GPS dla pisarzy

Masz piękny początek opowieści, więc ruszasz w podróż. Idziesz dzielnie, ale okolica coraz mniej znajoma. W końcu nie poznajesz własnej fabuły. Co robić? Bez paniki. Mamy coś dla Ciebie.

O zaczynaniu i kończeniu opowieści powiedziano już wiele. Wiadomo – na początku trzeba sprzedać czytelnikowi tę konkretną książkę, a na końcu trzeba sprzedać następną. Najpierw zawiązujesz akcję, a potem spektakularnie ją rozwiązujesz. Pięknie. Ale co ze wszystkimi tymi kartkami pomiędzy? Tutaj mądrzy ludzie potrafią nabrać wody w usta. No wiesz, coś tam wymyślasz, coś się dzieje. Rozwijasz opowieść wedle pierwotnych założeń, od punktu A do punktu B, od początku do końca. Prawda?

Gówno prawda (jak mawiają górale).

Zamiast brykać przez fabułę niczym różowy jednorożec po tęczy, musisz zachować się jak najgorszy skurwysyn, którego można sobie wyobrazić. Na przykład – jak George R.R. Martin, twórca cyklu „Pieśń lodu i ognia”. Innymi słowy, musisz bezczelnie wyciągnąć łapę i chwycić czytelnika za serce. Gdy poczujesz, że bije – ścisnąć!

Jeśli nie weźmiesz dusz czytelników w niewolę, równie dobrze mogą po prostu odłożyć książkę przed zakończeniem.

Tak się właśnie pisze: ubabranym we krwi miłośników literatury. Pamiętaj, że jesteś bogiem świata, który opisujesz. Nie bój się tej mocy. Wykorzystaj ją, aby nadać impetu własnej prozie. Manipuluj emocjami czytelnika. Rozlewaj posokę złoczyńców i bohaterów pospołu – żeby doprowadzić swojego odbiorcę na sam skraj wytrzymałości. Nie cacaj się z nim. Chciał książki, to ma za swoje. Teraz musi czytać dalej, aż skończysz.

Szczerze mówiąc, i tak nie masz wielkiego wyboru. Jeśli nie weźmiesz dusz czytelników w niewolę, równie dobrze mogą po prostu odłożyć książkę przed zakończeniem. Ja często tak robię! Zwłaszcza jak czytam polskich pisarzy! Tu nie ma sentymentów. W naszych czasach ludzie są niecierpliwi. Gdy nie dostarczasz im ciągle nowych powodów do lektury, rzucą to w cholerę.

W planach Spisku mamy całą serię artykułów na temat tego, co począć z niemrawymi „środkami” książek. Nie musisz jednak czekać, aż skończymy. Już teraz mogę się z Tobą podzielić drobną metodą, która niskim kosztem ułatwi organizowanie opowieści. Sposób jest szczególnie przydatny, gdy do planowania historii podchodzisz tak jak ja – to znaczy, potrzebujesz jasnych punktów orientacyjnych, jasnego celu, ale jednocześnie nie chcesz krępować się już na starcie drobiazgową rozpiską wydarzeń.

Chwile, które chwytają za gardło

Metoda polega na tym, żeby jak najwcześniej zidentyfikować wszystkie te momenty w rodzącej się opowieści, które naładowane są napięciem, lub przynajmniej – które potencjalnie, przy odrobinie troski, można tak naładować. Nazwijmy je dla wygody Mocarnymi Momentami, czyli MM. Wokół takich właśnie chwil zbudujesz następnie resztę fabuły: wszystkie sytuacje, gdy coś się dzieje, coś się rusza, ale czytelnik nie musi koniecznie być w pełni zaangażowany.

W ten sposób osiągasz dwie rzeczy. Po pierwsze, odkrywasz dodatkowe punkty orientacyjne, poza tymi najbardziej oczywistymi, czyli początkiem i końcem. Dzięki nim łatwiej Ci w ogóle myśleć o manipulowaniu fabułą, bo nie jest już nieokreślonym, memłatym czymś, rozciągniętym na całą książkę. Wręcz przeciwnie, główne atrakcje opowieści masz jak na dłoni.

Po drugie, zmuszasz się w ten sposób, by myśleć w kategoriach impetu jakiego nabierze historia. A to niezmiernie ważne. Powieść jest konstrukcją wielowątkową, wymaga ekspozycji, naświetlenia rysu psychologicznego bohaterów. No i przede wszystkim – oferuje złudzenie, że masz jeszcze mnóstwo miejsca do zapełnienia, więc można pisać i pisać. Autorowi łatwo się w tym pogubić, wpaść w grzęzawisko i przy okazji zgubić też czytelnika. Jeśli tworzysz z myślą o najbliższym Mocarnym Momencie, masz przed oczami jasny i bezpośredni cel, do którego dążysz – miejsce, w którym chcesz wylądować ze swoimi bohaterami.

Czym są Mocarne Momenty?

Myśl o MM jako o dramatycznej chwili, gdy decyduje się coś istotnego dla postaci lub historii. To zwrot akcji, ale koniecznie podkreślony wysokimi stawkami, dużym napięciem lub też wyraźnie widocznym konfliktem. Brzmi to jak rzecz wzięta z thrillera, choć tak naprawdę każdy typ opowieści znajdzie miejsce dla kilku takich momentów.

Oto przykłady:

Decyzja moralna

Oczywiście wszyscy uważamy się za przyzwoitych ludzi, których stać na empatię wobec bliźniego. W normalnych okolicznościach właśnie tak się zachowujemy, a więc nie dokonujemy żadnych wyborów moralnych, lecimy na automacie. Potrzeba okoliczności szczególnych, żebyśmy zaczęli kwestionować nasze zasady. Z pewnością moglibyśmy ukraść chleb, gdyby nasze dzieci głodowały. Ale co powiedzieć o człowieku, który nie kradnie chleba, tylko narzędzia, które pozwolą mu zdobyć lepszą pracę? To też w porządku? A co, jeśliby ukradł w imię dzieci miliony złotych i zainwestował na giełdzie? Każdą decyzję moralną lepiej przedstawić w ramach jednego, wyrazistego momentu, niż rozwlekać na dłużej. Taka chwila powinna ujawniać całą ambiwalencję czynów bohatera, odkrywać konflikt wewnętrzny oraz zewnętrzny. Oczywiście, w świecie opowieści decyzje moralne zawsze mają konsekwencje, więc taki Mocarny Moment z pewnością przerodzi się w następny.

Zbrodnia

Tego typu czyny tak bardzo wykraczają poza naszą codzienną moralność, że w ogóle przestajemy o niej myśleć. Potrzeba do tego naprawdę ekstremalnych emocji lub niezwyczajnych okoliczności. Mocarny Moment jak nic.

Śmierć

Jeśli się pojawia w opowieści, powinna mieć odpowiednią grawitację. Nawet gdy ginie postać trzecioplanowa. Czy bohater jest sprawcą, czy tylko świadkiem, każdej śmierci towarzyszy emocjonalne tornado (lub złowieszcza cisza przed burzą). Z całą pewnością takie wydarzenie nie powinno być obojętne dla czytelnika.

Alienacja

Są sytuacje, gdy to, co mówimy (lub myślimy) naraża nas na ostracyzm. Żadne społeczeństwo nie jest przecież w pełni otwarte i całkowicie tolerancyjne. Wykluczenie zdecydowanie jest czymś, czego się boimy. Za każdym razem, gdy bohater doświadcza pogardy ze strony innych ludzi, jest za coś piętnowany, spotyka się z głębokim niezrozumieniem – możesz wykorzystać to jako Mocarny Moment.

Oprócz powyższych, możesz użyć dowolnego innego wydarzenia, które w naturalny sposób prowokuje emocje lub konflikt. To może być bitwa, pościg, ale też próba uratowania czyjegoś życia, albo jeszcze inaczej – zdrada małżeńska czy miłość od pierwszego wejrzenia.

Jak budowanie z klocków

Wypisz sobie wszystkie Mocarne Momenty, jakie pasują do Twojej opowieści. Zastanów się nad nimi dwa razy. Pomyśl, gdzie jeszcze możesz wzmocnić fabułę dodatkowym napięciem – i dopisz kilka kolejnych MM.

Z taką listą wiesz, którędy opowieść musi podążać. Masz mapę. Nie musisz zaczynać koniecznie od początku, możesz w dowolnym zaplanowanym miejscu. Jeśli utkniesz, możesz przeskoczyć do kolejnego MM – a nuż w ten sposób pokonasz blokadę. Nie przykuwasz się nawet do pierwotnej kolejności takich momentów, bo o ile ma to sens, możesz ją zmienić w trakcie pisania.

To jak GPS dla pisarzy!

 

Jeśli spodobał Ci się ten wpis, koniecznie przeczytaj też o pięciu elementach składowych dobrej opowieści.

 

Foto: Stefanie Härtwig / Flickr / CC BY-ND 2.0

Zapisz się na newsletter! Spisek Pisarzy wysyła tylko to, co warto przeczytać.



Tomasz Węcki

Tomasz Węcki


Cześć, mam na imię Tomek i jestem grafomanem. Od kilkunastu lat udaje mi się połączyć przyjemne z pożytecznym i utrzymuję się przede wszystkim z pisania. Byłem już dziennikarzem, piarowcem, copywriterem, ghostwriterem, dokumentalistą i autorem tekstów do gier komputerowych. Teraz możesz również przeczytać moją pierwszą książkę – „Wtajemniczenie”.

23 odpowiedzi

  1. Krzysiek pisze:

    Teksty motywujące nie przemawiały do mnie szczególnie, ale TO jest TO czego potrzebowałem! Teraz wiem jak faktycznie nie pogubić się powieści, a często mam z tym problem 😀

  2. Tom pisze:

    Sugerowałbym pójść dużo dalej w planowaniu fabuły, niż tylko zidentyfikować zwroty akcji.
    Planowanie jest bardzo, bardzo ważne, więc powinno być przeprowadzone szczegółowo. W moim przypadku najlepiej sprawdza się ujęcie tabelaryczne z podziałem na główne wątki (bohaterów) w kolumnach i na przebieg akcji w wierszach. Zaczynam od głównej osi powieści, do niej dodaję dodatkowe wątki. Wygląda to jak szachownica składająca się z pojedynczych scen i świetnie ukazuje wszystkie braki, które też łatwo uzupełniać. Wstępnie przygotowaną metastrukturę zespalam w ciąg następujących po sobie zdarzeń, czyli dzielę na rozdziały i sceny. W tym momencie fabuła jest praktycznie gotowa, odstawiam ją na jakiś czas, w trakcie którego prowadzę intensywne rozważania i wprowadzam zmiany. Potem pozostaje jedynie tchnąć w powieść ducha, czyli oddać głos narratorowi i postaciom. Oczywiście, w trakcie pisania wciąż pracuję koncepcyjnie, nanoszę zmiany zgodnie z wymogami akcji, która niekiedy może przynieść sporo niespodzianek, wszystkiego nie da się przewidzieć. I dobrze.
    Dzięki powyższej technice oszczędzam bardzo dużo czasu i energii, choć według wielu takie techniczne podejście urąga duchowi sztuki. Nie jestem romantykiem, dla mnie jedynym przejawem natchnienia są pojawiające się co jakiś czas pomysły, cała reszta to ciężka, często nużąca harówa i odpowiedni warsztat.
    Spróbujcie, naprawdę warto.

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Intryguje mnie Twoja metoda. Z chęcią bym wypróbował. Chcesz powiedzieć o niej coś więcej? Np. jak radzisz sobie z tym, że pomysły wietrzeją z czasem i kiedy zaczniesz pisać scenę z kategorii „drobnych” (takich, co nie przychodzą same z siebie), to operujesz na materiale już wyblakłym? Robisz sobie masę notatek, żeby temu zapobiec – czy jest tu jakaś większa filozofia?

      A, no i na jak dużą elastyczność ta metoda pozwala? Jak dalece, do tej pory, zdarzyło Ci się zmodyfikować pierwotny plan w trkacie pisania (i jak dużo wysiłku to wymagało)?

    • Tom pisze:

      Pomysły niekiedy wietrzeją, ale częściej dojrzewają, im więcej czasu spędzą na papieże, tym większego nabieramy dystansu, łatwiej o obiektywną analizę. A przede wszystkim, dzięki zastosowaniu szczegółowego planowania łatwo zweryfikować całą koncepcję powieści. Jak na dłoni widać słabe punkty fabuły, którą jednak łatwo ulepszyć, dodając odpowiedni motyw czy zwrot akcji.
      Notatki – rzecz nieodzowna. Robię notatki na bieżąco (pracuję jednocześnie nad kilkoma powieściami), w planie zawieram streszczenia poszczególnych scen (kilku zdaniowe). Oczywiście, nigdy do końca nie wiadomo, dokąd zaprowadzi nas pisanie, w jaki sposób rozwiną się bohaterowie czy wątki, co pojawi się nowego, ale margines niewiadomych stanowi raczej niewielki procent treści. To trochę jak harmonogram projektu (jeden z moich zawodów do kierownik projektu, stąd może takie podejście do pracy).
      Minusem tej metody jest pojawiający się element nudy, ponieważ wszystko już wiemy, operujemy na gotowej strukturze, uzupełniamy kolorowankę. Praca jest więc nieco odarta z przygody. Ale traktuję pisanie bardziej jako zawód niż pasję, przynajmniej w zamyśle.

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Twoje podejście wydaje mi się jak najbardziej właściwe. Duży tekst to projekt. Wymaga i planu pracy, i zarządzania zasobami, i wreszcie opracowania sposobów reagowania na sytuacje kryzysowe. Ale właśnie z tym ostatnim wiążą się moje największe wątpliwości. Bo to, co opisujesz, to jednak bardziej model – że tak powiem – Waterfall. Czyli najpierw architekt rysuje plany, dopracowuje je, żeby były możliwie pozbawione błędów, a dopiero po zakończeniu tej fazy projektowej dzieło trafia na produkcję, gdzie jest skrupulatnie montowane. Jest wiele udanych biznesów, które oparto o taki model, jest też wiele przedsięwzięć kreatywnych, w których sprawdza się doskonale (np. w przypadku gier komputerowych).

      Trzymając się jednak tej analogii, ja ewidentnie operuję w Agile. To znaczy, na początek ustalam sobie wymagania dla projektu – książka ma być o tym i o tamtym, takie są wątki i tematy, tacy bohaterowie, takie zwroty akcji lub inne ważne momenty. I jedziemy. Cała inicjatywa unikania mielizn przeniesiona jest na część produkcyjną, czyli mam pełną swobodę kształtowania opowieści na niskim poziomie – w trakcie pisania. No a pisząc książkę cały czas napotykam jakieś kłody do przeskoczenia, których raczej tak łatwo nie przewidziałbym w fazie planowania. Ostatecznie więc oszczędzam czas i zasoby, takie mam wrażenie.

      Oczywiście, nie wszystko jest cacy i pięknie. Muszę sobie i tak planować konkretne rozdziały, przed ich napisaniam. Mam też wrażenie, że rośnie w tym modelu ryzyko trafienia na blokady twórcze, które oczywiście są do łatwego obejścia, ale wiadomo – demotywują i marnują energię. Tak czy siak jednak, elastyczność metody do dla mnie duża zaleta.

  3. Czarownica Wrażeń pisze:

    Hm… U mnie proces twórczy własnie tak wygląda… Rzadko udaje mi się pisać „od początku” „do końca”. Raczej skaczę jak mała pchełka to tu tam i przelewam na papier akurat to, co mi do łba przylezie, niekoniecznie trzymając się chronologii… Fakt, że raz tak się zapętliłam we własnej wyobraźni, że za piernika nie mogłam potem połączyć dwóch fajnych fragmentów w logiczną całość… No, ale przespałam się z tym problemem i po prostu dopisałam „środek” :) Szczerze mówiąc taki sposób pisania bardziej mi odpowiada… Nie mam presji trzymania się tekstu linijka za linijką… :) :) :)

  4. Loco Muerte pisze:

    Typ planistów będzie pewnie zadowolony z tych porad. Dla tych, co nie planują proponuję, podczas poprawek znalezienie jednego kluczowego słowa, które pojawia się w tekście i jego ekspozycję, jeżeli takiego słowa nie ma, należy takowe dodać. Jak to wygląda w praktyce? Znów będzie klasyk Sapkowski i jego pierwsze opowiadania: „Coś więcej”, „Granica możliwości”, „Ziarno prawdy” itp..

    I coś, co świetnie robi George R. R. Martin, czyli gra na uczuciach. Nie chodzi tu o to, żeby zabijać kolejnych bohaterów ale o to by postawić ich w jakiejś (w miarę logicznej) sytuacji w której zachowają się w sposób w który czytelnik się nie spodziewa. Przykład nieco wyświechtany: otóż księżniczka (dziewica oczywiście) czeka aż jej ukochany rycerz bez skazy, ni zmazy wygra turniej rycerski, turniej trwa kilka dni, rycerz staje dzielnie, a tymczasem nasza dziewica daje parobkowi, gdyż znużyło ją czekanie, a pojedynki tak ją bawią jak przeciętną damę rozgrywki mistrzostw świata w piłce nożnej. Rycerz wygrywa, oboje wpadają sobie w ramiona i tylko czytelnik wie, co zaszło.

    No i najważniejsze, czyli bohater. Tu można by napisać wiele. Jednego wszak warto unikać, postaci o potężnych mocach, zdolnościach. Czytelnik powinien się w jakiś sposób identyfikować z bohaterem, więc czym więcej punktów stycznych ze statystycznym kowalskim tym lepiej (nie ważne czy powieść jest fantasy, czy science fiction). Najciekawsze są z reguły szare, typowe osobniki wpuszczone w (maliny) niezwykłą sytuację. I wtedy czytelnika zainteresować mogą decyzje podjęte przez taką postać. Zatem dobrego bohatera poznać po tych decyzjach właśnie i to one napędzają książkę i fabułę.

    To wszystko powyżej to rzecz jasna dość oczywiste sprawy, więc jeżeli kogoś znudziłem to przepraszam. Ilu jednak pisarzy tyle punktów widzenia. Pisz więc jak chcesz, lubisz, umiesz. Może kiedyś spotkamy się w księgarni :))

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Nie bardzo rozumiem, o co chodzi w pierwszym akapicie. 😉 Czemu ma służyć ekspozycja słowa kluczowego? Polepszeniu SEO? 😀

    • Loco Muerte pisze:

      Hehe, dobre, dobre. SEO. Na to nie wpadłem. Chodzi jednak nie o wyszukiwarki internetowe ale raczej o to by zaznaczyć, uwypuklić pewne przesłanie przewodnie, które dzięki temu zabiegowi staje się nie tylko jasne i klarowne ale także dla mniej doświadczonego czytelnika jedyne. Jeżeli mnie pamięć nie myli Stephen King wspominał o tym w swoich „Pamiętniku rzemieślnika” ;))

      Problem z głównym tematem opowiadania, czy książki to dość popularny problem, za pomocą takiego słowa lub słów kilku, możemy łatwo czytelnika oszukać. Sprawić, że uwierzy iż autor miał wszystko dobrze przemyślane. Rzecz jasna, jak ze wszystkim tak i tu umiar mile widziany. Lepiej nie tworzyć czegoś, co przypomina „Ości” Karpowicza :))

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Nie jestem przekonany, że same słowa kluczowe są aż tak przydatne w kierowaniu uwagi czytelnika na przeslanie. W sensie – jasne, można się w to pobawić; metoda zastosowana z umiarem pewnie nie zaszkodzi. Nie lepiej jednak po prostu historii owinąć wokół tematu? Pokazać wydarzeniami, o co chodzi?

    • Loco Muerte pisze:

      Oczywiście masz rację, najlepiej gdy wydarzenia w jasny sposób pokazują o co chodzi. Jednak tu zawsze przypomina mi się Jerzy Pilch, który twierdzi (być może żartobliwie), że w jego książkach w zasadzie nie ma akcji i nic się nie dzieje. Dzięki czemu wiem, że nie tylko ja mam problem z tworzeniem akcji :))

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      No tak. :) Osobiście uważam Pilcha za strasznego nudziarza, może o to chodzi.

  5. Ingree pisze:

    Granie na uczuciach – to zawsze działa. Jak dziś pamiętam moją rozpacz i poczucie zdrady, kiedy King zabił pierwszego z bohaterów Mrocznej Wieży. Płakałam jak bóbr i nie potrafiłam wrócić do książki przez dwa dni, takie emocje mną targały 😉
    Co do komentarza Toma – kojarzy mi się z metodą Płatka Śniegu, punkt 8, które można znaleźć tu: http://www.pasjapisania.pl/Metoda_platka.aspx
    Ja niestety nie potrafię tak planować. Często odnoszę wrażenie, że moi bohaterowie żyją własnym życiem i płatają mi różne figle 😉

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      A, faktycznie. Takie planowanie, jak u Toma, jest częścią „Płatka”. Akurat do „Płatka” chciałem się przekonać swego czasu, bo widzę potencjalne korzyści – ale jakoś nie wyszło. Nie lubimy się z tą metodą. Zdecydowanie zbyt wiele czasu marnuję przy niej na grzebanie się w planowaniu drobiazgów, które i tak później muszę zmieniać. Często mam tak, że w trakcie pisania okazuje się, że coś, co wcześniej zaplanowałem, nie ma jednak sensu, albo inaczej – że tak naprawdę mogę rozwiązać ten sam problem o wiele lepiej. No i okazuje się, że potem muszę znów zasiadać do planu i budować sobie mapę od nowa. Zamiast faktycznej kontroli nad procesem dostaję więc tylko iluzję tegoż…

  6. xyz pisze:

    Do „Tom”
    Cytat: ” im więcej czasu spędzą na papieże”
    Na papieże pisze się „na papierze”. Nie znasz podstaw ortografii, a zabierasz głos w dyskusji o pisaniu. Żenada.

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Łoho! Hold your horses! Komentarze na Spisku nie mają opcji edytowania tekstu po wysłaniu. Tymczasem gdy pisze się szybko, nie takie byki można posadzić. To nie jest powód, żeby rzucać w ludzi żenadami. 😉

  7. Knight Martius pisze:

    Ogólnie nie mam jeszcze sprawdzonej metody na pisanie powieści lub opowiadania, ale zdążyłem już dojść do wniosku, że dobra opowieść jednocześnie prowadzi się sama i dokądś zmierza. O co mi chodzi – autor z reguły ma jakieś punkty, do których dąży, tak jak zostało to opisane w tym wpisie, ale moim zdaniem przez myślenie „od punktu do punktu” bardzo łatwo można popaść w „chciejstwo”, czyli sytuację, w której postacie ewidentnie działają pod wpływem zachcianek autora, a nie własnych przekonań i osobowości. Trzeba po prostu sprawić, by bohaterowie żyli własnym życiem, by świat przedstawiony był wiarygodny itd., ale z drugiej strony nie można oprzeć całej historii na pisaniu według zasady „bo tak dana postać by zrobiła”; trzeba jeszcze dawać jej powody, które skłoniłyby ją do zrobienia tego, czego wymaga od niej autor. Lubię przedstawiać bohaterów pod kątem psychologicznym, więc tym bardziej łączenie obydwu metod mi odpowiada (chociaż próbuję oduczyć się pisania pod wpływem „chciejstwa”).

    Co do samego planowania, zwykle najpierw piszę plan ramowy lub „streszczenie” (gdzie niektóre sceny opisuję dość szczegółowo, a niektóre zbywam ogólnikami ;)), w międzyczasie dorzucam kilka luźnych uwag dotyczących utworu, a potem zwyczajnie próbuję wziąć się za pisanie tego właściwego tekstu. Przy okazji staram się szukać informacji na tematy, które akurat przydadzą mi się do opowieści. Ale tak jak mówiłem, tę metodę dopiero wypróbowuję, z gorszym lub lepszym skutkiem.

  8. Gavinir pisze:

    W jednym z wywiadów R. A. Salvatore powiedział, że pisanie jest podobne do czytania. Planowanie nie powinno mieć miejsca, to jest proces spontaniczny. Autor nie powinien znać fabuły. Jedyne co powinien wiedzieć to ogólny zarys z wyimaginowanej tylnej okładki. Powinien postawić sobie jakiś punkt początkowy i jakąś mgiełkę dalszej akcji, ale to postacie powinny rządzić pisarzem, a nie odwrotnie. Podczas pisania autor jest jak czytelnik. Nie wie co się stanie dalej, nie zna jeszcze konkretnie bohaterów. Improwizuje. Wtedy jest najlepsza zabawa.

    • Tomasz Węcki Tomasz Węcki pisze:

      Nie mogę się z tym bardziej nie zgodzić! Pisanie i czytanie mają – moim zdaniem – niewiele wspólnego. Ale cóż, książki Salvatore rzeczywiście wyglądają jakby przy ich tworzeniu porzucał wszelką kontrolę i pisał, co mu palce w klawiaturę wklepią. Więc przynajmniej daje szczerą radę, czyli taką, w którą wierzy. Osobiście nie polecałbym się do niej stosować, chyba że masz już świetnie wyrobioną intuicję pisarską, tzn. rzeczywiście wystarczy Ci zaczątek akcji, a reszta „sama się układa”. Mało kto ma jednak tak prosto. Więcej, mało kto potrafi w ten sposób stworzyć arcydzieło.

  9. Scathach pisze:

    Planowanie – kolejny z aspektów tworzenia, który jest dla mnie nie lada problemem. Z mojego (nawet bardzo) skromnego doświadczenia wynika, że pisanie dłuższych w zamyśle tekstów pod wpływem „chwili” i pojedynczych, odszczepionych pomysłów na dalszą akcję, zdecydowanie im nie służy. Pisałam tak fanfiction i zostałam przez własną rozbrykaną wenę zapędzona w kozi róg i zmuszona do przerwania pisania (jakiekolwiek próby poprawiania skutkowałyby koniecznością gruntownego przebudowania wszystkich wydarzeń, co nie ma zbyt wielkich szans powodzenia przy publikacji blogowej… A może zwyczajnie straciłam serce do tego tekstu. Trudno powiedzieć). Od tamtej pory (nie żeby zamierzenie, tak jakoś wyszło) piszę głównie krótkie formy, które nie pozwalają mi na podobne „figle”, ale mam w pamięci fakt, że planowanie jest niezwykle ważne. Mimo to nadal nie potrafię tego robić… Mocarne Momenty to zdecydowanie dobry pomysł, zostawiający spore pole do popisu pomiędzy nimi, a jednocześnie umożliwiający trzymanie się określonych zamierzeń. Metoda chyba w sam raz dla mnie – spróbuję niezawodnie!

  10. Zagubiona.. pisze:

    Witam…Piszę właśnie historię/opowiadanie na konkurs..Mam początek, mam koniec…Mam też MM ale jest jeden problem,z którym sobie nie radze..Mianowicie,chodzi o to,że nie mam pomysłu na to co może się dziać pomiędzy MM.A jeżeli nawet coś mi zabłyśnie,nie wiem jak ubrać to w słowa..Czy ma Pan jakąś rade na to??Bardzo bym prosiła,żeby Pan mi doradził w tej kwestii…Z góry dziękuje:)

  11. Kate Cook pisze:

    Właśnie takiego czegoś potrzebowałam! 😀 Jakiś czas temu utknęłam w martwym punkcie i nijak nie potrafiłam się z niego wydostać. Moim problemem było niezdecydowanie co do tego, jak fabuła się potoczy. Dzięki temu artykułowi i MM byłam w stanie w jeden wieczór stworzyć z mglistych pojęć o początku, zakończeniu i „temu czemuś w środku co zapcha tą dziurę” stworzyć plan całej książki i nawet zaplanować część wydarzeń. Teraz pozostaje tylko pisać i życzyć sobie wytrwałości :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *