Do sądu za recenzję – czyli co wolno wojewodzie to nie tobie, smrodzie

Tomasz Węcki


Cześć, mam na imię Tomek i jestem grafomanem. Od kilkunastu lat udaje mi się połączyć przyjemne z pożytecznym i utrzymuję się przede wszystkim z pisania. Byłem już dziennikarzem, piarowcem, copywriterem, ghostwriterem, dokumentalistą i autorem tekstów do gier komputerowych. Teraz możesz również przeczytać moją pierwszą książkę – „Wtajemniczenie”.

14 komentarzy

  1. gadatiela pisze:

    Uważam że to wydawnictwo robi z siebie błazna. Powinni się trochę zastanowić czy im się to opłaca. Podając blogerkę do sądu chcą pokazać że nie ma wolności słowa. Ta pani miała pełne prawo napisać taka a nie inną recenzję i miała prawo wytknąć ich błędy ortograficzne. Po to w tym wydawnictwie są korektorzy tekstu i inni pracownicy pracujący nad książką żeby ona została wydana w jak najlepszym świetle i reklamie bo kto kupi książkę która będzie zawierała błędy i będzie nudna. Ja jestem dysortografikiem więc sprawdzam swoje teksty co najmniej trzy razy zanim je gdzieś upublicznię. A poza tym nawet jak piszę ten komentarz to podkreśla mi źle napisane słowa. Więc niech wydawnictwo się nie ośmiesza przed sądem ws. wytknięcia błędów tylko niech je naprawią i wezmą się porządnie do roboty a nie odwalają fuszerkę i jeszcze za to pieniądze biorą. Mam jeszcze pytanie; Czy dzieci które będą czytały książki tego wydawnictwa i zauważą błędy to nie czasem będą później pisać i mówić tak samo jakie jest słownictwo w tych książkach? Od razu na nie odpowiem. Tak będą pisać, mówić i czytać z błędami zaniżając poziom inteligencji swój i społeczeństwa, właśnie przez takie książki z błędami w tekście. Pozdrawiam i mam nadzieje że wydawnictwa zaczną inaczej patrzeć na recenzentów którzy chcą żeby czytelnictwo się rozwijało i mogło się pochwalić pełną jakością i treścią literatury.

    • Tomasz Węcki pisze:

      No właśnie chodzi o to, że Novae Res nie ma aż takiej wielkiej motywacji, żeby wydawać książki najlepiej, jak się da. W Polsce jest mnóstwo ludzi, którzy chcą pisać – ba, mają wręcz napisaną powieść – i próbują się gdzieś opublikować. Wydawnictwa tradycyjne mają w czym przebierać i czasem odrzucają rzeczy dobre z powodu czyjegoś „widzimisie”. Autor, jeśli jest przekonany o jakości dzieła i ma trochę odłożonej kasy, idzie wtedy do takiego Novae Res i najczęściej bierze, co dają. Nie każdy umie ich dobrze skontrolować, albo samemu zadbać np. o korektę. I wychodzą kwiatki.

  2. Gaba pisze:

    Wydawnictwo jest chyba już skreślone w blogosferze, a jeśli nie, to z pewnością trudno będzie im wypracować wcześniejszy wizerunek. Bardzo łatwo mi utożsamić z blogerką, sama bym się cholernie przestraszyła, gdybym dostałą taki „list” od wydawnictwa. Tym bardziej, że sama recenzowałam ostatnio ich książkę, debiut młodego autora i też językowo mi zgrzytało, więc recenzja jest trochę bardziej niż krytyczna. Skopali sobie pijar, wystarczy spojrzeć na ich fanapge, same krytyczne uwagi i deklaracje ludzi, że już nigdy nie zamówią nic z tego wydawcy. Trudno będzie im odbudować zaufanie u ludzi i blogerów. Pozdrawiam, Gaba

  3. Czarownica Wrażeń pisze:

    Bardzo przepraszam, ale choć jestem mocno wygadana, to brakło mi jęzora w gębie… Osobiście jestem bardzo uczulona na rażące (a przytoczone tu takie są), błędy. Bardzo szanuję język polski i walczę o jego czystość i piękno, stąd jestem zszokowana, że można jako wydawnictwo, puścić taki chłam a potem jeszcze się awanturować, że ktoś śmiał to zauważyć! Schodzimy na „językowe psy”, jeśli coś takiego się wydarza. Mam nadzieję, że cała ta historia, mimo znamion zastraszania, nie spowoduje, iż inni recenzenci zaczną przymykać oczy na podobne „cuda i dziwy”…

  4. Korodzik pisze:

    „Autorka – niestety! – zgodziła się, ale wiadomo: Google wie wszystko i niczego nie zapomina.”

    Ee… Kłopot w tym, że owszem, zapomina – z Google Cache dane znikają po kilku dniach. A teraz recenzji nie ma już w sieci w ogóle. I już nie można samemu się przekonać, kto miał rację.

    • Tomasz Węcki pisze:

      Prawda. Zmieniłem nieco tekst wpisu, żeby nie sugerować linka do nieistniejącej zawartości. Swoją drogą, właśnie dlatego to bardzo zły pomysł, żeby kasować własne teksty na cudze żądanie. Gdyby nie reakcja środowiska, Novae Res byłoby na wierzchu.

  5. blawoy pisze:

    Buehehe, akurat słowa „masarz” rzeczywiście mogła autokorekta nie wyłapać – bo w tej pisowni oznacza ono człowieka wyrabiającego wędliny 😀

  6. Pantherapardus pisze:

    Novae Res to cwaniacy w zasadzie wystarczy napisać dowolnego knota, a dostaje się odpowiedz pozytywną, oczywiście wychwalającą pod niebiosa, gdyż wiadomym jest iż to oni od ciebie będą chcieli kasę by wydać twoją książkę za twoje pieniądze, Nazywa się to współfinansowanie tyle, że oni nic nie współfinansują chyba, że książka dobrze się sprzeda 🙂 Korektę zapewne przeprowadzają…”fachowcy” z programu „USTERKA”

    • Ewa Kenig pisze:

      Absolutnie tak. Też jestem ich ofiarą. Mnie skasowali na 7 tys za 500egz. Według umowy powinnam dostawać 20%, a dostaję 3-4 zł od książki których nota bene od marca nie sprzedano nawet 100egz!!! To jest szczyt wszystkiego, ani reklamy, ani nawet żadnego powiadomienia. Kompletna cisza w eterze. Właśnie skończyły się targi w Krakowie, jestem bardzo ciekawa ich zakończenia. Jak ja mogłam się dać tak nabrać. Książka ma ponad 400stron i wiem, że nie jest łatwa, ale recenzent się nią zachwycił, teraz wiem dlaczego. Szukają po prostu bogatych frajerów… Nie daruję im, to pewne.

  7. Inn. pisze:

    Ja się z tym nie zgadzam. Po pierwsze, nie przyjmują każdego tekstu, co sprawdziłam osobiście już parę lat temu. Łącznie z paroma innymi wydawnictwami, których wymieniać nie będę, a którzy odezwali się do mnie z propozycją wydania „powieści”, która wcale nie była dobra.
    Niedawno miałam przyjemność współpracy z Novae Res i przed podpisaniem umowy jasno ustaliłam zasady, które zaakceptowali i dzięki temu miałam m.in. naprawdę dobrą korektę. I na marginesie – nie wydają tylko książek współfinansowanych.
    Pani Ewo, sprawdziłam Panią w internecie. Pani książka stoi po 39 zł, z czego Pani ma 20 %. Podpisywała Pani z nimi umowę i zgaduję, że zna Pani polskie prawo. Z 20 % musi Pani zapłacić 5 % VAT i 18 % podatku (oczywiście mogę się mylić, ale mniej więcej tak to wygląda). Stąd zostaje Pani 3-4 zł.
    Jeżeli chodzi o brak reklamy i brak kontaktu – powtórzę się, ma Pani umowę. Proszę ją jeszcze raz przeanalizować. Nie mogą Pani oszukać, nie mają do tego prawa.
    Przejrzałam też Pani fanpage na facebooku i pragnę zauważyć, że moim zdaniem, praca autora nie kończy się na wydaniu książki. Rozumiem, że zależy Pani na wkładzie wydawnictwa zgodnie z ich obietnicą, ale może Pani sama też spróbowałaby coś zdziałać? Jak zobaczą, że i Pani zależy to na pewno nie pozostaną bierni.
    Takie jest moje zdanie.
    Sprawa jest z 2014 roku i mam nadzieję, że wiele się u nich przez ten czas zmieniło.

    • Tomasz Węcki pisze:

      Gwoli ścisłości, 20% z 39 złotych to 7 złotych i 80 groszy. Jeśli na umowie stoi „honorarium w wysokości 20% od ceny zbytu” to właśnie tyle powinno wpływać za sprzedany egzemplarz na konto autora. No chyba że wydawca stosuje równie magiczną matematykę, jak Twoja.

      Natomiast sprawa rzeczywiście jest stara. Nie znaczy to jednak, że Novae Res nauczyło się na własnych błędach. Z tego, co słyszę, dla pisarzy bywali ostatnio całkiem bezczelni. Podobno „model biznesowy się wyczerpuje”, więc trzeba szybciej siorbać, zanim źródełko wyschnie. Dzięki za przypomnienie o temacie – możliwe, że napiszę o tym więcej.

  8. redaktorka pisze:

    Właśnie miałam podjąć współpracę z Novae Res jako redaktorka językowa i korektorka w razie potrzeby. Przybliżę tym, którzy nie są w branży: taka umowa ma mniej więcej 1 stronę. Jak coś nie jest napisane, to znaczy, że rozstrzyga się to na zasadach ogólnych. Umowa z Novae Res miała 6 stron i były fragmenty z tak łopatologicznymi wyjaśnieniami oczywistych w mojej branży pojęć, że zaczęłam być czujna. I co? Miałam rację. Stawka za arkusz wydawniczy najniższa na rynku, czyli za redakcję książki mogę dostać np. 500 zł (za korektę połowę) – gdzie indziej dostałabym od 1000 zł w górę. Ale… Za każdy „rażący błąd”, który powtórzy się na przestrzeni 3 arkuszy (czyli ok. 66 stron)… Redaktor/korektor ma płacić wydawnictwu karę 150 zł! Dookreślają też, że rażący znaczy ortograficzny, a potem podkreślają, że ortograficzny to też literówka. Reasumując: przez 66 stron zostawię „moze” zamiast „może” i muszę zapłacić min. 150 zł. Gdy tekst jest w złym stanie, jak do mnie trafia, nie mam szans – mimo że jestem naprawdę skrupulatna i pracuję w branży wiele lat – zarobić na zleceniu. Pozostałe kary umowne proponowane przez Novae Res są równie żenujące. Serdecznie odradzam podejmowanie współpracy. PS Jak dałam umowę mojej mamie, która jest prawnikiem, załapała się za głowę. Nie dość że nie jest napisana przez prawnika, to jeszcze zawiera tyle rażących nadużyć, że Novae Res powinno być na czarnej liście redaktorów w całej Polsce.

  9. Anna Gurak pisze:

    Jak to dobrze, że przez przypadek wygooglowałam wasze forum. Szukałam wydawnictwa Novae Res żeby wysłać im fragment mojej książki. Rozmawiałam kilka dni temu z panią z tego wydawnictwa przez telefon i powiedziała mi jaka jest droga do wydania książki. Ale teraz po tym co tu przeczytałam, raczej im nic nie wyślę. Nie wiem tylko, co dalej, bo to moja pierwsza książka i zbytnio nie wiem gdzie się z nią zgłosić. W ogóle nie wiedziałam, czy ją wydawać, ale dałam ją do przeczytania kilku osobom i usłyszałam wiele miłych słów. Niektórzy nie mogą się doczekać dalszego ciągu. Jako bardziej doświadczeni w branży, proszę pomóżcie. Może znacie jakieś fajne wydawnictwa. Jestem osobą niewidomą i głównie słucham książek na audiobookach, dlatego miałam niekiedy dylemat jak graficznie wygląda układ tekstu, np. kiedy zrobić linijkę odstępu, albo akapit, ale pytałam osób widzących i mi powiedziały. Sama czytałam ją chyba z 10 razy i za każdym razem jeszcze znalazłam jakieś brakujące przecinki. Książka nie ma żadnego błędu ortograficznego, stylistycznego, czy literówek. Mama widząc moje zaangażowanie aby była „idealna”, mówiła mi, że takie poprawki są w gestii wydawnictwa, ale ja jestem osobą ambitną i jak coś robię, to staram się to zrobić na 100%. Pozdrawiam

    • Tomasz Węcki pisze:

      Jeśli książka jest dobra, prędzej czy później weźmie ją jakieś wydawnictwo (tradycyjne, czyli nie żądające kasy za publikację). Jeśli Novae Res złożyło Ci propozycję współfinansowania, nie korzystaj. W ich wypadku to nie jest „współfinansowanie”, tylko opłacenie całości kosztów i jeszcze dorzucenie sowitej prowizji.

      Książkę powysyłaj do wydawców, którzy publikują podobne powieści do Twojej. I mniej cierpliwość – prędzej czy później będzie odzew. W międzyczasie, zamiast w kółko szlifować to jedno dzieło, odpocznij, zastanów się nad następną książką, no i może zacznij ją nawet pisać. Pierwsza książka to tylko pierwsza książka, świata nią nie zawojujesz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *