Albo pięknie, albo wiernie – wywiad z Krzysztofem Sokołowskim

Tłumacz jest jak dyżurny ruchu. Kieruje skojarzenia na określone tory, a kiedy oryginał da się odczytywać rozbieżnie, chcąc nie chcąc przestawia zwrotnice.

— Jakub Ekier

Mateusz Miś


Mateusz Miś jest jednym ze Spiskowców – możesz go spotkać na naszym forum. Więcej tekstów tego autora znajdziesz na MoznaPrzeczytac.pl. Oprócz pisania, interesuje się też fotografią – polub jego stronę na Facebooku.

38 komentarzy

  1. Krzysztof Rączkowiak napisał(a):

    Czy każdy wywiad z tłumaczem musi się zaczynać od frazesu o wierności i pięknie?!

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Nie każdy. Ale na Spisku jeszcze nikt o tym nie mówił. A sam wywiad – IMHO – daleki jest od frazesów.

      • Krzysztof Rączkowiak napisał(a):

        To obiecajcie, że przy kolejnych okazjach ‚dylemat tłumacza’ nie zostanie już przywołany. Dla tłumaczy gadanie o zdradach i kobiecej naturze tłumaczeń jest jak pytania o natchnienie kierowane pod adresem pisarzy. Piszę to jako tłumacz.
        Wywiad bardzo interesujący. Dziękuję za wspomnienie o tłumaczach w okolicach naszego święta. Howgh!

    • Mateusz M. napisał(a):

      Faktycznie, może tak to wyglądać, ale z drugiej strony nie dało się nie przejść przez niektóre frazesy, żeby przybliżyć w pełni sylwetkę tłumacza.

      Pisarz pytany setny raz o to, skąd czerpie pomysły na swoje książki dostaje pewnie białej gorączki. Ale jak masz przed sobą interesującego człowieka, to w euforii zadajesz nawet te najbanalniejsze pytania … 😉

  2. Mateusz M. napisał(a):

    Nie wiem, czy każdy, ale mój się tak właśnie zaczyna 🙂

  3. Basia napisał(a):

    Oj „traduttore tradittore” jak dobrze to znam. Co prawda nie zajmuję się tłumaczeniem -choć ostatnio zaczęło to być moim marzeniem. Jednak mieszkając we Włoszech od kilku lat moja prywatną zabawą stało się analizowanie słów,szukanie jak najlepszego tłumaczenia dla nich, by jak najwierniej oddać ich sens w języku ojczystym lub odwrotnie (co zdarza się częściej nawet) próbując wytłumaczyć tym włoskim istotom co miałam na myśli, gdy cytuję polskie przysłowia. Ufff. Czasem dosłownie się nie da. ile razy trzeba zagłębić się w historię czy semantykę słów ,by okrężnie dojść do sensownego celu.Ile razy zwyczajnie macham rękami i się poddaję. Tłumaczenie to ciężka praca. I mimo,że tłumacze wciąż siedzą przyczajeni, gdzieś na drugiej stronie ,wydrukowani małymi ,ledwo widocznymi czcionkami to jednak ich rola jest bardzo ważna. Pomijając cały ten szum wokół zarabianych pieniędzy (czy aż tak wielkich?) po wdzięcznych czytelników , którzy bez tłumacza właśnie nie poznaliby większości cudownej literatury ukazującej się na całym świecie. Niech żyje zawód tłumacza! Viva!

  4. piorun napisał(a):

    Dajcie spokój, Sokołowski, największy burak polskiej fantastyki i tłumacz co najwyżej przeciętny. Nie wiem po co wywiad z tym sfrustrowanych staruszkiem.

  5. Kat napisał(a):

    Świetny wywiad. Mimo, że jestem doopiero początkującą adeptką zacnej sztuki tłumaczenia (cóż, dopiero odbywam praktyki i to w dodatku zdalne, bo jeszcze praca nie napisana, studia nie skończone) to zgadzam się z jedną kwestią – tłumaczenie trzeba lubić i traktować jako wyzwanie. Czasami, gdy dostaję kolejne faktury i suche dokumenty, zaczyna brakować mi zapału, ale nie poddaję się bo chcę doskonalić swój warsztat. Może kiedyś wreszcie dostanę coś ciekawszego na biurko. Ten wywiad dodatkowo mnie zmotywował do wysiłku, za co Spiskowi pięknie dziękuję. 🙂

  6. Mateusz M. napisał(a):

    Spisek dziękuje i poleca się na przyszłość 🙂

  7. Aléque Skiba napisał(a):

    Cywilizacja 2… o matko, ale zawiało nostalgią!

  8. F. napisał(a):

    „Mimo” i „że” nie rozdzielamy przecinkiem, proszę o tym pamiętać. Wam nie przystoi popełniać takich błędów. (:

  9. Mateusz M. napisał(a):

    Mój błąd – dziękuję za zwrócenie uwagi 🙂

  10. Łukasz napisał(a):

    Gratuluję świetnego wywiadu! Sam studiuję translatorykę i już na etapie studiów łatwo jest dostrzec, ile tak naprawdę tłumaczenie wymaga od człowieka. Właśnie dlatego na rynku jest tak wiele marnych tłumaczeń – tłumacz musi posiadać nie tylko ogromną wiedzę językową i kulturoznawczą, lecz także przebogatą wiedzę ogólną, żeby nie strzelać idiotycznych błędów rzeczowych. Tym bardziej ogromny szacunek do Pana Krzysztofa za jego ciężką pracę, dorobek i naprawdę świetne tłumaczenia. W przypadku Kinga IMHO bije na głowę Paulinę Braiter (czy raczej jej biuro tłumaczeń).

  11. khsokolowski napisał(a):

    Łukasz, dziękuję za dobrą – i w pełni zasłużoną rzecz jasna 🙂 – opinię i proszę, bez personaliów. To była rozmowa o tłumaczeniach, nie tłumaczach, OK?

  12. Krzysztof Olszewski napisał(a):

    Banalny wywiad, pełen oklepanych frazesów. Ten o kobietach i wierności – w moim odczuciu – już kompromituje posługujących się nim. Kolejny suchar, zupełnie nieweryfikowalny komunał – że tłumaczenie powinno brzmieć tak, jakby językiem ojczystym autora był polski. Tyle, że język modeluje ogląd świata, tym samym kształtując też rolę autorską wyrażoną w dziele. Gdyby wszyscy twórcy byli Polakami, wiele dzieł literackich może w ogóle by nie powstało. Nie da się nic na ten temat stwierdzić. To tak, jakby próbować sobie wyobrazić ślepego Wacka Homera, żyjącego gdzieś w Polsce w XXI wieku 😉
    W kwestii teorii przekładu – zdecydowanie wolę teksty Barańczaka, czy Tabakowskiej o tłumaczeniu Daviesa. Tam przynajmniej jest treść.
    A przeprowadzającemu wywiad pragnę zwrócić uwagę, że panosząca się w mediach i telemarketingu paskudna maniera tytułowania swojego interlokutora per „Pan” + imię nie jest jeszcze normą polskiej etykiety językowej i niektórych może bardzo drażnić. Dla czytelnika obcy mu tłumacz nie jest „Panem Krzysztofem”.
    Pozdrawiam, życząc jednocześnie portalowi „Spisek pisarzy” dojrzalszych, bardziej przemyślanych tekstów.

    • Mateusz M. napisał(a):

      Nie będę wchodzić w spór dotyczący poglądów na to jak opisywać ten zawód i jak go należy uprawiać – jedynie mój rozmówca może się w tej kwestii wypowiedzieć.
      Ja przeprowadziłem ten banalny i pełen oklepanych frazesów wywiad, bo chciałem się jak najwięcej dowiedzieć, jak każdy inny czytelnik, który miałby okazję wypytać znamienitego tłumacza o jego pracę. Spisek nie jest portalem branżowym dla tłumaczy i w mojej opinii (nie tylko jako w mniejszej części współautora) wywiad ten jest daleki od kompromitacji.

      Co do wspomnianej maniery, to rzeczywiście wymaga to zmiany i był to mój błąd (już drugi, który został mi wytknięty i słusznie). Od siebie mogę dodać, że nie kierowały mną złe intencje, gdy to pisałem. Poprawię.

      Natomiast odnoszę wrażenie, że obecności tego komentarza raczej nie zawdzięczamy Pańskiej trosce o portal …

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Wtrącę się nieśmiało i potwierdzę, że odsetek zawodowych tłumaczy wśród odwiedzających stronę jest jednak dużo mniejszy niż tych, który o tłumaczeniu nie wiedzą zbyt wiele.;) Oczywiście, jeśli będzie okazja, na pewno napiszemy o tłumaczeniach więcej.

      Ze swojej strony muszę tylko dodać, że forma „Pan” przed imieniem, czyli panosząca się w mediach paskudna maniera, jest niestety wyrazem solidnej kindersztuby. Nie zawsze można sobie pozwolić na mówienie do obcych osób per „Ty”, więc z dwojga złego – lepiej pokazać dobre wychowanie.

  13. Krzysztof Olszewski napisał(a):

    Nie zamierzam wyjść na jakiegoś trolla, ale jednak w moim odczuciu forma zwracania się do obcych zupełnie osób per „Pan/Pani” + imię nie ma nic wspólnego z kindersztubą. W kulturalnej polszczyźnie należałoby raczej powiedzieć: „Szanowny Panie”, „Szanowna Pani” („Droga Pani”, czy wręcz „Miłe Panie” w l.mn. to już jest takie trochę protekcjonalne, prawda?) a siedzącego przede mną tłumacza, z którym przeprowadzam wywiad mogę określić na szereg sposobów: mój szacowny gość, tłumacz Kinga, Pan X Y (pełne imię i nazwisko), autor przekładu … A zwracać się per np. „Panie Władysławie”, „Pani Anno” to wolno tylko do osób, które znamy na płaszczyźnie zawodowej, czy prywatnej, ale nie jesteśmy na ‚ty’ (np. sąsiada, czy sekretarki na uczelni). Natomiast absolutnie nie do interlokutora, którego np. nagabuję przez telefon, z którym przeprowadzam wywiad, czy – niestety, ostatnio również – co gorsza, który załatwia sprawę w urzędzie, a urzędnik do niego „Panie Pawle…”. Koszmar 🙁
    W polszczyźnie naprawdę możemy okazać szacunek rozmówcy przy pomocy różnorodnych środków językowych i nie trzeba naśladować tego, co słyszymy w mediach.
    Ale przepraszam za off topic. I rzecz jasna rozumiem intencje redaktorów tego portalu – dla osób niezwiązanych z branżą wywiad z tłumaczem Kinga mógł rzeczywiście wydać się interesującym. Wyraziłem tylko prywatną opinię jako teoretyka i praktyka przekładu.

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Ależ nie ma żadnego problemu. 😀 Każda opinia jest mile widziana.

      Co do form grzecznościowych, to język polski jest dosyć niekonsekwentny i w pewnych obszarach bardzo zapóźniony. Języki krajów, które miały bardziej stabilną historię, ewoluowały jednak bardziej naturalnie w kierunku większej bezpośredniości. W angielskim wszyscy mówią do siebie per „you” i nikt już dzisiaj nie robi z tego zamieszania. Nawet w niemieckim zwroty grzecznościowe są już rzadko używane, choć trzymały się mocno i długo. W polskim rzeczywiście mamy „Szanowny Panie”, co ujdzie w listach, ale w konwersacji trąci myszą. Chronologicznie późniejszą formą byłoby u nas „Towarzyszu” 🙂 – no ale za to ludzie się dzisiaj obrażają. Natomiast na gołe „Ty” godzą się głównie ludzie młodzi. Starszym zgrzyta, mogą to nawet poczytać za brak szacunku. Z form, którymi dysponujemy, zostaje więc „Pan” i „Pani” przed imieniem i nazwiskiem, z samym nazwiskiem lub z samym imieniem. W pełnym wydaniu będzie rzadko używana w konwersacji („Pan Marian Brzęczyszczykiewicz” wymaga jednak mielenia ozorem, ludziom się nie chce). W połączeniu z nazwiskiem brzmi oficjalnie, a więc buduje dystans (ale tu pełna zgoda, że urzędnik tak właśnie powinien mówić do petenta!). Natomiast w normalnej konwersacji, a więc również przy okazji wywiadu, chodzi o to, żeby ten dystans zmniejszać. „Pan Marian”, „Pani Mariola” są więc ostatnim przystankiem przed „Ty”.

      Osobiście jestem naprawdę wielkim zwolennikiem zwracania się do ludzi po imieniu, bo – moim zdaniem – wszelkie „panowanie” wprowadza potencjalną nierównowagę do konwersacji. Natomiast szacunek okazywać można sobie nawzajem również bez zwrotów grzecznościowych (w końcu „Ty” to jeszcze nie „Ej, Ty!”). No ale nie każdemu to odpowiada. Nawet na blogu ktoś się na mnie kiedyś obruszył, że nie zwracam się do niego per Pan (co było o tyle śmieszne, że publikował pod prostym pseudonimem).

    • Mateusz M. napisał(a):

      Zaręczam, że Pan Krzysztof jest na tym punkcie bardziej wyluzowany, niż my wszyscy razem wzięci, ale mimo to zgadzam się, że w oficjalnym tekście powinien być każdorazowo wymieniany z imienia i nazwiska, bo istnieje spore ryzyko, że ktoś właśnie zarzuci mi protekcjonalne podejście do mojego rozmówcy i to, że przy okazji zacieram rozpoznawalność jego nazwiska. Tu pełna zgoda.

      Pan Krzysztof również jest teoretykiem i praktykiem przekładu, ale jakoś nie pogonił mnie za to, że zadawałem mu oklepane pytania, więc … najpewniej takim właśnie zachowaniem manifestuje się czyjaś taktowność.

      Jeśli jestem w błędzie, to proszę mnie poprawić, ale wydawało mi się i nadal mi się wydaje, że o tłumaczach literatury wciąż się mówi i pisze za mało. Może niektórzy z nich tego zwyczajnie nie potrzebują, ale chyba możemy zgodzić się co do tego, że robią kawał dobrej roboty (tu proszę sobie pomyśleć nazwisko ulubionego tłumacza albo odnieść to do siebie) i że naprawdę wiele im zawdzięczamy.

      Jestem szczerze zdumiony, że pod tym tekstem to właśnie tłumacze otwarli, i zdaje się, zamknęli światopoglądową dyskusję na temat amatora, który postawił „kolegę z branży” (jeśli wolno mi tak to ująć) w niezręcznej (a może nie?) sytuacji i zadał mu kilka banalnych pytań …

  14. Czarownica Wrażeń napisał(a):

    A mnie się bardzo podoba ta forma z „Panem”/”Panią” przed imieniem… 🙂 Jestem staroświecka i mimo że świat zmusza do podążania za duchem czasu, wciąż w pierwszych kontaktach uparcie używam takich zwrotów… Niezwykle do gustu przypadło mi tłumaczenie Tomka a choć kiedyś mi zwrócono uwagę, że w sieci używa się bezpośredniej formy „Ty” ja wciąż przy pierwszym „spotkaniu” nie będę się „tykać” jeno „panować” 🙂 Co do artykułu: jestem totalnym laikiem jeśli idzie o warsztat tłumaczeniowy więc z zainteresowaniem przeczytałam ów wywiad… Co mogę napisać więcej? Podobał mi się! 🙂 🙂 🙂

  15. Mateusz M. napisał(a):

    Dziękuję 🙂

  16. Phoe napisał(a):

    Tu jedna bardzo ważna rzecz była powiedziana: żeby być wiernym autorowi. Zajmuję się tłumaczeniem hobbistycznie i znam innych, co lubią non-profit sobie coś przetłumaczyć. Do dziś pamiętam jedną zażartą dyskusję o przekład z innym tłumaczem. Moje zażalenie: tak nie można, to brzmi infantylnie, zupełnie nie tak autor napisał ten tekst! Uzasadnienie brzmiało: że to się tłumaczowi w inny sposób nie podoba, bo on nie będzie w swoim tłumaczeniu używać takiego wulgarnego języka. Czyli tu nawet było pięknie kontra wiernie autorowi. Autor sadzi wulgaryzmami, a tłumacz sadzi eufemizmami, bo to „brzydko wygląda”. A że piękno jest względne… 😉 Prawdą jest jednak, że tłumaczenie to całkiem twórcza praca (i w moim odczuciu bardzo ciężka – wyrazy szacunku dla wszykich tłumaczy!) i nie można robić kalki z języka obcego na ojczysty, bo to prosta droga do katastrofy.

    A, i uśmiechnęłam się, gdy pan Sokołowski powiedział, że widzi i czuje to, co czyta, i stara się to przełożyć. Też tak mam, tylko między umiejętnościami przepaść 😀 I fakt, słowniki dwujęzyce to zło, w 90% przypadków są zupełnie nieprzydatne. Niestety nie mam takiej wiedzy, by z nich zupełnie zrezygnować, nawet jeśli częściej zdarza mi się je zamknąć z frustracją, niż znaleźć coś przydatnego.

  17. mania napisał(a):

    „prespiration”? naprawdę?

  18. Mateusz M. napisał(a):

    Perspiration – dziękuję za spostrzegawczość. Będzie poprawione. 🙂

  19. Lucyna M. napisał(a):

    Przykro mi to mówić, bo przekłady Pana Sokołowskiego wielbię, ale to już któryś raz z kolei, kiedy to daje mi się poznać jako osoba obrzydliwie zadufana w sobie i przekonana o swojej wyższości i unikatowości. „Nie używam słownika”, „Jak nie potrafisz przetłumaczyć chociaż słowa, nie bierz się za tłumaczenie tekstu” i tym podobne… Cóż za hipokryzja! Czytając książki POWINNIŚMY spotykać nieznane nam słowa! O to właśnie chodzi, o poszerzanie horyzontów! To, że znajdzie się w słowniku angielskim definicję słowa i zrozumie się czym „to” jest, niekoniecznie oznacza, że wiemy, jaką „to” nosi nazwę w naszym języku. Nie wspominając już o najzwyklejszych w świecie „dziur” w pamięci; pamięć ludzka nie jest niezawodna. Słowniki do czegoś służą, wystarczy umieć z nich korzystać, dobrać odpowiednie znaczenie, a jeśli żadne nas nie zadowala, to szperać dalej.
    Przyznanie się do potrzeby pomocy, to właśnie jest pokora, o której tak pięknie sam Pan Sokołowski mówi, choć najwyraźniej nie ma o niej pojęcia. A to, że nigdy nie miał problemów ze zrozumieniem tego, co autor chciał przekazać… Cóż, powiedzmy sobie szczerze – fantastyka nie jest niewiadomo jak wymagającą literaturą. Niech się zderzy z myślami Nietzschego, Spinozy i innych myślicieli. Kwestie, które występują w książkach fantastycznych nie jest trudno zrozumieć, wszak są nam w jakiś sposób bliskie, bo powtarzające się, to toposy. Nie ma tu żadnych głębszych przemyśleń, zazwyczaj walka dobra ze złem, przemiana bohatera walczącego ze swoimi słabościami etc. Oczywiście to piękne teksty, ale jedyne, co tam znajdziemy, co ociera się o myślenie wyższe to pojedyncze, patosowe frazesy, które nie wymagają ogromnego wysiłku ze strony czytelnika.

    • Mateusz M. napisał(a):

      Do większości postawionych tu „zarzutów” musiałby odnieść się mój rozmówca – ja mogę tylko bezradnie rozłożyć ręce 😉
      Natomiast tłumaczyć trzeba umieć i o cokolwiek chcielibyśmy posądzać Pana Sokołowskiego, to jednak trzeba przyznać, że jest dobry w swoim fachu i że jest z krwi i kości pasjonatem. Byłoby niesprawiedliwe gdybyśmy jego talent stawiali pod kreską „fantastyka” sugerując przy tym, że dalej nie ma już nic …

      • Lucyna M. napisał(a):

        Oczywiście zgadzam się z Panem, sama jestem wielką miłośniczką jego prac. Natomiast człowiek prawdziwie wielki potrafi być malutki, czego niestety Pan Sokołowski nie umie. A szkoda, szanowałabym go bardziej.

      • Mateusz M. napisał(a):

        Tylko nie pan! Mateusz jestem 😉

        A wracając … Nie miałbym śmiałości wypowiadać się na temat tego jakim Pan Sokołowski jest człowiekiem. Ja ponoć też sprawiam wrażenie gburowatego i zadufanego w sobie, ale przy bliższym poznaniu ludzie się jakoś dziwnie do mnie przekonują 😉

        To jest chyba kwestia tego, jak daleko chcemy sięgnąć by coś lub kogoś poznać. Najczęściej wiemy tyle, co nic albo dokładnie tyle ile wiemy o sobie.

  20. AR napisał(a):

    Kochani, jak już jesteśmy tymi piekielnymi erudytami, a redaktorki nam brużdżą w przekładach, to sprawdźmy przynajmniej przed publikacją, jak się pisze „zdrajca” po włosku. Bo mnie od tego byka i maczystowskich frazesów zapodanych na początku poskręcało w precelek i zupełnie zignorowałam dalszy ciąg wywiadu.

  21. khsokolowski napisał(a):

    Jeśli wolno kilka uwag na różne tematy…

    Po pierwsze: NIE MA głupich pytań, są tylko pytania niezadane 🙂 Miło mi się odpowiadało na te zadane, bo prowadziły jedno do drugiego i następnego, i kolejnego. Mam wrażenie, że dzięki temu, a nie dzięki moim odpowiedziom, wywiad złożył się w jakąś całość.

    Po drugie: formy grzecznościowe. Należę do fandomu – grupy fanów literatury fantastycznej. Regularnie spotykam się z ludźmi młodszymi ode mnie o pokolenie. Ci ludzie mają dorastające dzieci i ich dzieci już zaczynają zadawać mi trudne pytania. Ze wszystkimi jestem na „ty” i taką też, przyjętą na necie, formę zaproponowałem. Prowadzący uznał, że jemu bardziej odpowiada „pan Krzysztof”, nie „Krzysztof” albo „Krzysiek” (byle nie Krzyś!). Trudno mi kwestionować jego wybór, bo on tu rządzi, a sympatyczna STAROŚWIECKA familiarność ma swoje zalety. Jest mianowicie staroświecka. 🙂

    Po trzecie, specjalnie dla pani Lucyny M.: obawiam się, że się nie zrozumieliśmy. Czy ktoś CZYTA książki w języku X ze słownikiem języka X – polskiego w ręku, czy bez słownika, mnie do tego nic. Jego sprawa. Ale kiedy przekładasz (w tym przypadku na język polski) i bierzesz honorarium, MUSISZ mieć pewność, że to co robisz na honorarium zasługuje. Inaczej nie rób, a w każdym razie nie oczekuj, że ci za robotę zapłacą. IMHO byłyby to nieuczciwie zarobione pieniądze. Pewność, że potrafisz dobrze wykonywać swój zawód obowiązuje w każdym zawodzie. Hydraulik nie sprawdza funkcji swych zawodowych narzędzi w instrukcjach obsługi, podczas gdy woda radośnie zalewa półki z książkami, szambo wybija do basenu i tak dalej. Cała moja duma to aż przekonanie, że potrafię tłumaczyć tak dobrze, jak dobry hydraulik potrafi powstrzymać potop lub skażenie środowiska :-), dobry fryzjer bez instrukcji ostrzyc, przycieniować i ogolić nie podrzynając gardła, chef obejść się bez książki kucharskiej… etc. Jeśli ma mnie Pani uznać za to za osobnika nieludzko zarozumiałego etc. i nie lubić, trudno. Przeżyję. Zwłaszcza, że Pani wyobrażenia o literaturze pięknej, a jej częścią jest fantastyka, są nader banalnie fałszywe. Nawey gdyby nawiązała się ta nić… nie mielibyśmy o czym rozmawiać 🙁

    I uwaga ostatnia: redaktorzy są potrzebni. Są konieczni. Robert Stiller próbował obyć się bez redaktorek / redaktorów i na dobre mu to nie wychodziło. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy redaktor zaczyna redagować książkę tak, „jak ja bym ją przetłumaczył(a) gdybym w ogóle umiał(a) tłumaczyć”. BTW. uchodzę w środowisku za tłumacza doskonale dogadującego się z redaktor(k)ami 🙂

  22. Elfir napisał(a):

    Odniosę się do tego pytania: „: A potrafiłby Pan wymienić jakieś książki polskich autorów, które byłyby sporym wyzwaniem dla tłumacza? A może język polski w literaturze sam w sobie jest już dostatecznym wyzwaniem?”

    Dla świata zachodniego tłumaczenie polskiej fantasyki opartej na słowiańskej kulturze – jak np. twórczość Sapkowskiego) jest bardzo trudne. O ile Polacy czytający fantastykę całkiem bardzo dobrze poruszają się w świecie mitów arturiańskich czy mitologi nordyckiej, tak czytelnik zachodni ze Słowiańszczyzny zna co najwyżej wampira.
    Na dodatek Sapkowski bawi się słowem i mamy ludowy synonim słowa „wampir” – wąpierz. A w angielskim wydaje mi się, że jest tylko „vampire”? Stąd i chłop i czarodziej używają tego samego slowa, a w języku polskim widać po sposobie doboru słów, że mamy do czynienia z wieśniakiem.
    Za słabo znam angielski by pisac z własnego doświadczenia, ale ci, co znają ten język lepiej, masowo narzekają na tłumaczenia Sapkowskiego. Są podobno zbyt płytkie i nie oddają bogactwa słów.
    Jedyne, co mi się spodobało, to zamiana źle brzmiącego w jezyku angielskim Jaskra (Buttercup) na Dmuchawca (Dandelion). Jest to o tyle zabawne, że słowo „dmuchanie” ma w języku polskim podtekst erotyczny, co bardzo pasuje do poety.
    Za to kompletnie nie rozumiem zmiany Tris Merigold w tłumaczeniu czeskim na Triss Ranuncul (czyli Triss Jaskier), a Jaskra na Marigold (czyli Aksamitkę).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *