Pisarz w służbie (cudzego) dobra

„Ale postacie w powieściach nie odchodzą̨ ot tak sobie. Bóg zabiera je do siebie, kiedy uzna, że nadszedł ich czas, a pisarz jest Bogiem dla postaci w swojej powieści — tworzy je tak, jak Bóg stworzył nas i nikt nie może żądać od Boga wyjaśnień (…)”

— Stephen King, „Misery”

Rękopis spoczywający na dnie starego pudła na kapelusze skrywał niegdyś rudowłosą dziewczynkę, którą wkrótce miał pokochać cały świat. Panna Montgomery, choć początkowo zniechęcona przez nieudane próby wydania swojej powieści, postanowiła raz jeszcze spakować w kopertę leżący odłogiem manuskrypt siedmiu rozdziałów i wysłać go do firmy wydawniczej w Bostonie… Gdy skończyła, Ania Shirley z sierocińca w Hopetown po raz pierwszy trafiła na Zielone Wzgórze. Potem miała przyjeżdżać tam setki tysięcy razy by za każdym razem na nowo zachwycać się widokiem alei zakochanych, jeziora lśniących wód, lasu duchów czy doliny fiołków. Panna Montgomery nie mogłaby wtedy przypuszczać, że ta niewinna dziewczynka z włosami splecionymi w dwa warkocze, nosząca sukienki z drogietu, która poetyzuje otaczającą ją przyrodę, zacznie się kiedyś stawać jej przekleństwem.

Sobota, 20 czerwca 1908

Cavendish, W.K.E.

Dzisiaj, jak powiedziałaby Ania, nastała epoka w moim życiu. Moja książka nadeszła właśnie od wydawcy. I radośnie wyznaję, że był to dla mnie pełen dumy, cudowny, ekscytujący moment! Oto w moich dłoniach spoczęła, namacalne spełnienie wszystkich marzeń, nadziei, ambicji i zmagań całej mojej świadomej egzystencji – moja pierwsza książka!

Może nie wspaniała, ale – moja, moja, moja – Coś, co JA powołałam do życia – coś, co – gdyby nie JA – nigdy by nie zaistniało.

(z dziennika L.M.M.)

W pierwszych latach sprzedano ponad sto tysięcy egzemplarzy książki „Ani z Zielonego Wzgórza”. W przeciągu sześciu lat od 10 czerwca 1908 roku ukazało się 37 wydań. Mimo że wielbiciele talentu autorki chcieli poznać dalsze losy swojej ukochanej bohaterki, to jej twórczyni wolała unikać rozgłosu i pragnęła poprzestać na pierwszym tomie, który zresztą uważała za wciąż niedopracowany. Jednak rosnąca presja i niekorzystna umowa z wydawcą, który na jej mocy miał prawo domagać się kontynuacji, sprawiły, że Lucy Maud Montgomery w niemal obłąkańczy sposób musiała zacząć dzielić swoje życie z dojrzewającą na kartach powieści Anną Shirley. Blisko 40 lat później, gdy na biurko wydawcy trafił ostatni maszynopis dziewiątego tomu, jeszcze tego samego dnia autorka miała popełnić samobójstwo w swoim domu w Toronto.

 

Raz na zawsze kończę serię o Ani, przysięgam na bogów z Olimpu. Z chwilą, gdy Ania przestała być natchnieniem, zaczęła prześladować mnie jak zmora.

(z dziennika L.M.M.)

Za każdym razem Anna Shirley rozpoczynała nowe życie w głowie kolejnego czytelnika, który zżywał się z nią widząc w niej swoją starszą siostrę, dorastającą córkę, czy też godną naśladowania rówieśniczkę. Anna z Zielonego Wzgórza stała się dobrem publicznym. Czy, jak się rzekło na początku, Lucy Maud Montgomery naprawdę mogła być bogiem w wymyślonym świecie prowincjonalnej kanady? Mogła nieodwracalnie zakląć rzeczywistość wsi Avonlea i sprawić, że Ania byłaby w niej zawsze małą dziewczynką, do której w każdej chwili można powrócić? Jedno jest pewne. Pisarz jest bogiem, który czasami odpowiada na modlitwy, a czasami w gniewie ciska śmiertelnymi piorunami.

Widzę jedno wyjście: śmierć

Najbardziej rozsławionym przypadkiem bohatera, którego stwórca musiał odpowiedzieć na modlitwy całej wiktoriańskiej Anglii był Sherlock Holmes – postać stworzona przez Arthura Conan Doyle’a. Gdy ten postanowił uśmiercić detektywa w utworze „Ostatnia Zagadka” (Watson informuje czytelnika, że Sherlock i profesor Moriarty w wyniku zaciekłej walki zginęli razem w przepaści w Alpach Szwajcarskich), naród brytyjski wszczął demonstracje żądając powrotu bohatera. Noszone na znak żałoby czarne przepaski na ramieniu oraz korespondencja od matki autora, w której został przez nią zrugany (“Zabić tego przemiłego pana Holmesa? Głupota! Ani mi się̨ waż!”) spowodowały, że cudownie ocalały Holmes powrócił w opowiadaniu „Pusty Dom”.

W literaturze współczesnej mamy przykład chociażby Henninga Mankella, który swoją światową sławę zawdzięcza przede wszystkim serii powieści kryminalnych o Kurcie Wallanderze. Mankell wyrządził krzywdę milionom czytelników, gdy postanowił na dobre rozstać się po tylu latach ze znienawidzoną przez siebie postacią komisarza policji („Nie lubię Kurta Wallandera i gdybyśmy spotkali się przy jednym stole, doszłoby do awantury”). Przypadek ten jest o tyle ciekawy, że Mankell celowo w ostatnich częściach powieści starał się zniechęcać czytelników do stworzonego przez siebie bohatera.

Bywało, że autorzy uśmiercali swoich bohaterów, nie tylko dlatego, że osobiście mieli już dość ich wiecznego towarzystwa, ale również po to by zapobiec kolejnym naśladownictwom czy kontynuacjom. Ciekawym przykładem jest rywalizacja pomiędzy Cervantesem a Avellanedem, który postanowił kontynuować po swojemu wątki Don Kichota. Obaj autorzy wymieniali się zarzutami i inwektywami w przedmowach do swoich kolejnych książek. Ceravantes, nie widząc wyjścia z tego impasu, postanowił ostatecznie uśmiercić szlachcica z Manchy by zakończyć toczący się spór.

Zostaw go! On jest mój!

Jackie Collins, brytyjska pisarka powieści sensacyjno-obyczajowych, przyznała w jednym z wywiadów, że czytelnicy piszą do niej listy z prośbami by oszczędzała ich ulubionych bohaterów – „(…) Na przykład zawsze proszą, żebym nikogo nie uśmiercała. I dla mnie, jako dla pisarki, jest to dość trudne. W książce, nad którą obecnie pracuję: „The Santangelos”, jedna z postaci zostanie uśmiercona. Czytelnicy chyba oszaleją kiedy się dowiedzą która. Ale na to mają jeszcze rok.”

Kuriozalnym przykładem relacji autor-czytelnik są fani korespondujący z Małgorzatą Musierowicz, którzy wskazują jej błędy, mają pretensje o zmiany w charakterystyce postaci albo domagają się określonych rozwiązań fabularnych. Choć brzmi to na pozór dość niewinnie i można by traktować takie korespondencje z przymrużeniem oka, to jednak warto pamiętać, że literatura potrafi bardzo mocno przylegać do realnego życia, a życia niektórych ludzi lepiej nie lekceważyć. Pokazał to chociażby „Buszujący w zbożu” J.D. Salingera, który jest uznawany za ulubioną powieść psychopatów i morderców. Niech na potwierdzenie tego posłuży wzmianka o Marku Davidzie Chapmanie, który w roku 1980, gdy zamordował Johna Lennona, podczas aresztowania miał przy sobie egzemplarz „Buszującego w zbożu”. Natomiast John Hinckley Jr., który w roku 1981 roku próbował zastrzelić prezydenta Ronalda Reagana, miał obsesję na punkcie tej książki. Chciał nawet zmienić imię i nazwisko na Holden Caulfield (główny bohater książki).

Osobisty stosunek autora do bohatera może zaważyć na ich wspólnym losie, co pokazał przykład ostatniej powieści o detektywie Herkulesie Poirot, gdzie główny bohater zostaje uśmiercony, bo – jak wytłumaczyła w swoim pamiętniku Agatha Christie – zawsze uważała go za nieznośnego. Natomiast słynna postać panny Marple, której rysy były wzorowane na babce autorki, po rozwiązaniu ostatniej tajemnicy spokojnie powróciła do swojej wioski. Z kolei w polskiej literaturze często przywołuje się historię, jakoby Staś Tarkowski z książki „W pustyni i w puszczy” H. Sienkiewicza był w rzeczywistości poznanym przez autora synem miejscowego woźnicy w Rudawie, gdzie ów przebywał na wakacjach. Ponoć noblista tak polubił się z rezolutnym Stasiem, że to właśnie jemu postanowił poświęcić miejsce w książce.

Bohater narodowy

Narodem, który najbardziej żyje losami swoich fikcyjnych bohaterów są Stany Zjednoczone. Jeśli ichniejsze popularne serie komiksowe przeżywały kryzys sprzedażowy, to zawsze w takiej sytuacji podejmowano decyzję o uśmiercaniu ich bohaterów, by potem, przynajmniej niektórych z nich, przywracać do życia. Po tamtej części globu jest to każdorazowo wielkie wydarzenie, któremu nawet nie byłyby w stanie dorównać kolejne spekulacje dotyczące śmierci któregoś z bohaterów sagi J.K. Rowling. Albo – kolejnej ekranizacji bohatera Francji – Mikołajka, czy też Tintina, którego postać uchodzi niemal za dobro narodowe Belgów (ze względu na premierę kolejnej filmowej adaptacji na kilka godzin zostały zawieszone obrady Parlamentu Europejskiego dotyczące zadłużenia Grecji, bowiem w imprezie postanowili uczestniczyć sam premier Belgii i wszyscy państwowi oficjele). Wszystko to oczywiście blednie na tle histerii wywoływanej każdym kolejnym sezonem serialu „Gra o Tron” na podstawie cyklu „Pieśń Lodu i Ognia” George’a R. R. Martina („Chcę, żeby moi czytelnicy i widzowie odczuwali strach, kiedy jakiejś postaci coś zagraża, chcę, żeby się bali przewrócić kolejną stronę w obawie, że dany bohater może nie przeżyć”).

Toksyczna miłość

Również czytelnicy podejmowali się prób bycia bogiem by wskrzeszać literacki byt swoich ulubionych bohaterów, a czasem nawet ich nieżyjących stwórców. Tak się stało w przypadku Margaret Mitchell, której powieść „Przeminęło z wiatrem” została kontynuowana po jej śmierci. Niejaka Alexandra Ripley, która najpewniej wyrastała na tymże klasyku literatury, postanowiła dokonać rezurekcji Scarlett O’Hary, nie zważając na to, jakie reakcje wywoła kontynuowanie wątków kobiety posiadającej wyznawczynie na całym świecie. Podobna sytuacja dotknęła Virginię Woolf, której życie i twórczość stały się inspiracją powieści „Godziny” Michaela Cunninghama. Chociaż z pewnością nie było to tak dyskutowane, jak powieść Jacqueline Raoul-Duval „Zakochany Kafka”, w której pasjonatka literatury mistrza postanowiła przedstawić pisarza w bardziej przystępny sposób, ujawniając jego romantyczną naturę przy pomocy miłosnych korespondencji do Felicji Bauer. Niestety całość w zderzeniu z językiem autorki wypadła na tyle źle, że nie zyskała przychylności czytelników.

W Polsce kontrowersję wywoływały wydane naówczas tomy „Pana Samochodzika” już po śmierci autora – Zbigniewa Nienackiego, w których u boku głównego bohatera Tomasza pojawił się niejaki Paweł Daniec. Postać ta doprowadziła do sporów wśród miłośników oryginalnej twórczości Nienackiego, podobnie jak karkołomny pomysł zastąpienia słynnego wehikułu nowoczesnym jeepem (w najnowszych książkach wehikuł powrócił).

Po bohaterów literackich niejednokrotnie upominało się kino i to również wywoływało wiele konfliktów, w tym wypadku na styku autor-reżyser-czytelnicy. Najbardziej znane są perypetie związane z amerykańskim musicalem o ukochanej przez wszystkich niani Mary Poppins, której autorka Pamela L. Travers długo zwlekała z przekazaniem praw autorskich do ekranizacji, bowiem zarzucała pomysłom scenarzystów wiele niezgodności z treścią pierwowzoru, a poza tym była silnie przywiązana do bohaterki swojej powieści i przez to nie potrafiła tolerować nawet najmniejszych ustępstw w scenariuszu. Równie często wymienianym przykładem jest konflikt pomiędzy Stephenem Kingiem a Stanleyem Kubrickiem, który filmując bestsellerowe „Lśnienie” przedstawił jedynie powierzchowną warstwę fabuły, tym samym nie ukazując całej głębi bohatera – Jacka Torrenca. Stanisław Lem miał na łamach Tygodnika Powszechnego nazwać ekranizację „Solaris” (dokładnie remake wersji Tarkowskiego) „miłością w próżni kosmicznej”, sugerując, że wizji Solaris nie da się od tak zredukować do ludzkich pojęć i wyobrażeń. Niezadowolony z ekranizacji swojej książki miał być Winston Groom (Forrest Gump), Anthony Burgess (Mechaniczna Pomarańcza), Bret Easton Ellis (American Psycho), czy chociażby Ken Kesey (Lot Nad Kukułczym Gniazdem). Strach pomyśleć ilu czytelników było niezadowolonych z wizji reżyserów, którzy przenosili na ekran ich ulubione powieści, nie wspominając o samych aktorach, którzy nierzadko profanowali wyobrażenia na temat wyglądu i zachowania bohaterów. Warto tu przypomnieć niedawną reakcję zawiedzionych czytelniczek na umieszczone w sieci zdjęcia przedstawiające aktora, który miał zagrać tytułowego bohatera książki „50 twarzy Greya”. Rozgoryczenie było na tyle duże, że ostatecznie do tej roli zaangażowano innego aktora, który mógł tym razem sprostać oczekiwaniom fanek.

Bohater wewnętrznie rozdarty

Z pewnością świat liczy sobie wiele wcieleń Lizzie Bennet, Karen Blixen, Anne Shirley, Hermione Granger czy Lisbeth Salander. Niech nikt nie ma złudzeń: pisarz chce wpływać na tożsamość czytelnika i chce, by jego bohaterowie żyli w masowej wyobraźni. Pisarz i czytelnik to efekt synergicznej relacji, którą zawiązuje między nimi bohater mieniący się tysiącami różnych odcieni. To właśnie bohater łączy oba światy i utrzymuje je we względnej równowadze. Pisarzowi zależy na tym, żeby czytelnicy byli tak samo uzależnieni od niego, jak on od nich. Ale wszystko to trwa do czasu, bo samo bycie bogiem jeszcze bardziej uzależnia przynosząc satysfakcję z każdego stworzonego od podstaw świata. Pisarze chcą być cenionymi, ale nieobecnymi gospodarzami na ziemiach, które stworzyli i zostawili swojemu biegowi. Czasem niektórzy czytelnicy sprzeciwiają się temu i żądają boskiej interwencji.

 

Foto: Jonathan Kos-Read / Foter / CC BY-ND 2.0

Zapisz się na newsletter! Spisek Pisarzy wysyła tylko to, co warto przeczytać.



Mateusz Miś

Mateusz Miś


Mateusz Miś jest jednym ze Spiskowców – możesz go spotkać na naszym forum. Więcej tekstów tego autora znajdziesz na MoznaPrzeczytac.pl. Oprócz pisania, interesuje się też fotografią – polub jego stronę na Facebooku.

3 odpowiedzi

  1. Bycie pisarzem to trochę jak bycie sławnym aktorem- gdy zyskujemy na popularności stajemy się poniekąd własnością czytelników, widzów , odbiorców.Często bywa tak,że to właśnie oni są naszą największą inspiracją i zmorą jednocześnie.To chyba minus wszelkiej popularności.Nagle nasze życie przestaje być tabu, brakuje w nim miejsca na prywatność.Da się od tego jakoś uciec? Ja w swych marzeniach czasem posuwam się na tyle daleko,by wyobrażać sobie wycieczki po księgarniach , gdzie podpisuję swoje książki.Ale co jeśli nagle taka popularność zacznie przytłaczać? Każdy, ale to każdy zawód ma swoje plusy i minusy i jeśli można to może należy zawczasu zastanowić się nad kolejnym krokiem dwa razy,by potem nie mieć pretensji do życia ,gdy coś pójdzie nie tak. Ryzyk fizyk- jak to się mawiało w czasach szkolnych. Albo ryzykujemy,by przeżyć własną przygodę, albo żyjemy tylko marzeniami.
    Mnie osobiście najbardziej przeraża fakt, iz ktoś w moich opowiadaniach mógłby doszukać się podobieństw między bohaterami i ich życiem, a moim własnym.A przecież chyba żaden pisarz nie jest wolny od zawierania w swych utworach pewnych treści czerpanych z własnego życia nieprawdaż?

  2. Scathach pisze:

    Dobry, długi wpis… I daje do myślenia. Wygląda na to, że jednak nie zawsze można z własnymi postaciami robić to, na co ma się ochotę, co z jednej strony nas ogranicza, a z drugiej – daje pewną satysfakcję. W końcu czytelnicy na tyle zżyli się z naszą twórczością, że przerażeniem napawa ich myśl o końcu przygód bohaterów, ba! – że chcą mieć wpływ na te przygody! Poniekąd jest to celem pisarza, ale, jak się rzekło i jak pokazują przykłady, potrafi być udręką.

  3. Lies pisze:

    Właśnie ja też mam takie obawy jak Basia. Gdy popełnię jakiś drobny błąd łapię się na tym, że myślę ”Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, coś takiego nie przeszłoby bez echa” albo coś w tym stylu. Przeraża mnie reakcja ludzi na moją książkę. Kto wie może to będzie lektura gimnazjum? Może liceum? A ja wiem co się w tym szkołach mówi o pisarzach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *