Paradoks kłamcy

Pisanie to nie jest zwyczajna komunikacja. Gdy rozmawiamy z ludźmi, stajemy z nimi twarzą w twarz. Słowa, które wypowiadamy, są nierozerwalnie powiązane z naszą osobą. Kiedy piszemy, tracimy to połączenie. Dla odbiorcy – przestajemy istnieć. To najdziwniejsza forma porozumienia.

Czytam właśnie „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika” autorstwa Stephena Kinga. Napisałem też recenzję, czy też raczej – zapis moich wrażeń z lektury. Jedno jest pewne, książka daje do myślenia. Nawet wtedy, gdy zupełnie się z Kingiem nie zgadzam, i tak wrażenie robi na mnie schludność i sugestywność jego wywodów oraz wnioski głęboko zakorzenione w doświadczeniu. Facet nie rzuca słów na wiatr. On wkłada je prosto do Twojej głowy.

Bo widzisz, wedle Kinga pisanie jest telepatią. Wyjaśnia to prosto i sugestywnie:

Spójrzcie: oto stół pokryty czerwonym obrusem. Na jego blacie stoi klatka rozmiarów małego akwarium. W klatce siedzi biały królik o różowym nosie i różowych oczach. W przednich łapach trzyma kawałek marchewki, który chrupie z wyraźnym ukontentowaniem. Na grzbiecie niebieskim tuszem wypisano mu cyfrę 8. (…)

Oto, na co patrzymy i co widzimy wszyscy. Niczego wam nie powiedziałem. Wy mnie nie pytaliście. Nie otworzyłem ust, wy także. Nie przebywamy nawet w tym samym roku, nie mówiąc już o pomieszczeniu… A jednak jesteśmy razem. Blisko.

Nasze umysły się spotykają.

No proszę. Taka telepatia jest na tyle skuteczna, że pewnie nikt nie miał problemu z wyobrażeniem sobie królika trzymającego w łapach marchewkę – choć przecież królik to nie wiewiórka i niczego nie trzyma, kiedy je.

Ta „telepatyczna” metafora jest jednak mało specyficzna dla pisania. Cała nasza komunikacja opiera się na tym, że chcemy przekazać własne myśli – oraz poznać myśli cudze. W rzeczywistości faktycznym nośnikiem koncepcji i znaczeń jest sam język. Pomaga też fakt, że istniejemy we wspólnej rzeczywistości, a więc możemy się na nią powołać, by budować zrozumiałe dla innych analogie. Na co dzień dokonujemy aktów telepatii, wkładając znaczenia do głów naszych bliźnich za pomocą dźwięków produkowanych aparatem mowy. Jeśli chcemy przekazać wiadomość na większe odległości, używamy telefonu. Gdy zależy nam na zachowaniu przesłania dla potomnych, możemy się po prostu nagrać.

W codziennej komunikacji nie potrzebujemy literatury. Gdyby nagle zniknęły wszystkie książki, ludzkość jakoś by przetrwała. Cywilizacja prędzej upadnie, jeśli nagle oniemiejemy.

Kłopot powstaje dopiero wtedy, kiedy chcemy powiedzieć coś niecodziennego. Zasadniczo, całą międzyludzką komunikację można umieścić na skali między dwoma skrajnymi biegunami – redundancją i entropią. Te fikuśne nazwy wyrażają bardzo prostą ideę. Im bardziej unikatową informację chcesz przekazać, tym większe ryzyko, że zostanie odebrana w błędny sposób.

Komunikaty redundantne to takie, które nie wnoszą niczego nowego. Ot, powiedzmy „dzień dobry”, „ale pada”, „to wszystko wina Tuska”. Redundancja jest powierzchowną oczywistością, co do której wszyscy się zgadzają. Powtarzanie takich treści powoduje ich umocnienie, ale nie poszerza zakresu dostępnych informacji. Z drugiej strony, skoro nie ma niczego nowego do przetworzenia, nie ma ryzyka nieporozumień. Mówienie oczywistości jest proste. Redundancja komunikacji to rodzaj iskania. Jak przystało na zwierzęta stadne – lubimy się iskać. Przytłaczająca większość słów, które słyszymy na co dzień, stanowi esencję banału.

Entropia wkrada się do rozmów wraz z ze wzrostem nasycenia informacjami. Jestem pewien, że każdy choć raz był w takiej sytuacji, gdy chciał jak najszybciej wyrazić skomplikowaną ideę. Im więcej informacji naraz, tym trudniej ująć to tak, żeby nas zrozumiano. Trzeba albo spłycić przekaz – albo podzielić materiał na kawałeczki i podawać po kolei. Innymi słowy, zmniejszyć entropię. Prawdziwie nowatorskie myśli, w swojej pierwotnej formie, są zrozumiałe tylko dla jednej, unikatowej osoby. Dopóki tak jest, nie może być mowy o komunikacji.

Jesteśmy częścią społeczeństwa. Możemy w pełni realizować nasz potencjał tylko w jego ramach. Poza społeczeństwem – pewnie nawet byśmy długo nie przeżyli. Z tego właśnie powodu dążymy do możliwie niskiego poziomu entropii w wypowiedziach. Chcemy być zrozumiani. Potrzebujemy porządku – i wokół nas, i wewnątrz naszych głów. A jednak, wszyscy pozostajemy indywidualnościami. Posiadamy unikalną perspektywę. Przeżywamy zdarzenia, których absolutnie nikt inny – nigdy i nigdzie – nie zdołałby przeżyć dokładnie tak samo. Nasze głowy pełne są myśli, których nikt inny nie byłby w stanie pomyśleć identycznie. Pomimo tego, że pławimy się w banale, jesteśmy wcielonym banału zaprzeczeniem.

Pławimy się w banale, a jesteśmy wcielonym banału zaprzeczeniem.

Posługując się tylko językiem o niskiej entropii, nie możemy tego wyrazić. Codzienna mowa skazuje nas na „dzień dobry, poproszę kilo kartofli”. Obchodzimy więc to ograniczenie i budujemy metafory. Podobnie do Kinga, który przyrównał pisanie do telepatii. Gdy to nie wystarcza, używamy bardziej wyrafinowanych konstrukcji. Gniemy język w poezję. Śpiewamy pieśni. Malujemy obrazy. Do czasów współczesnych zdążyliśmy osiągnąć dużą biegłość w takich formach – potrafimy za ich pośrednictwem wyrazić pojęcia abstrakcyjne i ulotne. W pewnym momencie nawet tutaj docieramy jednak do muru. Istnieją na świecie rzeczy tak subtelne, że nawet poeci mają problem, by oddać je należycie i bez uproszczeń. Wtedy właśnie możemy sięgnąć po broń ostateczną – opowieść.

Przez ostatnie kilka milionów lat, od kiedy nasi przodkowie zaczęli gadać, nie zdołaliśmy wynaleźć lepszego wehikułu do przenoszenia znaczeń. Nie żartuję. Nawet nowinki, jak choćby hipertekst, bledną w porównaniu. Nic nie działa na nas tak mocno. Nic nie jest tak pierwotne. Gdy uczymy się języka, od razu uczymy się też rozumieć opowieści. Całą historię wszechświata moglibyśmy zawrzeć w jednej monumentalnej sadze, gdybyśmy tylko chcieli. Jeśli kiedykolwiek przestaniemy opowiadać, będzie to znak, że przestaliśmy być ludźmi.

Każda epoka ma swoich kuratorów opowieści, kapłanów i bardów, którzy pomagają w roznoszeniu tego wirusa. Współcześnie to ludzie tacy jak Ty czy ja – pisarze, ale też często twórcy reklam, spece od PR, czasem nawet dziennikarze i publicyści. Nasza magia nie pochodzi jednak od samej zażyłości z opowieściami. Ostatecznie, to tylko narzędzia. W rzeczywistości wpływamy na świat dzięki umiejętności przekazania tego, co indywidualne – jako tego, co wspólne. Przekucia tego, co nieuchwytne, w to, co powszechne.

Twórca opowieści czyni te cuda przyjmując rolę Demiurga. Nie używam tego słowa przypadkiem. Sztuczka polega na tym, aby specjalnie dla odbiorcy, w jego własnym umyśle, stworzyć symulację świata. Małą krainę, gdzie będzie mógł podążać za naszymi myślami i przeżywać narzucone przez nas rozterki. Zwykle wymaga to hochsztaplerki. Dymu i luster. Wielu giętkich słów. Takiej „telepatii” Kinga. Wymaga to, krótko mówiąc, kłamstwa.

Droga, którą odbiorca opowieści pokona, powinna nieuchronnie wieść ku Tobie. Powinna zmusić go do zadawania pytań, które i Ciebie dręczą, do szukania odpowiedzi, jakich i Ty szukasz. Prawdziwa telepatia zaczyna się wtedy, gdy na tym najbardziej indywidualnym, niezrozumiałym, entropicznym poziomie dochodzi do synergii między Tobą a czytelnikiem. Słowa znaczą wtedy więcej, niż w słowniku. Właśnie po to konstruujesz fabułę, pociągasz za sznurki bohaterów, potrząsasz drzewami w zmyślonym lesie i uderzasz w blachę, udając, że to burza. Właśnie po to zakładasz maskę i chowasz się za kurtyną.

Gdy piszesz, zawsze kłamiesz.

Gdy piszesz – możesz mówić tylko prawdę.

 

Foto: Tommaso Meli / Flickr / CC BY 2.0

 

Zapisz się na newsletter! Spisek Pisarzy wysyła tylko to, co warto przeczytać.



Tomasz Węcki


Cześć, mam na imię Tomek i jestem grafomanem. Od kilkunastu lat udaje mi się połączyć przyjemne z pożytecznym i utrzymuję się przede wszystkim z pisania. Byłem już dziennikarzem, piarowcem, copywriterem, ghostwriterem, dokumentalistą i autorem tekstów do gier komputerowych. Teraz możesz również przeczytać moją pierwszą książkę – „Wtajemniczenie”.

6 komentarzy

  1. Ingree napisał(a):

    Słodko-gorzka prawda. Cudownie wiedzieć, że coś napisanego przez nas zachwyca innych, to dodaje skrzydeł. Jednocześnie powinno uczyć trochę pokory, bo to w końcu nie my jesteśmy ważni dla czytelnika.

  2. izuzu napisał(a):

    Nie żebym się czepiałą ale to Stephen King 😉 no chyba że to zamierzona pomyłka to zwracam honor ;P

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Mało która pomyłka jest zamierzona. 😉 Poprawiłem imię pisarza. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że widziałem już pisownię „Steven King” w dosyć oficjalnych okolicznościach, ale fakt faktem, że właściwa forma to „Stephen”.

  3. Beata Ch. napisał(a):

    No patrz, mogłam więcej poczytać zanim napisałam komentarz pod „Po pierwsze – nie pierdol”. Bardzo wchodzę w rezonans z powyższym tekstem.

    Co do Stephena, różnica jest mniej więcej taka, jak między polskim Stefanem a Szczepanem. Nie pamiętam tylko, który jest który po angielsku.

    • Adam napisał(a):

      Strzelałbym, że Stefan bo Szczepan to bardziej polskie słowo (polskie SZ i CZ). A Stefan to chyba od Stephana?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *