Jak zacząć książkę, żeby jej nie zepsuć

Zastanawiasz się, co umieścić na początku opowieści? Nie wiesz, czy wybrać prolog, czy raczej opis pogody? Czytaj dalej – oto cała prawda podana w prostych, żołnierskich słowach. Bo filozofii tu na pewno nie ma.

Zapisanie pierwszego słowa opowieści jest jak skolonizowanie zupełnie nieznanej krainy. Oto wyruszyliśmy w niezwykłą, pełną niespodzianek podróż. Cóż może czekać za rogiem? Troll? Statek kosmiczny? Casanova? Dla niektórych twórców są to okoliczności tak przytłaczające, że czują się w obowiązku uprościć je czytelnikowi. Żeby się nie męczył, bidula.

Rozbudowane wstępy i wprowadzenia, prologi i długie opisy, mapki i rodowody – wszystko to straszy w dziełach autorów nie wierzących intelektowi czytelnika.

Czytaj dalej, a opiszę Ci najgorsze, najbardziej denne pomysły na rozpoczęcie opowieści. Wyjaśnię szczegółowo dlaczego dany sposób jest tak niewiarygodnie do bani. Na koniec podam prostą i łatwą do przyswojenia receptę na skuteczne początki.

I powiem otwarcie. Jeśli się ze mną nie zgadzasz i uważasz, że błędy, które wytykam, są w rzeczywistości zajebistymi sposobami na rozpoczęcie opowieści – dostaniesz solidnego kopa w dupę. Dlaczego? Bo potrzebujesz.

Prolog

Zacznijmy od klasyki. Bo ileż to książek zaczyna się od prologów? Mrowie! I do tego nobliwego grona zaliczają się prawdziwe arcydzieła. Cóż więc może pójść nie tak, jeśli napiszemy sobie mały prolożek na począteczku?

Podstawowym pytaniem, na które każdy pisarz powinien sobie odpowiedzieć przed rozpoczęciem pracy, jest: czy ja żyję w pieprzonym dziewiętnastym wieku? Łatwo to sprawdzić. Wystarczy złapać najbliższy sygnał WiFi i za jego pośrednictwem połączyć się z zasobami Internetu. Jeśli widzimy przede wszystkim zdjęcia kotów – nie mamy dziewiętnastego wieku. Ergo: nasz czytelnik prologów już nie łyka. Nie-ły-ka.

Co jest złego w prologu? Zacznijmy od tego, że z definicji jest to wydzielona, osobna historyjka, która wprowadza we właściwą fabułę. Powtórzę: jest to opowieść, która wprowadza w opowieść.

Na serio zastanów się, po co Ci takie cudo? Masz pomysł na dwie historie? Zajebiście, napisz dwa tomy, prequel i sequel. Zarobisz podwójnie! Dorzucisz jeszcze jeden, zamiast epilogu, i będzie trylogia. Co, że materiału nie starczy na to wszystko? Napisz opowiadanie. Na początku jednej opowieści nie musisz wstawiać innej, a jeśli chcesz sobie w ten sposób zrobić miejsce na prezentację tła – zapomnij. W prologu masz przecież na to mniej miejsca niż na przestrzeni reszty książki.

Jakby tego nie starczyło, większość prologów, z jakimi się zetknąłem, dotyczy zupełnie innego miejsca i czasu, niż główna opowieść. Siłą rzeczy, pojawiają się tam kompletnie odmienni bohaterowie. Pierwsze wrażenie czytelnika odnośnie powieści kształtowane jest więc przez coś, co z resztą tekstu nie za wiele ma wspólnego. To bardzo, bardzo źle, bo początek to naturalny moment na złożenie odbiorcom obietnicy. Jeśli ją przyjmą, będą czytać dalej. Ale jeśli prolog obieca jedno, a reszta jest o czymś innym – wyjdzie rozpierducha.

Oczywiście nie mówię, że prologu nie da się zrobić dobrze – na przykład, zgodnie z zasadami wyłuszczonymi w tym artykule. Mówię tylko tyle, że prolog nie rozwiązuje żadnego problemu, z którym mierzysz się na początku opowieści, za to dodaje własną porcję komplikacji. Jest przestarzałą formą, która będzie wymagać dodatkowego wysiłku. Niczego nie gwarantuje. Niczego sama z siebie nie poprawia. Jeśli zastanawiasz się, jak sprawić, że pierwsze strony będą bardziej wciągające – „wsadzę tu prolog” nie jest odpowiedzią.

Opisy

Skoro prolog odpada, dlaczego nie zacząć od sążnistych opisów? Biedny czytelnik jest przecież zupełnie zagubiony w opowieści. Trzeba mu dać solidne wprowadzenie. O, najlepiej zacząć od streszczenia historii świata, począwszy od czasów króla Ćwieczka. Albo – zmusić do czytania opisów przyrody, co by poczuł klimat. Świetny pomysł, prawda?

Niestety, jeśli chcesz stworzyć drugie „Nad Niemnem” – nie potrafię Ci pomóc. Powiem nawet wprost: nie wiem co tutaj robisz, czytając instrukcje jak pisać dla współczesnego czytelnika. Bo prawda jest taka, że w naszych czasach ludzie nudzą się dużo szybciej niż kiedyś; w konfrontacji z długimi opisami po prostu zasypiają.

Wbrew pozorom to naprawdę kiepski pomysł, żeby zaczynać od zarysowania tła czy też pokazania panoramy wydarzeń. Mówię „wbrew pozorom”, ponieważ czytelnik chce się dobrze orientować w temacie i tak naprawdę lubi szczegóły. Po prostu nie chce dostać tego wszystkiego naraz. I na pewno nie chce tego dostać już na początku, zanim zdąży się przejąć losem bohaterów. Najlepszą strategią jest więc pokazywanie tła w miarę czytania, po kawałku. Gdy odbiorcy zżyją się z postaciami, wciągną się w fabułę, będą gotowi na wychwytywanie tak zwanego backstory. Dopiero wtedy – nie wcześniej!

Innym tragicznie złym wyborem jest rozpoczynanie opisem jakiegoś detalu, który nie jest kluczowy dla opowieści. Z niezrozumiałych powodów zazwyczaj takim detalem jest pogoda. „Słońce świeciło wysoko na bezchmurnym niebie”. „Sztorm szalał już trzeci dzień”. „Kałuże rosły w rzęsistym deszczu”. Gdyby słońce, sztorm i kałuże były bohaterami opowieści, które otwierają – niczego bym się nie czepiał! Ale nie są. Bohater, o ile w ogóle pojawia się tak szybko, musi czekać cierpliwie aż pogoda skończy zajmować pierwszy akapit.

To nie jest cool, to nie jest „wizja artystyczna” – to jest po prostu gówniana decyzja. Opowieść zaczęta od pogody to opowieść zaczęta z dupy strony. Czytelnik nie czyta dla malowniczych opisów opadających kropel deszczu. Czyta dla bohaterów, historii i świata. Dokładnie w tej kolejności. I dokładnie takie kwestie autor musi rozważyć, kiedy komponuje pierwszą scenę opowieści. Czy Twój bohater robi lub myśli coś ciekawego? Jeśli nie, to czy jest świadkiem ciekawych wydarzeń? Dopiero kiedy te dwa pytania są odhaczone, można się zastanowić nad opisami świata, czyli – na przykład – słonka świecącego na niebie.

I powiem wprost: jeśli rzeczywiście nic spektakularnego się nie dzieje, a bohater nic nie robi i nie myśli, więc z ciekawych rzeczy naprawdę zostaje pogoda – zaczynasz swoją opowieść w jej najsłabszym momencie.

Zaczynanie od początku

Opowieści są linearne. Wszystko zaczyna się w punkcie A, przechodzi przez B, kończy na C. Jasna sprawa. I właśnie dlatego niedoświadczeni pisarze tak często decydują się przekazać historię od jej najnudniejszego momentu – od początku.

Kojarzysz te dowcipy, w których jeden koleś pyta „Opowiedz mi o sobie, tak od początku”, a drugi odpowiada „Na początku była ciemność, a potem wielki wybuch, po którym atomy zaczęły łączyć się w pary i formować pył gwiezdny…”?

Kiedy decydujesz się rozpocząć swoją historię od jej najwcześniejszego momentu, jesteś jak ten typ, który pieprzy o początkach wszechświata, podczas gdy zapytano go – dajmy na to – o kwalifikacje do pracy. Nikogo to nie interesuje. Nikt się tym nie przejmie. Tak rozpoczęta opowieść jest na dobrych torach do przystanku „nuda”.

Nigdy nie zaczynasz ot tak, od najwcześniejszych wydarzeń! Zaczynasz w tym miejscu, które jest ciekawe, kluczowe dla opowieści i pozwoli nadać napięcia reszcie tekstu. Czasem taka scena pojawia się w miejscu, gdzie chronologicznie opowieść bierze zaczątek. Często nie.

Prawda jest taka, że choć opowieść biegnie liniowo – bo i czas tak upływa – Ty wcale nie musisz przedstawiać jej w takim porządku. Równie dobrze możesz zacząć na końcu. Albo w środku. Myślisz, że wtedy wszystko się rozjedzie? Spokojnie – masz od tego narzędzia: retrospekcje i retardacje. Są po to, żeby ich używać, a nie podziwiać w cudzych rękach.

Niechęć do takich zabiegów bierze się ze strachu przed skołowaniem czytelnika. To pożyteczny nawyk, ale co za dużo to niezdrowo. Współcześnie o wiele bardziej trzeba się bać tego, żeby czytelnika nie zanudzić. Bo jeśli się zgubi – najprawdopodobniej będzie czytać dalej, przynajmniej jeszcze trochę, w nadziei, że odnajdzie trop. Jeśli jednak się znudzi, po prostu rzuci książką w kąt. I nigdy nie przeczyta już niczego z Twoim nazwiskiem na okładce.

Skoro zaś nie można zaczynać na początku, nie można prologiem i nie można długaśnymi opisami, to…

Jak zaczynać?

Patentów na udane początki jest tak wiele, że trudno mi je sklasyfikować. Zamiast tego zrobię więc coś lepszego: dam Ci prostą listę tego, co dobre rozpoczęcie powinno zawierać. Każde dobre rozpoczęcie – bez wyjątków.

1. Wprowadź czytelnika w to, co się dzieje tu i teraz. Nie kiedyś albo gdzieś indziej. Pierwsze słowa opowieści powinny być ściśle związane z jej pierwszą sceną. Natomiast pierwsza scena powinna mieć kluczowe znaczenie dla całości historii. Czy jest to moment, który popycha bohaterów do działania, czy też tylko jeden ze zwrotów akcji – początek musi pokazywać czytelnikowi, czego może spodziewać się po reszcie tekstu.

2. Przedstaw bohaterów jak najprędzej. Najlepiej w pierwszym zdaniu. To nie znaczy, że musisz koniecznie rozpoczynać – dajmy na to – od podania imienia postaci. Z całą pewnością jednak osoba bohatera musi być obecna w narracji od razu. Możesz zacząć od tego, co postać robi. Możesz – od tego, co myśli. Jeśli opowiadasz w pierwszej osobie, we wczesnych słowach zawrzyj coś charakterystycznego odnośnie tego, jak postać mówi lub postrzega świat. Tak czy siak, pozwól odbiorcom zrozumieć bohaterów choć trochę, zanim na dobre rozkręcisz akcję.

3. Pokaż czytelnikowi, dlaczego ma się tym wszystkim przejąć. Jeśli bohater budzi sympatię – niech wpadnie w tarapaty, i to solidne. Jeśli postać jest antypatyczna – niech ma przynajmniej charakter, który zagwarantuje niezłą drakę. Czytelnik już na początku powinien dostać jasny powód, żeby zainwestować czas i emocje w opowieść. Powinien wiedzieć, o co ma się martwić i dlaczego. W duchu powinien już teraz uśmiechać się na myśl o przyszłych przygodach. Początek opowieści to najlepszy moment, żeby przemówić do odbiorców na podstawowym, emocjonalnym poziomie. Chcesz ich złapać w swoją sieć – więc muszą wierzyć, że czeka ich ciekawe doświadczenie, a nie nudny wykład.

Dobre rozpoczęcie opowieści będzie zawierać wszystkie te elementy. Można je streścić w trzech słowach: akcja, bohater, emocje. Żadnego z tych haseł nie musisz traktować dosłownie. Akcja może wystąpić pod postacią scen walki albo dynamicznego pościgu, ale może też być subtelna, wyrażona w dialogu lub psychologicznej grze między postaciami. Bohater może być herosem albo łotrem, gwiazdą albo szarakiem. Natomiast emocje, o ile przywołujesz je świadomie, mogą być dowolne i dotyczyć czegokolwiek. Najważniejsze to pamiętać o tych elementach i uwzględnić jakiś ich aspekt już na starcie opowieści.

Bez tego wyjdzie kupa.

Warto więc wyryć sobie w pamięci dość banalną prawdę: kilka pierwszych słów sprzedaje następne sześćset stron. Jeśli to spieprzysz, pałace Twojej wyobraźni pozostaną puste. Jeśli zrobisz to dobrze… cóż, może faktycznie ktoś doczyta do końca.

 

Artykuł zawierał za mało informacji? Sprawdź poszerzony tekst z radami, jak zacząć – w tym, jak dobrze zrobić prolog. 😉

 

Foto: Nomadic Lass / Foter / CC BY-SA 2.0

Zapisz się na newsletter! Spisek Pisarzy wysyła tylko to, co warto przeczytać.



Tomasz Węcki

Tomasz Węcki


Cześć, mam na imię Tomek i jestem grafomanem. Od kilkunastu lat udaje mi się połączyć przyjemne z pożytecznym i utrzymuję się przede wszystkim z pisania. Byłem już dziennikarzem, piarowcem, copywriterem, ghostwriterem, dokumentalistą i autorem tekstów do gier komputerowych. Teraz możesz również przeczytać moją pierwszą książkę – „Wtajemniczenie”.

58 odpowiedzi

  1. Agnieszka pisze:

    Widzę, że autor bardzo czym się dzisiaj zbulwersował. Jakaś beznadziejna książka do redagowania?
    A tak na poważnie, to artykuł pojawił się w najlepszym dla mnie momencie. Właśnie wzięłam się za pisanie, czegoś co już od dłuższego czasu chodziło mi po głowie. Utwierdził mnie Pan w przekonaniu, że wybrałam poprawny sposób rozpoczęcia tych wypocin. Jeszcze zobaczymy, co z tego wyjdzie :) Dziękuję!

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Nooo, może troszkę. Ale ja z natury spokojny człowiek jestem, więc z równowagi wyprowadza mnie… ciąg beznadziejnych tekstów do redakcji.

      • Agnieszka pisze:

        Niestety w dzisiejszych czasach każdemu się wydaje, że może zostać wielkim pisarzem. Przyznaję się bez bicia, że sama próbowałam pisać górnolotnie, ale im bardziej w to brnęłam, tym gorzej mi wychodziło. Postanowiłam więc wrócić do źródeł i pisać tak, jak wychodzi mi najlepiej i obiecuję, że dopóki nie uznam, że tekst nadaje się do wysłania do redakcji, dopóty tego nie zrobię. Coby redaktorów do szału nie doprowadzać :)

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Z drugiej strony, robota redaktora nie polega na wkurzaniu się na autorów, ani na przekonywaniu ich jak wielką krzywdę swoją twórczością światu wyrządzili. 😉 Więc akurat redaktorem się nie przejmuj – dostaje kasę za to, że czyta. Przejmuj się czytelnikami. :)

      Tak więc – powodzenia z pisaniem! :)

  2. Mateusz Miś pisze:

    Mam taką przypadłość i pewnie wielu ją ma, że gdy jestem w księgarni, żeby pooglądać książki (tak, dobrze przeczytaliście), to zawsze kartkuję kilka pierwszych stron, a potem odkładam ją z powrotem na półkę.
    Podobnie, jak wśród ludzi, tak wśród książek, pierwsze wrażenie robi się tylko raz i trwa ono krótko. Może nie jest to uczciwy sposób na dawanie szansy debiutantom, ale biorąc pod uwagę, to że większość dobrych książek została już dawno napisana, to można z czystym sumieniem przebierać w nowościach 😉
    Od czego zwykle się zaczyna np. polska proza? Najczęściej od kurwy. Typowej sążnistej kurwy w dialogu, która stanowi, jak to mawia mój idol Andrzej Poniedzielski, ożywienie semantyczne 😉
    Ktoś zna inne przypadłości? Tomku? 😉

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      O tak, ja mam tak samo. :) Choć ci autorzy, których można znaleźć na półkach księgarni, to zazwyczaj cwaniaki i początki umieją klecić. Jeśli to wszystko się rozłazi to zwykle później. Więc dla pewności, oprócz początku czytam też kilka losowych fragmentów ze środka.

    • Agnieszka pisze:

      To jest dobra metoda. Dzięki temu wiele książek, które były szeroko lansowane (bo reklamowane to już za małe słowo), okazywało się nie wartymi mojego czasu i pieniędzy. Ale nawet mimo takiego skanowania i tak nie da się ustrzec nietrafnych zakupów.
      Najczęściej jednak, zaintryguje mnie tytuł i pod wpływem kupuję książkę i o dziwo właśnie one okazują się najbardziej wciągające :)

    • Czarownica Wrażeń pisze:

      Jestem po ciężkim dniu i chyba nie umiem dziś błysnąć własnym rozumem, bo nie do końca pojmuję: czy owa k… jest dobrym, wciągającym początkiem, czy wręcz przeciwnie…? 😉 Bardzo proszę o łopatologię stosowaną…

      A co do początków na początku… :) Również wyznaję zasadę, że warto czytelnika jakby „wsadzić” w toczącą się akację [i tak też sobie poczynam w swoim pisarstwie szufladowym]… Jednak w książeczce, którą już wydałam umieściłam króciutki prolog [i epilog tyż! :)], ale uważam [i wydawca tyż!], że to był bardzo dobry zabieg… :)

      Z ukłonem!
      Umęczona Czarownica 😉

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Czy „kurwa” jest dobrym, czy złym początkiem – nie zależy od niej. Jeśli takiego języka używa się w książce, no to po prostu jest na miejscu.

      Z drugiej strony jeśli ktoś wypycha ją na przód żeby zrobić za jej pomocą mocniejsze wrażenie, trochę słabo. Bo już teraz wrażenia nie robi. Co najwyżej takie, jak zauważył Mateusz – że oto mamy do czynienia z polską prozą.

    • Mateusz Miś pisze:

      Ja to rozumiem w ten sposób, że jedni uciekają się do „kurwy”, bo daje im to naturalistyczny efekt ( pod warunkiem, że będzie w tym jakaś konsekwencja ujawniająca się w dalszej narracji, czy dialogach), bądź będzie efektem dla efektu i wtedy należy takiego taniego efekciarza czym prędzej zdemaskować. Tomek zwrócił już na to uwagę – są przebiegli autorzy książek, którzy w niczym nie ustępują stereotypowemu politykowi; na początku składają interesującą obietnicę idealnie wpisującą się w aktualne zapotrzebowania, a jak już ich wybierzesz (czyt. wrzucisz książkę do koszyka i pójdziesz z nią do kasy), to nie miej potem pretensji, że od pewnego momentu autor zaczyna coraz bardziej dbać o swój interes i zaspakajać swoje twórcze, bądź odtwórcze potrzeby 😉

  3. Sylwia pisze:

    Od dawna czytam Pańskie notki na tej stronie, ale że jestem na etapie rozpoczynania kolejnej powieści chciałam podziękować za cenne rady 😉 są bardzo dobitne ale i prawdziwe bo rzeczywiscie czytając daną książkę i jej początek odczuwam albo niechęć albo zaciekawienie.
    Jeszcze raz dziękuje za rady i życzę weny na kolejne takie ,,notki”

  4. Zbereźny poeta pisze:

    Przeczytałam TO z niemałym zdziwieniem. Ta dosadność i prostoliniowość przekazu pociesza tym bardziej, że nie popełniłam błędów przez Pana wytkniętych. Hura! Podoba mi się ten sposób dotarcia do odbiorcy. Sprawia, że biorę te słowa do siebie i traktuję prawie tak jakby Pan stał i mówił do mnie: „Ej to jest do dupy. Zmień to! „. Dziękuję.

  5. Patrycja pisze:

    Ja jestem dopiero początkująca w pisaniu książek, ale czytając swoje wypociny z każdym razem widzę, że jest poprawa. Może nie jakaś super wielka, ale z kroku na krok coraz lepiej mi idzie pisanie. Jednakże wiem, że do idealnego pisania jeszcze mi daleko, ale no.. Praktyka czyni mistrza. Artykuły ukazujące się tutaj, na Spisku Pisarzy, oraz forum, w którym dzielić się można swoimi dziełami, dużo mi pomagają. Jeszcze lepiej rozumiem swoje błędy oraz tego, czego jednak uniknąć przy pisaniu. Jednak mam nadal mętlik, co do prologu, który jednak nie dzieje się gdzieś w przeszłości tylko stanowi wstęp ukazując niezrozumiałe cierpienie głównego bohatera.

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Dzięki za miłe słowa. A co do prologu – jeśli jest faktycznym początkiem opowieści, a nie jest czymś „na doczepkę”, żeby było ładniej, to ja za niego kopać po tyłkach nie zamierzam. 😉 Warto po prostu zastanowić się, czy prolog spełnia zasady z końca artykułu. Jeśli tak – to jest po prostu sensowny początek!

  6. Krzysiek pisze:

    Zawsze miałem problemy z początkami. teraz już wiem jak te błędy zwalczać. Początkowa obietnica faktycznie jest tym co zatrzymuje czytelnika przy książce. Jeśli czytamy opowiadanie i jest nudne na początku a autor mówi, że „tak miało być” to znaczy, że źle przemyślał koncepcje, bo chyba żadna książka nie ma być z założenia nudna.

    W księgarniach lubię przeczytać zawsze tylną okładkę i wydaje mi się, że jest to dobre miejsce na krótki opis świata. Tak przekonałem się do książki Piekary o inkwizytorze. Świat w którym Jezus zszedł z krzyża i ukarał swoich prześladowców. Książka nie przypadła mi do gustu, ale połknąłem przynętę i (przynajmniej) jeden tomik kupiłem

    • Bo pisanie tekstów na odwrocie to osobna sztuka. Ich głównym zadaniem jest zachęcić czytelnika do nabycia książki poprzez podkreślenie jej zalet. W szczególności na tle innych. Tam znaleźć można cuda. Moje ulubione to „Książka porównywana przez krytyków do Tolkiena” podczas, gdy krytyk napisał o niej „Tolkien to to nie jest”.

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Oj tak, nikt nie chce napisać nudnej książki. 😉 Niektórym jednak trudno się przyznać do pomyłki. Pół biedy jeśli robią tylko dobrą minę do złej gry, ale to już prawdziwa tragedia, jeśli rzeczywiście zaczynają wierzyć, że „tak miało być”.

  7. Knight Martius pisze:

    No to teraz mam problem, bo aktualnie piszę powieść, która rozpoczyna się właśnie od prologu wprowadzającego postacie poboczne. Ale – usuwanie go ot tak nie widzi mi się za bardzo, bo nie dość, że te postacie będą istotne dla fabuły, to jeszcze już w owym prologu dałem cynk, iż opisane wydarzenia pośrednio mają związek z głównym bohaterem. Nie mówię, że ta rada jest bez sensu, bo też się zastanawiałem nad zasadnością mojego zabiegu. Po prostu na tę chwilę nie wiem, co zrobić.

    Ale w sumie i tak stwierdziłem, że to, co aktualnie piszę, to jest szkic, więc pewne rzeczy na pewno jeszcze się pozmieniają…

    O tym, żeby nie zaczytać utworu od opisu świata (zgiń, przepadnij!) czy przyrody, tylko od razu przejść do wydarzeń, wiedziałem już wcześniej. Ale wpis tak czy siak jest dobry, bo wyłożone w nim jest czarno na białym, jak należy pisać, żeby przyciągnąć uwagę czytelnika. No i to może truizm, ale – pierwsze zdania nie mogą zawierać błędów. Absolutnie żadnych. Do tego muszą mieć w sobie polot. Inaczej czytelnik też przestanie czytać po tych pierwszych zdaniach. (Wiem, dla profesjonalisty to rzecz oczywista, ale niewielu amatorów zdaje się o tym wiedzieć albo pamiętać). Złym pomysłem jest też IMO rozpoczęcie tekstu od oderwanych od historii rozważań filozoficznych, nawet jeśli są zgodne z duchem fabuły opowieści (serio, ostatnio czytałem takie opowiadania).

    • Znaczy się: w pisarstwie nie ma reguł (za wyjątkiem ortograficznych i gramatycznych). To, że ktoś umieści w swojej książce prolog nie oznacza, że zostanie ona zdyskwalifikowana. Owszem zabieg ten znacząco się zdewaluował i obecnie stanowi on najczęściej dowód pretensjonalizmu autora, niemniej jednak da się go sensownie użyć, podobnie, jak pozostałe wymienione w tym tekście.

      Przykładowo to, nad czym ja obecnie pracuję też zaczyna się od prologu, w którym widzimy palące się na horyzoncie miasto (Radom), krążące nad nim samoloty szturmowe i jadącą w jego kierunku kolumnę czołgów. Potem robię skok w tył o kilka tygodni i pozwalam historii spokojnie nabierać pędu. Prolog jest mi potrzebny, żeby mieć to Spielbergowskie trzęsienie ziemi oraz żeby dać sobie chwilę na wyciszenie napięcia przed jego kolejnymi skokami.

      Tak naprawdę pisanie książki, jest jak układnie wielkiej taczki klocków LEGO bez żadnej instrukcji: tylko od autora zależy co zbuduje. Prolog jest po prostu trudnym w użyciu klockiem.

      Najlepszą radą jaką można mieć jest pisać dalej i zwyczajnie zobaczyć co z tego wyjdzie. Jednym z najlepszych nawyków człowieka twórczego jest wielki krytycyzm do swojej pracy. Nieudane części książki zawsze można skasować i zastąpić czymś innym (albo po prostu skasować). Nie jest to szczególnie trudne. Ja osobiście uważam, że, jeśli nie usunę 30% tekstu, który napisałem to znaczy, że nie skończyłem go pisać.

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Cóż mogę dodać, Piotr wyczerpał mi temat. 😀

      Powiem więc tylko tyle, że jeśli ktoś się naprawdę postara to i pogodą można skutecznie zacząć opowieść. To pewnie nie będzie optymalne rozwiązanie, ale tak czy siak – może zadziałać. Po ocenę, czy wyszło, czy też nie, odsyłam raczej do wskazówek na końcu artykułu.

    • Knight Martius pisze:

      Jeśli chodzi o nietypowe sposoby rozpoczęcia powieści, przypomniał mi się „Dworzec Perdido” Chiny Miéville’a (swoją drogą, polecam). Gdyby przyjąć powyższy artykuł za ścisły wyznacznik pisania początku, autor popełnił dwa błędy: zaczął od prologu i jeszcze nie umieścił tam konkretnych wydarzeń, tylko opis wyglądu państwa-miasta, w którym toczy się fabuła. Tyle że w jego przypadku to się sprawdziło, bo ten prolog opowiadany jest z perspektywy postaci, która ujawnia się kilka rozdziałów później (a która, jak się później okaże, będzie jedną z kluczowych), a do tego China miał wyraźną wizję Nowego Crobuzon i niesamowity talent, jeśli chodzi o kreślenie sugestywnych obrazów za pomocą opisów. No i po prologu też wiadomo, w jakim klimacie jest utrzymana historia.

      Aczkolwiek znowu dochodzi do głosu argument „trzeba wiedzieć, co się robi”. Jeśli bowiem ktoś stosuje takie zabiegi bez żadnego uzasadnienia, to znaczy, że zabiera się za to źle. A i w takim wypadku trzeba się liczyć z tym, że pisanie nie na współczesną modłę nie każdemu przypadnie do gustu.

      Ja swoją aktualną powieść piszę w taki sposób, że ogólnie staram się pisać najlepiej, jak potrafię, ale jeśli zauważę jakieś istotne błędy, po prostu zaznaczam sobie, na co zwrócić uwagę przy poprawianiu, i piszę dalej. Wiem też, że kasowanie fragmentów tekstu, jeśli zawierają poważne błędy logiczne albo nie pasują do zamysłu, jest czymś zupełnie normalnym. Ogólnie – zobaczymy, jak rozwiążę sprawę z prologiem (i interludiami, bo chciałem też odrobinę pociągnąć historię tych postaci pobocznych, żeby nie były papierowe). W ostateczności mogę przetestować rzecz na beta-czytelnikach; po coś oni są. 😀

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Prolog w „Dworcu Perdido” mnie osobiście wymęczył. Z drugiej strony, ciężko mi go zakwalifikować do naprawdę złych rozwiązań. Częściowo z tych powodów, o kórych mówisz, a częściowo dlatego, że składana w nim obietnica jest jednak szczera, uczciwa. Miéville nie uprawia tu hohsztaplerki, po prostu liczy na to, że jego wizja obroni się sama. Takie podejście często wypala autorom w twarz, więc trzeba docenić przynajmniej odwagę.

  8. Ilghazi pisze:

    Niestety, wypada się zgodzić. Gdybyś dziś taki Tolkien zaczął trylogię od przedstawiania krainy Hobbitów pewnie zostałby zlany. Bo ludzie to leniwe zwyrodnialce i nie chce im się czytać o takich detalach. Najlepiej od razu przejść do zabijania trolli 😉

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      „Leniwe zwyrodnialce”… 😉

      Proza Tolkiena ciągle jest świetna, ale widać już po niej wiek, na wielu poziomach. Gdyby rzeczywiście ktoś chciał powtarzać dokładnie te same rozwiązania, byłoby ciężko wyjść z tym do ludzi. A gdybym miał opowiedzieć tę samą historię, co we „Władcy”, tylko we współczesnej formie – zacząłbym od razu na drodze do Rivendell. Być może którymś spotkaniem z Nazgulami. Jeśli uznałbym, że warto pokazać krainę hobbitów, zrobiłbym to w retrospekcji.

    • Tak, tylko Tolkien mógł sobie na to pozwolić, bo raz, że legitymował się tytułem profesora (a to ważny atut podczas reklamowania książki), dwa, że miał wcześniej na koncie bestselerową powieść rozgrywającą się w tym samym uniwersum i ogromny kredyt zaufania.

  9. Ilghazi pisze:

    I dlatego w filmie zrobiono taki myk, że rozpoczęto go od bitwy, a dopiero później weszła opowiastka od Hobbitach.

    Tak czy inaczej, wstęp może się zaczynać od wartkiej akcji jeśli się pisze kryminał. Przy horrorze już bardziej wypada przynudzać, przesuwając akcję na koniec – czytelnicy to zrozumieją. Ale jeśli ktoś próbuje swych sił w High Fantasy, to niestety, trzeba pokazać i opisać ten świat już na samym początku – jak wygląda, jakie prawa nim rządzą i kto zamieszkuje tamtejsze krainy, bo dziś większość pisarzy idąc na fali Gry o Tron tego nie robi i od razu przechodzi do akcji i potem człowiek nie wie o co biega 😉

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Hmm… Ani się z horrorem nie zgadzam, ani z high fantasy. 😉

      Bo widzisz, to jest powszechnie znana prawda, że trzeba rozpoczynać trzęsieniem ziemi (a potem napięcie rośnie) – ale ludzie często traktują to zbyt dosłownie. Skoro „trzęsienie” to od razu musi być ostra akcja. A tymczasem wystarczy po prostu pokazać coś ciekawego – coś, co pozwoli nakręcić sprężynę dla reszty tekstu. Weź na przykład powieść obyczajową, gdzie główna bohaterka próbuje się odnaleźć po wielu latach spędzonych w związku, który właśnie się rozpadł. Taką opowieść możesz zacząć „trzęsieniem ziemi”, czyli sceną, gdzie bohaterka nakrywa małżonka w łożu z inną. Możesz też zacząć spokojniej, na przykład pokazując to, z czym najbardziej boryka się w nowej sytuacji (jeśli to pieniądze, to jak „wiąże koniec z końcem” i jak reaguje na piętrzące się rachunki; jeśli to samotność, to czym ją wypełnia – i tak dalej). Jeżeli nie zaczynasz w jakimś smętnym momencie (tzn. nie dzieje się nic, co miałoby konsekwencje dla całości opowieści), ani nie brakuje Ci tej trójcy: bohatera, akcji, emocji – wszystko będzie OK. Trzęsienia ziemi pomagają, ale nie są konieczne.

      Natomiast odnośnie high fantasy i pokazywania świata… Cóż, możesz to zrobić na wiele sposobów. Najlepszym jest pokazywanie świata W TRAKCIE opowieści, a nie na początku. Wraz z rozwojem fabuły świat powinien się niejako „rozrastać”. O ile zrobisz to sprawnie, czytelnik się nie zagubi. Ale jeśli naprawdę zamierzasz na początku skupić się przede wszystkim na świecie, nie starczy Ci miejsca na bohaterów i historię, czyli dwie rzeczy, które interesują czytelników o wiele mocniej.

  10. Basia pisze:

    Dziękuję za ten post. Pojawił się jak znak z nieba- w odpowiednim dla mnie momencie, kiedy to biję się sama ze sobą- pisać nie pisać?A kopa porządnego chętnie bym przyjęła ,by wziąć się w końcu do roboty ,zebrać jakieś porządne cięgi krytyczne ,ale przynajmniej mieć świadomość,że coś w końcu robię ,a nie tylko zrzędzę i bawię się w podchody.Jakiś pomysł na to jak zachęcić tchórza do roboty?

  11. Scathach pisze:

    Dobry wpis, który moim skromnym zdaniem sprawdzi się równie dobrze przy pisaniu krótkich form – nie tylko pełnowymiarowych powieści.
    Jedno ze swoich opowiadań (nieukończone póki co), rozpoczęłam czymś, co wydawało mi się do tej pory prologiem, ale chyba lepszym określeniem byłaby „retrospekcja”. Przeanalizowałam sobie to w głowie i doszłam do wniosku, że większych błędów nie popełniłam – pierwsza scena to pierwsza scena, kluczowa (i to bardzo!) dla dalszej fabuły, bohaterowie są (może nie jakoś wyraziście nakreśleni, ale pojawiają się praktycznie od razu), emocje też w zasadzie są. Czyli źle nie jest, zgodnie z tym, co rzecze artykuł. Bardzo to budujące, nie powiem 😉
    Wracając do artykułu – zgadzam się w pełnej rozciągłości, tak jako czytelnik, jak i początkujący pisarz. Uwielbiam pełne napięcia początki, które niosą ze sobą obietnicę – właśnie takie „trzęsienia ziemi”. Jeśli coś mnie intryguje i sprawia, że nie czuję się z góry uprzedzona do książki, to co innego, jeśli nie początek? Chyba tylko wspomniany w komentarzach opis z tyłu okładki (chociaż z nim akurat uważam, bo zadziwiająco często zupełnie nie oddaje treści). Początek to nawiązanie więzi z czytelnikiem, więc aby więź była mocna i nie puściła aż do końca, początek też musi być mocny. Elementy dobrego rozpoczęcia tekstu wymienione zgrabnie i w pełni uzasadnione.
    Chapeau bas!

    ~ Scatty

  12. Dobry tekst i dobre rady, moim skromnym zdaniem.
    Osobiście nie mam nic przeciwko ciekawemu prologowi, czy plastycznemu opisowi na początku, ale zdaję sobie sprawę, że jestem w mniejszości.
    Można od pierwszego zdania kupić mnie stylem i atmosferą, a opis do tego nadaje się świetnie. Jeśli autor w pierwszym akapicie umiejętnie zarysuje jakąś scenerię, ja chętnie będę czytać dalej, by dowiedzieć się, co się stanie w TAKIM (czy też TAK UKAZANYM) miejscu.
    Lubię dobre opisy i ciekawe dygresje, nawet we współczesnych powieściach. Dla mnie akcja nie musi pędzić na łeb na szyję, żeby książka mnie nie znudziła. Jasne, że czasem mam ochotę na coś szybkiego, co chwyci za gardło i nie puści do ostatniej strony, co chwilę zaskakując zwrotami akcji, ale tak naprawdę najlepiej pamiętam i najlepiej wspominam właśnie takie „dłużące się” powieści, które czytałam tygodniami, nastrajałam się do lektury, a gdy już do niej usiadłam, smakowałam powoli.
    Ja zaczynam swoje opowieści raczej zgodnie z wytycznymi przedstawionymi w artykule, bo nie mam takiej wiary w swoje umiejętności by sądzić, że czytelnik zapragnie ze mną zostać wyłącznie ze względu na mój styl. Potrzebuję jeszcze innego haczyka 😉

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Nie, nie, to nie o to mi chodziło, żeby akcja koniecznie pędziła na złamanie karku. 😀 W sensie: jeśli pędzi to dobrze, właśnie taka prędkość pasuje do współczesnych gustów (wszyscy mamy ADHD). Ale ciągle da się czytelników kupić również spokojem. I w tym drugim podejściu odpowiednio nastrojowe opisy są bardzo ważne, zwłaszcza jeśli autor potrafi je przekazać ciekawym językiem.

      O co mi chodziło, to o to, żeby akcja w ogóle BYŁA. 😉 Już na początku, niekoniecznie w pierwszych słowach (jak najbardziej można zacząć KRÓTKIM opisem, o ile opisujemy coś ważnego), ale z całą pewnością w pierwszej scenie. Przy czym przez akcję rozumiem dosłownie „dzianie się”. Może być to więc pościg i strzelanina, ale może też dialog, w którym rozmówcy rozgrywają jakąś psychologiczną grę. Kluczowe jest, aby pierwsza scena opowieści nie była statyczna, jak obrazek.

  13. Kaja pisze:

    Ja strasznie nie lubię opisów na początku rozdziałów. Te są najgorsze!! Czytam je ale nie mam pojęcia o czym. Zaczynam się nudzić nie rozumiejąc tekstu aż wreszcie pokonana odkładam książkę nie wiedząc o czym była.

  14. pepperpot pisze:

    Ja mam przeogromny problem z opisami… Naczytałam się chyba za wiele klasyki i tak mi zostało. Ale walczę z tym dzielnie :) Tylko czasem mam wrażenie, że bez opisów nie mam, o czym pisać.

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Hmm… Nie do końca rozumiem. Wiesz, jeśli opisujesz, że coś się dzieje, to nie są „suche” opisy. Chodzi przede wszystkim o to, żeby początek był dynamiczny, żeby to nie była statyczna scena, wyimek z historii świata albo zbliżenie na jakiś średnio istotny detal. Początek musi, za przeproszeniem, chwytać czytelnika za paszczę i wciągać jak trzęsawisko.

      Jeżeli czujesz, że danego tekstu nie da się zacząć inaczej niż opisem (bywają takie), spróbuj ujawnić perspektywę bohatera jak najwcześniej – idealnie w pierwszym zdaniu. Bohater (narrator), który ciekawie opowiada nawet o banalnych rzeczach, ma dużą moc „wciągającą”.

      A, no i w wypadku opisów trzeba szczególnie uważać, żeby opisywać tylko rzeczy ważne – budować tylko istotny kontekst. To w ogóle zasada warta przestrzegania, nie tylko na początku.

  15. Phoe pisze:

    Mam takie pytanko. Została na tym blogu stworzona jakaś porada, w jaki sposób unikać masowego produkowania zaimka zwrotnego „się” i innych zaimków (a już szczególnie dzierżawczych naprzemiennie występujących z imionami)? :) Sprawa typowo techniczna, a zaimkologia to typowe schorzenie wielu amatorów (sama też się z tym borykam – bardzo). Komiczną sprawą – aby nie tworzyć powtórzeń „jej” czy „jego” – jest używanie fikuśnych zamienników jak rudowłosy, zielonooka (amatorszczyzna w najgorszym wydaniu) lub wszystko dookreślać. Śmiem twierdzić, że problem tkwi w konstrukcji nie tylko poszczególnych zdań, ale i całego akapitu, choć jeszcze sprawnie działającego remedium nie znalazłam. Ostatnio na przykład miałam przeprawę z dwoma bohaterami: pierwszy zrobił „coś”, no to ten drugi zareagował „czymś innym”, a skoro drugi już zareagował, to wywołał reakcję pierwszego, a potem wszystko zaczęło się od początku. Trochę jak na meczu pin-ponga, ale było konieczne. Niestety przy takiej scenie można zatonąć w ilość namnożonych imion i zaimków. Jest szansa na artykulik w tej sprawie? 😉

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Hmm… Nie wiem, czy jest szansa na cały artykuł, bo problem jest dość specyficzny. W sensie – ja też mam zagwozdkę z powtórzeniami i wszędobylskim „się”, ale nie znam żadnych sztuczek, które sprawę ułatwiają. Trzeba być uważnym, często zmieniać czasownik na synonim nie wymagający „się”, kombinować nad przeformułowaniem zdania. Dokładnie tak samo ze wszelkimi zaimkami. Choć w tym drugim przypadku często wystarczy je pominąć – mam wrażenie, że ludzie czasem o tym zapominają. :)

      Paradoksalnie jednak, takie kombinowanie jest dobrym ćwiczeniem na ogólną gibkość językową. Więc męczy, ale wychodzi na zdrowie.

  16. Wasyl pisze:

    Mój problem polega na tym, że nie umiem tworzyć opisów. Uważam, że jeżeli ktoś ma do nich talent, powinien potraktować to jako swój atut.

  17. Elfir pisze:

    Też mam podobny problem, jak Phoe – jak opisać bardzo krótką dynamiczną akcję w których kilku bohaterów wykonuje różne czynności naraz, aby było zrozumiałe dla czytelników i zachowało jednocześnie tempo.
    I nie chodzi mi o sytuację „X gotowała strawę, Y w tym czasie reperował but, a dziecko bawiło się lalką”. Zaczęły wychodzi mi zdania albo zbyt złożone i długie, albo tak poszatkowane, że trudno było zrozumieć kto co robi i w jakiej kolejności.

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Powiem szczerze, że trochę nie rozumiem problemu. A musisz to wszystko tak opisywać? W sensie – to naprawdę istotne, żeby czytelnik odbierał to wszystko jako dziejące się jednocześnie? Bo normalnie to żaden problem jeśli najpierw w opisie skupisz się na gotowaniu, potem na efektach naprawy buta, a potem na tym, że gdy rodzice się tym wszystkim zajmowali, dziecko bawiło się lalką. Taka scena, jaką podałeś w przykładzie, i tak wygląda na statyczny obrazek, więc nic się nie stanie, jeśli będziesz przeskakiwać od detalu do detalu (ludzkie oko robi podobnie).

      Jeśli natomiast chodzi Ci o opisywanie scen dynamicznych, w ogóle odradzam mówienia, że coś dzieje się jednocześnie. „Jednoczesność” sama z siebie rozprasza uwagę czytelnika, więc nawet gdy o końcowym efekcie decydują ułamki sekund, wydarzenia powinny dziać się po kolei.

  18. Dreben pisze:

    @ ” W tej chwili pracuję nad własną powieścią.” – znaczy, nie wydałeś jeszcze żadnej poczytnej powieści, ale pouczasz innych co robić, żeby dobrze pisać?

    wow

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Ahaha! 😀 Czyli ktoś rzeczywiście oberwał ode mnie kopa w dupę.

      Co do samego zarzutu – tak, jest dokładnie jak mówisz. Albo przyjmujesz moje rady na podstawie samych rad, albo je zlewasz. Twoja decyzja i tylko Ty poniesiesz jej konsekwencje.

  19. Ninti pisze:

    Właśnie trafiłam na tego bloga i czytam z dużą przyjemnością, pod tym postem muszę jednak głośno zaprotestować! Szczególnie, że właśnie oberwałam kopa w dupę, więc wypada się bronić. Zastanawiam się skąd u autora taka zawziętość wobec myślących inaczej. W innych wpisach jakoś tego nie zaobserwowałam, chyba rzeczywiście ten ciąg beznadziejnych tekstów do redakcji musiał być wyjątkowo długi.

    Do meritum: wiem, że jestem dziwna, ale osobiście uwielbiam powieści rozpoczynające się opisem pogody, scenerii i nastroju. „Był piękny słoneczny poranek…” i tego typu sformułowania nie są może szczytem oryginalności, ale stanowią powieściowy odpowiednik zdania „Dawno, dawno temu, za siedmioma górami…”. Oto podnosi się kurtyna, wybrzmiewa gong, zaczyna się opowieść. Rozpieram się w fotelu, zapominam o świecie dookoła i łagodnie wkraczam w powieściowy świat. Pierwsze zdania to moment zawieszenia na granicy tych dwóch rzeczywistości: realnej i fikcyjnej. Taki wstęp pełni funkcję indukcji hipnotycznej: wprowadza czytelnika w odmienny stan świadomości, którym niewątpliwie jest pochłonięcie lekturą. Jak dla mnie, to właśnie kwintesencja literackiej magii.

    Zniechęcają mnie książki, które brutalnie chwytają mnie za kołnierz i bez zapowiedzi wrzucają w środek bitwy. Po pierwsze od razu rozpoznaję to jako tandetny chwyt marketingowy. Po drugie – i myślę, że ważniejsze – nawet najbardziej dramatyczną bitwę mam gdzieś, jeśli nie miałam wcześniej czasu na wczucie się w świat przedstawiony, zanurzenie w nim, uwierzenie w jego „realność”. Oglądam sobie wtedy fikcyjną bitwę z perspektywy realnej rzeczywistości czyli z bezpiecznego dystansu, a do wszelkich narracyjnych sztuczek podchodzę bardzo chłodno i krytycznie.
    Z drugiej strony często łapię się na tym, że nawet w „Harrym Potterze” najbardziej podobają mi się te fragmenty, w których dzieje się niewiele, ale pozwalają odczuć atmosferę tamtego świata. A szczególnie przeraziła mnie wizja „Władcy Pierścieni” rozpoczynającego się w drodze do Rivendell! Właśnie pierwszy rozdział należy do moich ulubionych. Takich do których wracam żeby się podelektować mimo że znam je na pamięć, a nie tylko przelatuję szybko żeby dowiedzieć się co będzie dalej.

    Zamiast wyśmiewać się ze sztampowych wstępów o pogodzie i przyrodzie, proponuję zastanowić się nad ich funkcją. Jeśli są tak często powtarzane, to może po prostu dlatego że wywołują pożądany efekt. Można oczywiście napisać baśń bez „Dawno, dawno temu…”, za to z wartką akcją i rozbudowanym dialogiem. Tyle że to już nie będzie baśń, to będzie fantasy. Osobny gatunek, realizujący inne potrzeby, dający inne możliwości, ale też obciążony własnymi wadami. Fantasy baśni nie zastąpi i nie każdy musi lubić ją bardziej. Nawet jeśli większość rzeczywiście ma ADHD, nie radzę zaniedbywać spokojniejszej mniejszości bo to właśnie najwierniejsi czytelnicy.

    A co tu robię czytając instrukcje jak pisać dla współczesnego czytelnika? Szukam takich, które uznam za przydatne. I całkiem sporo ich znajduję.

    • Ninti pisze:

      P.S.
      Nawet głupi komentarz na blogu po przeczytaniu mam ochotę skrócić i poprawić, żeby był jaśniejszy i lepszy literacko. To już chyba obsesyjny pisarski samokrytycyzm 😉

  20. Motylaż nogo. Zacząłem pisać, i po przeczytaniu tego artykułu sam już nie wiem. Tę moją historię możnaby podzielić na 4 części. I właśnie 1. część, ta ważna, jest wstępem do całości, ale i do części ostatniej. Dopiero w owej czwórce jedynka nabiera większego sensu niż zwykły, nic nie znaczący epizod w życiu głównego bohatera, i postacie poboczne znów się pojawiają. Teraz nie mam pewności, czy przez ten odstęp nie zrobi się z tego kaszan jaki.

  21. zaczytana pisze:

    Dziekuje za cenne wskazówki, ponieważ sama jestem po ukończeniu swojej powieści. Nie popełniłam na szczęście podanych błędów i w sumie to i dobrze bo zależy mi właśnie na tym by zachęcić czytelników do przeczytania jej. Na razie fragmenty sa na moim blogu
    Jeśli ktoś ma ochote zobaczyć niech do mnie napisze

  22. XXX pisze:

    Luźno i konkretnie – takie artykuły do mnie trafiają. Dziękuję, że ktoś wreszcie napisał coś takiego. Bardzo mi to pomoże, bo właśnie myślę nad komiksem. Nie biorę się już za powieści pisane, bo zdecydowanie lepiej wychodzą mi ilustracje, niż sam tekst. Mam już zarysowaną fabułę i aż się zdziwiłam, że wszystkie cechy „dobrego początku” się zgadzają, a zwłaszcza punkt 3. idealnie oddaje to, co zanotowałam. Jestem Ci bardzo wdzięczna, pozdrawiam! :)

  23. Smok pisze:

    Tak sobie buszowałem po necie. Z czystej ciekawości sprawdzając co „Internetowi pseudo blogerzy” radzą. I tak o to trafiam na kolejny bezużyteczny – jeden z wielu, wpis Wujka Dobra Rada.
    Nie wiem, czy to efekt nadmiernego dostępu do internetu, tabletów itp… Czy to po prostu dysmózgia autorów tego typu bzdur.

    Tego typu rady w rzeczywistości niczego nie zmienią. Mogą nawet wręcz pogorszyć to, co już zostało stworzone. Gdyż to, co tu znalazłem zaledwie sugeruje kilka rzeczy ułatwiające wykreowanie świata, postaci itp. Cała reszta jednak z góry narzuca mało rozwiniętą, i dość ograniczoną perspektywę autora. A najbardziej jego widzimisię.
    Każdy może być pisarzem w takim czy innym znaczeniu. Napisałeś coś? Ludzie to czytają? Gratuluję, jesteś pisarzem. Jesteś nim, nawet jeżeli nikt tego nie widział… O ile, jest to zrozumiałe i ma jakiś sens. Znanym, czy nieznanym – co za różnica? Wszystko sprowadza się natomiast do jednego. Czy potrafisz przelać swoją wizję na papier.
    Sugerując się tego typu radami, narzucającymi określony styl internetowych pijawek, którzy sami niczego nigdy nie napisali, i nie napiszą, czegoś wartego kupienia. Jeżeli pisze się dla forsy. A nie dla czytelników jako takich.
    Sugerowanie się cudzymi pomysłami jak i cudzym stylem kosztem własnego. Jest jak masturbacja ciągle do tego samego pornosa. Na koniec i tak czujecie się jak idioci z kuśką w ręce.

    Jedyne czego wam potrzeba, to czytanie masy książek, wszelakiej krzty i maści. Pisanie tak często jak tylko można i nie ograniczając się do jednego narzuconego sobie wzorca. Dzięki temu wyrobicie sobie własny, i co ważniejsze niepowtarzalny styl. 3 rzezy. Wstęp, rozwinięcie i zakończenie. Czego potrzeba więcej? Wyobraźni i chęci. Wielu ludzi nie potrafi bądź nie wie jak zacząć. Nie idzie początek? Pisz od środka. To od czego zaczynasz, zależy od ciebie a nie opinii samozwańczego bloggera, bezużytecznej strony internetowej nie mających zielonego pojęcia jak ciężko jest napisać powieść, która ma szanse zostać wydaną.
    Moi drodzy. W obecnych czasach na rynek trafiają gnioty wielkości piramidy. Takie 50 Twarzy Greya na ten przykład wezmę. Nigdy w życiu nie trafiłem, książki tak chaotycznie, bez ładu i składu a do tego tak topornie napisanej nie czytałem. Mój mózg wywinął się na lewą stronę i uciekł w popłochu. Ale została wydana, ludzie czytają… Sukces osiągnięty. Więc, jesteście w stanie też tego dokonać. Pod warunkiem, że olejecie takie artykuły jak ten tu i zaczniecie samodzielnie myśleć. Fakt czasem trzeba zasięgnąć rady… Ale lepiej poprosić o opinie, rodziny, znajomych… czy dać kawałek jakiemuś wydawnictwu. Dlaczego? Bo zasugerują, co jest nie tak z treścią a nie całokształtem. Wskażą, gdzie zgrzytało, co było źle. Ale nie zmienią waszego stylu.
    W dzisiejszych czasach początkujący szukają pomocy tam, gdzie nie powinni i przez to albo rezygnują, albo powstają nędzne teksty bo nie posiadają własnego stylu i niepowtarzalności – tego nikt was nie nauczy. Byle by tylko grosz z tego przytulić. Lepiej skorzystać z warsztatów, w których nauczą podstaw pisania. Reszta sama z czasem przyjdzie…

    Niestety pisanie bloga, czy artykułów do gazet, to nie pisanie książki i na odwrót.

    Pisarstwo to ciężki kawałek chleba, jednym przychodzi to łatwo innym ciężej… a jeszcze innym wcale. Osobiście od blisko 5 lat nie mogę napisać nawet krótkiego dwustronicowego tatałajstwa. Brak czasu, brak weny, brak chęci do pisania po stracie bliskiej osoby. Co jakiś czas siadam i staram się coś naskrobać na siłę, ale nie potrafię. To swego rodzaju blokada twórcza. Może przejdzie, może nie.

    Tak czy owak, chcecie coś swojego napisać? Piszcie po swojemu, bo tylko tak coś osiągniecie w tej dziedzinie. W gruncie rzeczy nikt nie wydrukuje czegoś bez uprzedniego sprawdzenia. Trza tekst dać grupie osób, która to przeanalizuje i tak czy inaczej coś trzeba będzie poprawić. Ale odradzam odsyłać jakiekolwiek teksty do ludzi z branży blogerów internetowych nie posiadających żadnej wiedzy na temat pisania czegokolwiek jak to tutaj w artykule. Po prostu zostaliście nabici w butelkę i uduszeni na samym starcie.

    PS. Zobaczyłem, że było w komentarzach napomknięcie o Władcy Pierścieni… i nóż mi się w kieszeni otworzył. Za taką interpretacje i porównanie filmu z książką, powinno się was umieścić w komorze gazowej. I właśnie dla tego z reguły omijam tego typu strony, bo to siedlisko istot inteligentnych inaczej.

    Pozdrawiam

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Ahahaha! 😀 Niezłe! Ponad 4 tysiące znaków (normalnie felieton), a ja dalej nie kminię, o co chodzi. No, poza tym, że mam „dysmózgię” i jestem inteligentny inaczej. Zakładam więc, że po prostu bardzo, bardzo lubisz prologi. Albo opisy przyrody. Trudno powiedzieć.

  24. Ziuta pisze:

    Dziękuję za tekst, który trafił na mój ekran w ostatniej chwili, bo właśnie kończę powieść i idzie ona do ludzi. Naniosłam poprawki, wycofałam nieszczęsny prolog i epilog, które chodź opisują inną historię, są mocno skorelowane z wątkiem głównym. Żal mi było je usuwać, więc umieściłam na samym końcu jako bonusowy feature, jeśli ktoś byłby zainteresowany.
    Co do opisów przyrody pogody i historii – nie lubię. Jeszcze bardziej nie lubię wieszać wydarzeń w pustce, więc myślę że mimo wszystko warto podać delikatny zarys tła i okoliczności.
    Pozdrawiam serdecznie i jeszcze raz dziękuję za solidnego kopa w dupę :)

  25. Mershilien pisze:

    No no no… Powiem że wspaniale opisane, aż mam ochotę na napisanie własnej książki, tylko ciężko mi jest opisać dość dziwną fabułę tak aby po naprawde mocnym początku nie spieprzyć reszty. T-T

  26. Gilraen Black pisze:

    Ze wszystkimi radami się zgodzę, przydatności również nie odmówię, jednak widać, że autor zapomniał o jednej rzeczy. Piszesz, aby się rozwinąć, wyładować emocje, przekazać ludziom coś ważnego, ale jeśli chodzi o pieniądze, przypodobanie się ludziom – nigdy nic nie osiągniesz. Nie podążaj za współczesnością – nie ona podąża za Tobą.

    Pozdrawiam i liczę, że to przeczytasz i odpowiesz
    Gilraen.

  27. DamaJ pisze:

    Niech się dzieje. moje marzenie właśnie nabiera kształtów. Jeszcze rok może dwa ale to nie ważne. Ważne że pierwsze zdania spoczęły na kartce papieru. Moja opowieść nie potrzebuje prologu albo moje myśli nie potrafią go stworzyć. Dziękuje bo wiem że nie potrzebie się zastanawiałam czy aby to dobrze zaczynać od punktu i biec do kolejnego teraz się już nie boje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *