Co jest ważniejsze – jakość czy promocja?

Tomasz Węcki


Cześć, mam na imię Tomek i jestem grafomanem. Od kilkunastu lat udaje mi się połączyć przyjemne z pożytecznym i utrzymuję się przede wszystkim z pisania. Byłem już dziennikarzem, piarowcem, copywriterem, ghostwriterem, dokumentalistą i autorem tekstów do gier komputerowych. Teraz możesz również przeczytać moją pierwszą książkę – „Wtajemniczenie”.

20 komentarzy

  1. Adam Szulc napisał(a):

    Zaciekawiło mnie zdanie: „Ważne, żeby nie publikować pod pseudonimem (na dłuższą metę to bardzo kiepski pomysł)”.
    Dlaczego? Wielu pisarzy ukrywa się pod pseudonimami (np. Wegner, Ćwiek z bardziej popularnych), a od tych którzy publikują pod swoimi nazwiskami często słychać, że z czasem zaczęli tego żałować. Pamiętam, że Sapkowski w którymś wywiadów stwierdził, że gdyby tylko mógł cofnąć się do przeszłości na pewno nie podpisywałby się własnym nazwiskiem.

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Może faktycznie warto było to rozwinąć. 😉 Powiem tak: do tej pory szedłem właśnie tą ścieżką, którą chciałby pójść Sapkowski. Trochę było w tym konieczności (nie wszystko w ogóle wolno było mi opublikować pod własnym nazwiskiem, jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi), ale w większości – to jednak zamysł. Taki właśnie, że przecież kiedyś będę pisał lepiej (widzisz, jestem perfekcjonistą…), a więc z pewnością będzie mi wstyd wcześniejszej, mniej udanej twórczości.

      Efekt jest taki, że jeśli wpiszesz w Googla hasło „Tomasz Węcki”, wyskoczy Ci Spisek, parę wcześniejszych tekstów, które musiałem upublicznić pod własnym nazwiskiem – i jakieś pierdy z zamierzchłej przeszłości, gdy byłem zbyt młody, żeby wiedzieć jak jestem głupi. Wszystko pomiędzy, a wcale nie było tego mało, nie jest związane z moim nazwiskiem. Od razu powiem, że to rzeczywiście nie są teksty, po których bym płakał – ale jednak. Gdyby to wszystko było zebrane w jednym worku, marka „Węcki” byłaby bardziej rozpoznawalna.

      Publikowanie pod pseudonimem uważam więc za niepotrzebną komplikację. Być może ma to sens, jeśli ktoś planuje całą swoją twórczość rozpowszechniać właśnie w ten sposób – pod jednym, dobrze dobranym przezwiskiem – ale nawet takiego wyjścia nie polecam. Zwłaszcza że za młodu mamy tendencję do obierania ksywek albo pretensjonalnych, albo zbyt niepoważnych. Później trzeba latać z taką durnowatą łatką do nazwiska. Marian „Bolo” kowalski. Krzysztof „Mefostofeles” Piasecki. Piotr „Nożyce” Matuszczak.

      Serio, nie ma się co wstydzić własnego nazwiska. Pod nim nas pochowają.

      • Ri napisał(a):

        Fakt, że młodzi ludzie piszą pod ksywkami, które na pseudonim literacki do ich twórczości się nie nadają, to zupełnie inna sprawa od samego pisania pod pseudonimem.
        Ja jednak jestem za stwierdzeniem pana Sapkowskiego. Pisanie pod swoim nazwiskiem czegokolwiek, co nie jest literaturą naukową, zawsze poprowadzi do punktu w czasie, gdy zaczniemy tego żałować. A im bardziej nam „się uda” w literackiej karierze, tym większy to będzie żal, bo tym większe będzie zainteresowanie prywatnością pisarza.

        Pseudonim jest jak tarcza ochronna, zapora ogniowa – mało kto zdoła ją sforsować, a większość tego się nawet nie podejmie. Prywatność to naprawdę cenna rzecz, lecz przekonał się o tym ten, kto już ją stracił. 😉

        Rzeczywiście, pseudonim czasami bywa dodatkową komplikacją: Trzeba zachować tajemnicę, choćby czasami chciało się wykrzyczeć, że to my napisaliśmy tę książkę. Nie ma możliwości podzielenia się swoją twórczością jako swoją ze znajomymi, a oni nie zareklamują nas na zasadzie :”Patrz, to mój kumpel, daj mu like’a!” Za każdym razem trzeba udowadniać, że tak, tak – to właśnie ja…
        Za to można być szczerym z czytelnikiem i obserwatorem, bez oglądania się na uczucia rodziny czy otoczenia. Dostaje się autentyczną, pozbawioną słodzenia odpowiedź, czy nasz twórczość komuś obcemu się spodoba, czy po prostu uznał ją za nudną…

        Ja osobiście spróbowałam obu opcji. Używanie mojego prawdziwego nazwiska skończyło się tym, że czytali mnie w większości przyjaciele, po czym stwierdzali, że nie najgorzej piszę oraz mówili, iż liczą na egzemplarz autorski, kiedy już się wydam. Dopiero po obraniu pseudonimu dostałam kilka konkretnych, czasem dość nieprzyjemnych komentarzy – najzabawniejsze, iż często od tych samych osób, które czytały moje wcześniejsze i zdecydowanie gorsze prace…
        Dla mnie było od razu oczywiste, co jest dla mnie lepszą drogą.

        Jeszcze inną sprawą jest, że w dzisiejszych czasach bardzo wiele zależy od wizerunku. Nazwisko prawdziwe ma automatycznie dołączony wizerunek nas, jako osoby realnej, żyjącej w tym kraju i na danych warunkach. Pseudonimowi trzeba to wszystko stworzyć – zbudować od podstaw, pisząc, publikując, udzielając się… To wymaga znacznie więcej wysiłku od podpisania się nazwiskiem, które zna co najmniej 200 osób na Facebooku. 😉
        Z drugiej strony można stworzyć siebie takim, jakim boimy się być pośród znajomych, a jakimi jesteśmy we własnym towarzystwie, bez wystawiania się na potępienie czy wyśmiewanie. Nie wyjdzie? – Trudno. Znajdzie się inną ksywkę, zacznie wszystko jeszcze raz… A nazwisko ma się jedno i raczej trudniej je zmienić niż pseudonim. 😉

        Pozdrawiam,
        A. A. Raven

      • Tomasz Węcki napisał(a):

        Hmm… No powiem tak – nie zamierzam nikogo siłą nakłaniać do rezygnacji z pseudonimu. 😀 Zresztą, z pewnością masz rację w tym względzie, że niektórym ludziom rzeczywiście niewygodnie połączyć normalną karierę z karierą pisarską, więc wolą tworzyć pod pseudonimem.

        Osobiście uważam po prostu, że poza pewnymi wyjątkami, obieranie pseudonimu wynika z chybionych założeń. U mnie tym założeniem było, że „na pewno będę się wstydził” po latach. No i co z tego? I tak się wstydzę różnorakiej popeliny, bo przecież wiem, że poszła w świat. A z drugiej strony – nie wstydzę się drogi, jaką wykonałem. Rzeczywiście piszę dużo, dużo lepiej, niż kiedyś, a komu to zawdzięczam? Nie muzom, nie talentowi, tylko sobie i swojej pracy. Żaden pisarz nie powinien zgrywać dziewicy i udawać, że urodził się z tymi zdolnościami, które ma obecnie.

        No i drugie chybione założenie – że jako pisarze musimy chronić naszą prywatność. Tak szczerze? To nieuniknione, że ją stracisz, jeśli Twoje wysiłki literackie rzeczywiście wypalą. Ludzie będą chcieli Cię zobaczyć, dostać autograf, pogadać. Twoja paszcza pojawi się, nie daj boże, w telewizji. 😉 W takich warunkach pseudonim to sztuka dla sztuki, bo i tak wszyscy zainteresowani wiedzą kto zaś. Więc albo odrzucasz to wszystko, chowasz się w jamie (i mocno utrudniasz promocję swoich dzieł!), albo przyjmujesz z dobrodziejstwem inwentarza.

        A, no i to nie jest tak, że pisanie pod pseudonimem nic nie kosztuje. Powiedzmy, że poświęcisz dwa lata na tworzenie i publikowanie pod pseudonimem. Potem Ci się znudzi tak bardzo, że rzucasz to w cholerę i zmieniasz pseudonim. Możesz się czuć dobrze z tym, że zrzucasz toto taki ciężar – jasne. Ale jaki jest efekt w kwestii promocji? Zaczynasz budowanie marki od zera. Dwa lata w plecy.

  2. Łukasz napisał(a):

    Podpisuję się pod tym artykułem „obiema rencami”. Marketing książki to potwór, którego właśnie próbuję okiełznać i idzie średnio. Warto też wspomnieć, że promocja w internetach może również odpalić w drugą stronę, przyciągając hejterów, którzy otwarcie, bezkrytycznie zjadą książkę, bo „napisał ją bloger więc jest gównem”, nawet jej nie czytając. Though stuff…

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Andrzej Tucholski z jestKultura miał ostatnio taką samą sytuację. Czeka na mnie rozgrzebany artykuł na ten temat, więc więcej później. Na szybko powiem tylko tak: bez paniki, i tak napiszesz kolejną książkę. 😉

      • Łukasz napisał(a):

        Coś w tym jest 😉 w przypadku Andrzeja to fala hejtu jest tak irracjonalna, że sam nie wiem co o tym sądzić. Na szczęście pozostają ludzie, którym książką się podoba, szkoda tylko, że te głosy są mniej słyszalne.

    • Ri napisał(a):

      Łukaszu,
      hejterzy znajdą się zawsze. Nie trzeba się tym przejmować, tylko pisać i robić najlepiej, jak się potrafi. 🙂

      Opinię blogerom najbardziej psują osoby, które tworzą abstrakcję na blogach i piszą (a raczej się wymądrzają) na tematy, o których bladego pojęcia nie mają. Naturalnie każdy z nas popełnia jakieś pomyłki, bo jesteśmy tylko ludźmi, lecz natknięcie się na kilka bezsensownych, bezwartościowych i najeżonych masą podstawowych błędów (u)tworów pod rząd pozostawia u wielu czytelników trwały niesmak.
      Niestety z tym trzeba się pogodzić, bo Internetu nikt nie jest w stanie kontrolować, a portalom blogowym bardziej zależy na ilości blogów czy użytkowników – nie ich jakości.

      Jednak kategoryzowanie i szufladkowanie jakiejkolwiek osoby ze względu na jeden (!) czyn, świadczy negatywnie tylko o tamtych ludziach, nie o twórcy. Na pewno znajdzie się wiele czytelników, które będą to dobrze rozumiały i ocenią tego książkę pana po jej zawartości – nie po łatce. 😉

      Pozdrawiam,
      A. A.Raven

  3. Aga napisał(a):

    Mądre. Dzięki.

  4. Zakatarzona94 napisał(a):

    Z tego, co zauważyłam, to wcale nie najgorzej sprzedają się książki „łatwe” –z oklepanymi bohaterami, niezbyt skomplikowaną fabułą, bez żadnych głębszych konkluzji, szybkie do przeczytania (i szybkie do zapomnienia). Co pewien czas półki bestsellerów podbija ta sama historia, tylko pod innym tytułem. Czasami mnie to aż boli, gdy widzę kolejny jak taki „hit” święci triumfy popularności 🙁

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      No trochę to tak działa. Mnie boli, jak słucham Justina Biebera, ale przecież chłopak ma szerokie grono odbiorców, którzy nie muszą iść na koncert z zatyczkami do uszu i pełnym opakowaniem Ibupromu.

    • Ri napisał(a):

      Odpowiedź jest prosta: Ludzie chcą zmarnować przyjemnie czas, a przy takich książkach jest to możliwe. Pan Tomasz dobrze to ujął w artykule: „Tworzysz dla ludzi, którzy już wiedzą to, co chcesz im powiedzieć.” To jest pisanie dla publiczności, sprzedawanie książek.
      Tylko niewielka część naszego społeczeństwa lubi się „zmęczyć” czytaniem i myśleniem. Dla tych książki lekkie i łatwe są zwyczajnie nudne.

      Recepta na sukces?

      Napisać powieść łatwą, przyjemną, lecz posiadającą ukryte światy pomiędzy słowami. Niech dla jednych będzie rozrywką, a dla innych – wyzwaniem. Tylko czy ktoś tak potrafi…?
      😉

      Pozdrawiam,
      A. A. Raven

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Jasne, że potrafi – vide „Imię róży” Umberto Eco. 😉

  5. Eleaina napisał(a):

    Zawsze marzyłam o napisaniu książki. Jednak jak na razie nie mam pomysłu, koncepcji, czekam na grom 😉 ale co nie co kłębiło mi się w głowie, nie wiedziałam co z tym zrobić, założyłam bloga. Nie byłam do tego przekonana, wydawało mi się, że blogi prowadzą nastolatki, którym się nudzi. Ale uznałam, że robię to dla siebie, a blog to łatwy, dostępny sposób na pisanie. Raz drugim wspomniałam znajomym, im się nawet spodobało, powiedzieli innym, a ja z dużą przyjemnością odkrywam, że ludzie odwiedzają moją stronę. Nie mówię, że są to ogromne ilości, że stałam się sławna czy coś w tym stylu, ale świadomość, że ktoś tam zagląda, daje mi motywację do dalszego pisania, doskonalenia się, a może nawet stworzenia całej książki. Także polecam wszystkim 🙂
    współczesny rynek jest bezwzględny, trzeba go nieustannie analizować i badać. Najlepiej trafić w niszę, coś czego nie ma a jest na to zapotrzebowanie. Łatwo mówić, trudniej zrobić 🙂 a jednak wielu się to udaje, a literatura się rozwija.
    Pozdrawiam 🙂

  6. Ri napisał(a):

    Mimo wszystko ważniejsza jest promocja, jeśli chce się sprzedać towar. Reklama – dźwignią handlu! Nikt nie kupi książki, jeśli o niej nie wie; nie ściągnie jej z półki w księgarni, gdy nie przyciągnie go okładka, ani nie zajrzy do środka… I tutaj dopiero się zaczyna część o jakości. Ta jest jednak ważna dopiero później, dla ludzi wymagających intelektualnego wyzwania – czegoś więcej, niż tylko stosu ładnie brzmiących ze sobą słów. Jednak wciąż wiele pozycji sprzeda sama okładka czy reklama. Przy dobrych specach od marketingu takich „pustostanów słownych” można dla jednego nazwiska upchnąć wiele, zanim klienci powiedzą w końcu stanowcze: „Dość!”

    Obecnie poziom jakości jest bardzo niski. Sama, kiedy zaglądam na półki księgarni, prycham tylko na mnogość błędów w wydaniach, przewidywalność akcji oraz ogromną schematyczność we współczesnych powieściach. Niewiele jest książek z ostatniego dziesięciolecia, które chciałabym mieć na swojej półce i jestem gotowa zapłacić za nie te 30-50 złotych. Reszta jest tanią rozrywką, która choć dobrze zareklamowana, wciąż nie jest dla mnie warta swojej ceny, przez co ostatecznie wyląduje znów na sklepowej półce, a nie w moim koszyku. 😉

    Pozdrawiam,
    A. A. Raven

  7. Czarownica Wrażeń napisał(a):

    Pewnie ta reklama i marketing to jest droga do sukcesu… Lecz ja to chyba dziwna jestem, bo za cholerę nie chciałabym, żeby mi ktoś gniota [gdybym takowy popełniła], sprzedał w wielkich nakładach… Mnie prosta myśl – że niby pieniądz osładza wiele – nie daje satysfakcji… Dlatego moje pisanie ma być jakościowe… Wiem, że nie jestem poprawna politycznie, ale wciąż wolę móc patrzeć sobie w oczy bez żenady, niż wydać coś na czym pewnie bym nieźle zarobiła, ale zaprzeczyłabym samej sobie… A co do pisania pod pseudonimem… Nie mam ciągot do ukrywania swojej twórczości za tajemniczo brzmiącym parawanem… 🙂 W końcu ja to ja! I już 🙂

  8. ba napisał(a):

    Dobry tekst. Mój pogląd na ten temat może być niepopularny, ale stawiam na marketing. Książka może być ogólnie kiepska, ale podobać się jakiejś wąskiej grupie np. fanom star wars (bo na przykład jest to fanart). W dzisiejszych czasach autor musi więcej, bo realia tego wymagają. Mówiąc marketing mam na myśli całokształt promocji, czyli także ostateczny wygląd tego, co klient trzyma w łapkach – coś, co względnie przypomina książkę (lub e-booka). Musi być zachowany jakiś poziom, żeby klient nie poczuł, że został oszukany. Jeżeli książka mu się nie spodoba, to cóż – ma prawo mieć takie odczucia.

  9. Knight Martius napisał(a):

    Wydaje mi się, że marketing może działać nawet w przypadku słabych książek, ale tylko na krótszą metę. Przykład – cykl „Dziedzictwo”. O ile „Eragon” okupował nawet listy bestsellerów (doczekał się też filmu i gry), o tyle kolejne tomy ponoć sprzedawały się coraz słabiej; nawet polski wydawca musiał zdecydować się na podzielenie ostatniej części. Pewnie ludzie się zorientowali, że hasło „książka napisana przez nastolatka”* nie ma już racji bytu, bo „Dziedzictwo”, w przeciwieństwie do cyklu o Harrym Potterze, nie stawało się coraz dojrzalsze, a i pierwszy tom był zwyczajnie słaby. Co potwierdza tezę z artykułu, że książka musi też być dobra sama z siebie, inaczej się nie utrzyma.

    *Konkretniej hasło to mówi, że Paolini miał 15 lat, kiedy napisał „Eragona”. To nie jest do końca prawda, ponieważ autor w tym wieku ZACZĄŁ tę książkę pisać; kiedy została wydana, miał już bodajże 19 lat.

  10. bartoszjakub napisał(a):

    wpisałem w gugla hasło „jak dotrzeć ze swoim blogiem do jakichś ludzi” i dotarłem tu. Dobry tekst, wg mnie niegłupi, ale odpowiedzi raczej nie znalazłem (poza tym, że to żmudny proces – hmm…o tym nie wiedziałem!;)
    zostawiam więc swój namiar
    https://bartoszjakubjasinski.wordpress.com/
    i pozdrawiam Państwa Szanownych!
    🙂

  11. bukiet_stokrotek napisał(a):

    Pisanie książki to ciężka praca, ale przede wszystkim frajda. A w marketingu zawsze byłam słaba, w utrzymywaniu relacji koleżeńskich (nie przyjacielskich czy bardzo osobistych) beznadziejna.
    Gratuluję artykułu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *