keyesa, podmieniłem elementy i złożyłem z nich obrazek, inny lecz analogiczny do Keyesowskiego. To było przeżycie, którego nie zapomnę, choćbym dożył dwusetki… To była naprawdę moja książka.

M: No właśnie. Zaryzykuję tezę, że tłumacz jest niemal jak drugi autor książki. Niestety mam przy tym wrażenie, że raczej niewielu to docenia, a właściwie dostrzega, bo otwierając książkę odruchowo przeskakujemy wzrokiem na nazwisko autora, a tłumacz raczej funkcjonuje w cieniu. Czy spotyka się Pan z jakimikolwiek opiniami na temat swojej pracy, czy raczej jest tak, że sukces, bądź niepowodzenie książki zawsze przypisuje się jej autorowi?

K: Zaczynałem od przekładów fantastyki, jako krytyk pozostaję wierny fantastyce, funkcjonuję w „fantastycznym obiegu kultury” – fandomie. Mam to szczęście, że moje przekłady, przynajmniej te fantastyczne, bywają dyskutowane, oceniane, zawsze niejednoznacznie. Rozmawia się z czytelnikami, rozmawia się z innymi tłumaczami.

Przełożone przeze mnie książki można podzielić na dwie „nadkategorie”: te, które czyta czytelnik świadomy i wówczas gdzieś, w tle, ten „drugi autor” jednak żyje, i te przeznaczone do szybkiej konsumpcji. Robię je, biorę kasę, wydawca wrzuca przekład „w lud” i tyle o nim wiem… Przypominają o sobie tylko wtedy, kiedy wpływa honorarium za wznowienie. Wiele z tych tytułów drugiej grupy nie zasługuje na pamięć i ocenę, ale o losach niektórych chętnie wiedziałbym więcej.

Kwestia sukcesu i klęski to osobna sprawa. Dziś nikt przy zdrowych zmysłach nie przypisze ani jednego, ani drugiego jakości, obojętne, autora czy tłumacza. Liczy się wyłącznie marketing. Zaledwie wielka mniejszość czytelników świadomych, tych którzy, parafrazując Raymonda Chandlera, „przy czytaniu nie poruszają wargami”, potrafi zauważyć i docenić literacki walor literatury posiadającej walory literackie. I odróżnić ją od „literatury”.

M: Poza tym to jest chyba po trosze jak z aktorstwem. Jeśli aktor będący serialowym lekarzem jest prywatnie proszony o wypisanie recepty, to jest to, bądź co bądź, godny uznania komplement. Wprawdzie aktor jako profesjonalista może czuć się pominięty, ale ostatecznie to właśnie on stworzył silnie sugestywną postać. Więc może to, że tłumacz przemknął tu czy tam niezauważony i nikt o nim dotąd nie mówił, to może być to uznane za duży komplement?

K: Oj, ryzykowna analogia, ryzykowna… Pociągająca, ale raczej nie, no chyba że w bardzo nielicznych przypadkach. Ocenić aktorstwo potrafi równie niewielu, co ocenić literaturę, a proszenie ekranowego lekarza o receptę jest pewnie zaledwie dowodem popularności szmatławej telenowelki.

Jest niestety tak, że uboga polszczyzna czytelnika, jego pidgin-polish, uniemożliwia mu rozróżnienie oparte na innych kryteriach niż „podoba mi się / nie podoba mi się”. Dość surowo oceniam współczesnego „masowego konsumenta”, czegokolwiek zresztą, niekoniecznie książek. Średnia „jakości czytania” bardzo spadła, przez co ci, którzy w mojej opinii są już elitą, bardzo mocno odbijają od tła. Powszechna dolegliwość naszych czasów… Znika klasa średnia.

M: Czy praktykuje się taką zasadę, że tłumacz musi pokazać gotowe tłumaczenie autorowi przed ostatecznym wydaniem? Ktoś „z zewnątrz” weryfikuje tłumaczenie?

K: Nie znam takiego zwyczaju. Co by z tego przyszło autorowi obcojęzycznemu? Nawet gdyby znał polski jako drugi język?

Poza tym mój przekład jest moją własnością, to podkreślam i będę podkreślał wyjątkowo grubą kreską. Moim dzieckiem. Sprzedając prawa do przekładu autor musi zdawać sobie z tego sprawę. Choć faktycznie, „fabryki książek” typu spinoffy gier i inne takie czasami nalegają na „weryfikację”. mimo że nie jest to literatura sensu stricto, takie próby i tak zawsze źle się kończą. Wielbłąd to jest koń wyścigowy zaprojektowany przez komitet.

M: To jest chyba kwestia zwykłej uczciwości wobec odbiorcy – Janusz Mrzigod przyznał bez bicia, że w tłumaczeniu gry „Cywilizacja 2” zrobił z bizonów żubry, po czym okazało się, że jest to surowiec występujący w grze na stepach, podczas gdy żubr zamieszkuje lasy… Pan też ma się za co kajać przed czytelnikami?

K: Pewnie tak, choć to raczej drobiazgi. W „Podpalaczce” przeszło przez sito „olstro” (które jest przy siodle) zamiast prawidłowej „kabury”, co zostało poprawione w kolejnych wydaniach. Tego typu rzeczy jest pewnie więcej, ale nie ważą one na jakości przekładu. W grze może być trochę inaczej, tam szczegóły mają inną wagę. W sumie nie wiem, co skłoniło tłumacza „Cywilizacji” do podjęcia decyzji, którą podjął.

M: Z tego wynika, że nieprzekładalność pewnych słów, czy kontekstów z języka polskiego na angielski i odwrotnie, może w procesie tłumaczenia wypaczać myśl autora i falsyfikować jego literacką rzeczywistość. Są jakieś sztuczki by tego uniknąć?

K: Oczywiście, że może – to jest główne zagrożenie jakości przekładu. Likwiduje się je dwustopniowo. Po pierwsze, trzeba wiedzieć, czego chce się dokonać; innymi słowy, co to jest „dobry przekład”. Ja, przyznający się do wykształcenia w szkole „Zielińskiego- Jęczmyka” posługuję się definicją Leszka: „Książka w przekładzie winna czytać się tak, jak napisałby ją autor, gdyby pisał po polsku”. To oznacza rozszyfrowanie autora i podążanie za nim, przewodnikiem przez gęsty, odrobinę straszny las, w odróżnieniu od taniej mechanicznej wierności tekstowi. Po drugie, trzeba wiedzieć, jak osiągnąć ten efekt. Do tego potrzebne są właśnie sztuczki podporządkowane tzw. „słuchowi językowemu”. Przez „sztuczki” rozumiem umiejętne posługiwanie się właściwymi narzędziami: od znajomości realiów świata przedstawionego po sposoby, jak unikać „powiedział”, „powiedziała” („he said”, „she said”), zmory angielskich dialogów i opisów scen erotycznych, w których sfery erogenne nazywane są terminami… medycznymi (to nie jest bynajmniej żart!). Jednego zestawu „sztuczek” oczywiście nie ma, czego dowodem tłumaczenia są te googla czy bingowskie…

W sumie tłumaczenie, żeby gdzieś tam, na końcu, jako całość było coś warte, musi być owocem pracy, jakby to śmiesznie nie brzmiało, twórczej.

M: No właśnie, uprzedził Pan moje kolejne pytanie. Tłumaczenie książki, jak się okazuje, to nie jest odtwórcza praca, jak można by początkowo sądzić. Ale skoro już mowa o tworzeniu. Czy w tłumaczu budzi się czasem chęć tworzenia czegoś swojego, pod czym mógłby podpisać się wyłącznie swoim nazwiskiem? W końcu mógłby Pan przy okazji być tym, który najwierniej przetłumaczyłby własne dzieło.

K: Nie jest pracą czysto odtwórczą, tak jak nie jest czystą twórczością. Coś w rodzaju rzemiosła artystycznego?

Owszem, byli świetni pisarze będący świetnymi tłumaczami (choćby Tuwim i Broniewski, tak na przykład). Świetni są dziś rzadkością (Barańczak), ale zdarzają przecież kompetentni tłumacze będący też kompetentnymi pisarzami, więc pewnie odpowiedź brzmi „być może tak, taka ochota się budzi”. Z tym zastrzeżeniem, że niejasne pozostaje, czy to tłumaczenie wzbudziło chęć do pisania, czy odwrotnie, pisanie do tłumaczenia. I zawsze możliwe jest, że pisarz tłumaczy tylko ze względów finansowych, „na przeczekanie”. To też trzeba brać pod uwagę.

W każdym razie mnie, zastrzegam, to nie dotyczy. Ja swym nazwiskiem podpisuję krytykę i to mi wystarczy. „Znaj proporcje, mocium panie!” Ale nawet gdybym pisał… nie, nie podjąłbym się tłumaczenia samego siebie. Na szczęście nie piszę. Uważam, że tłumacz i pisarz to dwa różne zawody i… wolę mój. Wydaje się ciekawszy, nie uważasz?

M: Ciekawszy pod warunkiem, że swoją wprawnością przekroczy się barierę językową pt. „myślę  i mówię po polsku”. Wyobrażam to sobie jako umiejętność przełączania się pomiędzy językami, gdzie mentalnie musimy w jednej chwili wcisnąć się w tweedową marynarkę anglika i poczuć, że wcale a wcale nie uwiera nas jego mowa i kontekst. Wydaje mi się, że bez tych niemal metafizycznych migracji, trudno odnaleźć w tym taką zabawę. W końcu, żeby umieć dekodować trzeba najpierw wiedzieć, jak kodować, prawda?

K: A to już pytanie, co kogo bawi. Zresztą ten proces istnienia w dwóch językach w przypadku literatury jest niczym w porównaniu z wysiłkiem, z którego rezygnuję, kiedy tylko mogę: tłumaczenia symultanicznego. W moim przypadku ten problem praktycznie nie istnieje. To trudno wyjaśnić racjonalnie, ale czytając oryginał wytwarzam sobie obraz tego, co się dzieje. Ja naprawdę to widzę, słyszę, czuję, dotykam… Potem tylko opisuję w moim języku. W przypadkach dobrych autorów, twórców spójnej wizji rzeczywistości, takiej w której elementy: bohaterowie, świat, fabuła, do siebie pasują, bariera językowa po prostu znika. Niby jest, ale nie ma znaczenia. Jest jak u Chandlera, który pisał, że kiedy ci idzie „zawsze dziwisz się, jakie to łatwe”, a kiedy skończysz „dziwisz się, że jesteś taki zmęczony”. Mam tak z przekładami właśnie Kinga: „Desperację” kończyłem jednym czternastogodzinnym ciągiem, nie jedząc, żywiąc się kawą z dzbanka, nie pamiętam nawet, jak chodziłem do toalety… Potem przespałem dwie doby bez przerwy.

M: A w tym twórczym transie powstaje coś od zera? Zakładam, że są sytuacje tj. w przypadku neologizmów, że jest Pan zmuszony do tego by stworzyć dane słowo, bądź całą wypowiedź od nowa. Jest Pan w tym względzie jakoś ograniczany, czy obowiązuje tu pełna dowolność pod warunkiem, że Pańska słowotwórczość nie odbiega od fabuły i stylu autora?

K: No, wprawdzie to nigdy nie jest „od zera” – początek zrobił i wskazówki dał autor, mamy też dane z góry reguły rządzące językami: tym, z którego tłumaczymy i tym, na który tłumaczymy, – ale z tym zastrzeżeniem tak, robi się rzeczy od początku, często właśnie w fantastyce. Ograniczenia w przypadku literatury, dziejącej się przecież właśnie „w języku”, wynikają z samej materii tegoż. Trzeba rozszyfrować, jak narusza reguły autor i naruszać je możliwie identycznie. I trzeba wiedzieć, gdzie odrobinę odpuścić gazu, żeby gdzie indziej go wdepnąć i utrzymać prędkość „na okrążeniu”, jak mawiają sprawozdawcy wyścigów F1 – pierwszym i wszystkimi następnymi. Do tego potrzebny jest specyficzny talent, specyficzny rodzaj wyczucia i wiedza, jak robiono to lub coś podobnego, w przeszłości. Wiedza wynikająca z lektur, tłumacz nie może przestać czytać. Ale najważniejsza jest wierność autorowi. Poza tym hulaj dusza, piekła nie ma.

M: W takim razie zaproponuję krótki wyścig na prostym odcinku, gdzie o wygranej stanowi refleks. „Enjoy it!” Jak to ugryźć po polsku?

K: Tu nie ma co gryźć. Zwrot jest prosty, a jego znaczenie zależne od kontekstu. Może być właściwie każde. „Poczęstuj się”. „Baw się dobrze”. „Smacznego”. Może być nawet ironiczne: „W pięty ci poszło, co?”

Największym wrogiem kiepskiego tłumacza jest… słownik. Taki dwujęzyczny. Naprawdę. Jestem głęboko przekonany, że jeśli właściwe, czy raczej „pasujące” znaczenie słowa (zwrotu) nie wynika ci z kontekstu, to słownikowe ci na nic. Użycie go „w zastępstwie” byłoby jak leczenie alkoholizmu przez zastąpienie wódki piwem. Wyjąwszy jakieś specjalistyczne terminy korzystam wyłącznie ze słowników angielsko-angielskich.

M: Ale zakładam, że bywają sytuacje, w których nie da się wszystkiego podciągnąć pod polski język. Czy są jakieś granice nie do przekroczenia? Np. fragmenty, które muszą zostać okrojone w polskim przekładzie?

K: A to już byłaby klęska… Choć i tu są wyjątki w rodzaju „Kubusia Puchatka”. Kolejne doskonałe polskie powiedzenie to: „Nie ma książek nieprzetłumaczalnych, są tylko źli tłumacze”.

Więc prosto: jeśli uznajesz, że nie potrafisz choćby zdania, choćby słowa, „podciągnąć pod polski”, nie rób tekstu z tym zdaniem, tym słowem. Kropka. To manifestacja bezradności. Musisz mieć absolutną pewność, że potrafisz, nawet gdyby ci przyszło „podleźć, gdzie się nie da przeleźć”. Bez tego tłumacz to zwyczajnie nie twój zawód. Trudno. Z kurdupla nie będzie koszykarza choćby trafiał za trzy 99 razy na 100.

M: A skoro o tym mowa. Wyodrębniłby Pan jakieś konkretne predyspozycje do uprawiania tego zawodu?

K: Jak we wszystkich zawodach świata ci dobrzy i ci najlepsi mają talent. Trochę więcej niż Edisonowskie „One percent inspiration, ninety nine percent perspiration”. Nie wiem, na czym polega talent, nikt nie wie, ale w moim przypadku jego rolę pełni, czy też funkcjonuje jako zastępnik, wyobraźnia, którą nazywam „wyobraźnią odtwórczą”. Widzę to, co ktoś mi opisuje. Wchodzę w ten świat. Śmieję się podczas pracy, irytuję, walę pięścią w stół, pokrzykuję. Plus istnieje chyba coś w rodzaju „słuchu językowego”. Fraza nie może mi zabrzmieć fałszywie, a tę fałszywość trzeba rozpoznać. Czasami winne są dopiero trzecie skrzypce, spóźnione zaledwie o ćwiartkę.

M: Takim znamiennym przypadkiem rozpoznania fałszu było polskie tłumaczenie Tolkiena przez Jerzego Łozińskiego, gdzie ów tłumacz m.in. spolszczył nazwy własne miejscowości i spotkało się to z dużą krytyką czytelników. Pan był jednym z pierwszych, którzy analizowali dorobek Tolkiena i pewnie nie był to jedyny problem z jakim wówczas się Pan zmierzał.

Czy to zawsze musi oznaczać, że tłumacząc tekst rywalizujemy z jego autorem, zwłaszcza gdy ten nosi miano wielkiego pisarza? Tłumacz zawsze w takiej sytuacji jest na przegranej pozycji i musi robić wszystko przez białe rękawiczki?

K: To są właściwie dwa pytania. Po kolei.

Jak w każdej dziedzinie życia, nieważne co robisz i jak robisz, bylebyś robił dobrze. Łoziński nie tym zgrzeszył, że spolszczał nazwy własne (sam Tolkien zalecał to tłumaczom) ale w tym, że zrobił to niezdarnie i niekonsekwentnie. A jeśli „zdarnie” i „konsekwentnie” się nie da, trzeba szukać innego wyjścia.

Rywalizacja z autorem? To też arogancka duma, żałosna w skutkach. Tłumacz jest sługą autora, takim Soroką Kmicica. „Nie śmiałem bez permisji!” No, i przydaje się przyprawić zupę „kiemliczowszczyzną” , myśleć za siebie też musisz, musisz mieć własną wrażliwość, ale jeśli wejdziesz w konflikt ze źródłem, to koniec. Ty i autor to konie w zaprzęgu, ciągnące książkę. Muszą umieć współpracować. TY, jako tłumacz, musisz umieć współpracować. Klasa literacka autora tu akurat nie ma nic do rzeczy.

A na marginesie – ja nie miałem problemów z przekładami Tolkiena. W jego wypadku tekst doskonale prowadzi tłumacza.

M: A czy przykład Łozińskiego nie pokazuje jednak, że to nieszczęsne Shire przerobione na Włości, czy choćby Baggins na Bagosz było zbyt odważną próbą odciśnięcia swojego śladu przez tłumacza? Może jest tak, że nadmierne ego (i nie oceniam tu intencji Łozińskiego) jest takim samym zagrożeniem dla pisarza, jak i tłumacza?

K: Nie oceniając przypadku szczegółowego, o tak, oczywiście! Z tym, że ego pisarzowi bardziej pomaga. Tłumacz jest jednak, w znacznie większym procencie, odtwórcą. Powiedzmy, że proporcje dumy i pokory u tłumacza powinny być odwrotne niż u pisarza.

M: A czy żeby przetłumaczyć konkretne dzieło należy zapoznać się z całą twórczością jego autora? To dobrze jeśli tłumacz prywatnie jest fanem czyjeś twórczości, czy może mogłoby to ujemnie wpłynąć na pewną obiektywność w podejściu do tłumaczenia? Interesuje mnie to tym bardziej, że czytam obecnie „Bezsenność” w Pana przekładzie, a wiem, że ma Pan ten przywilej być jednocześnie fanem i osobą, która przetłumaczyła wiele tekstów Stephena Kinga.

K: Jest to przydatne, ale niekonieczne. Bywa, że całą twórczość autora znam, bywa, że jej nie znam albo znam tylko część. „Jednostką” przekładu jest jednak zamknięta całość, tekst: książka, opowiadanie, cokolwiek. Z mojego doświadczenia z Robertem Silverbergiem, znakomitym pisarzem będącym jednocześnie mym bliskim przyjacielem, wynika tylko tyle, że uznanie i podziw dla całości dorobku przeszkodzić nie mogą.

M: Skoro jesteśmy już przy kontaktach z pisarzami. Czytałem ostatnio wywiad z Anną Sawicką, która zajmuje się literaturą i kulturą katalońską. Przyznała, że jeśli osiąga punkt krytyczny w tłumaczeniu i za diabła nie wie, jak ugryźć np. jakąś frazę, to kontaktuje się w tej sprawie z samym autorem. Posłużyła się przykładem „farts de pops”, co dosłownie oznaczało „ośmiornice w nadmiarze”, tymczasem w domu rodzinnym Jaume Cabrégo w ten sposób określano karierowiczów, „pasibrzuchów”. Takie przyjaźnie, jak ta Pańska z Silverbergiem, to właśnie efekt takich długotrwałych negocjacji nad przekładem?

K: Nigdy nie stanąłem przed problemem konieczności proszenia o wyjaśnienia, bo „nie rozumiem”. Może i ja popełniam grzech dumy, a może po prostu, grzebiąc w literaturze popularnej, nigdy nie stanąłem przed prawdziwym wyzwaniem, ale prywatnie uważałbym to za zawodową klęskę. Bob pytał mnie kilkakrotnie o wyjaśnienie, jak poradziłem sobie z tym – bo inni tłumacze pytali – a jak z czymś innym, i moje odpowiedzi zawsze go zadowalały. Nasza przyjaźń jest nieskażona elementami zawodowymi, wynika ze wspólnoty gustów, upodobań, z różnic w spojrzeniu na świat i tak dalej.

M: Wiem, że zabrzmi to jak pytanie kata czy jest za karą śmierci, ale czy Pana zdaniem bezwzględnie lepiej jest czytać książkę w ojczystym języku jej autora? A może pojawiły się książki w polskim przekładzie, które wypadły lepiej, niż w oryginale?

K: Zasada jest taka, że lepiej czytać w oryginale, ale tu jest haczyk: lepiej jest obcować z oryginałem jeśli posiadło się doskonałą znajomość nie tylko języka, ale całego kontekstu cywilizacyjno – kulturowego. Składać słowa w zdania to za mało. No i liczy się oczywiście, jaki jest oryginał i jaki jest przekład.

I tu mamy drugą część pytania. Bronisław Zieliński, tłumacząc Hemingwaya, sięgnął ideału (jak zdefiniowałem go wcześniej) i tu bym radził drogę „od przekładu do oryginału” – swą wysoką do niedawna pozycję w polskim obiegu literackim Hemingway zawdzięczał właśnie jemu, Faulkner nie miał już tyle szczęścia. W przypadku „Paragrafu 22” Hellera, dzieła Jęczmyka, jest tak samo. I „Czarnoksiężnika z Archipelagu” LeGuin w wykonaniu Barańczaka – jeśli któryś przekład miałby być „lepszy” od oryginału to ten. W przypadku literatury z najwyższej półki i „mojego” języka angielskiego mogę z całą pewnością powiedzieć, że Szekspira na przykład trzeba poznać w przekładach: Paszkowskiego, Słomczyńskiego, Barańczaka, nim sięgnie się po oryginał. „Moby Dicka” też.

M: A potrafiłby Pan wymienić jakieś książki polskich autorów, które byłyby sporym wyzwaniem dla tłumacza? A może język polski w literaturze sam w sobie jest już dostatecznym wyzwaniem?

K: Każda książka jest wyzwaniem. Tłumaczę tylko w jedną stronę, na polski, więc trudno mi wypowiadać się autorytatywnie, ale o ile „Lalkę” widzę przełożoną, „W pustyni i w puszczy” też, o tyle jak poradzić sobie z „Trylogią”? Są aspekty kultury polskiej niezwykle egzotyczne i tu trzeba by kunsztu tłumacza-artysty. Wszystko da się zrobić, tylko trzeba chcieć i wiedzieć jak.

M: Czego najlepszym dowodem jest to, że takie powieści jak choćby „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną” miała swoje tłumaczenie na wiele języków. Chociaż angielski tytuł „White and Red” niebezpiecznie sugeruje, że Masłowska, jako towar eksportowy może już tak dobrze nie smakować. W końcu oryginalny oscypek wyrabiany jest tradycyjnie w bacówkach…

K: W tej kwestii szczegółowej nie mam zdania. Odstępując na tę jedną chwilę od zasady „tylko bez nazwisk” przyznam, że Dorotę Masłowską odpuściłem sobie świadomie i bez żalu. Częściowo dlatego, że zawsze idę pod prąd, a częściowo dlatego, że mam swoje lata, swoje przeczytałem i nie odczuwam palącej potrzeby rozszerzania horyzontów. Trudno, wszystkiego człowiek nie przeczyta.

M: Wszystkiego nie przeczyta, ale co się już naczytał, to się naczytał… Zgodzi się Pan z określeniem, że tłumacz literatury to zajęcie dla dociekliwych paranoików? W końcu nie kto inny, jak Pan musi wyławiać często mocno utopione w obcej rzeczywistości konteksty tj. slogan reklamowy firmy Avis, w „Martwej Strefie”.

K: Jest zajęciem dla graczy, to z pewnością. Pokerzystów (w te klocki byłem kiedyś mocny). To nie brydż, gdzie wszystko da się obliczyć. W tłumaczeniu wielką rolę gra intuicja i nie wolno cofać się przed „sprawdzam”, dać się zablefować, uciekać do słownika. To, w czym wydajesz się widzieć trudności, trudnością akurat nie jest. Jest wyzwaniem. Przy tłumaczeniu nigdy się nie nudzisz, czy też raczej nudzą i męczą złe, prościutkie jak konstrukcja cepa książeczki z samych kości, w które nie wbijesz zębów, choćbyś zdechł.

M: Nie narzeka się na nudę i jak sądzę też nierzadko można się ubawić. Jest jakaś anegdota, którą najczęściej przywołuje Pan sobie w pamięci?

K: Tłumaczenie to samotna praca. Bywa śmieszna sama w sobie – córkę na przykład bawi, że tłumacząc gadam do siebie, walę pięścią w biurko etc. – ale anegdoty pojawiają się raczej w zakrapianych rozmowach tłumaczy i w ogóle ludzi związanych z biznesem wydawniczym, i bywają hermetyczne… jak to dowcipy zawodowe. Opowiada się o wydawcy zakochanym w polszczyźnie, przekonanym o jej kompletnej znajomości i każącym tłumaczom przekładać mecz bejsbola terminologią… przedwojennego palanta. O ogarniętych manią wielkości redaktorkach zostawiających na marginesach uwagi „mnie się to nie podoba, proszę zmienić”. O redaktorkach pracowicie niszczących rozdział z rozprawą z gangiem antynarkotykowym przez zmienienie DEA (formacji policyjnej do walki z przestępstwami narkotykowymi, doskonale wyćwiczonej i uzbrojonej) na FDA – instytucję naukową decydującą m.in. o dopuszczeniu leków i substancji chemiopochodnych do obrotu handlowego, w której pracują chudzi intelektualiści w okularkach, zgarbieni nad palnikami Bunsena i probówkami… Takie tam… Masz w ręku coś, co jest mięsem tych anegdot: „Bezsenność” Kinga. Na prośbę śp. Andrzeja Kuryłowicza, skądinąd wydawcy wręcz modelowego, zrezygnowałem z korekty autorskiej, czego rezultatem jest samochód „na olej” (sic!) – mowa o stareńkim gracie staruszka „palącym olej” – czy zdejmowanie z kuchennej półki „okularów” przez kogoś, kto chce strzelić sobie whisky w towarzystwie (glasses).

M: Pozostając jeszcze na moment przy Pańskich przekładach Kinga, zastanawia mnie jeden fragment z „Martwej strefy”, kiedy po przebudzeniu Johnny chwyta doktora Weizaka za dłoń i „eksploruje” przeszłość jego rodziny. To wczuwanie się w nastrój okupowanej Warszawy to w pełni narracja Kinga, czy jednak był to moment, kiedy mógł Pan oddać przysługę facetowi z odległego kontynentu i podciągnął Pan nieco ten fragment?

K: Moim zdaniem pozostałem wierny Kingowi, na co w pełni sobie zasłużył; pamiętam, że mnie zaskoczyło, jak dobrze on wczuł się w sytuację. Nie wykluczam jednak, że całkowicie nieświadomie dosoliłem tę zupę, w końcu jestem kim jestem, urodziłem się gdzie się urodziłem, nasiąkłem taką nie inną kulturą. Ale to dotyczy też tych czytelników „z wyższej półki”. Niewykluczone, że w lekturze ty nasycasz przekład własną wiedzą, własnymi emocjami, których bez ciebie w nim nie ma.

Jeśli wolno pozwolić sobie na dygresję: znajomi wielokrotnie podkreślali, że w Kingu przeze mnie robionym jest bardzo wiele ze mnie, z mojego sposobu mówienia, obrazowania etc. Wyjaśnia to fakt, że King mówi zawsze swoim głosem, a jesteśmy mniej więcej w tym samym wieku, mamy podobne wykształcenie etc. Kinga po prostu czuję. W tym szczególnym przypadku jego angielszczyzna i moja polszczyzna wypływają, że tak powiem „z tego samego źródła” i pewnie dlatego tak świetnie mi się na nim pracuje.

M: W takim razie nie mylę się sądząc, że tłumacz może być charakterystyczny, że ma swój styl? Co za tym idzie – może występować coś takiego, jak mniej lub bardziej świadome uwielbienie do konkretnego tłumacza?

K: Tak. Są tłumacze, których ja „wielbię”: Zieliński, Zofia Uhrynowska-Hanasz, Jęczmyk, także Skibniewska. Barańczak. Paszkowski. Kasprowicz. Broniewski. Tuwim. Oni wszyscy to tłumacze ze swą charakterystyczną METODĄ, podporządkowaniem idei pod tytułem: ma być pięknie. Doskonale realizowaną. I są tłumacze, których nie znoszę: albo „ligwistyczni” (jak ta pani od Fredzi Phi-Phi, czy jak to tam było), albo zwyczajnie bezmyślni i niedbali. Nie wiem tylko, czy „uwielbienie tłumacza” można rozszerzyć poza mniejszość mnie podobnych, nazwać „zjawiskiem”. Pewnie nie. Sądząc z tego, że ani grzechy „Bezsenności”, ani ich przeciwieństwo, cnoty zrobionego przeze mnie nowego tłumaczenia „Worka kości” nie doczekały się wzmianki w reckach, prawie na pewno nie…

M: A jak wygląda warsztat Krzysztofa Sokołowskiego? Przecież to praca niemal jak z powieści detektywistycznej! Schematy, streszczenia, nazwy własne, topografia, odnośniki …

K: Ależ nie ma w tej pracy nic fascynującego. Tak fascynującego, w ten sposób. Jeśli w ogóle coś ma wyróżniać mój „warsztat” (a pewnie i tak nie wyróżnia) to traktowanie pracy jako wyzwania – fascynacja jest więc czysto intelektualna – i poleganie na intuicji. Za pierwszym „przelotem” nie robię żadnych notatek. Jeśli książka jest w jakiś sposób skomplikowana to notatki (spisy terminów, nazw własnych etc.) powstają za drugim „przelotem”, na przypadkowych karteluszkach, które wiecznie gubię… No i w mieście odcinam się od miejskiego tła akustycznego: muzyką, filmem. Na wsi polegam na odgłosach wsi. W sumie dość to banalne…

M: Jest Pan, jak sam przyznaje, osobą, która m.in. śledzi na bieżąco literaturę popularną. Czy Pana zdaniem jest szansa na to by stworzyła się na europejskim rynku książki moda na polskość w literaturze? A może już się tworzy? Mam na myśli zjawisko podobne do chyba przemijającego już dzisiaj zachwytu nad Skandynawią i tamtejszymi autorami, głównie kryminałów. Byłby Pan sobie w stanie wyobrazić, że ktoś z drugiego końca kontynentu mógłby mieć jakieś realne powody by zachwycać się dla odmiany polskością, bądź ogólnie słowiańszczyzną?

K: Ależ znam ludzi, którzy się polskością bardzo interesują! Co nie przekłada się na konsumpcję literatury polskiej, niestety, Poza Lemem i Miłoszem, no i może jeszcze Szymborską. Nasza literatura piękna nie ma opinii francuskiej, snobistycznej, a literatura popularna… Cóż. W wydaniu np. Joanny Chmielewskiej, tej od „Całego zdania nieboszczyka”, więc najlepszej, jest odrobinę za dobra na wielki sukces, a w wydaniu szmatławym zbyt na sukces szmatława. Lem nie otworzył drzwi fantastyce naukowej, funkcjonuje w kulturze „anglojęzycznej” trochę na zasadzie gościa z wysokich regionów wielkiej sztuki (tak był promowany). Nie ma nic niemożliwego, a łaska pańska (czyli konsumenta, także treści) na pstrym koniu jeździ, ale jestem raczej pesymistą. Losy „Wiedźmina” (powieści, opowiadań) z ich fatalnym przekładem na angielski wydają się ten pesymizm potwierdzać. Nikomu nie zależy…

M: To jest jakby jedna strona medalu, bo mówi się też, że jedną z przyczyn, dla których trudno polskim pisarzom podbijać rynki zagraniczne, jest to, że… piszą po polsku. Spektakularna kariera, ale tylko po angielsku i najlepiej w kraju anglojęzycznym?

K: No cóż, w środowisku, w którym się obracam wówczas, gdy w ogóle obracam się w jakimś „środowisku” – wielbicieli fantastyki mianowicie – taka kwalifikacja raczej nie przechodzi. To znaczy nie uważa się, żeby sukces „po angielsku” był lepszy niż sukces „po polsku” pod jakimkolwiek względem wyjąwszy finansowy. Może dlatego, że w tym środowisku zna się literaturę anglojęzyczną z autopsji, nie z recenzji. Pisarze chętnie daliby się przetłumaczyć, bo nie można być zbyt bogatym, ale nie wpisywaliby tego w CV jako sukces inny, niż marketingowy. Oczywiście i w fandomie są tacy, których marketing oszukuje z łatwością, kupujący towar „po reklamie”, a przekład „na hamerykański” ma ciężar reklamowy. Ale ich się łatwo identyfikuje i generalnie lekceważy.

M: A teraz, na koniec, coś z innego bieguna. Podjąłby się Pan tłumaczenia poezji?

K: Nie zawarłbym umowy na przekład poezji, nie uzgodnił stawki, z pewnością nie wziął zaliczki, ale… Tak, szczerze mówiąc podjąłbym wyzwanie. Dla wyzwania właśnie, dla zabawy. Dużo do tej pory mówiłem, ale nie powiedziałem jednego, a w każdym razie nie wystarczająco dobitnie: tłumaczenie literatury jest świetną zabawą. Mocno podejrzewam, że dasz radę przełożyć coś „dobrze” wyłącznie wtedy, jeśli dobrze się przy tym bawisz, to taki warunek konieczny, choć niewystarczający. Pracujesz na luzie, a w zasadzie to nie pracujesz, tylko robisz za pieniądze coś, co robiłbyś i tak, nawet gdybyś musiał do tego dopłacić. Zawsze twierdziłem, że tłumacze to urodzeni szczęściarze i powinni jeszcze do tego grać w totka.

M: Szczęściarz z Pana.

K: Ba! Ale w totka nie gram. Jestem przesądny i wolę inne rodzaje szczęścia. Nie ma nic cenniejszego od dobrego burzliwego romansu :)

Foto: Mateusz Miś

Zapisz się na newsletter! Spisek Pisarzy wysyła tylko to, co warto przeczytać.



Mateusz Miś

Mateusz Miś


Mateusz Miś jest jednym ze Spiskowców – możesz go spotkać na naszym forum. Więcej tekstów tego autora znajdziesz na MoznaPrzeczytac.pl. Oprócz pisania, interesuje się też fotografią – polub jego stronę na Facebooku.

38 odpowiedzi

  1. Czy każdy wywiad z tłumaczem musi się zaczynać od frazesu o wierności i pięknie?!

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Nie każdy. Ale na Spisku jeszcze nikt o tym nie mówił. A sam wywiad – IMHO – daleki jest od frazesów.

      • To obiecajcie, że przy kolejnych okazjach ‚dylemat tłumacza’ nie zostanie już przywołany. Dla tłumaczy gadanie o zdradach i kobiecej naturze tłumaczeń jest jak pytania o natchnienie kierowane pod adresem pisarzy. Piszę to jako tłumacz.
        Wywiad bardzo interesujący. Dziękuję za wspomnienie o tłumaczach w okolicach naszego święta. Howgh!

    • Mateusz M. Mateusz M. pisze:

      Faktycznie, może tak to wyglądać, ale z drugiej strony nie dało się nie przejść przez niektóre frazesy, żeby przybliżyć w pełni sylwetkę tłumacza.

      Pisarz pytany setny raz o to, skąd czerpie pomysły na swoje książki dostaje pewnie białej gorączki. Ale jak masz przed sobą interesującego człowieka, to w euforii zadajesz nawet te najbanalniejsze pytania … 😉

  2. Mateusz M. Mateusz M. pisze:

    Nie wiem, czy każdy, ale mój się tak właśnie zaczyna :)

  3. Basia pisze:

    Oj „traduttore tradittore” jak dobrze to znam. Co prawda nie zajmuję się tłumaczeniem -choć ostatnio zaczęło to być moim marzeniem. Jednak mieszkając we Włoszech od kilku lat moja prywatną zabawą stało się analizowanie słów,szukanie jak najlepszego tłumaczenia dla nich, by jak najwierniej oddać ich sens w języku ojczystym lub odwrotnie (co zdarza się częściej nawet) próbując wytłumaczyć tym włoskim istotom co miałam na myśli, gdy cytuję polskie przysłowia. Ufff. Czasem dosłownie się nie da. ile razy trzeba zagłębić się w historię czy semantykę słów ,by okrężnie dojść do sensownego celu.Ile razy zwyczajnie macham rękami i się poddaję. Tłumaczenie to ciężka praca. I mimo,że tłumacze wciąż siedzą przyczajeni, gdzieś na drugiej stronie ,wydrukowani małymi ,ledwo widocznymi czcionkami to jednak ich rola jest bardzo ważna. Pomijając cały ten szum wokół zarabianych pieniędzy (czy aż tak wielkich?) po wdzięcznych czytelników , którzy bez tłumacza właśnie nie poznaliby większości cudownej literatury ukazującej się na całym świecie. Niech żyje zawód tłumacza! Viva!

  4. piorun pisze:

    Dajcie spokój, Sokołowski, największy burak polskiej fantastyki i tłumacz co najwyżej przeciętny. Nie wiem po co wywiad z tym sfrustrowanych staruszkiem.

  5. Kat pisze:

    Świetny wywiad. Mimo, że jestem doopiero początkującą adeptką zacnej sztuki tłumaczenia (cóż, dopiero odbywam praktyki i to w dodatku zdalne, bo jeszcze praca nie napisana, studia nie skończone) to zgadzam się z jedną kwestią – tłumaczenie trzeba lubić i traktować jako wyzwanie. Czasami, gdy dostaję kolejne faktury i suche dokumenty, zaczyna brakować mi zapału, ale nie poddaję się bo chcę doskonalić swój warsztat. Może kiedyś wreszcie dostanę coś ciekawszego na biurko. Ten wywiad dodatkowo mnie zmotywował do wysiłku, za co Spiskowi pięknie dziękuję. :)

  6. Mateusz M. Mateusz M. pisze:

    Spisek dziękuje i poleca się na przyszłość :)

  7. Aléque Skiba pisze:

    Cywilizacja 2… o matko, ale zawiało nostalgią!

  8. F. pisze:

    „Mimo” i „że” nie rozdzielamy przecinkiem, proszę o tym pamiętać. Wam nie przystoi popełniać takich błędów. (:

  9. Mateusz M. Mateusz M. pisze:

    Mój błąd – dziękuję za zwrócenie uwagi :)

  10. Łukasz pisze:

    Gratuluję świetnego wywiadu! Sam studiuję translatorykę i już na etapie studiów łatwo jest dostrzec, ile tak naprawdę tłumaczenie wymaga od człowieka. Właśnie dlatego na rynku jest tak wiele marnych tłumaczeń – tłumacz musi posiadać nie tylko ogromną wiedzę językową i kulturoznawczą, lecz także przebogatą wiedzę ogólną, żeby nie strzelać idiotycznych błędów rzeczowych. Tym bardziej ogromny szacunek do Pana Krzysztofa za jego ciężką pracę, dorobek i naprawdę świetne tłumaczenia. W przypadku Kinga IMHO bije na głowę Paulinę Braiter (czy raczej jej biuro tłumaczeń).

  11. khsokolowski pisze:

    Łukasz, dziękuję za dobrą – i w pełni zasłużoną rzecz jasna :-) – opinię i proszę, bez personaliów. To była rozmowa o tłumaczeniach, nie tłumaczach, OK?

  12. Krzysztof Olszewski pisze:

    Banalny wywiad, pełen oklepanych frazesów. Ten o kobietach i wierności – w moim odczuciu – już kompromituje posługujących się nim. Kolejny suchar, zupełnie nieweryfikowalny komunał – że tłumaczenie powinno brzmieć tak, jakby językiem ojczystym autora był polski. Tyle, że język modeluje ogląd świata, tym samym kształtując też rolę autorską wyrażoną w dziele. Gdyby wszyscy twórcy byli Polakami, wiele dzieł literackich może w ogóle by nie powstało. Nie da się nic na ten temat stwierdzić. To tak, jakby próbować sobie wyobrazić ślepego Wacka Homera, żyjącego gdzieś w Polsce w XXI wieku 😉
    W kwestii teorii przekładu – zdecydowanie wolę teksty Barańczaka, czy Tabakowskiej o tłumaczeniu Daviesa. Tam przynajmniej jest treść.
    A przeprowadzającemu wywiad pragnę zwrócić uwagę, że panosząca się w mediach i telemarketingu paskudna maniera tytułowania swojego interlokutora per „Pan” + imię nie jest jeszcze normą polskiej etykiety językowej i niektórych może bardzo drażnić. Dla czytelnika obcy mu tłumacz nie jest „Panem Krzysztofem”.
    Pozdrawiam, życząc jednocześnie portalowi „Spisek pisarzy” dojrzalszych, bardziej przemyślanych tekstów.

    • Mateusz M. Mateusz M. pisze:

      Nie będę wchodzić w spór dotyczący poglądów na to jak opisywać ten zawód i jak go należy uprawiać – jedynie mój rozmówca może się w tej kwestii wypowiedzieć.
      Ja przeprowadziłem ten banalny i pełen oklepanych frazesów wywiad, bo chciałem się jak najwięcej dowiedzieć, jak każdy inny czytelnik, który miałby okazję wypytać znamienitego tłumacza o jego pracę. Spisek nie jest portalem branżowym dla tłumaczy i w mojej opinii (nie tylko jako w mniejszej części współautora) wywiad ten jest daleki od kompromitacji.

      Co do wspomnianej maniery, to rzeczywiście wymaga to zmiany i był to mój błąd (już drugi, który został mi wytknięty i słusznie). Od siebie mogę dodać, że nie kierowały mną złe intencje, gdy to pisałem. Poprawię.

      Natomiast odnoszę wrażenie, że obecności tego komentarza raczej nie zawdzięczamy Pańskiej trosce o portal …

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Wtrącę się nieśmiało i potwierdzę, że odsetek zawodowych tłumaczy wśród odwiedzających stronę jest jednak dużo mniejszy niż tych, który o tłumaczeniu nie wiedzą zbyt wiele.;) Oczywiście, jeśli będzie okazja, na pewno napiszemy o tłumaczeniach więcej.

      Ze swojej strony muszę tylko dodać, że forma „Pan” przed imieniem, czyli panosząca się w mediach paskudna maniera, jest niestety wyrazem solidnej kindersztuby. Nie zawsze można sobie pozwolić na mówienie do obcych osób per „Ty”, więc z dwojga złego – lepiej pokazać dobre wychowanie.

  13. Krzysztof Olszewski pisze:

    Nie zamierzam wyjść na jakiegoś trolla, ale jednak w moim odczuciu forma zwracania się do obcych zupełnie osób per „Pan/Pani” + imię nie ma nic wspólnego z kindersztubą. W kulturalnej polszczyźnie należałoby raczej powiedzieć: „Szanowny Panie”, „Szanowna Pani” („Droga Pani”, czy wręcz „Miłe Panie” w l.mn. to już jest takie trochę protekcjonalne, prawda?) a siedzącego przede mną tłumacza, z którym przeprowadzam wywiad mogę określić na szereg sposobów: mój szacowny gość, tłumacz Kinga, Pan X Y (pełne imię i nazwisko), autor przekładu … A zwracać się per np. „Panie Władysławie”, „Pani Anno” to wolno tylko do osób, które znamy na płaszczyźnie zawodowej, czy prywatnej, ale nie jesteśmy na ‚ty’ (np. sąsiada, czy sekretarki na uczelni). Natomiast absolutnie nie do interlokutora, którego np. nagabuję przez telefon, z którym przeprowadzam wywiad, czy – niestety, ostatnio również – co gorsza, który załatwia sprawę w urzędzie, a urzędnik do niego „Panie Pawle…”. Koszmar :(
    W polszczyźnie naprawdę możemy okazać szacunek rozmówcy przy pomocy różnorodnych środków językowych i nie trzeba naśladować tego, co słyszymy w mediach.
    Ale przepraszam za off topic. I rzecz jasna rozumiem intencje redaktorów tego portalu – dla osób niezwiązanych z branżą wywiad z tłumaczem Kinga mógł rzeczywiście wydać się interesującym. Wyraziłem tylko prywatną opinię jako teoretyka i praktyka przekładu.

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Ależ nie ma żadnego problemu. 😀 Każda opinia jest mile widziana.

      Co do form grzecznościowych, to język polski jest dosyć niekonsekwentny i w pewnych obszarach bardzo zapóźniony. Języki krajów, które miały bardziej stabilną historię, ewoluowały jednak bardziej naturalnie w kierunku większej bezpośredniości. W angielskim wszyscy mówią do siebie per „you” i nikt już dzisiaj nie robi z tego zamieszania. Nawet w niemieckim zwroty grzecznościowe są już rzadko używane, choć trzymały się mocno i długo. W polskim rzeczywiście mamy „Szanowny Panie”, co ujdzie w listach, ale w konwersacji trąci myszą. Chronologicznie późniejszą formą byłoby u nas „Towarzyszu” :) – no ale za to ludzie się dzisiaj obrażają. Natomiast na gołe „Ty” godzą się głównie ludzie młodzi. Starszym zgrzyta, mogą to nawet poczytać za brak szacunku. Z form, którymi dysponujemy, zostaje więc „Pan” i „Pani” przed imieniem i nazwiskiem, z samym nazwiskiem lub z samym imieniem. W pełnym wydaniu będzie rzadko używana w konwersacji („Pan Marian Brzęczyszczykiewicz” wymaga jednak mielenia ozorem, ludziom się nie chce). W połączeniu z nazwiskiem brzmi oficjalnie, a więc buduje dystans (ale tu pełna zgoda, że urzędnik tak właśnie powinien mówić do petenta!). Natomiast w normalnej konwersacji, a więc również przy okazji wywiadu, chodzi o to, żeby ten dystans zmniejszać. „Pan Marian”, „Pani Mariola” są więc ostatnim przystankiem przed „Ty”.

      Osobiście jestem naprawdę wielkim zwolennikiem zwracania się do ludzi po imieniu, bo – moim zdaniem – wszelkie „panowanie” wprowadza potencjalną nierównowagę do konwersacji. Natomiast szacunek okazywać można sobie nawzajem również bez zwrotów grzecznościowych (w końcu „Ty” to jeszcze nie „Ej, Ty!”). No ale nie każdemu to odpowiada. Nawet na blogu ktoś się na mnie kiedyś obruszył, że nie zwracam się do niego per Pan (co było o tyle śmieszne, że publikował pod prostym pseudonimem).

    • Mateusz M. Mateusz M. pisze:

      Zaręczam, że Pan Krzysztof jest na tym punkcie bardziej wyluzowany, niż my wszyscy razem wzięci, ale mimo to zgadzam się, że w oficjalnym tekście powinien być każdorazowo wymieniany z imienia i nazwiska, bo istnieje spore ryzyko, że ktoś właśnie zarzuci mi protekcjonalne podejście do mojego rozmówcy i to, że przy okazji zacieram rozpoznawalność jego nazwiska. Tu pełna zgoda.

      Pan Krzysztof również jest teoretykiem i praktykiem przekładu, ale jakoś nie pogonił mnie za to, że zadawałem mu oklepane pytania, więc … najpewniej takim właśnie zachowaniem manifestuje się czyjaś taktowność.

      Jeśli jestem w błędzie, to proszę mnie poprawić, ale wydawało mi się i nadal mi się wydaje, że o tłumaczach literatury wciąż się mówi i pisze za mało. Może niektórzy z nich tego zwyczajnie nie potrzebują, ale chyba możemy zgodzić się co do tego, że robią kawał dobrej roboty (tu proszę sobie pomyśleć nazwisko ulubionego tłumacza albo odnieść to do siebie) i że naprawdę wiele im zawdzięczamy.

      Jestem szczerze zdumiony, że pod tym tekstem to właśnie tłumacze otwarli, i zdaje się, zamknęli światopoglądową dyskusję na temat amatora, który postawił „kolegę z branży” (jeśli wolno mi tak to ująć) w niezręcznej (a może nie?) sytuacji i zadał mu kilka banalnych pytań …

  14. Czarownica Wrażeń pisze:

    A mnie się bardzo podoba ta forma z „Panem”/”Panią” przed imieniem… :) Jestem staroświecka i mimo że świat zmusza do podążania za duchem czasu, wciąż w pierwszych kontaktach uparcie używam takich zwrotów… Niezwykle do gustu przypadło mi tłumaczenie Tomka a choć kiedyś mi zwrócono uwagę, że w sieci używa się bezpośredniej formy „Ty” ja wciąż przy pierwszym „spotkaniu” nie będę się „tykać” jeno „panować” :) Co do artykułu: jestem totalnym laikiem jeśli idzie o warsztat tłumaczeniowy więc z zainteresowaniem przeczytałam ów wywiad… Co mogę napisać więcej? Podobał mi się! :) :) :)

  15. Phoe pisze:

    Tu jedna bardzo ważna rzecz była powiedziana: żeby być wiernym autorowi. Zajmuję się tłumaczeniem hobbistycznie i znam innych, co lubią non-profit sobie coś przetłumaczyć. Do dziś pamiętam jedną zażartą dyskusję o przekład z innym tłumaczem. Moje zażalenie: tak nie można, to brzmi infantylnie, zupełnie nie tak autor napisał ten tekst! Uzasadnienie brzmiało: że to się tłumaczowi w inny sposób nie podoba, bo on nie będzie w swoim tłumaczeniu używać takiego wulgarnego języka. Czyli tu nawet było pięknie kontra wiernie autorowi. Autor sadzi wulgaryzmami, a tłumacz sadzi eufemizmami, bo to „brzydko wygląda”. A że piękno jest względne… 😉 Prawdą jest jednak, że tłumaczenie to całkiem twórcza praca (i w moim odczuciu bardzo ciężka – wyrazy szacunku dla wszykich tłumaczy!) i nie można robić kalki z języka obcego na ojczysty, bo to prosta droga do katastrofy.

    A, i uśmiechnęłam się, gdy pan Sokołowski powiedział, że widzi i czuje to, co czyta, i stara się to przełożyć. Też tak mam, tylko między umiejętnościami przepaść 😀 I fakt, słowniki dwujęzyce to zło, w 90% przypadków są zupełnie nieprzydatne. Niestety nie mam takiej wiedzy, by z nich zupełnie zrezygnować, nawet jeśli częściej zdarza mi się je zamknąć z frustracją, niż znaleźć coś przydatnego.

  16. mania pisze:

    „prespiration”? naprawdę?

  17. Mateusz M. Mateusz M. pisze:

    Perspiration – dziękuję za spostrzegawczość. Będzie poprawione. :)

  18. Lucyna M. pisze:

    Przykro mi to mówić, bo przekłady Pana Sokołowskiego wielbię, ale to już któryś raz z kolei, kiedy to daje mi się poznać jako osoba obrzydliwie zadufana w sobie i przekonana o swojej wyższości i unikatowości. „Nie używam słownika”, „Jak nie potrafisz przetłumaczyć chociaż słowa, nie bierz się za tłumaczenie tekstu” i tym podobne… Cóż za hipokryzja! Czytając książki POWINNIŚMY spotykać nieznane nam słowa! O to właśnie chodzi, o poszerzanie horyzontów! To, że znajdzie się w słowniku angielskim definicję słowa i zrozumie się czym „to” jest, niekoniecznie oznacza, że wiemy, jaką „to” nosi nazwę w naszym języku. Nie wspominając już o najzwyklejszych w świecie „dziur” w pamięci; pamięć ludzka nie jest niezawodna. Słowniki do czegoś służą, wystarczy umieć z nich korzystać, dobrać odpowiednie znaczenie, a jeśli żadne nas nie zadowala, to szperać dalej.
    Przyznanie się do potrzeby pomocy, to właśnie jest pokora, o której tak pięknie sam Pan Sokołowski mówi, choć najwyraźniej nie ma o niej pojęcia. A to, że nigdy nie miał problemów ze zrozumieniem tego, co autor chciał przekazać… Cóż, powiedzmy sobie szczerze – fantastyka nie jest niewiadomo jak wymagającą literaturą. Niech się zderzy z myślami Nietzschego, Spinozy i innych myślicieli. Kwestie, które występują w książkach fantastycznych nie jest trudno zrozumieć, wszak są nam w jakiś sposób bliskie, bo powtarzające się, to toposy. Nie ma tu żadnych głębszych przemyśleń, zazwyczaj walka dobra ze złem, przemiana bohatera walczącego ze swoimi słabościami etc. Oczywiście to piękne teksty, ale jedyne, co tam znajdziemy, co ociera się o myślenie wyższe to pojedyncze, patosowe frazesy, które nie wymagają ogromnego wysiłku ze strony czytelnika.

    • Mateusz M. Mateusz M. pisze:

      Do większości postawionych tu „zarzutów” musiałby odnieść się mój rozmówca – ja mogę tylko bezradnie rozłożyć ręce 😉
      Natomiast tłumaczyć trzeba umieć i o cokolwiek chcielibyśmy posądzać Pana Sokołowskiego, to jednak trzeba przyznać, że jest dobry w swoim fachu i że jest z krwi i kości pasjonatem. Byłoby niesprawiedliwe gdybyśmy jego talent stawiali pod kreską „fantastyka” sugerując przy tym, że dalej nie ma już nic …

      • Lucyna M. pisze:

        Oczywiście zgadzam się z Panem, sama jestem wielką miłośniczką jego prac. Natomiast człowiek prawdziwie wielki potrafi być malutki, czego niestety Pan Sokołowski nie umie. A szkoda, szanowałabym go bardziej.

      • Mateusz M. Mateusz M. pisze:

        Tylko nie pan! Mateusz jestem 😉

        A wracając … Nie miałbym śmiałości wypowiadać się na temat tego jakim Pan Sokołowski jest człowiekiem. Ja ponoć też sprawiam wrażenie gburowatego i zadufanego w sobie, ale przy bliższym poznaniu ludzie się jakoś dziwnie do mnie przekonują 😉

        To jest chyba kwestia tego, jak daleko chcemy sięgnąć by coś lub kogoś poznać. Najczęściej wiemy tyle, co nic albo dokładnie tyle ile wiemy o sobie.

  19. AR pisze:

    Kochani, jak już jesteśmy tymi piekielnymi erudytami, a redaktorki nam brużdżą w przekładach, to sprawdźmy przynajmniej przed publikacją, jak się pisze „zdrajca” po włosku. Bo mnie od tego byka i maczystowskich frazesów zapodanych na początku poskręcało w precelek i zupełnie zignorowałam dalszy ciąg wywiadu.

  20. khsokolowski pisze:

    Jeśli wolno kilka uwag na różne tematy…

    Po pierwsze: NIE MA głupich pytań, są tylko pytania niezadane :-) Miło mi się odpowiadało na te zadane, bo prowadziły jedno do drugiego i następnego, i kolejnego. Mam wrażenie, że dzięki temu, a nie dzięki moim odpowiedziom, wywiad złożył się w jakąś całość.

    Po drugie: formy grzecznościowe. Należę do fandomu – grupy fanów literatury fantastycznej. Regularnie spotykam się z ludźmi młodszymi ode mnie o pokolenie. Ci ludzie mają dorastające dzieci i ich dzieci już zaczynają zadawać mi trudne pytania. Ze wszystkimi jestem na „ty” i taką też, przyjętą na necie, formę zaproponowałem. Prowadzący uznał, że jemu bardziej odpowiada „pan Krzysztof”, nie „Krzysztof” albo „Krzysiek” (byle nie Krzyś!). Trudno mi kwestionować jego wybór, bo on tu rządzi, a sympatyczna STAROŚWIECKA familiarność ma swoje zalety. Jest mianowicie staroświecka. :-)

    Po trzecie, specjalnie dla pani Lucyny M.: obawiam się, że się nie zrozumieliśmy. Czy ktoś CZYTA książki w języku X ze słownikiem języka X – polskiego w ręku, czy bez słownika, mnie do tego nic. Jego sprawa. Ale kiedy przekładasz (w tym przypadku na język polski) i bierzesz honorarium, MUSISZ mieć pewność, że to co robisz na honorarium zasługuje. Inaczej nie rób, a w każdym razie nie oczekuj, że ci za robotę zapłacą. IMHO byłyby to nieuczciwie zarobione pieniądze. Pewność, że potrafisz dobrze wykonywać swój zawód obowiązuje w każdym zawodzie. Hydraulik nie sprawdza funkcji swych zawodowych narzędzi w instrukcjach obsługi, podczas gdy woda radośnie zalewa półki z książkami, szambo wybija do basenu i tak dalej. Cała moja duma to aż przekonanie, że potrafię tłumaczyć tak dobrze, jak dobry hydraulik potrafi powstrzymać potop lub skażenie środowiska :-), dobry fryzjer bez instrukcji ostrzyc, przycieniować i ogolić nie podrzynając gardła, chef obejść się bez książki kucharskiej… etc. Jeśli ma mnie Pani uznać za to za osobnika nieludzko zarozumiałego etc. i nie lubić, trudno. Przeżyję. Zwłaszcza, że Pani wyobrażenia o literaturze pięknej, a jej częścią jest fantastyka, są nader banalnie fałszywe. Nawey gdyby nawiązała się ta nić… nie mielibyśmy o czym rozmawiać :-(

    I uwaga ostatnia: redaktorzy są potrzebni. Są konieczni. Robert Stiller próbował obyć się bez redaktorek / redaktorów i na dobre mu to nie wychodziło. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy redaktor zaczyna redagować książkę tak, „jak ja bym ją przetłumaczył(a) gdybym w ogóle umiał(a) tłumaczyć”. BTW. uchodzę w środowisku za tłumacza doskonale dogadującego się z redaktor(k)ami :-)

  21. Elfir pisze:

    Odniosę się do tego pytania: „: A potrafiłby Pan wymienić jakieś książki polskich autorów, które byłyby sporym wyzwaniem dla tłumacza? A może język polski w literaturze sam w sobie jest już dostatecznym wyzwaniem?”

    Dla świata zachodniego tłumaczenie polskiej fantasyki opartej na słowiańskej kulturze – jak np. twórczość Sapkowskiego) jest bardzo trudne. O ile Polacy czytający fantastykę całkiem bardzo dobrze poruszają się w świecie mitów arturiańskich czy mitologi nordyckiej, tak czytelnik zachodni ze Słowiańszczyzny zna co najwyżej wampira.
    Na dodatek Sapkowski bawi się słowem i mamy ludowy synonim słowa „wampir” – wąpierz. A w angielskim wydaje mi się, że jest tylko „vampire”? Stąd i chłop i czarodziej używają tego samego slowa, a w języku polskim widać po sposobie doboru słów, że mamy do czynienia z wieśniakiem.
    Za słabo znam angielski by pisac z własnego doświadczenia, ale ci, co znają ten język lepiej, masowo narzekają na tłumaczenia Sapkowskiego. Są podobno zbyt płytkie i nie oddają bogactwa słów.
    Jedyne, co mi się spodobało, to zamiana źle brzmiącego w jezyku angielskim Jaskra (Buttercup) na Dmuchawca (Dandelion). Jest to o tyle zabawne, że słowo „dmuchanie” ma w języku polskim podtekst erotyczny, co bardzo pasuje do poety.
    Za to kompletnie nie rozumiem zmiany Tris Merigold w tłumaczeniu czeskim na Triss Ranuncul (czyli Triss Jaskier), a Jaskra na Marigold (czyli Aksamitkę).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *