Sześć niezawodnych sposobów na zanudzenie czytelnika

Każdy artysta marzy o tym, aby swoją twórczością wzbudzać intensywne emocje. Większość poświęca życie na doskonalenie kunsztu, w nadziei odkrycia sekretnej drogi do ludzkich serc. A tymczasem – sprawa jest prosta. Bo czyż nie łatwiej wycisnąć rzewne łzy ciągłym smęceniem? Czy nie prościej zanudzić czytelnika tak bardzo, że pozna, co to rozpacz?

Czytaj uważnie, bo oto zdradzam sekrety, jak sprawić, by ludzie ziewali na samą myśl o Twojej twórczości. Dzięki tym technikom zostaniesz postrachem kanonu lektur!

Opisuj wszystko. WSZYSTKO!

Zacznijmy od podstaw. Otóż, czytelnik z pewnością połknie dowolną liczbę słów, jaką mu zaserwujesz. Więc po co go oszczędzać? Co on jest, książę Walii? Opisuj mu wszystko ze szczegółami, niezależnie od tego, jak bardzo są nieistotne. Nawet te rzeczy, które nie mają kompletnie, ale to kompletnie żadnego znaczenia (ot, po prostu przyszły Ci przypadkiem do głowy – nie można przecież tego zmarnować, prawda?).

Jeśli przedstawiasz nowych bohaterów, koniecznie napisz, co dokładnie mają na sobie (nie zapomnij o majtkach; przecież każdy nosi majtki, nie?). Koniecznie wspomnij o ich kolorze oczu i włosów. I o wzroście. Takie rzeczy są w rysopisach policyjnych, więc muszą być ważne.

Podobnie rób, jeśli bohater trafia w nowe miejsce. Czytelnik z pewnością się pogubi, jeśli nie powiesz mu, że w kawiarni stoją stoliki, przy których siedzą ludzie, na krzesłach, sącząc kawę. A, i że jest kelnerka. Która pyta, co podać. Z menu. W którym jest kawa na wiele sposobów (czarna, biała, espresso, latte, frappe, cappuccino, z lodami, z prądem i po wiedeńsku). Nie wystarczy przecież, że określisz takie miejsce jako kawiarnię. A co jeśli czytelnik nigdy w kawiarni nie był? Hę?

Lej wodę. Każde słowo to skarb

Jeśli nie masz pewności jak coś powiedzieć, prosta sprawa – gadaj do oporu. W końcu trafisz na właściwe określenie. Czytelnik dostanie nawet bonus: z szeregu podanych słów samodzielnie wybierze sobie te, które mu się podobają.

Lania wody uczą w szkołach. Przykłady słowotoku dają mądre głowy w telewizjach śniadaniowych. Ba, dowolny polityk, wyrwany w środku nocy z pijackiego stuporu, będzie w stanie wyrecytować kilka mądrze brzmiących, choć pozbawionych znaczenia formułek. Gadulstwo i udawanie mądrzejszego niż się jest, to kluczowe umiejętności w naszym kraju. Po co Ty masz mówić celnie i wprost? Jeśli czytelnik czegoś od Ciebie oczekuje, to tylko większej sprawności w laniu wody i układaniu słów w niemożliwe konstrukcje. Prawda? W końcu im bardziej wszystko pogmatwasz, tym głębszy będzie przekaz. Bardziej artystyczny taki. Nie dla prostaków.

Pamiętaj: czytelnik z pewnością przyjdzie do Ciebie po takie samo pitolenie, jakie dostaje wszędzie indziej. Skoro wszyscy tak robią, to znaczy, że nie mogą się mylić. Nie?

Stwórz rozległe tło wydarzeń i koniecznie opowiedz je w całości

To szczególnie ważne, gdy piszesz fantastykę. W żadnych okolicznościach nie można liczyć na intelekt czytelnika – przecież tylko idioci sięgają po powieści takie jak Twoja. W związku z tym, nie wystarczy pokazywanie tła opowieści od okazji do okazji. Nie wystarczy krótkie przytoczenie najbardziej smakowitych fragmentów. Niestety, dobro historii wymaga, aby słowo w słowo przepisać wszystkie notatki, jakie autor poczynił przy obmyślaniu świata.

Jeśli w jednym, nieistotnym dialogu przytaczasz bitwę sprzed stu lat, koniecznie musisz ją najpierw opisać. Albo przynajmniej pokazać paluchem w kronikach kilka razy. Jeśli Twój bohater jest teraz cieślą, ale wcześniej był drwalem – koniecznie o tym napisz, nie zapominając o dodaniu wszystkich innych wydarzeń z jego życia. W końcu jak inaczej czytelnik wyrobi sobie na jego temat opinię?

Bo widzisz – to wszystko buduje immersję. Może niekoniecznie w stosunku do świata, bo czytelnik szybko zapomni nieistotne fakty, ale z całą pewnością w stosunku do toku myślenia autora. A to przecież bardzo ważne. Ba, najważniejsze. Nie można dopuścić do żadnych rozbieżności między tym, co jest w głowie pisarza, a tym, co czytelnik dostaje na papierze. Nie można pozwolić na swobodną interpretację faktów ani na domysły. Wiadomo – czytelnik to idiota. Wszystko popsuje.

Nie twórz planu dla opowieści, albo bez przerwy go zmieniaj

Po co komu plany?! Pff!

Masz talent. Pisanie jest w Twojej krwi. Nie to co u innych – biednych grafomanów. Oni muszą się męczyć i głowić. Tobie z pewnością wszystko się uda bez planowania, od razu, na żywioł.

Zwłaszcza że przecież nikt nie wymaga struktury od swoich lektur. Strumień świadomości – oto najlepszy sposób narracji. Niech czytelnik płynie rozchybotanym statkiem Twojej weny, od jednego wydarzenia bez konsekwencji do kolejnego. Niech się zagubi w meandrach niedokończonych wątków. Niech wreszcie zrozumie, że bohaterowie nie mają własnych charakterów, lecz są odbiciem zmiennego nastroju autora. Ta książka jest świątynią umysłu. Twojego umysłu. No, przynajmniej była wtedy, gdy ją spisywano.

Z całą pewnością wszyscy będą tego pamiętnika równie ciekawi co Ty. Mam nawet dobry tytuł – „Jak pisałem powieść, ale mi nie wyszło”.

Nie twórz bohaterów dla czytelnika. Twórz ich dla siebie

Kogo obchodzi, czy bohater spodoba się czytelnikowi? No serio. Najważniejsze, żeby się Tobie podobał! A jeszcze lepiej – żeby autor mógł dzięki bohaterom wyleczyć swoje kompleksy. Każdy chce być zdrowy, nie? A „kompleksy” brzmią jak straszna choroba, z łupaniem w kościach i w ogóle. Dlaczego autor ma cierpieć?

Podobno to bardzo ważne, aby Twoi czytelnicy mogli łatwo nawiązać więź z głównym bohaterem. Niekoniecznie go polubić, ale z całą pewnością – przejąć się jego losem. Zazwyczaj dzieje się tak dlatego, że czytelnik widzi w postaci swoje odbicie. A jeśli nie, to przynajmniej dostrzega jej człowieczeństwo. Nawet gdy dokonuje cudów, bohater w jakimś sensie musi więc być słaby i wrażliwy.

Powiedzmy sobie wprost – to jest postać skrojona pod czytelnika, nie pod autora. A to Ty przecież będziesz hodować tego osobnika w swojej głowie. Będziesz dzielić z nim myśli (przynajmniej niektóre). Siłą rzeczy, Twój bohater stanie się częścią Ciebie. Dlaczego na tym poprzestać? Jeśli naprawdę chcesz zostać postrachem listy lektur, idź na całość.

Stwórz swoje alter-ego. Tylko lepsze, niż oryginał. Bardziej wysportowane, atrakcyjne, sprytniejsze, bardziej odważne i wymowne. No i bardziej lubiane, wiadomo. Zaludnij świat opowieści adoratorami tej postaci. Nawet jeśli ktoś rozpocznie swój żywot jako jej przeciwnik, zadbaj o to, aby z czasem się do niej przekonał, nabrał szacunku, a może nawet zakochał nieszczęśliwie. Tak czy siak, cokolwiek takiemu bohaterowi się przydarza, zawsze musi kończyć się happy endem, a najlepiej orgią happy endów.

Czytelnik i tak jest tylko obserwatorem w Twojej piaskownicy. Kogo to obchodzi, że coś dla niego nie ma sensu?

Traktuj opowieść jak śmietnik

Kiedy piszesz, dorzucaj do swojej historii wszystko, co Ci przyjdzie do głowy. Masz pomysł na nową postać, dawaj ją! Co Ci szkodzi? Najwyżej o niej zapomnisz i nigdy więcej się nie pojawi. Masz scenę, która nikomu nie jest potrzebna, ale za to dzieje się na pięknej plaży (a Ty masz ostatnio słabość do plaż) – dawaj ją! Zrób z powieści wielki zbiór losowych pomysłów. Bo co? Ktoś Ci zabroni?

I teraz clou programu. Kiedy skończysz i napuchnięty tekst będzie jak przepełniony śmietnik, zostaw to tak, jak jest. Nie edytuj, a już na pewno niczego nie usuwaj. Licz na to, że nikt nie zauważy smrodu. Albo wręcz wmawiaj wszystkim (i sobie), że te śmieci to część dekoracji pomieszczenia. W końcu tyle ciężkiej pracy poszło na wypełnienie kubła, że to musi być coś warte.

Nie daj sobie nic wytłumaczyć. Idź w zaparte. Trzymaj się wszystkich wymienionych przeze mnie zaleceń, a niechybnie staniesz się najbardziej przerażającym autorem w historii ludzkości. O ile, oczywiście, w ogóle ktoś Cię wyda.

 

Foto: Mr.TinDC / Flickr.com / CC BY-ND 2.0

Zapisz się na newsletter! Spisek Pisarzy wysyła tylko to, co warto przeczytać.



Tomasz Węcki

Tomasz Węcki


Cześć, mam na imię Tomek i jestem grafomanem. Od kilkunastu lat udaje mi się połączyć przyjemne z pożytecznym i utrzymuję się przede wszystkim z pisania. Byłem już dziennikarzem, piarowcem, copywriterem, ghostwriterem, dokumentalistą i autorem tekstów do gier komputerowych. Teraz możesz również przeczytać moją pierwszą książkę – „Wtajemniczenie”.

32 odpowiedzi

  1. Meh. Myślałem, że dostanę wskazówki, dzięki którym wille, piękne samochody i szybkie dziewczęta staną przede mną otworem, a otrzymałem porady, jak napisać horror. Nie mój gatunek.

  2. Ro pisze:

    Hm.. Wezmę to pod uwagę. Z resztą już jedna osoba mi zwróciła uwagę na zbyt dużą ilość opisów oraz poleciła, aby zmniejszyć, by nie sknocić książki. Mimo wszystko nie jest to takie łatwe napisanie takiej książki, a to, co piszesz naprawdę pomaga, bo dzięki temu lepiej rozumiem, na co zwrócić uwagę, na co naciskać, a co lepiej odpuścić i omijać szerokim łukiem.

  3. lokje pisze:

    Dodałabym jeszcze brak puenty, bo po co to komu. Człowiek się napracował, napisał, i jeszcze ma wymyślać przewrotne zakończenie? Czy czytelnik to idiota, żeby mu wszystko na tacy podawać? Niech poćwiczy intelekt i sam się domyśli. Będzie nowocześnie, interaktywnie tak.
    Fajny tekst, szkoda tylko, że taki prawdziwy.
    Swoją drogą, jakieś siedem lat temu na Nordconie bodajże, z Andrzejem Zimniakiem dyskutowaliśmy czy można stworzyć postać całkowicie negatywną ( jeśli chodzi o atrybuty) dla czytelnika, i jak ją zrobić, żeby rzeczony odbiorca nie ciapnął książką w kąt. Andrzej twierdził, że to zupełnie niemożliwe, musi być choć jedna cecha pozytywna bo identyfikacja czytelnika z postacią to podstawa. Ciekawe, prawda?:)

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Wiesz co? Z tą postacią to rzeczywiście niezła zagwozdka. Bo literatura obfituje w przykłady bohaterów zupełnie antypatycznych, którym czytelnicy jednak chcą dopingować. Tak na szybko – moja teoria jest taka, że czytelnikowi wystarczy, jeśli zrozumie zachowanie postaci. Żeby to było możliwe, autor musi przedstawić jej motywacje i uwarunkowania, a więc musi pamiętać o tym, że każdy sukinsyn jest jednak człowiekiem. Na czymś mu zależy, czegoś pragnie, ktoś go kiedyś próbował naprostować, albo odwrotnie – złamać. I tak dalej. Jest jaki jest i zachowuje się tak, jak się zachowuje – ale nie przypadkiem.

      Inna sprawa, że niekoniecznie musimy mieć taką samą definicję postaci „całkowicie negatywnej”. 😉 Bo moim zdaniem to żadna sztuka pokazać dowolnego człowieka w momencie, gdy zachowuje się jak dupek, lokując go tym samym jako czarny charakter.

  4. Zakatarzona94 pisze:

    Brzmi jak przepis na lekturę szkolną :(

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      A, to prawda. Kiedyś ludzie żyli wolniej, więc pisało się bardziej rozwlekle.

      Swoją drogą, dla mnie to zupełnie niepojęte, czemu lwia część czasu nauki poświęcana jest na klasykę, a literatura współczesna jest gdzieś na końcu, po przerobieniu wszystkiego od Wergiliusza do Gombrowicza. Przecież to nawet na chłopski rozum ma więcej sensu, żeby iść w odwrotnym kierunku – lektury współczesne łatwiej zrozumieć i przetrawić niż przeszłe, bo zostały napisane z myślą o współczesnych czytelnikach.

      • Zakatarzona94 pisze:

        Niestety, teraz zredukowali liczbę lektur do minimum, pozostawiając prawie same książki, które każdy Polak powinien przeczytać (Lalka, Pan Tadeusz). Na nowości nie ma, co liczyć, bo w szkołach i tak nie nadążają za materiałem (chociaż jak ludzie krzyczą, że chcą w kanonie lektur „Grę o tron” czy „50 twarzy Greya” to mi włosy stają dęba). Poza tym ostatnie zmiany w systemie edukacji mają na celu jeszcze większe ogłupienie.

        Z drugiej strony trochę mi szkoda, bo lektury były dla mnie pewnego rodzaju furtką na innego rodzaju książki, a nie tylko fantasy i fantasy :) Żałuję, że zapomina się o tej funkcji, że powinny otwierać głowy i uwrażliwiać młodego człowieka na dorobek kulturalny, ale w szkołach są traktowane jako zło konieczne i robione na odwal się.

  5. Ładnie to tak rozśmieszać ludzi, gdy mają gorączkę, cieknie im z nosa i najchętniej położyliby się i umarli?!
    A tak serio: tego mi było trzeba!:)
    Genialny tekst, zresztą jak cała reszta. Tak, tak, wsiąkłam któregoś dnia na dobre, a na obiad była smażona kiełbasa:)
    Pozdrawiam ciepło
    Monika

  6. Phoe pisze:

    Hahaha, dawno się tak nie uśmiałam. Piękny przepis na gniota 😀 A wskazówka numer pięć powinna mieć kryptonim „Marry Sue” 😀

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Ooo tak… Mary Sue to zmora, która nawiedza młodych twórców po nocach i wysysa soki twórcze (bo przecież mogliby pisać o czymś bardziej sensownym). 😉

  7. Gra V ER pisze:

    „Tymczasem niewykluczone, że za jawnym przełamaniem przyzwyczajeń językowych, za leksykalnym wyborem, sugerującym zadziwiający związek estetycznej przyjemności i zawodu, będącego następstwem braku realizacji przewidywań czytelniczych, stoi problem innej miary. Przekonanie, że moc oddziaływania literatury, jej zawartość i autonomiczny charakter zasadzają się na swego rodzaju paradoksie. W tym sensie dokonany na polu dyskursu gwałt na potocznej wrażliwości językowej znamionowałby, niczym retoryczny trop, przypisywane literaturze prawo do przełamywania przyzwyczajeń jej odbiorców w imię wzbudzania w nich stanu poznawczej i estetycznej satysfakcji.”

    Innymi słowy, czasami autor zdobędzie serce czytelnika, wychodząc poza standardy nałożone przez literaturę.
    Nic odkrywczego? Nawet jeśli, samo czytanie książki „Prosta sztuka zabijania” Mariusza Kraska stanowi przyjemną rozrywkę intelektualną (tekst jest skomplikowany, jednak zdania są logiczne a całość – spójna), dodatkowo nadaje kierunek na takie spojrzenie na literaturę, którą można pełniej zrozumieć… i stwarzać od nowa.
    Moje pytanie na resztę książki brzmi: Czy literatura jest grą między autorem a czytelnikiem, czy jednak wychodzi poza schemat „dwójstronności”, a relacyjność występuje na wielopoziomowym poznawaniu: autor-czytelnik, autor-książka-czytelnik i siebie samego jako czytelnika poprzez to, co otrzymaliśmy za pomocą czytanego tekstu, stworzonego przez obiektywnie zewnętrzne myśli i emocje innego człowieka? Teoria hermeneutki stwierdza, że tekst powstaje w wyniku jego rozumienia, przed i po odczytaniu…

    Tekst tego artykułu akurat odpowiada częściowo na moje pytanie 😉

    Sweet :)

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Dzięki. 😉

      Natomiast co do Twojego pytania, o ile je zrozumiałem – nie widzę tu rzeczywistej sprzeczności. Znaczenie literatury powstaje w głowie czytelnika, na podstawie doświadczenia z samą literaturą. To jest jedyne miejsce, gdzie literatura rzeczywiście istnieje (wyłączając formę najbardziej autonomiczną, czyli kleksy na papierze). Od strony autora możemy raczej mówić o intencjach, niż o znaczeniu.

      Innymi słowy – gra między autorem a czytelnikiem jest zawsze zapośredniczona tekstem. Przy czym sam tekst nie jest stroną komunikacji, tylko jej nośnikiem.

      Swoją drogą – tak na marginesie – polska odmiana języka akademickiego jest nieznośna. 😉 Nie zarażaj się tą gwarą. Na zewnątrz uniwersytetu nikt tego nie rozumie. A nawet wewnątrz pisaliby lepiej, ale za bardzo boją się, że ktoś zrozumie, jakie pierdoły produkują.

  8. Soulmate pisze:

    Niby wiem o co chodzi, niby jestem świadoma, że zanudzam, a za cholerę nie wiem jak to naprawić. [talentu tak mało, parcia na książkę tak wiele]

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Parcie ważne jest. Jak jest parcie, to coś z tego w końcu wyjdzie… Hmm… Nie jestem pewien, czy dobrze zbudowałem tę metaforę… 😉

  9. Panzegarek pisze:

    Murakami opisuje wszystko, a jednak czytanym mocno autorem jest. Taki ma styl i już. Kwestia, żeby zmontować wszystko w odpowiedni sposób. Idąc dalej – nawet konkretny śmietnik może być sztuką i to ciekawą, bo lepiej doszukiwać się w śmietniku diamentów niż patrzeć na prostą dechę z krzyżykiem na środku.

    Wszystko jest kwestią podejścia.

    • Phoe pisze:

      Tylko żeby opisywać zbyt dużo, trzeba mieć umiejętności, a tego brak 99% amatorów. Poza tym śmietnik wciąż pozostaje śmietnikiem, nawet jeśli ubierze się go w mundurek sztuki. Patrząc z pozycji przeciętnego czytelnika, ciekawsze i sensowniejsze są książki, w których wszystko pojawia się w konkretnym celu, a nie dlatego że przyszło autorowi do głowy, bo się nudził.

  10. Szczęśliwa ! pisze:

    Pocieszę – zdarzają się poloniści, którzy zachowali w sobie nieco zrozumienia i litości dla młodzieży i idą odwrotnie, niż podstawa programowa każe – najpierw Miłosz, potem Apokalipsa św. Jana, najpierw Popiół i diament, potem Wesele, itd. Jako uczennica mogę powiedzieć, że to naprawdę pomaga i sprawdza się w zupełności! Polecam, żeby z tej metody skorzystali także inni nauczyciele, gwarantuję większą współpracę uczniów.

  11. Matsurika pisze:

    A ja się nie zgodzę z niektórymi rzeczami. Może jestem jakaś dziwna ale czasem lubię przeczytać dobry, charakterystyczny opis jakiegoś miejsca czy osoby a nie słyszeć że bohaterowie są w losowej kawiarni, parku, ulicy. Nie można po prostu wrzucić bohaterów gdzieś tak o i nic o tym nie powiedzieć. King ma tendencje do takich ciekawych opisów ale czasem przesadza – ostatnio czytałam „To” i miałam wrażenie że King zawarł tam dokładnie wszystko co sobie na temat tej książki wymyślił nie wyrzucając nic, Podpalaczki też nie mogłam przeczytać do końca. Ale każdy musi przyznać że King jest w cholerę poczytny więc są gorsze problemy dla książki niż dużo opisów.

    • Myślę, że nie do końca o to chodziło w artykule. To prawda, że brak opisów jest przegięciem w drugą stronę – w końcu nie ma tak, że wszystkie miejsca danego typu wyglądają tak samo (np. jest różnica, kiedy taka kawiarnia jest pełna ludzi, a kiedy zieją w niej pustki). Chodzi o to, by nie opisywać rzeczy oczywistych. Ogólnie w mniejszym lub większym stopniu należy ukazywać to, co widzi postać, z perspektywy której autor akurat pisze. O ile nic w otoczeniu się nie wyróżnia, a taka postać nie jest wyczulona na drobne szczegóły, takie zapychanie tekstu byłoby sztuczne i niepotrzebne.

      Swoją drogą, Michael J. Sullivan, który tworzył zbiór poradników pisania dla „Nowej Fantastyki”, pisał w jednym artykule, że nie ma sensu pisać np. o kolorze oczu postaci. I to ma IMO dużo sensu – ile osób tak naprawdę potrafi z marszu powiedzieć, jaki kolor oczu mają członkowie ich rodziny, przyjaciele, chłopak, dziewczyna itp.? Z jedną osobą przyjaźnię się od zerówki, a w tej chwili nie potrafię powiedzieć, jakie ma tęczówki. Tak to wygląda – na takie detale nie zwracamy uwagi, chyba że coś nam nie pasuje, zdaje się odbiegać od normy. Nie ma sensu więc męczyć tym czytelników.

  12. Ola pisze:

    Wow, od razu widzę przed oczami książkę Andrzeja Tucholskiego, Admiralette :)

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Nie czytałem, ale to nie byłaby jedyna taka książka, która wyszła w mijającym roku. Powiem więc tyle, że tworzenie literatury jest dużo trudniejsze, niż się ludziom z początku wydaje. I że lepiej uczyć się na cudzych błędach, a nie na swoich. 😉

  13. Arli pisze:

    Tytuł jest bardzo zachęcający, treść zaś przelana została przeróżnymi, dynamicznymi emocjami, które nadawały niechybnie prędkości w czytaniu. A konkluzja, niczym udekorowanie przydługiego monologu gwałtowną i trafną puentą. Ewidentnie ręka mistrza.

  14. szkoda nicka pisze:

    W ten opis idealnie wpisuje się ‚Saga o Katanie’.
    Spełnia wszystkie wyżej wymienione punkty poza ostatnim – została wydana przez wydawnictwo założone przez autora książki!

  15. sternick67 pisze:

    Istnieje powieść (pewnie jest ich o wiele więcej, ale ta akurat robi obecnie w środowisku fantasy furorę), która znakomicie wypełnia powyższe punkty a nawet dodaje od siebie kilka innych. Są to „Kryształy Czasu. Saga o Katanie” Artura Szyndlera. Powieść tak zła, że aż… tragicznie zła.
    Próbki można znaleźć tutaj: http://polakpotrafi.pl/kc#oprojekcie Miłej lektury :-)

  16. Grg pisze:

    Zupełnie jakbym czytał opis książek Adama Przechrzty. Punkt 5 to wypisz wymaluj komandos/profesor Janusz z „Chorągwi Michała Archanioła”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *