Dlaczego nikt nie lubi elfów

Uwielbiasz Tolkiena i chcesz pisać jak on? A może bardziej pasuje Ci Sapkowski? Jeśli myślisz o tworzeniu fantasy, mam dla Ciebie przykrą wiadomość…

Zacznę od wyjaśnienia dlaczego tak dużo piszę o literaturze gatunkowej, a nie na przykład – o artystycznej. Sprawa jest prosta. Pisanie fantastyki, kryminałów czy romansów jest łatwiejsze.

I nie chodzi mi o to, że taką prozę może stworzyć ktoś mniej wyrobiony pod względem rzemiosła. Wymagania warsztatowe wszędzie są takie same, niestety! Powiedziałbym nawet, że każdy gatunek ma swój własny zestaw trików i bez specjalnego przygotowania, bez rozeznania w niuansach, da się stworzyć tylko nieintencjonalną parodię. Więc to nie to.

Czy chodzi w takim razie o ambicje literackie? Fakt, że spora część twórczości gatunkowej celowo omija wzniosłe idee oraz eksperymenty językowe. Wszystko po to, aby nie odstraszać potencjalnych odbiorców. Prawda jest jednak taka, że i do prozy gatunkowej można podejść ambitnie. Są na to niezliczone przykłady. Z polskiego podwórka wymienię choćby Dukaja.

Wykorzystywanie wzorców gatunkowych jest łatwe z zupełnie innego powodu – z powodu odbiorców. Odwołując się do tego, co już kojarzą, łatwiej nawiązać z nimi więź. Jeśli ktoś lubi kryminały, szybciej wychwyci wątki w tego typu opowieści i łatwiej będzie mu się orientować w tekście. Taki odbiorca chętniej przyjmie obietnicę składaną przez autora na początku historii. I z drugiej strony – twórcy łatwiej własnych obietnic dotrzymać, bo gdyby się zagubił, zawsze ma mapę powstałą z setek tysięcy innych, podobnych książek.

Proza gatunkowa działa, bo korzysta ze wspólnych, mocno zakorzenionych w kulturze motywów. I tu właśnie leży pies pogrzebany.

To jest tak, jak z muzyką. Niby lubimy słuchać tego, co nam się kiedyś spodobało, ale jednocześnie z każdym powtórzeniem ta sama melodia traci na wartości. W pewnym momencie dochodzi do przesytu. Szukamy nowych dźwięków – a może nawet zupełnie zmieniamy gust muzyczny.

Weźmy przykład fantasy, bo jest najbardziej wyrazisty. To gatunek w dużym stopniu zdefiniowany przez Mistrzów. Tak jest, dużą literą, bo najczęściej tak właśnie się ich traktuje. Ton całemu nurtowi nadał Tolkien. Polską fantasy ukształtował Sapkowski. Ich pisarstwo jest wyraziste i bardzo sugestywne – młodzi autorzy wchodzą w wiek twórczy porządnie przesiąknięci wizją tych gigantów. Gdy więc na myśl przychodzi termin fantasy, pierwsze skojarzenia są z pijanymi krasnoludami, tłuściutkimi niziołkami i tymi cholernymi elfami. W Polsce mieszanka dodatkowo uzupełniana jest brudem, błotem, cyniczną władzą, tępymi wieśniakami i, naturalnie, anty-bohaterem o złotym sercu.

Wszystko cacy. Kłopot tylko w tym, że po każdej wyrazistej wizji literackiej przychodzi gromadka epigonów, którzy wyczerpują ją do cna. Czasem naśladowcy giną w mrokach historii, czasem tworzą ciekawą wariację na temat oryginalnego dzieła – więc trwają w pamięci potomnych. Tak czy siak, zawsze udaje im się wyssać z pierwotnej wizji wszelkie soki. Po pewnym czasie odbiorca – czytając o elfach i krasnoludach – ma wrażenie, że „to wszystko już było”. W tysiącach odmian.

Za czasów Tolkiena proces erozji mógł trwać jeszcze kilkadziesiąt lat, ale współcześnie zachodzi w ciągu góra kilkunastu. Przyspieszyła nasza komunikacja, przyspieszył rynek wydawniczy, który nie ustaje w zalewaniu czytelników nowymi propozycjami. Jeśli szukasz inspiracji, nie ma już sensu sięgać po hity starsze niż dekada. Serio. Możesz mieć pewność, że wszystko, co świętowało szczyt popularności przed tym czasem, zostało już dawno pozbawione krwi. Wykorzystując dokładnie te same wzorce, bawisz się w animowanie trupa.

To jest właśnie największe wyzwanie dla twórców literatury gatunkowej. Jak wykorzystać powszechny wzorzec i jednocześnie nie dać się mu pochłonąć.

Jeśli jednak wszystko, co napisałem, jeszcze Cię nie przekonało – spójrz, jak zachowują się ci, którym udało się przebić na rynku. Culture.pl opisuje to dokładnie, więc zajrzyj tam, żeby zyskać dobry ogląd współczesnej prozy fantastycznej. Ja mogę Ci dać jednak wyzwanie. Idź do najbliższego Empiku i znajdź tam na półce klasyczną fantasy, taką bez udziwnień. Albo poszukaj kogoś, kto pisze jak Sapkowski (poza samym Sapkowskim).

Ten pociąg już odjechał i nie wróci. Możesz tylko iść przez pole, wydeptując własną drogę.

Nazwiska, które współcześnie kształtują polską fantastykę, to Kańtoch, Orbitowski, Twardoch, Szostak. Z całą pewnością – Grzędowicz. Być może Wegnerowi uda się na dobre wskrzesić fantasy militarystyczną. Być może więcej usłyszymy o Piskorskim. Znajdź mi u nich tolkienowskiego elfa.

Polska fantastyka w coraz większym stopniu obfituje w indywidualności – twórców trudnych do sklasyfikowania. Moim zdaniem to pozytywny trend, ale nie każdemu łatwo do niego dołączyć. Jeśli potrzebujesz konkretnej inspiracji, zainteresuj się takimi ruchami jak „New Weird” (w Polsce reprezentuje go choćby właśnie Anna Kańtoch) oraz protoplastę tegoż – „Weird Fiction” (Lovecraft). Zainteresuj się różnymi odmianami fantasy dziejącego się współcześnie (ze swojej strony polecam „Nigdziebądź” Gaimana, ale też np. opisywanego przez nas wcześniej Bena Aaronovitcha). Poczytaj więcej o fantastyce historycznej, jak choćby o steampunku.

Każdy rodzaj literatury gatunkowej da się zmodyfikować. Wzorce nie są po to, aby je wiernie powielać, lecz po to, by je udoskonalać. Pójście po linii najmniejszego oporu to dla pisarza najgorszy wybór. Nie pisz więc o smokach, krasnoludach i elfach. Nie pisz – chyba że masz całkowitą pewność, że potrafisz pokazać światy Tolkiena i Sapkowskiego w zupełnie innym świetle. W zupełnie. Innym. Świetle. Capisco?

Elfów wszyscy mają – nomen omen – powyżej uszu. Gwarantuję Ci, że każdy redaktor i wydawca, któremu wyślesz klasyczną fantasy, dostanie na jej widok białej gorączki.

 

Foto: Lou / Flickr / CC BY-ND 2.0

Zapisz się na newsletter! Spisek Pisarzy wysyła tylko to, co warto przeczytać.



Tomasz Węcki

Tomasz Węcki


Cześć, mam na imię Tomek i jestem grafomanem. Od kilkunastu lat udaje mi się połączyć przyjemne z pożytecznym i utrzymuję się przede wszystkim z pisania. Byłem już dziennikarzem, piarowcem, copywriterem, ghostwriterem, dokumentalistą i autorem tekstów do gier komputerowych. Teraz możesz również przeczytać moją pierwszą książkę – „Wtajemniczenie”.

44 odpowiedzi

  1. Thor-Scarabath pisze:

    Fantasy to uniwersalny wzorzec i powinien być traktowany jak scenografia. Takie plucie na fantastykę nie ma sensu i jest żenujące.

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Łoho! Gdzie pluję na fantastykę? Skąd TO się wzięło? 😉

      Natomiast co do „uniwersalnego wzorca” – no, trudno mi z tym polemizować, bo to po prostu nieprawda. Bardzo dokładnie można wskazać, gdzie zaczyna się fantasy – na Tolkienie. Można wskazywać też innych ojców-założycieli, np. Howarda, jeśli ktoś woli skupić się na innych nurtach tego ruchu. Oni wszyscy korzystali z wcześniej istniejących historii – z mitów – ale tych źródeł nie da się do fantasy zaliczyć. Choćby dlatego, że byłoby to rozciąganiem tego pojęcia do niedorzecznych rozmiarów.

      A co do scenografii – nie do końca się zgodzę, bo moim zdaniem forma powinna pomagać w wyrażeniu zamysłu, a nie stać sobie obok. Ale mniejsza o to. Ważne, że czytelnik ma prawo się daną scenografią znudzić. I tyle w tym filozofii. Jeśli nie wierzysz, że czytelnicy (statystycznie rzecz biorąc) mają dosyć klasycznej fantasy, to uwierz mi przynajmniej, że wydawcy i redaktorzy dosłownie tym rzygają. Jest nieproporcjonalnie wielu autorów próbujących naśladować np. styl Sapkowskiego, więc jeśli idziesz tą samą drogą, bardzo trudno będzie Ci się wybić z tej masy.

  2. Ingree pisze:

    A jednak – pomimo tego co napisałeś – pozostaje grono ludzi, którzy uwielbiają klasyczne fantasy. Grunt, to się go nie obawiać. To, że ktoś napisał przed nami o elfach nie znaczy, że nasze elfy muszą być takie same. Wiadomo, odbieganie od utrwalonego wizerunku z całą pewnością nie jest łatwe, ale nie niemożliwe. Weźmy chociażby Piekarę i jego opowiadania „Ani słowa prawdy” – elfy tam pokazane nie mają zbyt wiele wspólnego z tymi Sapkowskimi. Nie wzbudzają sympatii, nie zachwycają urodą i elegancją, ale wywołują emocje, a przecież o to chodzi. To samo smoki. Nie wyobrażam sobie pisania fantasy bez smoków w tle. Mogą sobie być wymarłą rasą, mogą być zmutowane, mogą zmienić kształt i formę, ale niech będą. Przecież nie zabiera się dzieciom cukierków 😉

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Może faktycznie w tekście zabrakło ściślejszego nacisku na to, że mówię o sytuacji młodych, początkujących twórców – bo mam wrażenie, że to właśnie oni są skłonni sięgać po fantasy jako medium wyobraźni. Schemat fantasy został już przerobiony na niezliczoną ilość sposobów i naprawdę ciężko wymyślić coś nowego, trzymając się jednocześnie wzorców. Oczywiście, że się da – przykład Piekary pasuje. W praktyce jednak jest to niezwykle trudne. A często, pomimo wysiłków, i tak pozostaje przykry posmak „to już było”. Z punktu widzenia początkujących – to jak pchać się np. na modny kierunek studiów, bo wszyscy tam idą, nie zważając na to, jakie są perspektywy zatrudnienia z danym wykształceniem. Młody pisarz fantasy ma przerąbane u wydawcy i redaktora („znowu te jebane elfy…”), a nawet u czytelników („na pewno nie jest lepszy od Sapkowskiego…”). Po co sobie robić taką krzywdę?

      Tymczasem – są alternatywy. Można pisać ciekawą fantastykę, nawet z wykorzystaniem motywów charakterystycznych dla fantasy – o ile wyjdzie się poza owcze stado.

    • Piotr "Zegarmistrz" Muszyński pisze:

      Chciałbym zabrać głos z pozycji autora fantasy. Otóż na przełomie tego roku do sprzedaży trafiła moja debiutancka powieść zatytułowana „Gambit Mocy”. Sprzedaje się (jeśli spojrzeć na temat obiektywnie) nieźle, zwłaszcza jak na powieść debiutancką.

      Niemniej jednak, zgadzam się z panem Węckim, choć inaczej postawiłbym akcenty w tej notce. Fantasy, podobnie jak kilka innych gatunków (np. romans, kryminał) ma ten problem, że jest bardzo popularne. Paradoksalnie prowadzi to do sytuacji w której trudno się z nim przebić. Spowodowane jest to kilkoma czynnikami:
      – bardzo wiele osób próbuje debiutować w tym gatunku. W efekcie czego u wydawców leżą tony powieści fantasy, których nikt nie ma czasu czytać
      – jednocześnie na rynku jest bardzo wielu dobrych, sprawdzonych pisarzy tego gatunku, tak więc wydawcy, zamiast tracić pieniądze na promowanie debiutanta mogą wydać np. powieść zagraniczną człowieka, który jest już identyfikowany i sprawdzony.
      – albo wznowić dzieło klasyka, którego promować nie trzeba
      – także promocja książki fantasy jest bardzo trudna, bowiem jest ich bardzo dużo i ciężko się w tym natłoku wyróżnić.

      Z perspektywy czasu uważam, że pomysł debiutowania fantasy był średni. Nie dlatego, że jestem niezadowolony. Jednak po prostu w innym gatunku takie same efekty mógłbym osiągnąć mniejszym nakładem sił i środków.

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Słuszna uwaga – być może podkreślenie realiów rynkowych byłoby dla wielu bardziej przekonujące. 😉

      W każdym razie, powodzenia z następną książką, bo pewnie już jest w produkcji!

    • Piotr "Zegarmistrz" Muszyński pisze:

      Dziś dostałem projekty okładek, więc prace są już dość zaawansowane.

      Natomiast wracając do tematu: niestety specyfika gatunku jest taka, że jak w Nowej Fantastyce nie mają czym wypchać numeru, to piszą teks o tym, dlaczego fani fantasy są głupi, a ci co lubią elfy w ogóle najgłupsi. W efekcie tym ostatnim uruchamia się syndrom oblężonej twierdzy za każdym razem, gdy widzą słowa krytyki pod swoim adresem.

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Dawno nie czytałem „Nowej Fantastyki”, pewnie dlatego umknął mi ten wątek.

      Z drugiej strony – NF jest jednym z najważniejszych „gatekeeperów” w stosunku do literatury fantastycznej. Niejednemu marzy się zadebiutować na jej łamach. I teraz sytuacja: wyraźnie mówią, że klasycznego fantasy mają dosyć. A i tak otrzymują tego typu tekstów całe mnóstwo. 😉 To nie jest racjonalne. Po co się męczyć w sprawie, która już na wstępie jest przegrana?

      Największy dowcip polega na tym, że ja bardzo lubię fantasy, może faktycznie nie w najbardziej kanonicznych wydaniach, ale dajcie mi magów, dajcie mi zjawiska nadprzyrodzone, nawet dajcie mi średniowiecze – i jestem szczęśliwy. No niech będą choćby smoki – też lubię. Tylko, do diadka, ile można? Jeśli ktoś chce debiutować na poletku fantastycznym, fantasy to najtrudniejszy wybór. A ludzie lgną do tego, jak ćmy do żarówek.

    • Piotr "Zegarmistrz" Muszyński pisze:

      Bo ja wiem? Powiedziałbym raczej, że w tym przypadku to jest kwestia niekompatybilności gustu. Wystarczy sobie przypomnieć wojenki z Kołodziejczakiem, Białołęcką czy Brzezińską, jakie toczyli, gdy opowiadania wyżej wymienionych pisarzy dostały nominacje do Zajdli, albo określenia typu „głupsza siostra Science Fiction” by wyjść z założenia, że oni po prostu programowo nie lubią fantasy.

      IMHO źródło problemu leży w tym, że gatunek jest popularny, nie tylko w książkach, ale też w grach i filmach. Skoro jest popularny, to jego fani próbują w nim tworzyć. Podaż zwyczajnie przerasta popyt, a o reszcie decydują prawa rynku. Do tego dochodzi myślenie stereotypowe po obydwu stronach (tzn. z jednej strony wielu debiutantów pisze powieści w rodzaju „przygody mojej postaci z Diablo” a wielu recenzentów widząc powieść fantasy debiutanta spodziewa się czegoś takiego) i silna konkurencja. W efekcie tego powstaje coś w rodzaju bańki spekulacyjnej. Nie zmieni się to dopóki nie zmienią się gusta czytelnicze.

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      No właśnie, trzymając się analogii z bańką spekulacyjną – kiedy wszyscy kupują, znak najwyższy: sprzedawać. 😉

      Co do gustów czytelniczych, osobiście mam wrażenie, że zmieniają się na naszych oczach. I, paradoksalnie, fantasy jest tutaj dobrze obstawione. Urban fantasy, chociażby, to niby inny gatunek, ale ta sama rodzina. Najbardziej dziwi mnie jednak duża różnorodność opcji – chyba nigdy tak nie było. Bardzo wielu polskich twórców fantastyki, którzy jakoś się wybili, trudno sklasyfikować w ramach gatunkowych. I teraz zastanawiam się, czy to cisza przed burzą i czeka nas jakiś przełom, nowa wizja, pochłaniająca wyobraźnię czytelników – czy też tak już zostanie, bo rynek staje się de facto coraz bardziej poszatkowany niszami.

    • Piotr "Zegarmistrz" Muszyński pisze:

      Ogólnie: bardzo wielu pisarzy fantastyki nie da się sklasyfikować i Polacy nie są tu wyjątkiem. Prawda jest taka, że to literatura wizji, w której często porywająca idea jest ważniejsza, niż jej realizacja.

      Urban Fantasy wraca co jakieś 10-15 lat, czasem wraz z innymi gatunkami pokrewnymi typu Cyberpunka. Amerykanie mają Akta Dresdena, Anglicy: Rzeki Londynu, my Jadowską. Ten gatunek faktycznie ma zalety. Po pierwsze: jest szalenie atrakcyjny, wykorzystać można w nim wiele, ciekawych elementów, w szczególności łącząc motywy i tematy kryminału, thrillera, sensacji etc. z elementami fantasy, a często też i science fiction. Połączenie takie jest często nader interesujące.

      Po drugie: w urban fantasy, co nie jest bez znaczenia można wrzucać wątki narodowe. O ile dla klasycznego fantasy jest bez znaczenia gdzie urodził się autor, bowiem zawsze jest to jakiś obcy Neverland, który różni się jeden od drugiego tym, że jedni mają magię od smoków, a drudzy od jednorożców. W efekcie człowiek konkuruje z autorami z USA, Boliwii i Bóg wie skąd jeszcze. W UF można natomiast z wielką łatwością wyjaśnić czytelnikowi i wydawcy, że to nowa, niespotykana jeszcze jakość. Dobra bo Polska.

      Po trzecie: urban fantasy ma tą zaletę, że się starzeje. Howard popełnił samobójstwo 70 lat temu, a jego książki wychodzą po dzień dzisiejszy i czyta się je równie dobrze jak kiedyś. Tolkien umarł 40 lat temu, a z rynku nie schodzą 3 tłumaczenia jego książki. I za 100 lat będzie tak samo, najwyżej ktoś uwspółcześni język tłumaczenia. Fantasy miejskie zmienia się natomiast razem z miastami. Warszawa lat 80-tych, 90-tych, przełomu wieków i 2010 to zupełnie inne miasto, cechują je inne atrakcje, inne problemy, inne miejsca, inne zjawiska społeczne. Książki napisane w różnych okresach dzieją się tak naprawdę w innych miejscach i nie konkurują ze sobą.

      A zmieniając temat: widzę chyba jeszcze jeden powód, dlaczego młodzi pisarze zaczynają od fantasy. Jest to ten sam powód, dlaczego ja zacząłem: naiwna wiara, że pozycja zostanie dokładnie przeczytana i rzetelnie oceniona. Nie wiedzą jeszcze, że czytelnik, niezależnie czy to zwykły nabywca, recenzent w gazecie czy pracownik wydawnictwa najczęściej podejmuje decyzję o czytaniu książki w ciągu 5-10 sekund od wzięcia książki do rąk, na podstawie tego, co pisze o niej z tyłu okładki.

      I nawet najlepsza treść nie pomoże jeśli nie uda się go porwać w ciągu tych 5 sekund.

    • lokje pisze:

      Nie zapominajmy o pijanym wiedźminie, będącym parodią i jednocześnie nawiązaniem do zachowania Sapkowskiego na konwentach.
      Dziękuję za wspomnienie o Piekarze, brakowało mi go w głównym tekście.

  3. chris marshall pisze:

    Nareszcie ktoś to głośno powiedział.
    Zgaduję, że fantasy jest najczęściej pisane ponieważ jest łatwe. Tworzysz bohaterów, antybohaterów kilka ciekawych (albo i nie) wątków układasz w całość i już. Podstawowa wiedza wystarczy. Żeby napisać kryminał, thriller, sensację, czy powieść obyczajową potrzeba już trochę wiedzy np. o pracy policji itp. Obecne fantasy zaczyna schodzić do poziomu harlequinów – pisane hurtowo, bez zamysłu, na starych wzorcach, sprzedawane z piątaka w kiosku i ciągnące się po kilkanaście części, bo autorom nie chce się wymyślać nowych, oryginalnych bohaterów.

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      To nie do końca tak – fantasy nie jest łatwe. Moim zdaniem, w tej chwili to absolutnie najtrudniejszy rodzaj fantastyki, właśnie dlatego, że wszyscy to wałkują. Tworzenie światów to nie lada wyzwanie, żeby to zrobić dobrze. Bohaterowie muszą być tak samo wiarygodni, jak w kryminale i sensacji. I wszystko to już zostało zrealizowane przez setki innych twórców – być może lepiej, niż którykolwiek z nas kiedykolwiek będzie w stanie.

      Fantasy to – IMO – pole do popisu dla mistrzów pióra, a nie dla ambitnych acz niedoświadczonych. Dla tych drugich to śmiertelna pułapka, w którą pakują się zdumiewająco często.

  4. Bee pisze:

    Dobrze powiedziane, chociaż z góry powiem – nie wyrokujmy. Niektórzy po prostu uwielbiają jakiś schemat i chociaż zdają sobie sprawę, że jest molestowany od każdej możliwej strony, dalej uparcie przy nim trwają. Powiem o sobie i Mastertonie. Chociaż tematyka jego horrorów jest różna, jakimś sposobem pisze ciągle w ten sam sposób. Czy mi to przeszkadza? A broń Boże. Pewnie odstąpiłabym od czytania, gdyby jakoś zmienił swój sposób prowadzenia akcji, kreowania bohaterów i mordowania ich.

    Jednak chciałabym wspomnieć o czymś gorszym niż elfy. Dużo, DUŻO gorszym! O czym mowa? Wampiry. Pamiętam, kiedy po fenomenalnym wejściu do kin błyszczącego torsu Edwarda poszłam do biblioteki poszukać czegoś o wampirach, jednak bardziej klasycznego. Znalazłam trzy półki pełne trylogii (ba! dłuższych serii) opowiadających o miłości do wampira. Różne sposoby podejścia, jedne z motywem dziedzictwa, inne jakimś ugryzieniem, ale ciągle chodziło o to samo. Temat obecnie jest tak wycyckany, tak naznaczony piętnem Meyer, że samo wypuszczenie książki o tematyce wampiropodobnej wiąże się z dużymi problemami dotarcia do odbiorcy. Bo w końcu wszyscy to znają, wszyscy wiedzą jak to się potoczy. Może to złe, ale nie sięgnęłabym po nic o wampirach. Zwłaszcza coś nowego. To taki literacki rasizm, bo jednak książki nie poznałam, a już od niej uciekam i ją hejtuje, ale co zrobić.

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Ahaha! 😀 No tak – wampiry to też zło, przynajmniej dopóki nie przeminie ich popularność. To samo zaczyna dziać się na poletku literatury romansowo-erotycznej. Po „Greyu” wszyscy bawią się pejczykiem. Tylko czekać, aż nastąpi przesyt.

      No, ale z drugiej strony – tak to wygląda, bo ludzie rzeczywiście lubią czytać więcej tego, co raz im się spodobało. Każda wizja literacka, która porwie czytelników, niedługo później porywa twórców i wydawców. Każdy chce załapać się na trend wzrostowy i liczy, że trochę tego bogactwa skapnie i jemu. Normalna sprawa na rynku – dokładnie jak bańki giełdowe.

  5. Nemesys pisze:

    To, że autor ma dość fantastyki nie oznacza, że ma tak każdy :) Pisarze tworzą dla ludzi, nie dla „autorytetów”. Ktoś lubi elfy i smoki, to może o nich czytać, ile dusza zapragnie i nie znudzi mu się to. Ja czytam od lat 12 i jeszcze nie mam dość. Są pewne specyfikacje gatunkowe i wzorce się powielają, ale po co na siłę uciekać w wydumane „coś”? Dla mnie na przykład twórczość pana Dukaja jest żenująca. Rozwlekłe flaki, pseudo-filozofia pod przykrywką „głębokiej prozy”..dziękuję, wrócę do elfów. Tutaj można sobie zadać pytanie, po co w ogóle jest literatura? Po to, żeby spełniać oczekiwania wydawcy?
    Jak na mój gust, to niech każdy pisze, co chce..byle bez zbędnego wydumania. Nawet „Sapek” miał swoje gorsze chwile, nudne do zrzygania historie itede, a jednak wpisał się do kanonu. Tak naprawdę to Tolkien powiedział wszystko w kwestii fantasy i nic nie pobije jego kunsztu i finezji, z jaką przedstawił swój świat. Według mnie to nie oznacza, że cała reszta jest przekreślona.

    FANTASY ŻYJE i właśnie teraz, jak nigdy, przeżywa swój rozkwit. Pojawiają się młodzi twórcy, którzy zasługują na uwagę. Dajmy na przykład Jadowską – stosunkowo prosto skonstruowany świat, brak „głębokiego” przekazu, a jednak CIESZY! I o to chodzi. Twórcy nie powinni się poddawać presji czegokolwiek i kogokolwiek. Do rzyci z autorytetami! Literatura ma być wolna! Won z wydumanymi pseudo-filozofami i eksperymentami na siłę. Kto będzie miał czytać o krasnalach i jednorożcach, i tak przeczyta!

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      No ej, przecież Jadowska nie tworzy klasycznego fantasy. 😉 To, co robi, to najczystszej formy urban fantasy, czyli gatunek jednak nowatorski. Nie wiem, czy warto polecać akurat Jadowską jako wzór do naśladowania (mówię bez złośliwości – pisze bardzo dobrze, ale jej bohaterka to klasyczna Mary Sue). Niemniej – twórczość tej autorki to przykład ucieczki od Tolkiena. I jak najbardziej, jeśli chcesz napisać coś w jej stylu, ja mogę tylko przyklasnąć!

      A co do fantasy w ogóle – na dobrą sprawę, nie mówię o tym, że znudziło się czytelnikom. Moim zdaniem, czuć tu już pewne znużenie, ale to ciągle najlepiej sprzedający się rodzaj fantastyki. Tak więc – mniejsza z tym, nie o to chodzi. Chodzi o to, że jako młody pisarz nie masz większych szans na rynku, jeśli tworzysz fantasy klasyczne. Głównie dlatego, że Twoje nazwisko będzie konkurować z Tolkienem, Sapkowskim – i całą rzeszą innych wpływowych twórców. To wszystko są ludzie, którzy zdefiniowali gatunek. Stworzyli narzędzia, których używasz! Wydaje się, że klasyczne fantasy jest łatwe, a tymczasem to śmiertelnie trudne wyzwanie.

      I tylko o to mi chodzi, żeby to ludziom uświadomić. Chcesz pisać o elfach – świetnie. Ale niech te elfy chociaż umieją programować jądro Linuxa.

  6. Krzysiek pisze:

    Tak sądziłem, że poruszenie tematu fantasy wprowadzi niezłą burzę komentarzy. tak więc dorzucę swoje trzy grosze.

    Uwielbienie klasyki fantasy nie bierze się jedynie z tolkiena lecz również gier komputerowych. nadmienić trzeba, że znaczna większość fantastów to właśnie gracze i wszelkiej maści nerdy, wychowane na światach DnD, Warhammer, Warcraft, Elder Scrolls i innych wielkich dziełach. Wszędzie są mundre elfy, gupie orki i średniaccy ludzie. Tomek wrzucał ostatnio link do nonsensopedii, z którym zgadzam się w 100% ! powiem więcej! jeżeli piszesz powieść fantasy, a kilka punktów pokrywa ci się z definicją nonsensopedii, zacznij zmieniać powieść, bo żaden wydawca Ci tego nie wyda.

    Wydaje mi się, że straszną bolączką fantastyki są właśnie gry i pseudo pisarze, którzy zamiast czytać, grają w gry porównując ich głębię i fabułę do książkowego odpowiednika. A potem czytamy o potężnych wojach z dwoma dwuręcznymi mieczami, przyjmującego na klatę kule ognia. w grze wyglądało to fajnie, w książce już nie za bardzo. Miałem przyjemność rozmawiać z przedstawicielem Naszej Fantastyki. Twierdził że takie problem spotyka w prawie każdej powieści napisanej przez młodocianego twórcę.

  7. chris marshall pisze:

    Pisanie fantasy spod znaku magii i miecza przypomina mi malowanie abstrakcyjnego obrazu – można mazać byle co a odbiorca pomyśli, że tak ma być i już. A problemy z przebiciem się mają wszyscy, w końcu w każdym gatunku literackim jest jakiś boss do pokonania ;p Jeśli nie wymyślisz czegoś zupełnie nowego, albo nie stworzysz czegoś mega kontrowersyjnego to zapomnij o szczycie listy bestsellerów.

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      O tak – to z pewnością prawda! Fantasy jest bardzo wyrazistym przykładem, ale nie wyjątkiem.

      W komentarzach przewija się wątek tego, że ludzie nie lubą „udziwnień” i lepiej zrobić coś klasycznie, niż „na siłę” kombinować. Cóż, z pewnością każdą kombinację da się zrobić niewprawnie, ale młody twórca, który chce się przebić, nie ma tutaj wielkiego wyboru. Musi kombinować. Musi podejmować ryzyko. Jeśli ograniczy się do status quo – pozostanie tam, gdzie jest.

      Każdy nowy twórca jest z zasady rewolucjonistą, chce tego czy nie. A „bossów” literackich nie da się pokonać ich własnymi metodami, bo to oni jej wymyślili. Dopóki gra toczy się na ich boisku, pokonają każdego. Zwycięstwo wymaga łamania ustalonych zasad, zmiany terenu – odwagi.

  8. chris marshall pisze:

    O wojach machających dwoma a nawet trzema dwuręcznymi mieczami możemy poczytać na forach portali typu ‚Weryfikatorium’ :)

  9. Totoj pisze:

    Sapkowski ukształtował polską fantasy?! Co idiotyczny artykuł…
    To, iż jest najbardziej popularny nie oznacza, że ją ukształtował.
    A nawiasem mówiąc, to jak się o czymś wypowiada, pisze artykuł… Ba! Powieść nawet, to lepiej poznać temat dogłębnie a nie z głowy pizgać na lewo i prawo. Albowiem pajaca łatwo w ten sposób z siebie uczynić.

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Ehehehe. 😀 Uwielbiam taki trolling. Aż się boję zapytać, kto w takim razie miał większy wpływ na polską fantasy od Sapkowskiego… Się jeszcze okaże, że nie znam osoby – i wyjdę nie tylko na pajaca, ale do tego na ignoranta.

    • Krzysiek pisze:

      As miał bardzo duży wpływ na obraz fantastyki w Polsce. Wypromował archetyp bad boya jakim jest wiedźmin, a także dark fantasy przesycone seksem i brudem. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że Piekara tworząc przygody Mordimera czerpał z Sapkowskiego garściami, a to jeden z najpopularniejszych obecnych pisarzy.

  10. Scathach Scathach pisze:

    Fantasy to zdecydowanie mój ulubiony gatunek i często w nim piszę. Ale fantasy do klasyki w stylu Sapkowskiego się nie ogranicza – i to jest w tym wszystkim najlepsze! Różnorodność. Wszyscy tworzą coś nowego, ale to wciąż jest moje ukochane FANTASY. Nawet jeśli nie ma w nim elfów, tylko całkiem współczesna Warszawa.
    Czy chciałabym być „drugim Tolkienem”? Może. Ale nie jeśli chodzi o stworzenie trylogii o elfach i niziołkach, a o wpływ na literaturę w pojęciu światowym. Chyba każdy pisarz by tego chciał…
    Zgodzę się, że próby naśladowania wielkich nazwisk prekursorów prowadzą donikąd. Bo przecież… Gdyby wszyscy pisali jak Sapkowski, kto czytałby „Wiedźmina”? Gdyby każdy tworzył taki świat, jak Tolkien, kto zawracałby sobie głowę Śródziemiem? Gdyby elfy u każdego wyglądały tak samo, kto odróżniałby od siebie książki? Powielanie było modne w renesansie, teraz rzeczywiście by nie przeszło. Ale też i nie ma racji bytu coś, co, parafrazując Sapkowskiego, można spokojnie nazwać nie niebem, a gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu. Tylko czy na gwiazdach mieszczących się w stawie świat się kończy? Nie. Można przecież odkrywać nowe konstelacje. I to na tym samym niebie, nawet jeśli nie widać go w tym konkretnym stawie 😉
    I pointa: sęk nie w tym, by NIE PISAĆ fantasy. Sęk w tym, by pisanie tego fantasy miało jakikolwiek sens.

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Och, ale przecież mi właśnie o to chodzi. 😉 Jeśli ktoś potrafi dać elfom nowe życie, niech próbuje. Niech ma tylko świadomość, że to niełatwe zadanie, a po drodze czeka mnóstwo pułapek. Słowem – wyzwanie dla herosów pióra, a nie dla debiutantów.

      • Scathach Scathach pisze:

        W zasadzie nie chciałam zaprzeczać wnioskom z tego wpisu, a raczej zauważyć, że naśladownictwo samo w sobie nie ma sensu, więc i tak nie pchałabym się z tolkienowskimi elfami do wydawnictwa…

        Może i rzeczywiście wyzwanie dla herosów pióra.
        Pozostaje mi więc zostać herosem zanim zadebiutuję!
        Oh, wait…
        Ale kto mówi, że nie można debiutować dwa razy, za każdym razem w innym gatunku? 😉

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Jeśli bardzo chcesz, nikt Cię nie powstrzyma. 😉

  11. Krzysiek pisze:

    Fantastyka sama w sobie nawet nie jest strikte gatunkiem literackim. powiedziałbym że jest to jedynie tło wydarzeń, a czy będzie przetykany romansem, horrorem, kryminalną zagadką, czy jeszcze czymś innym wszystko zależy od autora.

    Klasyczne fantasy może być dobre dla początkującego pisarza, żeby nauczyć się pisać konkretne sceny. np. pojedynek magów, walka ze smokiem, czy oblężenie zamku.

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      A, no ale to są zupełnie dwie różne sprawy – naśladować najpopularniejsze wzorce w ramach ćwiczeń i naśladować je z nadzieją, że porwie to czytelników i przyniesie Zajdla.

  12. Dzień dobry, kłania się Łukasz Śmigiel z Wydawnictwa Twoje Historie. Bardzo ciekawy artykuł. O tym, dlaczego wydawcy nie przepadają za maszynopisami o elfach, o czym w ogóle warto pisać i skąd wziął się sukces „Wiedźmina”, piszę w nowym wpisie na swoim wydawniczym blogu. Pod temat dyskusji pasuje idealnie.

  13. Knight Martius pisze:

    Czy tutaj nie chodzi nie tyle o sam fakt trzymania się klasycznego fantasy, co o bezmyślne naśladownictwo, tzn. branie elementów z Tolkiena/Sapkowskiego/wstawić-tu-innego-znanego-pisarza bez zastanawiania się, czemu tak naprawdę mają one służyć? Limyaael prowadziła stronę http://www.forresterlabs.com/limyaael/titlelistall (osobom piszącym fantasy i znającym angielski – polecam), na której bezlitośnie punktowała błędy popełniane przez autorów fantasy, z trzymaniem się kliszy i stereotypów włącznie. Np. w artykule o elfach proponowała, żeby przemyśleć je pod kątem tego, jak przy swoich cechach i upodobaniach zorganizowałyby się w społeczeństwo (chociażby długowieczność – co z tego wynika, poza tym, że, dajmy na to, są bardziej cierpliwe?). Chodzi o to, aby przedstawić je jako obcą rasę z własną kulturą, a nie po prostu ludzi z długimi uszami, długimi żywotami i długimi innymi przymiotami (np. łukami ;)). Z drugiej strony początkujący pisarz siłą rzeczy nie jest w stanie uniknąć takiego naśladownictwa, chyba że jest geniuszem…

    Nie ukrywam jednak, że artykuł trochę mnie przeraził, bo moim gatunkiem jest właśnie przygodowe fantasy. Z drugiej strony staram się nie trzymać ściśle kanonu ustalonego przez Mistrzów, tylko raczej pisać o tym, co lubię (a uwielbiam wszelkiej maści istoty fantastyczne, z antro na czele. Dlatego jedną z aktualnie rozwijanych przeze mnie ras są smokowcy. Przypadek?).

  14. Phoe pisze:

    Podczas czytania wciąż pobrzmiewało mi w głowie, a jak nazwać więc fanfiction, bo „animowanie trupa” nie wyczerpuje tego zjawiska. FF powielają nie tylko kanon, ale także same siebie 😀 Dawno nie trafiłam na pomysł, który „gdzieś już nie był”, przez co wylewam łzy rozpaczy, ale mimo to wciąż lubię FF czytać. Tak już mam, że jako czytelnik czuję się dobrze na starym, dobrze znanym poletku. Widzę podobną tendencję w fantasy. Niemal wszystko przemielone, ale popularność nie spada.

  15. Elfir pisze:

    Mnie nie przeszkadzają elfy w fantasy. Przeszkadza mi gdy elfy sa tylko bardziej ładną, mądrą i długowieczną wersją człowieka, takimi opkowymi marysujkami.
    U Tolkiena to wybaczam, bo to raczej epos niż powieść.
    Ale zawsze mnie zastanawiało jak te elfy w lasach tworzyły takie wielkie cywilizacje? Z opisów kreuje się je na plemiona łowiecko-zbierackie (bo o elfach pasterzach i rolnikach jakoś się nie czyta), które powinny bardzo szybko przegrać z rolniczą, rozwiajacą się cywilizacją ludzkiego średniowiecza. Poza tym zwykle przesiadują w danym świecie dłużej niż człowiek, są niby bardzo mądre, a nie potrafią wyjśc poza łuk i miecz w kwesti uzbrojenia. Całą wiedze metalurgiczną trawią na tworzenie świecidełek a nie wymyślenie dośc prostej maszyny parowej czy artylerii.
    To jest najwiekszym problemem mnożenia ras w swiatach fantasy – autorzy nie mają opracowanej dobrze koncepcji rozwoju cywilizacyjnego. Zakłada się, że cała kultura tam stoi w miejscu od setek lat (a u elfów od tysięcy) i w zasadzie wszytskie rasy mają ten sam schemat rozwoju.
    Gdyby ktoś jeszcze jakoś uwiarygodnił konserwatyzm cywilizacyjny elfów.

    Dla własnej przyjemności stworzyłam sobie pomysł na alternatywną Ziemię, gdzie elfy są jednym z gatunków Homo. Homo neandertalensis to w przyszłości beda karły, krasnoludy, które zostały przepędzone w góry Północy przez nacierającego z Afryki Homo sapiens. Przodkowie moich elfów powędrowali na południe Afryki i przedostali na obszary obecnej Antarktydy w okresie zlodowacenia. Opierałam się na teorii zmiany osi nachylenia Ziemi i wówczas Antarktyda byłaby w strefie umiarkowanej do zimnej. Z przyczyn środowiskowych (duże dzienne drapiezniki) musieli przyzwyczaić się do półmroku (duże oczy, dobre widzenie w ciemnościach) i aktywności nad ranem i wieczorem. Wysoka jakość życia wydłużyła wiek do ok 150 lat (czyli średnio 3 pokolenia ludzkie średniowiecza). Kilkanascie tysięcy lat dało rozwój techniczny porównywalny z naszym XIX/XX wiekiem, ale bez wielkiej chęci ekspansji terytorialnej – ot kilka mniejszych koloni na wybrzeżach różnych kontynentów (moje elfy są kompletnymi konserwatystami, sabarytami, a poza Antarktydą jest kompletną dziczą). I w pewnym momencie Ziemię dotyka kataklizm – zmiana nachylenia osi ziemskiej i tym samym gwałtowna zmiana klimatu (cofnięcie się zmarzliny w Europie a zamarznięcie Antarktydy), wielka panziemska powódź, „gwiazdy spadają z nieboskłonu”, wybuchy wulkanów, trzęsienia ziemi itd. Wszytsko to, co opisywano w mitach. Cała technologia i ogromna wiekszosc populacji elfów zostaje zniszczona w ciągu kilku miesięcy.
    Pozostaja niedobitki na różnych kontynentach, które rozpływają się w masie Homo sapiens. To o nich powstają ludzkie mity o nauczycielach zza morza. O kontynencie, który został skazany przez bogów na zniszczenie. Bo elfy mają wrażenie, że to przez ich eksperymenty z rozszepianiem atomu doszło do kataklizmu. Ocalała jednynie większa grupa pod wodzą wizjonera, który przewidując zagładę, zorganizował na terenach obecnej Sahary (te tereny były kiedyś żyznymi sawannami) zabezpieczoną enklawę. Ocaleni mają wyrywkową wiedzę na wiele tematów niedostępnych ludziom, ale brakuje im technologii by rozwinąc cywilizację (bo zacząc trzeba byłoby do górnictwa i metalurgii). Zaczynają się gwałtownie cofać cywilizacyjnie. Poza tym boją się, że nieprzemyslany rozwoj technologii doprowadzi do kolejnej katastrofy. Dlatego ich ponowne odrodzenie jest bardzo powolne, ostrożne, ale jednocześnie mają zaawansowaną wiedzę przekazywaną ustnie (potem pisemnie), której nierzadko nawet nie rozumieją w pełni. Czyli jest to taka wersja fantasy swiata postapokaliptycznego.

    Z czasem elfy opuszczają pustynniejącą Saharę i wedrują ku północy, do Europy (szlakiem, tak jak rozwijały się wielkie europejskie cywilizacje – Egipt-Sumer-Grecja). Uczą ludzi uprawy roli, szukają zwierząt do oswojenia. Dzięki temu skracam okres w historii świata między ostatnim zlodowaceniem a pierwszymi ludzkimi miastami – jakieś 15 tyś lat. I uwiarygadniam podobieństwo cywilizacyjne ludzi i elfów, jednoczesnie robiąc elfy istotami przekonanymi o swojej wyższości intelektualnej i starszeństwie. Elfy szukają miejsc do osiedlenia w miarę bezpiecznych tektonicznie i o podobnym klimacie jak ich utracona ojczyzna, stąd trafiają na obszary dzisiejszej Francji, Niemiec, Czech, Słowacji.
    Oczywiście cały opis ewolucji swiata jest o wiele dłuższy i bardziej skomplikowany. Dochodzi polityka, religia, animozje z homo sapiens, itd.

    Cały ten wyobrażony świat to tylko ćwiczenie intelektualne, bo nie wymyślałam dla niego zadnych specjalnych bohaterów i przygód.
    a zrobiła to tylko dlatego, że autorzy fantasy mają w większości przypadków swoje światy płytkie jak kałuża.

  16. Oskar von Eicken pisze:

    Helloł :) Ostatni koment został już dodany trochę temu, więc wątpię, że ten zostanie przeczytany, mimo to chciałbym się podzielić swoim zdaniem. Zacznę pochwałami dla tej strony, taka mała skarbnica dla każdego początkującego twórcy, ale i dla tego bardziej zaawansowanego, w końcu każdy może coś (chcieć) poprawić. W szczególności artykuły Pana Tomasza mi odpowiadają. Szczerze, od kilku dni czytam wszystko po kolei i przyznam, że nie jedna książka tak nie wciąga (łącznie z komentarzami 😉 ).

    Ten temat wraz z toczącą się pod nim „bitwą” na poglądy zachęcił mnie do dorzucenia swoich pięciu groszy. Uważam, że wszyscy zapominacie o jednym. O historii która zostaje opowiedziana. Nie, nie chodzi mi o pochodzenie rasy, to są smaczki, ale na co nam smaczki i przemyślane w najdrobniejszych elementach światy, jeśli sama fabuła jest do kitu? Co z tego, że ktoś korzysta już z utartych szlaków, niemal kopiuje rasy tych tak zwanych „mistrzów”? Jeśli wykorzysta siłę którą daje dobra i przemyślana historia to nie ma się co obawiać. Fakt, nieco cięższa może okazać się próba przebicia nie zapodając nic nowatorskiego, ale żyjemy w XXI wieku. Tam gdzie są chęci znajdzie się jakiś sposób, trzeba być tylko cierpliwym i wytrwałym. Niemniej popieram również Pana Tomasza, nowatorskie podejście do oklepanych tematów a nawet całkowite pominięcie ich może okazać się kluczem do sukcesu. Trzeba znaleźć złoty środek. Może (trzymając się elfów-choć można odnieść to także do innych ras) warto czasem pominąć opis miejsc w których mieszkają, poziom cywilizacyjny na którym się znajdują czy inne elementy tego typu i skupić się na wydarzeniach. Dajmy czytelnikowi możliwość rozmyślania o tym, przedstawmy kilka niezależnych elfów nie opowiadając o tym skąd pochodzą, jaką mają przeszłość. Opiszmy ich takimi jakimi są teraz, wejdźmy w ich myśli, dajmy im wspólne cechy a odbiorca samemu zacznie to zauważać i snuć o tym, co tam w tle może się „kryć”, jakie elfy są naprawdę? Jeśli uda się pobudzić wyobraźnię czytelnika, to wygrana praktycznie w kieszeni, do tego każdy z nich/nas chce mieć możliwość dopowiedzenia sobie czegoś własnego (a przynajmniej ja), przez to można się jeszcze bardziej „zaangażować” a doznania z lektury są przyjemniejsze bo sami stajemy się pewnego rodzaju twórcami.

    To wszystko moje zdanie, które dla Was może być totalną bzdurą. Nie narzucam nikomu „poprawnej wersji” bo takowej zwyczajnie nie ma. Chciałbym jedynie podkreślić, że każdy sposób może być dobry. Nieco słabszą historię możemy zrekompensować nowatorskimi pomysłami, odpowiednim tempem i różnymi metodami opisanymi między innymi na tej stronie. Sposobów by dotrzeć do gustów czytelników jest multum, bo każdy (jak nawet widać w powyższych komentarzach) ma swój indywidualny, i nawet jeśli nie dotrzecie do jednego, to pewnie znajdzie się ktoś inny kto Was doceni.

    Przyznam, że nie jestem przykładnym czytelnikiem… W życiu przeczytałem raptem około 25 książek (pewnie nie powinienem się tym chwalić w takim „miejscu”), mimo to zacząłem tworzyć coś własnego. Inspirowały mnie różne doświadczenia, muzyka (od LinkinPark’a przez Disturbed po bardziej spokojne) oraz własne krytyczne podejście do tego co czytałem czy oglądałem. Chciałem wszędzie coś poprawiać, bo jak dla mnie było nieprzemyślane, głupie, nudne itp. Przez 5 lat zbierały się w mojej głowie pomysły, ewoluowały, i po pewnym czasie (zupełnie przypadkiem) zaczęła się tworzyć z nich historia. Dziewczyna dała mi „kopa” żeby coś z tym zrobić, żeby zacząć działać a nie tylko marzyć, i tak się stało. Kilka tygodni temu ruszyłem porządnie z całą sprawą (niestety studia nieco utrudniają sprawny postęp a chciałbym się temu całkowicie poświęcić:/ ale ważne, że działam!). Efektem na chwile obecną jest plan/zarys cyklu na około 9 do 11 części! A z każdym szczegółowym planem na kolejną część pojawiają się nowe idee. Wiem, „ktoś kto tyle przeczytał co on… To jakiś żart”. Może i się zgadza, ale widzę w tym plusy. Brak oczytania w tej tematyce daje mi większe szanse wymyślenia czegoś nietypowego, a nawet jeśli powielę jakiś motyw, czy to złe? Skądże, póki całość współgra to moje doświadczenie nie ma znaczenia. Mam nowe motywy, rasy i inne elementy (tak wyszło po rozmowie ze znajomymi [maniakami fantastyki]), Niektóre z nich rozgrywają się tylko w jednej części, inne pojawiają się gdzieś w środku i znikają po 2-3 cz., są wątki ciągnące się przez cały cykl oraz wiele wiele innych. Może to ambitne przedsięwzięcie, ale nie boję się tego, nie obawiam się także niepowodzenia. W najgorszym wypadku się nie przyjmie, i co? I nic, nie straciłem czasu, bo robiłem coś co kocham, tworzyłem, kreowałem, bawiłem się, i to chyba powinno być dla autora najważniejsze. Kto to straci i tworzy już tylko dla pieniędzy w końcu straci także fanów. Wybór należy do Was, ja będę z siebie zadowolony bo dotrę do etapu do którego dociera ułamek ludzi którym rodzi się w głowach pomysł napisania książki. Mam nadzieję, że i Wam i mi się powiedzie 😉

    PS. Co do Tolkiena, kocham Hobbita, przeczytałem 3 a może nawet 4 razy, natomiast po 60-70 stronach Władcy Pierścieni poddałem się i pominąłem ten „filar” świata fantasy (może dałem zbyt mały kredyt zaufania, ale po tylu stronach już bym się czegoś spodziewał). Co do wiedźmina, postać ciekawa, historia rozbudowana, trubadur jest świetny tak samo jak postacie kilku Pań, mimo to nie powiedziałbym, że jest epicki- db na chwile obecną. Może to wina czytania ostatniej z wydanych książek jako pierwszą (która podobno jest słabsza), jednak pierwsza z serii z Ciri także mnie nie porwała, i jakoś nie potrafię się zabrać za dalsze, warto? A moim ulubionym polskim tytułem jest „Siewca Wiatru” Kossakowskiej. Dla mnie cudo, ale może jestem dziwny 😀 Jeśli ktoś dotarł do końca to przepraszam, że mój komentarz stał się tak obszerny:)

    PS. Jedyna obawa w tworzeniu, to mój styl a przede wszystkim zasób słów który może nieco wpłynąć na efekt końcowy, ale nie ma się co poddawać, to można doszlifować :)

    Pozdrawiam i liczę na dalsze ciekawe i pomocne artykuły!

  17. Jarek pisze:

    Zawsze się znajdzie czytelnik, (w tym wypadku ja sam) który raczej sięga po nowych autorów, więc może znajdzie miejsce na rynku dla autorów „klasycznych debiutów”. Inną sprawą jest, czy ktokolwiek zechce to wydać. W każdym razie, chciałbym podzielić się moim spostrzeżeniem w kwestii użyteczności fantasy jako gatunku, zwłaszcza dla początkujących autorów.
    Zacząłem swoją „książkę próbną” z myślą, że skoro nic nie potrafię pisać (pisałem wcześniej poezję i „felietony”), zacznę zabawę z prozą od fantastyki. Wiedziałem, że będę mógł pod nią podpiąć niemal wszystko, więc, w obecnej formie, jest średnio-spójną zbieraniną nonsensów i dziwnych literackich eksperymentów przelanych na papier. Wcześniej sceptycznie podchodziłem do propozycji znajomych – „a może spróbuj to wydać”, jednak po czasie spędzonym nad tekstem okopałem się w pozycji, że to jest próba i niech nią pozostanie.
    Przyznam, pisanie fantastyki to świetna nauka i zabawa. Napiszę jeszcze dziesiątki innych rzeczy, ale bardzo cieszę się, że wybrałem właśnie ten gatunek na swoją literacką próbę. Pozwala wyobraźni z łatwością kształtować nowe sytuacje, naginać wszelkie ramy. Dzięki temu płynnie idę dalej, piszę więcej, rozwijam zdolności, po prostu się uczę. Oczywiście warto też narzucić sobie pewne ograniczenia. Nie można pisać jednej historii bez końca, (jak ja, ucząc się na mojej od 2008 roku) bowiem to samo z siebie przytępia rozwój. A może dłuższe opowiadanie? Czemu nie? Jeśli chcemy poćwiczyć samo pisanie, fantastyka nada się idealnie.
    Wiem, że wybranie gatunku, w którym dany pisarz czuje się najlepiej, zależy od indywidualnego podejścia, ale to takie moje przemyślenie w tym temacie. Jeśli klasyczna fantastyka Cię pociąga, pisz ją. Rób to co lubisz, pisz. Może teraz niekoniecznie dla innych, dla „większego odbiorcy”, a dla siebie. Odbiorca znajdzie się z czasem, jak już skończysz. Dla niektórych to będzie jedna historia, dla innych szesnasta. Grunt, żeby trenować. Cały czas rozwijać siebie, jako człowieka. Powiększać swoje zdolności, jako pisarza.

  18. chris.m pisze:

    Mam to samo odczucie, Tomku, kiedy widzę opowieści spod znaku Post-Apo.

  19. Kochana pisze:

    Zgodzę się z treścią zawartą w artykule – przejadło się. Mam prawie piętnaście lat, a nie czytając żadnej książki z serii „średniowieczne fantasty” już mi się ono znudziło. W samych mediach roi się od krasnoludów, czarodziejów, elfów i smoków. Mam ich po prostu dość, więc po co mi jeszcze o tym czytać? Ale mówię: co mi tam, wszyscy tak chwalą „Władcę Pierścieni”, to przeczytam. Tolkien mi obrzydził „magiczne średniowiecze”. Po dwudziestu stronach nie wydarzyło się nic, a ja już poznałam całe drzewo genealogiczne Bilba… nie doczytałam do końca i się poddałam. Sądzę więc, że jest wielu pisarzy, którzy swoim warsztatem literackim oferują więcej i mogliby napisać to lepiej. Nie zmienia to jednak faktu, że temat się wyczerpał i jest najzwyczajniej w świecie nudny. Równie dobrze można napisać kolejne fanfiction.
    Jednak fenomen Rowling i „Harry’ego Pottera” nie jest niczym dziwnym. Występują tam czarodzieje, smoki i inne magiczne stwory. Szkoły magii już były? Były. Rowling pokazała to jednak w nowym świetle. Nie było Internetu, elektroniki(jak wcześniej), ale byli mugole. Była współczesność, świetny pomysł, autentyczni bohaterowie i przede wszystkim: pisała tak, że było to ciekawe.

  20. MadCat pisze:

    Ja tam lubię elfy, można z nich pośmieszkować

  21. Amanda pisze:

    Fantasy jest trudna dziedzina pisania, wystarczy pójść do empiku i wybrać losowo 20 pozycji z różnych sag czy trylogii. Przynajmniej 19 będzie napisane tak żałosnym językiem, schemat (młody wybrany przez wizje i inne wróżki bohater który pokona całe zło – koniecznie wizja) będzie oklepany, świat przedstawiony tylko na okładce. Główny bohater oprócz tego, że jest odważny nie ma nic soba do zaoferowania. Już nie pamiętam, kiedy ostatni raz czytałam dobre fantasy, chyba z kilka lat temu. Po prostu wydaje mi się, że większość tych pisarzy nie potrafi pisać, bo ograniczają się tylko do tej części fantasy powieści. A brakuje tych ludzkich cech bohatera – czy jest dowcipny, złośliwy, gadatliwy, czy ma jakieś nawyki itd. Czekam zniecierpliwiona na ambitną fantasy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *