Poradnik pisania – ćwiczenie 6

czerwony kapturek - poradnik pisania - ćwiczenie 6 - spisek pisarzy

Tomasz Węcki


Cześć, mam na imię Tomek i jestem grafomanem. Od kilkunastu lat udaje mi się połączyć przyjemne z pożytecznym i utrzymuję się przede wszystkim z pisania. Byłem już dziennikarzem, piarowcem, copywriterem, ghostwriterem, dokumentalistą i autorem tekstów do gier komputerowych. Teraz możesz również przeczytać moją pierwszą książkę – „Wtajemniczenie”.

22 komentarze

  1. Beliahrson napisał(a):

    W zasadzie, to napisałem to opowiadanie kilka dni temu, ale sądzę, że pasuje 🙂

    Las skąpany był w mroku, korony gęsto rosnących, pradawnych drzew nie przepuszczały nawet najdrobniejszych promieni słonecznych. Nigdzie nie było ani śladu zwierząt, nawet ptaki milczały, schowane w swoich dziuplach lub skulone w gniazdach. A jednak już od jakiegoś czasu ciszę zakłócał czyiś śpiew. Wysoki głosik, nucący pozbawioną słów pieśń, której tekst pamiętały tylko najstarsze z drzew, rozjaśniał ponurą atmosferę, która nie opuszczała lasu już od wielu lat.
    Ten czysty, uroczy głos należał do młodej dziewczyny o niebywałej urodzie, odzianej w szkarłatny płasz z kapturem, spod którego na twarz wymykały się czarne loki. Dziewczyna niosła wiklinowy kosz, którym wymachiwała swobodnie w rytm tanecznych kroków.
    Śpiew dziewczyny przyciągnął uwagę wiekowego wilkołaka. Oglądał ją schowany w krzakach, oblizując usta na myśl o rzeczach, które pragnął z nią zrobić. Najpierw jednak chciał się dowiedzieć, co robi w takim miejscu, więc wyszedł na ścieżkę, wydeptaną w czasach, kiedy las zamieszkiwały jeszcze elfy.
    Dziewczyna zatrzymała się, ale nie wyglądała na przestraszoną ani nawet na zdziwioną. Uśmiechnęła się do wilkołaka.
    – Witam – powiedział wilkołak.
    – Witam – odparła dziewczyna.
    – Co porabiasz sama, w takim ciemnym, ponurym lesie?
    – Chciałam poznać moją babcię, która mieszka w niewielkiej chatce pośrodku lasu.
    Taka chata istniała naprawdę i wilkołak wiedział, że zamieszkuje ją zwariowana czarownica.
    – Czy dojdę do niej, jeżeli dalej będę podążać tą ścieżką? – zapytała dziewczyna.
    – Tak, chociaż znam krótszą drogę.
    – Naprawdę? Podzieliłby się pan nią ze mną?
    – Oczywiście. Ale nie zdradziłaś mi jeszcze swojego imienia.
    – Pan mi również. Imiona mają niesamowitą moc, nie powinno się nimi szastać na prawo i lewo, czyż nie?
    Wilkołak zaśmiał się, błyskając drapieżnie zębami.
    – Masz rację. Ale jakoś nazwać cię muszę, nie? Co powiesz na „Czerwony Kapturek”? Czyż nie brzmi uroczo?
    – Cudownie! – Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko, jej dłonie zacisnęły się na koszyczku. – To co z tym skrótem, o którym pan wspominał?
    – Ach racja. Wystarczy, że skęcisz tutaj i będziesz szła cały czas na północ.
    Wilkołak odwrócił się, by wskazać jej odpowiedni kierunek, a w następnej chwili usłyszał wystrzał i poczuł przeraźliwy ból pod łopatką. Upadł boleśnie na twarz, usłyszał nieprzyjemny chrzęst, gdy złamał sobie nos. Odwrócił się na plecy, sapiąc głośno.
    Czerwony Kapturek szczerzyła do niego zęby celując z wciąż dymiącego się pistoletu w jego pierś.
    – Srebrna kula, sukinsynu – oznajmiła potrząsając bronią.
    – Ty… ty szmato – wyharczał, plując krwią.
    – Przykro mi, ale nie mam dla ciebie czasu – mruknęła grzebiąc w koszyku. W końcu wyciągnęła z niego długi, srebrny sztylet, rozcięła nim koszulę sparaliżowanego wilkołaka, odsłaniając jego owłosioną klatkę piersiową i zaczęła jeździć ostrzem po nagiej skórze. – Chętnie wycięłabym twoje serce. Słyszałam, że wy, wilkołaki, uwielbiacie je ponad wszytkie inne narządy wewnętrzne. Jak byś się czuł, gdybym wycięła je na twoich oczach i wciąż bijące przebiła sztyletem, hę? Niestety; mam jeszcze do załatwienia pewną czarownicę, więc nici z dobrej zabawy. Cóż, miło było pana poznać. Do widzenia.
    To powiedziawszy, dziewczyna w czerwonym kapturze wcisnęła sztylet w ciało wilkołaka po samą rękojęść. Wilkołak wzdrygnął się dwukrotnie w konwulsjach, jego oczy wywróciły się, tak że widać było tylko przekrwione białka, warknął krótko i już nie żył.
    Po chwili las znów ożywiła pozbawiona słów pieśń.

    • Soulstaelker napisał(a):

      Co za pismo, zamurowało mnie to kompletnie! Krótkie, lecz trafne i działające na wyobraźnię opisy wprowadzające tworzące atmosferę i do tego nieźle ułożone dialogi. Ale prawdę mówiąc kontrast wywołany przez pistolet mocno pozbawił fragmentu tej fantastycznej magii, jakiej czytelnik spodziewa się przy opowieściach z wilkołakami i dziewczętami. Jeśli jednak to celowy zabieg, gratuluję, udało się bezapelacyjnie! 🙂

  2. katdelable napisał(a):

    Już od dawna powinnam to zrobić! Takie istoty jak wilk, powiedzmy sobie to szczerze jedynie drażnią ludzi. Siedział zawsze pod tym samym drzewem z butelką taniego wina, zaczepiał głupią gadką, a ja miałam tego już dość.
    Idę sobie przez las. Patrzę, stoi ta menda.
    – Jak się dzisiej mamy Pani Dobrodziejko!
    Jak się mamy do jasnej……mieć kiedy od rana zawraca nam głowę taki stary bezużyteczny pijak i jeszcze zionie odorem trawionego alkoholu. Ale nie, postanowiłam nie dać po sobie poznać, że cokolwiek mnie to rusza. Zignorowałam natręta.
    -Jak zdrowie Babuni, może bym tam podszedł, drew narąbał za jakie dwa złote.
    Trzymajcie mnie, bo gościa tak załatwię, że go matka rodzona nie pozna
    – O w złym humorze jesteśmy, to nic tu po mnie. Co złego to nie ja!
    Odczepił się i całe szczęście, idę do Babki z czymś, co matka jej zapakowała. Może Stara coś odpali.
    Droga mija szybko. Zdąrzę wypalić z dwie fajki. Ja pierdziele, jak można mieszkać na takim zadupiu. Z drugiej strony dobrze, nikt nie chce patrzeć na starych ludzi. Nawet jak kiedyś mi to zapisze, (bo nie ma innych wnuków), to to sprzedam i będę ustawiona na całe życie. Uśmiecham się w duszy.
    Otwieram drewniane, drzwi. Jak zwykle nie zamknięte- że też stara się nie boi , że ją okradną.
    -Dzien dobry Babuniu, – staram się być tak dobrą wnusią, jak to tylko możliwe.
    -Dzień dobry słoneczko Ty moje. – babka leży w pierzynach. – co mi przyniosłaś?
    A może najpierw by się zapytała, co słychać, czy jak się mam. No nic jak się chce mieć zysk, to się trzyma dobrą minę do złej gry.
    Daje jej kawałek placka. Zajada się. Okruchy lecą na pierzyny.
    -Smakuje Ci? Może CI herbaty zrobić? – pytam z jadowitą słodyczą.
    -Tak poproszę!
    Za chwilę wracam z kubkiem herbaty z miodem i cytryną. Muszę przecież utrzymać wizerunek dobrej wnuczki.
    -A dobrze się uczysz?
    -Tak babuniu. Bardzo dobrze.
    -A Kaszakowa mówiła, że Cię widziała, jak całowałaś się z chłopakiem od Mańkowskich na ławce w parku.
    Stara głupia plotkara. Że się raz czy dwa przelizałam z starszym „Mańkiem” to ją g….. powinno obchodzić.
    -To na pewno jakies nieporozumienie. Pomyliła mnie z kimś czy coś. Babuniu?
    -No słucham cię, Kotuniu.
    -Bo u nas w gimnazjum jest w czwartek dyskoteka. I mi się akurat taka czerwona sukieneczka podoba w chińskim centrum. Nie odpaliłabyś mi dyszki?
    – Przepraszam Cię Cukiereńku, ale przed południem była u mnie Kaszakowa i razem wpłaciłyśmy to co nam resztę zostało n konto Ojca Tadeusza.
    Czuję jak policzki mnie pieką. Czuję , że udusiłabym ją gołymi rękami.
    -W sumie nic się nie dzieję. – staram się nadrobić miną.
    Do kurnej nędzy, żywimy starego darmozjada za nasze, latamy przez las na zmianę jak kot z pęcherzem świątek piątek. Przecież coś nam się za to należy. Nie, ja tego tak nie zostawię.
    -Babuniu, przypomniało mi się. Muszę jeszcze przepisać wypracowanie na polski.
    Wracam do domu. Po drodze wypalam jeszcze cztery fajki.
    Nie mogę spać. W nocy przychodzi mi do głowy genialna myśl. Pozbędę się starej. I przy okazji tego pijaczyny, wilka.
    Następnego dnia wychodzę. Matka myśli, że do szkoły. Ja jednak zamierzam wcielić swój plan w życie.
    Idę przez las, właściwie biegnę. Za godzinę stoję przed drzwiami. Otwarte. Dobrze. Wchodzę, Babka jeszcze śpi.

    Podchodzę bliżej. Chcę mieć pewność, że się nie obudzi. Biorę poduszkę i przyciskam do twarzy. Budzi się. Czuję, jak się miota i próbuje uwolnić. Ja jestem jednak silniejsza. Czuje jak słabnie. W końcu opada bez ruchu.
    Szybko opuszczam dom i biegnę pod tamto drzewo, gdzie spodziewam się spotkać wilka. Oczywiście stoi we wskazanym miejscu z butelką taniego wińska.
    -Dobrodziejka! Jak miło!
    -Panie Wilku, Babcia prosiła, żeby drewien narąbać. Sowicie zapłaci.
    -Bóg zapłać dobrodziejce.
    -Proszę już do niej iść. Ja tam przyjdę za pół godziny, pomóc układać. Dziś nie mamy dwóch pierwszych lekcji, to ja chętnie pomogę,
    -Jaka z Pani cudowna wnuczka!
    Odchodzi. Ja biegnę do domku myśliwego. Zanim zapukam, uderzam się jednak dużym granitowym kamieniem w stopę. Ból jest potworny, czuję jak idą mi łzy.
    Pukam. Drzwi otwiera mi rosły dwumetrowy mężczyzna.
    Wybucham płaczem.
    -Panie myśliwy, niech pan coś zrobi. W tym momencie Wilk chyba morduje mi babcię.

    • Ula Hohensee napisał(a):

      Właściwie… Gdyby było użyte mniej potocyzmów (chociaż wiem, że czasem wzmacnia to znaczenie wypowiedzi), trochę rozbudowane i poprawione ze strony technicznej… Albo napiszę tak: Ciekawy pomysł, ale popracuj nad warsztatem ;D.

  3. Kaja napisał(a):

    Gabriel prowadził mnie jakimś zaułkiem, miało czekać tam na nas schronienie. nie ma żadnych świateł więc idę trzymając go za płaszcz. W końcu zatrzymał się przed najbardziej obskurnymi drzwiami jakie widziałam do tej pory. Zapukał trzy razy poczekał moment i znowu zapukał. Czekaliśmy tak przez moment, w końcu drzwi się otworzyły. W progu stała kobieta o czarnych włosach z bladą twarzą można by ją porównać do Królewny Śnieżki.
    – Witaj Sabin. – przywitał się Gabriel.
    – Gabrielu co tu robisz? – zaczęła bez owijania w bawełnę.
    – Potrzebuję pomocy.
    – A po cóż innego byś przychodził?
    – nie jestem sam…
    W końcu dostrzegła mnie. przez chwilę stała wpatrując się we mnie. po czym odsunęła się i kazała nam wejść. pomieszczenie było kompletnym przeciwieństwem zaułka. Dominowały tu kolory bieli i fioletu. poprowadziła nas do małego salonu.
    – czy ty zdajesz sobie sprawę co robisz, przyprowadzając Ją tutaj? wiesz jakie to niebezpieczeństwo dla nas wszystkich?
    – wiem ale nie miałem wyjścia. na jakiś czas zgubiliśmy pościg.
    – więc stwierdziłeś że możesz tu przyjść?
    Rozmawiali tak przez dłuższy czas,nie zwracając na mnie uwagi. Rozejrzałam się po jej mieszkaniu. Salonik łączył się z małą kuchnią. wszędzie taka sama kolorystyka. aż do znudzenia. Tylko jeden element wyróżniał się. Na fotelu w salonie leżała jakaś czerwona narzuta. Kiedy podeszłam zorientowałam się że jest to płaszcz.
    – nie dotykaj tego- Sabina szybko podeszła do mnie i schowała płaszcz do szafy.- jeśli masz tu mieszkać przez kilka dni to pamiętaj kilka rzeczy. nie dotykaj moich rzeczy i nie wolno Ci wychodzić z mojego mieszkania.
    – Słuchaj jej kiedy mnie nie będzie. Ja wrócę za kilka dni.
    – zostawiasz mnie tu? – zapytałam zdezorientowana.
    – tak. musimy się na razie rozdzielić. tu będziesz bezpieczna.
    – co zamierzasz zrobić?

    • Ula Hohensee napisał(a):

      Super!
      Wykorzystane zawieszenie akcji na koniec i rozpoczęcie „In medias res”. Genialne! Tylko na początku za długie zdania oraz można by było zastosować zdania lewostronne.

  4. Riboq napisał(a):

    No i nadrobiłam wszystkie ćwiczenia 🙂
    Chciałam wrzucić na forum, ale nie do końca wiem w jakiej formie.

    Przylgnęła do drzewa. Ciemna kora idealnie podkreślała czerń jej spojrzenia. Wodziła nim teraz po otoczeniu. Głównie jednak nasłuchiwała. Głęboki kaptur nasunęła zakrywając twarz. Jego czerwień paliła oczy niczym świeża posoka. Odkleiła się płynnie od drewnianego cienia i ruszyła przecinką, która doprowadziła ją do głównego traktu. Zaciskała mocno palce na trzymanym koszyczku. Ten uścisk jeszcze się zwiększył kiedy drogę zastąpił jej wysoki mężczyzna.
    – Ohohooo… – przeciągnął samogłoskę obracając ją w mlaśnięcie.
    Zatrzymała się i odsunęła nieco kaptur.
    Nieznajomy zaskoczony uniósł brew. Wiedziała, że to załatwi wszelkie problemy z zaaranżowaniem gry wstępnej.
    – Ohohooo… – powtórzyła za nim, jednak mlaśnięcie zastąpił delikatny, wiele obiecujący uśmiech.
    Patrzył na nią rozbawiony i zainteresowany.
    – Może dość już tej erudycji. – Uśmiechnęła się. – Nie nadążam wręcz.
    – Tutaj bym się zgodził. – Mężczyzna roześmiał się prawie rubasznie. – Skoro rozmowa nam nie idzie…
    Przerwała mu, zbliżając się bliżej niż pozwalał savuavivre.
    – Jesteś pewien? Wilk może nie być zbyt szczęśliwy gdy odkryje, że utknęłam tutaj zamiast trafić bezpośrednio do niego.
    Z lasu po jej lewej stronie wychynął rozbawiony kompan jej rozmówcy. Oblizał wargę.
    – Już masz świadeczka. – Wyszczerzyła się i wspięła na palcach. Zostawiła mokry ślad na policzku rozmówcy i przekrzywiła głowę z niewinnym grymasem.
    Westchnął głęboko i machnął na kamrata, dołączyło do nich jeszcze trzech innych. Z taką eskortą ruszyli przez las.
    Kiedy dotarli na leśną polanę łącznie za jej plecami stało sześciu rzezimieszków, a w samym obozowisku prócz szefa było ich jeszcze pięciu.
    – Prowadź do szefa, skarbie.
    To co bawiło jej przewodnika kwadrans temu, teraz wydawało się go peszyć. Pociągnął ją mało delikatnie za ramię w kierunku jednego z ognisk.
    – Szefie?
    Rosły mężczyzna podniósł głowę. Był półnagi, a szeroki tors pokryty był olbrzymim tatuażem, z którego wyzierała na nią rozwarta w ataku paszcza wilka.
    – Dziewka dla ciebie. – Skarb odzyskiwał powoli rezon. Żartował.
    – Zostawcie nas.
    Kiedy pozostali odeszli, Wilk sięgnął do niej i pochwycił za rękę. Brutalnie przyciągnął ją do siebie i posadził na kolanie.
    Nie powiedziała nic. Odstawiła tylko koszyczek obok.
    Oparł ramię o jej udo i wrócił do czynności, którą mu przerwano. Ostrzył sztylet.
    – Twój płaszcz jest wilgotny.
    Uśmiechnęła się.
    – Czy to ten rodzaj wilgoci?
    Znów się uśmiechnęła. Przejechała dłonią po okrywającym ją odzieniu i podstawiła mu ją pod twarz. Palce niemalże ociekały krwista czerwienią.
    – Zatem załatwione?
    Sięgnęła do koszyczka i rzuciła pod jego nogi dwa krótkie miecze i muszkiet.
    – Strzelby nie chciało mi się brać, wsadziłam mu ją w dupę. Reszta pływa w swoich flakach. I jego.
    – A babka?
    – Babka dostała dżemik.
    Roześmiali się oboje. I oboje równo powiedzieli:
    – Z wilczych jagód.

  5. nuklearna wiosna napisał(a):

    Dlaczego porażka nie jest opcją?
    Porażka w moim odczuciu powinna być opcją i to opcją bardzo realną. Po co czytać o bohaterze, o którym wiemy, że nie poniesie porażki? Przecież to nudne! Poza tym są przecież możliwości pośrednie, jak pozorne zwycięstwo – gdy osiąga się spektakularny sukces zbyt wielkim kosztem, albo pozorna porażka, gdy traci się możliwość zdobycia czegoś powszechnie pożądanego, a w zamian zyskuje się jakąś prywatną korzyść. Nie wszystko musi być jednoznaczne, bo to idzie z nudów umrzeć! 😉

    Żeby nie było, że tylko sobie utyskuję, zamieszczam napisany na szybko tekst ćwiczeniowy. W moim odczuciu to jest zamknięta całość, aczkolwiek ja mam nieco inne pojęcie zamkniętej całości, niż normalny człowiek. Lubie otwarte zamknięte całości, o ile wiecie, co mam na myśli 😉
    O dziwo faktycznie użyłam niewielu słów. Na ogół zwykłam używać ich więcej.

    ***

    -Niżej! Niżej! Okeeej… teraz przechyl się trochę w prawo… Tak! Super! I szerzej nogi…
    Bez szemrania wykonuję wszystkie polecenia. Uśmiecham się pół niewinnie, pół lubieżnie, dokładnie tak, jak życzy sobie „reżyser”. Tak każe się nazywać, wieprz jeden.
    – I teraz oblizujesz usta…
    Oblizuję usta.
    – Ściskasz dłonią pierś…
    Ściskam dłonią pierś.
    Normalnie czułabym się kretyńsko. Chyba każda normalna kobieta tak by się czuła na moim miejscu. Trzeba mieć poważne zaburzenia, by nie czuć się kretyńsko, grając w pornograficznej wersji „Czerwonego Kapturka”.
    – Dobra, fantastycznieee! Teraz przestajesz być grzeczną dziewczynką… Taak, ocierasz się o drzewo, w oddali widzisz już wilka… Jeszcze chwila i zrzucisz pelerynkę…
    Oj zrzucę. O tak. A to, co mam pod nią, będzie ostatnią rzeczą, którą w życiu zobaczysz.

    Nie jest łatwo przeciętnej studentce, dziewczynie z dobrego domu wkroczyć w mroczny, plugawy świat pornograficznego podziemia. Coś takiego nie przyszłoby mi do głowy nigdy w życiu, gdyby nie fakt, że to pornograficzne podziemie pierwsze wkroczyło w mój świat.
    Czy mojej siostrze też kazałeś robić takie rzeczy, myślę, wciąż uśmiechając się kusząco. Po to ją uprowadziłeś? Żeby ocierała się o drzewa? Żeby z rozchełstaną peleryną czekała na wilka?
    Ona miała jedenaście lat!
    – Rozchylasz wargi…
    Rozchylam wargi.
    – Wsadzasz rękę pod pelerynę…
    Wsadzam rękę pod pelerynę.
    Z trudem zdobyty pistolet jest na swoim miejscu – tam, gdzie umieściłam go przed nagraniem. Przez te wszystkie miesiące udało mi się zdobyć ich zaufanie. Nikt nie sprawdzał mnie zbyt dokładnie.
    – Wilk jest już bardzo blisko… Powoli wyjmujesz rękę…
    Powoli wyjmuję rękę.
    -Patrzysz mu w oczy.
    Patrzę.
    Dlaczego masz takie duże oczy?
    Mogłabym spytać, ale nie pytam.
    Czas pytań minął.

  6. Czarownica Wrażeń napisał(a):

    Las był cichy. Jakby nic w nim nie żyło. Nawet stojąca przy drzewie szczupła niewysoka postać, mimo bijącej w oczy czerwieni okrycia, pasowała idealnie do tej aury uśpienia. Prześlizgujące się pomiędzy gałęziami słabe promienie słońca musnęły piękną twarz skrytą pod równie jaskrawoczerwonym, jak reszta płaszcza, kapturem. Dziewczyna bardzo powoli, wręcz z jakimś nabożeństwem czyściła długi sztylet. Pod wprawnymi ruchami szybko znikały rdzawoczerwone plamy. Coś na kształt drapieżnego uśmiechu przemknęło przez tę naprawdę śliczną buzię. Nagle dziewczyna przerwała swoją czynność. Podniosła głowę i popatrzyła przed siebie.
    – Każesz na siebie czekać – melodyjny głos pasował do całej postaci
    -Wybacz – barczysty, brodaty mężczyzna ruszył w stronę kobiety – Czasem ciężko cię znaleźć.
    Wzruszyła ramionami
    – Przecież wiesz, że bywam tam, gdzie główne trakty leśne
    – No tak – brodacz chciał objąć dziewczynę w pasie, ale szybko przystawiony sztylet do jego piersi skutecznie udaremnij mu ten zamiar
    – Chcesz być następny? – zapytała zatrzymując zapał towarzysza
    – A ilu dziś?
    Dziewczyna w kapturze wolną ręką zatoczyła krąg wskazując porozrzucane po ściółce jakieś dziwne resztki, przypominające szczątki ludzkie
    – Pięciu
    – Opłaciło się? – mężczyzna wciąż stał na wyciągnięcie sztyletu
    Młoda kobieta roześmiała się i rozchyliła głęboki dekolt, gdzie tkwił ciasno zwinięty rulon banknotów
    -Jak widzisz – patrzyła przeciągle na brodacza i ugięła jeszcze bardziej miękki materiał. Biała pierś wyglądała bardzo ponętnie na tle czerwieni płaszcza.
    Mężczyzna przełknął ślinę i nie zważając na nic odsunął wycelowany w jego pierś sztylet. Przyciągnął dziewczynę do siebie i ugryzł ją w ucho
    – Mmm – wymruczał – Chodźmy stąd.
    Nie zdążyli wsunąć się głębiej w las, gdy nagle po przeciwnej stronie drogi z gęstych zarośli wychyliła się rozczochrana głowa jakiegoś chłopaczka. Popatrzył na stojącą blisko siebie parę i zawołał ze zniecierpliwieniem
    – Hej! Kaśka! Skończ już tę swoją zabawę w teatr. Dwa rządki ziemniaków czekają na wykopanie!

    🙂 🙂 🙂

  7. Ula Hohensee napisał(a):

    Szybciej! Jeszcze trochę! Nie przestawaj biec!
    Spomiędzy drzew wyłoniły się konie. Jeźdźcy nawoływali do siebie. To była pierwsza czarownica od łowów goblinów.
    Za tym gąszczem!
    Kobieta wbiegła między drzewa. Gałęzie rozerwały jej szkaradny płaszcz.
    Będą musieli zsiąść… Nie dadzą rady.
    Wybiegła z lasu. Gwałtownie stanęła. W dolinie spowitej mgłami majaczyła rzeka.
    Mroźny wiatr rozwiał jej kruczoczarne włosy. Znad smoczych gór nadciągały burzowe chmury. Zbliżał się sezon czarownic.
    Spojrzała w głąb lasu.
    Na najwyższej gałęzi usiadł gil, jedna z pierwszych oznak zimy. Nastroszył pióra, jakby oburzony wnikliwym spojrzeniem nieznajomej, po czym odleciał z wiatrem, malejąc z każdą sekundą.
    Nagle poczuła dłoń na ustach. Odruchowo ją chwyciła. Szarpnęła. Nic.
    Była czarownicą! Dotknięciem powalała dęby!
    Rozwścieczona odgryzła obcemu palec.
    Błyskawicznie odepchnęła przeciwnika.
    To był młody mężczyzna. Balansował na krawędzi urwiska.
    Bardzo ją przypominał. Blady jak śnieg. Ciemne oczy spoglądały z niewypowiedzianą nienawiścią.
    Zaatakowała.
    Wyrzuciła strumień mocy. Miał spaść. Nikt nie oparł się jej mocy.
    Ale on wciąż tam stał. A co gorsze szeptał zaklęcie.
    Był czarodziejem! Ale mężczyźni tego gatunku wymarli! To nie mogła być prawda!
    Kobieta rzuciła się do ucieczki. W walce nie miała szans.
    Minęła pierwsze drzewa. Już zniknął jej z oczu. Nagle las zaczął schnąć. Piorun uderzył w jeden z pni. Pożar rozniósł się w kilka chwil. Wszystko stanęło w ogniu.
    Z płomieni wyłonił się on. Nie dał jej szansy. Po prostu uderzył nią o drzewo. Wyciągnął rękę. Wyrwie jej serce. Wyrwie je i zje. Tak jak nakazuje rytuał, który sama też stosuje.
    Jego oczy spowił niewypowiedziany chłód. Widziała w nich przerażenie. To nie on. Nie chciał jej zabić.
    – Pomóż mi…- Wyszeptał ostatnim tchnieniem, po czym padł jej pod nogami.

    Z chęcią wprowadziłabym bardziej brutalną walkę, ale miałam niecały kwadrans (jestem u koleżanki :D).

  8. Roza_000 napisał(a):

    W lesie panowała głucha cisza, słychać było jedynie tupot kopyt konia. Mojego konia. Nie spodziewałem się tego co miało się zaraz stać….
    Drzewa zlewały się w jedną zielono, brązową ścianę. Czułem chłód spowodowany niesamowitym pędem. W lesie było wilgotno i duszno, coraz trudniej było m łapać oddech. Chciałem się zatrzymać, gdy nagle coś przemknęło między drzewami. Coś czerwonego, coś…niebezpiecznego. Popędziłem konia. Dziwna istota również przyśpieszyła i co dziwne zrównała się ze mną. W powietrzu nagle dało się poczuć tajemniczą, nienawistną woń. Serce zabiło mi szybciej ze strachu, spróbowałem jeszcze raz pogonić konia. Nic. Nawet mój wierzchowiec nie mógł biec szybciej. Nagle dziwna postać zniknęła, jakby rozpłynęła się w powietrzu. Szelest jaki towarzyszył jej krokom ucichł. Znów panowała głucha cisza. Pozwoliłem zwolnić mojemu przyjacielowi, acz cały czas zmuszałem go do biegu. Chciałem jak najszybciej opuścić to dziwne miejsce. Spojrzałem jeszcze raz na las. Cisza. Skoncentrowałem się na drodze i nagle ją zauważyłem.
    Mój koń ledwo wyhamował, stanął dęba i zarżał groźnie. Uspokoiłem go i spojrzałem na stojącą przede mną istotę. Była dziewczyną. Miała kruczoczarne włosy i niezwykle ciemne oczy. Miała 20, może dwadzieścia parę lat. Ubrana była w ciemną suknię i czerwony płaszcz. Uśmiechała się lekko, jednak było w tym uśmiechu coś co mnie przeraziło.
    – Boisz się? – zapytała zmysłowym, melodyjnym głosem.
    Przełknąłem głośno ślinę, nie mogąc oderwać wzroku od jej czerwonych ust.
    – Boisz się? – powtórzyła.
    – Nie – wydukałem, a ona zaśmiała się szyderczo. Fakt nie brzmiałem przekonująco.
    – Boisz się? – znów zadał mi to pytanie.
    – A mam czego? – wypaliłem od razu.
    Dziewczyna zaśmiała się i odwróciła do mnie plecami. Ruszyła powoli przed siebie. Nawet sposób w jaki chodziła ociekał seksem i…Tym tajemniczym złem. Nagle odwróciła się do mnie.
    – Pomożesz mi – powiedziała stanowczo.
    Jej głos był teraz zimny, nieznoszący sprzeciwu. Bałem się, ale musiałem jej odmówić.
    – Przykro mi pani, ale bardzo się śpieszę – siknąłem jej głową i ruszyłem dalej, ciągle mając w głowie jej zmysłowy głos.
    Nie ujechałem daleko, bo nagle powietrze koło mojego ucha przeciął sztylet. Mało brakowało, a nie miałbym ucha. Przerażony zatrzymałem konia i zeskoczyłem z niego. Sztylet sterczał, wbity w pień pobliskiego drzewa. Wyjąłem go i odwróciłem się do dziewczyny.
    Stała oparta o stary dąb i uśmiechała się złośliwie. Miałem ochotę odrzucić jej nóż, ale, bałem się ją zranić.
    – Czego ode mnie chcesz? – zapytałem podchodząc do niej. Gniew narastał we mnie z każdą sekundą.
    – Pomożesz mi – uśmiechnęła się szeroko i wyciągnęła rękę po nóż.
    – Mówiłem już… – zacząłem cofając rękę, ale ona była szybsza. Chwyciła narzędzie, za nim zdążyłem pomyśleć i schowała w wysokiego skórzanego kozaka.
    Spojrzała na mnie z tym swoim uśmiechem. Zaczynałem się już denerwować. Narastały we mnie irytacja i strach. Wiedziałem, że nie mam do czynienia ze zwykłą dziewczyną.
    Niespodziewanie nieznajoma ujęła moją twarz w swoje smukłe dłonie i przybliżyła swoje czerwone usta do moich. Sparaliżowało mnie. Pocałunek był namiętny lecz niezwykle krótki. Gdy odsunęła się ode mnie, nadal nie mogłem dojść do siebie. Dziewczyn uśmiechnęła się jedynie i wyminęła mnie. Szła przed siebie, jakby pewna, że za nią pójdę. Poszedłem.
    – Pomożesz mi – powiedziała znów i sprawnym ruchem wskoczyła na mojego wierzchowca.
    Spojrzałem na nią, a ona znów się do mnie uśmiechnęła i wyciągnęła do mnie rękę. Po chwili wahania, chwyciłem jej dłoń i wsiadłem na konia. Dziewczyna od razu ruszyła.
    – W czym mam Ci pomóc? – zapytałem w końcu.
    – Muszę kogoś zabić – powiedziała tak cicho, że tylko ja zdołałem ją usłyszeć.
    Chciałem prości by się zatrzymała, ale teraz nie było już odwrotu…

  9. Virginia napisał(a):

    Pośród gąszczy, drzew i krzaków wypatrzyła swój cel. Biegł dokładnie przed nią, uciekał niczym goniona zwierzyna. Dziewczyna zmrużyła oczy zamieniając swoją ofiarę w mały, czarny punkt.
    Przyspieszyła nie zważając na gałęzie, które ostro kaleczyły ją w twarz, ani na ból w nodze. Bo czym był ból w złamanej kostce? Teraz liczył się tylko jej cel. Musiała go dogonić za wszelką cenę.
    Biegła coraz szybciej i szybciej, przeskakiwała przez przeszkody jakie znajdywała na swojej drodze. Ominęła wielkie drzewo widząc, że coraz bardziej zbliża się do punktu. Była już przy nim.
    Skoczyła na swoją ofiarę – tak, ofiarę, bo ona była myśliwym, ten człowiek nie był człowiekiem, był po prostu jej ofiarą – i przewróciła go prosto w stos mokrych, nadgniłych liści. Zdążyła jeszcze zobaczyć jego przerażone oczy, po czym wbiła mu nóż. Prosto w serce, szybko i sprawnie. Wydał ostatnie tchnienie.
    Patrzyła na jego martwe ciało, sprawiało jej to niepokojącą przyjemność. „Przecież wszyscy zawsze mówią” – pomyślała – „Że zemsta jest słodka”. Wyciągnęła nóż, wytarła o ziemię i pobiegła dalej.

  10. Anonimus napisał(a):

    Cały las skąpał się w półmroku, gdy tarcza słoneczna skryła się za horyzontem. Ostatnie świetliste promienie muskały lekko czubki strzelistych sosen. Powoli, lecz nieubłaganie świat zamierał w bezruchu, i w końcu nastała cisza. Wtedy też młoda, ledwie dwudziestoletnia dziewczyna pojawiła się na wysypanej zeschłymi igłami, leśnej dróżce. Szła ostrożnie. Tak, jakby każdy krok mógłby być dla niej ostatnim. Co rusz nieznacznie odwracając głowę za siebie w poszukiwaniu zagrożenia. Jej czerwony płaszcz z kapturem wabił resztki światła, w taki sposób, że cały świat wokół niej ociekał szarością, a ona świeciła jasnym blaskiem. Wypakowany, duży, wiklinowy koszyk przyginał ją do ziemi. Kiedy tylko miała okazję, by chwilę odpocząć, stawiała go na runie i rąbkiem rękawa ścierała pot ze swego czoła.”Chyba nigdy nie uda mi się wydostać z tego przeklętego lasu” – pomyślała i przeklęła w duchu. Już od dwóch dni tułała się po leśnych ostępach, ale jak dotąd jej próby wyjścia z lasu, przyprawiały ją o same problemy. Nie dalej niż wczoraj prawie by utonęła, usiłując przepłynąć jezioro, z którego brzegu widać było jakąś wioskę, a kiedy próbowała je ominąć nastała noc i prawie ugrzęzła w torfowisku.”Czy bogowie się na mnie uwzięli?!” – pytała się co chwilę w duchu.
    Nagle usłyszała przed sobą przytłumione odgłosy czyjś kroków i towarzyszący im trzask łamanych gałązek. Przystanęła i z uporem zaczęła przyglądać się pozbawionej kolorów ścianie drzew, którą miała przed sobą, lecz gdy nie usłyszała nic niepokojącego, wzruszyła ramionami w udawanym geście obojętności, i ze zdwojoną ostrożnością ruszyła na wprost, niby nie zwracając uwagi na następne odgłosy teraz dochodzące zza jej pleców. „Amatorzy” – zauważyła i nieomal prawie parsknęła z ironii. Kroki stawały się coraz głośniejsze. Ona jednak szła niewzruszona dalej przed siebie, przyglądając się koronom drzew, choć kontem oka śledziła poczynania oprychów.
    W końcu, kiedy nie było potrzeby się już skradać, mężczyzna skryty za pniem drzewa, wyskoczył na ścieżkę, uniemożliwiając jej kontynuowanie wędrówki:
    – A dokąd to się panienka wybiera? W noc, sama, i to w tak niebezpiecznym miejscu? – jakby na zawołanie, po tych słowach zza pleców dziewczyny wychylił się jego towarzysz i rzekł:
    – Może szukasz pomocy, bo daleko stąd do jakiejkolwiek ludzkiej siedziby? My chętnie pomożemy- powiedział i uśmiechnął się od ucha do ucha, obnażając przy tym swoje niekompletne uzębienie.
    Wtedy dziewczyna podniosła rękę, przyłożyła ją do czoła w geście zakłopotania i bezradności.
    – O ja biedna! Zgubiłam się w tych leśnych ostępach. Nie pogardziłabym waszą pomocą, ale nie mam czym zapłacić- dodała z rezygnacją.”Ciekawe czy to kupią? Na tępych wyglądają, ale trudno powiedzieć. Nie przyszło mi nic lepszego do głowy” – pomyślała i odczekała chwilę, by szare komórki naszych mózgowców zaczynały pracować. Gdy to nie przyniosło skutku, niby o niechcenia, i żeby poprawić sukienkę podniosła jej skraj dość wysoko, by prawie obnażył jej kobiecość. „Jeśli to nie poskutkuje, to się poddaję”. Nie pomyliła się jednak. Nagle w oczach mężczyzn pojawił się dziwny błysk i dolna półkula mózgu rozpoczęła swoją pracę. Mężczyźni spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Tamten z tyłu zaczął powoli okrążać dziewczynę i po chwili stanął koło towarzysza.
    – Wiesz… Może zdołasz nam się czymś odpłacić- powiedział i ruszył do działania. Żwawym krokiem podszedł do dziewczyny i chwycił ją za nadgarstek. Tamta próbowała się wykręcić z uścisku napastnika, to go jednak tylko jeszcze bardziej zmotywowało. Lewą dłonią zaczął wodzić po jej klatce piersiowej, po czym złapał ją w kroku. Dziewczyna krzyknęła z przerażenia i spróbowała odepchnąć napastnika, który przybliżył się do niej niebezpiecznie blisko. Towarzysz mężczyzny, stojący kilka stóp za nim czekał na swoją kolej. Kiedy wszystko wydawało się po myśli oprychów, dziewczyna przestała wierzgać, i szepnęła do ucha gwałciciela:
    – I to był twój błąd świnio! – przebiwszy jego serce sztyletem ukrytym za podwiązką, dodała- Nie wiesz, jak kończy się bajka, o wilku i czerwonym kapturku?
    Kiedy utkwione w jej twarz przerażone oczy mężczyzny opuścił blask, przekręciła sztylet, i wyrwała ostrze z jego zwłok.
    Towarzysz stał nadal w bezruchu, w tym samym miejscu i wzrokiem bez wyrazu przyglądał się całej scenie. Gdy wyrwał się z oszołomienia, krzyknął gniewnie i z obnażoną klingą pobiegł w stronę dziewczyny. Tamta jednak była od niego o niebo szybsza i po chwili sztylet przebił jego serce, łopocące w piersi niczym spłoszony ptak, uciszone zimną stalą.
    Kiedy ciało mężczyzny upadło bezwładne, dziewczyna poprawiła płaszcz, wytarła o jego skraj zakrwawiony sztylet i na koniec mimo chodu rzuciła za siebie, uszedłszy kawałek:
    – I to się nazywa szczęśliwe zakończenie.

  11. Cryar napisał(a):

    Szli na grzyby, gdy daleko na drodze zobaczyli dziewczynę w czerwonym kapturze.
    – Patrz Czerwony Kapturek – wskazał ją palec Billa. – To była ta co zgubiła but, prawda?
    – Nie głąbie! To był Kopciuszek – warknął John. – Ta jest od wilka i babci.
    – Ach, ty i te twoje bajeczki – w odpowiedzi otrzymał tylko gniewne spojrzenie.
    Nawet nie zdając sobie z tego sprawy maszerowali w milczeniu, wpatrując się w nieznajomą. Szybko dostrzegli czerwoną plamę na jej białej podkolanówce. Billa rozbawiła myśl że to może być miesiączka. John zaczął się o nią martwić, lecz oboje nadal dążyli ku niej w ciszy. Nie wiedzieli nawet kiedy znaleźli się naprzeciwko niej.
    – Witam Panów w ten piękny dzień – dopiero te słowa ich obudziły. Było w nich coś groźnego, co wydało się Billowi podniecające. John jednak martwił się jeszcze bardziej, jeśli cały czas mówiła w ten sposób rówieśnicy musieli ją dręczyć.
    – Chyba piękną noc – Poprawił ją Bill. Choć niebo było jasne, słońce jeszcze wzeszło. Grzybobranie nie było zabawą, żeby coś znaleźć trzeba było wstać wcześniej niż inni. O tej porze chodzenie w półśnie nie było niczym dziwnym.
    – Cokolwiek Pan powie, Panie? – na jej twarzy zagościł uprzejmy uśmiech, zaprawiony tą groźną, acz podniecającą nutą.
    „Drwi sobie ze mnie!” – pomyślał Bill. Nie pamiętał czasu kiedy witał się w uprzejmy sposób à la dzień dobry. Jednak zdał sobie sprawę, że to bardziej pasowało. Chociaż ognista kula chowała się za horyzontem był już dzień… Przez chwilę chciał powiedzieć nawet dobranoc. Ona to wiedziała i gdy odejdą będzie się z niego wyśmiewać. Ta głupia wsiowa dziewucha!
    Z drugiej strony John zapragnął ją chronić. Był pod wrażeniem, że wśród tych wszystkich wszechobecnych kurew potrafiła zachować aurę szlachetności. Zapragnął by pozostała czysta …na zawsze.
    – Ja jestem John – wskazał na towarzysza – a to jest Bill.
    – Miło mi Państwa poznać. Moje imię to Kitsune.
    Dziwne imię… kolejny powód żeby ją chronić… kolejny powód mówiący że to wieśniara, której zniknięciem nikt się nie przejmie. Zanim jednak to się stanie, ktoś zedrze z twarzy ten jej irytujący uśmieszek.
    – Choć na słówko – Bill założył ramię na szyje swojego kolegi i odciągnął go kawałek dalej. Odwrócił się na chwilę – Pani wybaczy musimy jeszcze raz omówić trasę grzybobrania.
    – Co ty robisz – syknął John, zirytowany że musiał oderwać wzrok od szlachetnej pani.
    – Jest dziwna, prawda?
    – Tak, jest – oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu.
    – Nikt nie będzie się dziwić jeśli taka wieśniara zniknie, prawda?
    Oboje poczuli coś na plecach, gdy wpatrujący się w nich Lis coraz szczerzej szczerzył zęby, uwalniając swoje prawdziwe spojrzenie. John pomyślał że tam gdzieś jest wilk. Przyciągnął go zapach krwi na podkolanówce Kitsune. Byli w bezpiecznej okolicy, ale chyba jeszcze była noc. Chciał się obrócić, ale Bill wzmocnił uścisk. On musiał się jakoś wyładować. W końcu wieśniara wykorzystała to że jej nie widzi i rżała jak koń.
    – Tak… – John nabierał podejrzeń, właśnie dlatego postanowił być ostrożny.
    – Zgwałcimy ją i zakopiemy ciało, nikt się nie skapnie – dyskretnie wyciągnął nóż do grzybów z kieszeni.
    – Co do kurwy…?
    – Ciii, bo ucieknie. Daj spokój. Na twarzy masz wypisane że też chcesz ją przelecieć.
    Na twarzy mam wypisany podziw, głąbie! – nie mógł tego powiedzieć. Był zbyt słaby, żeby powstrzymać Billa. Miał jednak plan… Gdy Bill się odwróci, walnie go scyzorykiem w głowę. Nieprzytomnego zaniesie do domu i powie że wczoraj za dużo wypił. To przejdzie. On należał do tych co czasami miewali amnezję. Poprawi swój kontakt z Kitsune i tak zaczną się spotykać… zacznie ją chronić.
    – Znam miejsce w lesie, gdzie nikt się nie zapuszcza – ściszył głos. – Tam możemy zakopać ciało.
    – I to w tobie lubię Johny! – klepnął go w plecy i ruszył spokojnym krokiem w stronę swojego celu.
    Niedoszły rycerzyk przez chwilę biegł by dogonić gwałciciela. W dłoni ściskał metalowy wihajster z mnóstwem ostrz, tylko czekając na dogodną okazję.
    – Myślę że powinniśmy znaleźć się w ustronniejszym miejscu. – Dziewczyna się odwróciła i ruszyła w głąb lasu.
    To było podejrzane, lecz w żaden sposób nie przeszkadzało Billowi.
    To była okazja, jeśli nie teraz to kiedy? Scyzoryk, nagle znalazł się w powietrzu…
    – A więc Panowie, wiecie „what does the fox say?”
    Melodyjne nawiązanie do dziwnej piosenki, wryło Johna w ziemię. Bill usłyszał „what the fuck say”, a trzy pierwsze słowa doskonale opisywały to co właśnie zrobił. Kumpel znający miejsce gdzie można zakopać ciało, ze zdziwieniem patrzył na krew cieknącą z jego piersi, nóż w nią wbity i w końcu na właściciela ręki, która go trzymała. Nie powiedział nic, jedynie odsunął się na ziemie, posyłając pytające spojrzenie swojemu oprawcy.
    – To… to… Ty go zabiłaś! – Bill ruszył w jej stronę, z nożem gotowym do ciosu.
    – Skoro tak mówisz – pogardliwy śmiech tym razem naprawdę wydobywał się z jej ust.
    Bill się zamachnął i… spojrzał w dół. Coś białego ociekającego czerwienią wystawało z jego ciała… żebro… trzymała je dłoni. Pod wpływem fali bólu, zaczął się wydzierać jak nigdy dotąd. Lisica puściła jego kość, pokazując mu swoje kły. Nie mógł ich zobaczyć, bo natychmiast rzucił się do ucieczki. Schował się za drzewem, w dłoni nadal ściskając zakrwawiony nóż. Przysiągł sobie że jeśli tak suka znów się pokaże dźgnie ją. Spojrzał zza drzewa z lewej, później prawej i z ulgą stwierdził że wieśniara za nim nie nadążyła. Nagle w pięści ściskał już tylko powietrze, poczuł też coś pod paznokciem drugiej. Obrócił się, a ona właśnie z najwyższym skupieniem dłubała w jego placu. Znów darł swoje gardło, a gdy paznokieć upadł na ziemie, Lisica powoli obróciła głowę w stronę jego oblicza. Spojrzała w jego oczy, tym groźnym podniecającym wzrokiem, aż krzyk się urwał, a pomiędzy nogami poczuł drgnięcie.
    – A więc lubisz się na mnie patrzeć – jej dłoń zbliżyła się do jego twarzy, a później jego spojrzenie do niej. – czy teraz widzisz mnie lepiej?
    Kiedy zdał sobie sprawę, że w dwóch palcach trzymała jego oko, boleśnie wbijając doń długie pazury, stracił przytomność.
    Nim się obudził, zdążył się wykrwawić, a gdzieś na drodze ktoś znów spotkał czerwonego kapturka… w białej poplamionej podkolanówce i podobnej rękawiczce.

    Kitsune (狐) według tłumacza Google po japońsku oznacza lis. Potrzebowałem dziwnego imienia, a że nie lubię ich wymyślać poszedłem na łatwiznę. Przepraszam też za nawiązanie do innej piosenki niż ta w ćwiczeniu, ale mam wrażenie że pasuje.

  12. brioszka napisał(a):

    Ss
    -Wszystko załatwione. Jutro o dwunastej idziesz spotkać się z tą staruchą. Potem wracasz do pracy i wieczorem kolacja we troje. I Wolfi- odwróciła się w drzwiach-nie waż się mnie oszukać. Jeśli to zrobisz, zamienię Twoje życie w piekło. Dosłownie. Podpalę całe miasto. Podpalę Ciebie i siebie. Znasz mnie.
    Powiedziała to spokojnie, lekko uśmiechnięta. Może by nawet pomyślał, że żartuje, ale jej ciemne oczy były otwarte szeroko i ani jedna rzęsa nie drgnęła gdy wypowiadała tę groźbę. Poza tym, znał ją.
    Wyszła do salonu, słyszał jak rozmawia przez telefon. Podniósł szklankę ze stolika nocnego i wypił łyk wody. Lepiej było nie zastanawiać się, w co się wpakował. To już za daleko zaszło, żeby się wycofać, z resztą nie było wyjścia. Wyciągnął pilota od żaluzji i zasłonił szklaną szybę ciągnącą się do podłogi. Las nocą przyprawiał go o gęsią skórkę, podejrzane cienie i szelesty nie kończyły się aż do świtu. Nigdy nie lubił tego domu, w środku lasu który również należał do Sary. Dlatego pierwszym jego życzeniem po przeprowadzce było zamontowanie grubych przesłon z zewnątrz i materiałowych rolet wewnątrz. Wróciła zadowolona. Czerwona koronkowa bielizna, jej ciemne włosy nad nim i wszystkie strachy minęły.
    ***
    Sara zapaliła ostatnią świecę i uśmiechnęła się do niego ciepło.
    -Przyniosłeś kieliszki?-zapytała.
    -Tak- powiedział stawiając jeden przy jej nakryciu i jeden przy swoim.
    -Strasznie się za tobą stęskniłam- powiedziała łapiąc go za rękę. -Wiem, że mieliśmy ostatnio trochę problemów, ale wiem, że je pokonamy. Razem. -Jej druga dłoń powędrowała do brzucha i objęła go opiekuńczo. -Babcia mówi, że to będzie blondynek.
    -Nie ma wyjścia- odpowiedział. -Skoro tatuś i mamusia mają jasne włosy.. Mam nadzieję, że urodę odziedziczy po tobie, kochanie. -Pocałował ją w czoło i sięgnął po sok jabłkowy którym dziś świętowali głosowanie zarządu.
    -Za mojego pana prezesa- powiedziała czule wznosząc kieliszek.
    Przerwał im natarczywy dzwonek do bramy.
    -Kto to może być?
    -Sprawdzę. Nie wstawaj.- wyszedł do przedpokoju i choć bardzo się starał być spokojny serce miał w gardle. -Halo?- nacisnął guzik i na ekranie zobaczył wściekłą twarz Red.
    -Katering- powiedziała z ironią która mogłaby zabijać, gdyby jej oczom się nie udało. -Wpuść mnie ty tchórzu. Dokończę dzieła za ciebie.
    -Przepraszam, ale to chyba pomyłka, nie zamawialiśmy niczego- gdyby tylko głos mu się tak nie trząsł.
    -Co? CO?- zatkało ją.
    -Proszę odsunąć się od wejścia bo zadzwonię po ochronę.
    -Ty..-zabrakło jej inwektyw. -Zniszczę cię…!- wycharczała. Nie prześpisz nocy..!- krzyczała gdy ochroniarz szarpał ją za ramiona.
    ***
    -Idź już spać, Wolfi. To nic takiego. Głupi żart- Sara pogładziła go po ręce i poprawiła kołdrę.
    -Zaraz- powiedział. Nie mógł oderwać oczu od czerwonej peleryny wiszącej na drzewie w głębi lasu, widocznej doskonale przez ich okno sypialni. Naciskał pilot żaluzji już któryś raz ale nie działały. Coś musiało się zaciąć. Mechanizm jak dotąd nigdy nie zawiódł.
    -Jutro z rana poproszę żeby to sprzątnięto.
    -Chyba.. nie będziesz musiała..-powiedział czując jak strach wspina się po nim i paraliżuje go.
    -Jak to?- zapytała i podniosła się by zobaczyć co go tak przeraziło.
    Peleryny nie było. A przynajmniej nie w tym miejscu, w którym wisiała. Teraz wisiała bliżej, na krzakach otaczających dom. Nie, nie wisiała.
    -Tam ktoś stoi! -Sary głos się trząsł.
    Rzeczywiście, peleryna, która z daleka wydawała się wisieć, była postacią średniego wzrostu stojącą tyłem do ich okien. Teraz ten ktoś, kto najwyraźniej robił sobie z nich brzydkie żarty podniósł prawą rękę do boku.
    -To..On chyba coś wskazuje- wyszeptała Sara przytulając się do Wolfiego.
    -Ona- poprawił ją nieświadomie. Zamarli, wędrując wzrokiem za wyciągniętym palcem w czerwonej rękawiczce.
    Z ciemności pośród drzew powoli majaczyły plamy koloru. Czerwone. Przesuwały się do przodu i na boki. Postacie. Odziane w czerwone peleryny wypełniały cały las.
    -Co to..co to jest, Wolfie?- Sara przestraszona i zdezorientowana objęła wydęty brzuch w ochronnym geście.
    Nagle dłoń wskazująca na bok uniosła się teraz do góry, dając znak leśnym zastępom. I nagle las rozjaśnił się, bo każda z czerwonych peleryn uniosła do góry zapalniczkę.
    Sara krzyknęła.
    -Dzwoń po policję, straż pożarną, nie wiem, zrób coś, Wolfi! O co im chodzi?!
    Postać w pelerynie odwróciła się szybko w ich stronę. Kaptur wciąż zasłaniał jej twarz, ale tak, to była kobieta. Schyliła się i ciemne włosy wysunęły się spod kaptura. I wtedy wiadro krwistej farby chlusnęło na ich okno, coś ciężkiego uderzyło w szybę. Sara wrzeszczała. Wolfi płakał. Trzymali się panicznie w objęciach i czuli, że zaraz stanie się coś jeszcze gorszego. Zginą. Tak, zginą. Sara nie wiedziała dlaczego, ale Wolfi pamiętał słowa Red. „Podpalę całe miasto. Podpalę ciebie i siebie”. Boże, jaki on był głupi, dlaczego myślał że może tak po prostu wycofać się z ich planu bez żadnych konsekwencji? Powinien był wiedzieć. Powinien był wiedzieć kiedy pierwszy raz ją zobaczył. I teraz płaci cenę za swoją głupotę.
    Jeden szybki gest i wszystkie ognie zgasły. Cisza oczekiwała w środku i na zewnątrz tego pięknego domu. Czerwona farba zasłaniała większość widoku, ale poprzez zacieki widać było, że nic się nie pali. I w zasięgu wzroku nie było żadnej postaci. W sypialni słychać było tylko ich niespokojne oddechy. Po chwili ostrożnie wstał i podszedł do okna. Las był ciemny i pusty, po raz pierwszy ten widok go cieszył.
    -Nie idź tam- szepnęła Sara.
    -Tylko sprawdzę- powiedział. Uchylił drzwi balkonowe i wyjrzał na zewnątrz przez szparę. Pusto. Otworzył drzwi szerzej. Zrobił krok w stronę ogrodu i wdepnął w coś. Odskoczył przestraszony w tył. Opanował się i spojrzał na trawę. W kałuży czerwonej farby leżało dziecko z wgniecioną główką. Trzęsącymi rękami podniósł je. Lalka. To tylko lalka. Odetchnął głęboko, pochylił się i zwymiotował. Sara siedziała otulona kocem na środku łóżka. Na trawniku kwiczał Wolfi. Każde okno domu oblane było czerwoną farbą. Dalej, w lesie między drzewami leżało mnóstwo porzuconych zapalniczek.

  13. Maniek napisał(a):

    Stanęła przy drodze i oparła się o drzewo. Czerwona peleryna sprawiała, że była widoczna już z daleka. Miejsce było idealne, chodzili tędy tylko kupcy z miasteczka, nieczęsto i zwykle pojedynczo.

    Nie musiała czekać długo, po pół godzinie pojawił na szlaku jakiś mężczyzna. Zobaczył ją, ale szedł dalej. Rozchyliła poły peleryny tak, że widać było jej nagie ciało. Podróżny który cały czas obserwował ją kątem oka zwolnił. Wiedziała już, że go ma, uwodzicielsko zakręciła biodrami i czekała. Po chwili skręcił w jej stronę. Za pasem miał zatknięty nóż, tak by w każdej chwili móc łatwo po niego sięgnąć. Widać że się bał, ale żądza wzięła górę.

    Kiedy był trzy metry od niej wdepnął w potrzask i padł na ziemię. Nim zdążył krzyknąć przypadła do niego i poderżnęła gardło.

    A dziadek mówił, że nikt się więcej na to nie złapie, pomyślała. Podniosła się i już miała iść po ukrytego w pobliżu konia, lecz raz jeszcze rzuciła okiem na ciało. Mięsa na cały miesiąc.

  14. piuv napisał(a):

    Znalazłam niedawno tę stronę i tak bardzo dziękuje autorom za wszystkie wpisy.
    W tym ćwiczeniu muzyka jest dla mnie taka inspirująca! Dałam się ponieść wenie, mimo iż ostatnie opowiadanie napisałam wiele lat temu. Tworzenie takich szybkich historii również idealnie sprawdza się w procesie twórczym robienia komiksów.
    Muszę jeszcze dużo popracować nad swoim warsztatem, często mam wiele pomysłów ale nie potrafię przenieść ich na papier by brzmiały tak dobrze jak w wyobraźni.
    Co myślicie o tym? Od taki one-shot z pogranicza… poezji?

    -Ała!- krzyknęła żałośnie dziewczyna o długich, kruczo czarnych włosach.
    Zdarte kolana piekły niemiłosiernie, podczas gdy adrenalina wyła w skroni a pulsowała w nadgarstku. Tylko jednym, ponieważ drugi był w znacznym stopniu pozbawiony czucia, ściśnięty zbyt mocno bandażem. Zimne, spierzchnięte usta świszczały przy każdym głębszym oddechu. Jej nagie ramiona to blady świt jarzący się w bladych odcieniach różu.
    Wyostrzone zmysły stwarzały iluzję cztero-wymiarowego świata, wyczulone na tyle, by każdy dźwięk dobiegający do jej ucha słyszany był kolorem, niezwykle żywym aż wzbudzał dreszcze, to dziwne uczucie które towarzyszy przy każdym nowym, ekscytującym doświadczeniu.
    Usiadła pod drzewem-mordercą, gdyż dokonało zamachu na jej krótkie, nic nieznaczące życie, cóż za ironia, znaleźć przy nim bezpieczne schronienie i miejsce wypoczynku. Zawieszenie broni.
    Naciągnęła czarny, kunsztownie wykonany płaszcz na obolałe kolana, by ocieplić się i dać choć na chwilę odpoczynek ciału od spazm w których drgały mięśnie pod wpływem zimna. „Druga skóra” była czarna, ciężka, mokra, bezpieczna. Kojący, metaliczny zapach dający wspomnienie zwycięstwa, delikatna nuta poczucia winy. Spojrzała na swe czerwone dłonie, tak ciemne i twarde w porównaniu do jasnych, nieskalanych ud. Zwróciła wzrok ku górze, w stronę nieba i nagich koron drzew. Czarne wrony prowadziły agresywny wyścig o kolejne gałęzie lecz nadrzędnym celem było dotrzeć na wilgotną, pulchną oraz zroszoną poranną rosą glebę by dziobać zdobycz. Zmrużyła oczy w blasku porannego słońca, lecz nie otrzymała orzeźwienia, wiele godzin bez snu dało o sobie znać.
    ***
    Do nozdrzy wkradł się ostry zapach mokrej, psiej sierści a zmysł dotyku zarejestrował ciepłą, śliską tkankę na dłoniach. Źrenice w jednej sekundzie zwężyły się do maleńkości ziarnka ryżu.
    Ogromne, czarne cielsko leżało u jej stóp, a nos o kolorze niczym heban muskał jej ręce. Wstyd z powodu odzienia. Zawieszenie broni.

  15. Marcin napisał(a):

    Dyskoteka na plaży. Kolorowe światła przebłyskiwały przez przeszklone ściany, a zielone lasery cięły piasek przed budynkiem raz za razem. 3 w nocy, kiedy od zachodu minęło już kilka godzin, a do świtu pozostało jeszcze trochę czasu. Krótka chwila, w której nad morzem jest naprawdę ciemno, kiedy nawet zachodzący księżyc świeci, ale nie oświetla.
    Stała w drugiej linii drzew, opierając lewą rękę o wilgotną korę wysokiej sosny. Czerwony płaszcz z głębokim kapturem był bardzo charakterystyczny, ale ciemność spowijająca las była wystarczająco gęsta. Muzyka z dyskoteki pulsowała rytmicznym basem, lekko wygłuszana przez las porastający wydmy. W oddali, na tle przejścia na plażę, lekko jaśniejszego od mroku lasu, pojawiły się dwie sylwetki. Idą.
    Długo nad tym rozmyślała, dochodząc do wniosku, że ma tylko dwie drogi – albo wziąć sprawy w swoje ręce albo odpuścić. Zapomnienie o wydarzeniach zeszłego lata nie wchodziło jednak w grę, sama myśl o bezsilności spowodowanej brakiem działania ją paraliżowała. Głęboki wdech, jeden, drugi. Szaro-zielone smugi świateł dyskoteki co jakiś czas przecinały tło nadchodzących sylwetek, a rytm muzyki przyspieszył i wyraźnie było słychać głęboki bas przeplatany elektronicznymi dźwiękami. Jej puls także przyspieszył. Postacie zbliżały się, można było wyraźnie rozpoznać dwie męskie sylwetki, jedną niższą, krępą, drugą wysoką, na oko metr dziewięćdziesiąt. Słyszała ich już całkiem wyraźnie, pijanych albo naćpanych, niewyraźnie bełkoczących o dupach, jakie wyrwali na dysce. Wyrwali. Dobre sobie. Po zeszłorocznych wakacjach przyrzekła sobie, że taka sytuacja już się nie powtórzy, ani jej, ani żadnej innej, a odpłata może być tylko jedna. Ręce jej drżały z wściekłości.
    Ten niższy zrobił kilka kroków, zatoczył się, po czym z impetem opadł na ławkę stojącą przy przejściu. Cholera! Nie miała całej nocy, żeby bawić się z nimi w ciuciubabkę, zwłaszcza że zaraz mogą się pojawić kolejni imprezowicze. Trzeba było działać szybko. Powoli sunęła za pierwszą linią drzew, ostrożnie stawiając stopy na mokrym mchu. Każda trzaskająca gałązka mogła ją zdradzić, a wiedziała, że z tą dwójką, nawet pijaną, nie ma szans w walce wręcz. Dwadzieścia kroków. Rytmiczny bas pulsujący od strony plaży nieco zwolnił, a do elektronicznej kompozycji dołączył wysoki kobiecy wokal. Zielona poświata migała w przejściu. Dziesięć kroków. Ciepła, wilgotna kora pod palcami była nieznośnie przyjemna. Zemsta jednak jest słodka. Pięć kroków. Z pasa pod płaszczem wyjęła dwa krótkie, lekko zakrzywione noże. Trzy kroki. Miała wrażenie, że mech szeleści tym głośniej, im bardziej się do nich zbliża. Serce dudniło jak bas niosący się po plaży. Kurwa, a jeśli się nie uda? Dwa kroki. Nie było czasu analizować. Rozchyliła ręce lekko na boki, zostawiając sobie odrobinę miejsca na manewrowanie, dwoma małymi krokami doskoczyła do ławki i wbiła jednocześnie oba noże w szyje cieni siedzących na ławce. Usłyszała urwane westchnięcie, przerwany haust powietrza. Przekręciła. Nie było miejsca na wahanie, nie było miejsca na niepewność. Ciepła struga popłynęła po jej palcach. Docisnęła, przekręciła jeszcze raz. Tym razem dla czystej przyjemności. Zemsta jest całkiem słodka.

  16. Gwazdacz Jan napisał(a):

    — Jesteś gotowa? Wszystko zabrałaś? — Zapytał zniecierpliwiony Bogdan.
    — Tak, nie musisz się martwić, to nie mój pierwszy raz. — Odparła spokojnie Klaudia.
    — No dobra, to gdzie idziemy?
    — Wydawało mi się, że to jest dość oczywiste, na placyku zabaw koło lasu jest zazwyczaj dużo szkrabów, ich mamy zawsze gadają, nie zwracając uwagi na ich słodkie pociechy. Dzięki drzewom będziemy mogli dość szybko uciec. — Wytłumaczyła. — Masz chloroform?
    — Tak, tak, tyle powinno wystarczyć, prawda? — Zapytał, pokazać jej małą, pięć dziesięciu mililitrową buteleczkę wypełnioną do pełna.
    — Aż nadto. — Odpowiedziała, podnosząc lekko kącik czerwonych ust, po czym zaczęła iść w stronę placyku zabaw z Bogdanem u boku.
    Doszedłszy do celu, stanęli pod jednym z drzew i zaczęli wybierać cel.
    — Które ci się podoba? — Spytała, wypatrując najładniejsze dziecko z gromadki berbeci, bawiących się w berka.
    — To rude. — Odrzekł, po chwili namysłu.
    — No proszę, masz oko, wysoki, ładna buzia. A popatrz, jak biega! Jego mięśnie muszą być wyśmienite. — Odparła, wpatrując się w chłopca.
    — Jak to zrobimy? — Zapytał lekko zaniepokojony.
    — Mój drogi Bogdanie, nie musisz się o nic martwić, sposób zawsze się znajdzie. A poza tym… — Kiedy Klaudia go uspokajała, Bogdan zobaczył, że rudy chłopczyk, którego sobie upatrzyli, właśnie ukrył się za grubym dębem obok nich i od razu ją powiadomił.
    — Kochanie, spójrz! — Powiedział głośnym szeptem, przerywając jej, ona zezłoszczona, że jej przerwał, odwróciła się i od razu zmarszczka, która pojawiła się na jej czole, się wygładziła.
    — O proszę, myszka sama podreptała do klatki, bez żadnej przynęty. Zostań tu i przyjdź na mój znak. — Powiedziała, wylewając dyskretnie chloroform na małą ściereczkę.
    — Cześć mały, mógłbyś coś dla mnie zrobić? — Zapytała chłopca słodkim przyjaznym głosem.
    — Dzień dobry pani, co takiego? — Odpowiedział zaciekawiony chłopczyk. — Tylko mogłaby pani się streszczać? Bo gramy w chowanego i muszę uważać.
    — Oczywiście, rozumiem. To zajmie sekundkę. Mógłbyś mi powiedzieć czy te perfumy są ładne? Wybrałam je dla mojego chłopaka, o tamtego, — Wskazała palcem Bogdana. — ale nie wiem, czy mu się spodobają. — Podniosła pomoczony materiał pod jego nosek.
    — No dobrze… — Chłopczyk odpowiedział, lecz skończył w pół zdania i upadł na ziemie. Bogdan podbiegł, otrzymawszy znak od Klaudii, podniósł chłopczyka na ręce i razem pobiegli niepostrzeżenie w głąb gęstego lasu, w stronę domu.
    — Już się nie mogę doczekać kolacji! — Powiedziała wniebowzięta Klaudia.

  17. Hex napisał(a):

    Kręciła się to tu to tam pomiędzy drzewami, jakby nerwowo. Obserwował ją z ukrycia, i podobało mu się to co widział. Nieduża, szczupła, ciemnowłosa, w jakimś czerwonym płaszczyku, cóż, teraz albo wcale.
    Wyszedł z zarośli, opierając sobie topór o bark, niby to nonszalancko ale tak żeby widno było od razu, jak to z nim jest. Rach ciach a nie jakieś ganianie wokół brzózki.
    Zauważyła go, oparła się o drzewo, bioderko wygięła tak, że mu ślinka do ust napłynęła.
    – Co panienka sama w lesie robi, gdy już ciemno wnet? Nie boi się panienka że jakiego zbója spotka? Obrabuje taki, z honoru obedrze, a może i życie z piersi wyrwie. – zawołał, a im bliżej mu było do niej, tym bardziej mu się gęba uśmiechała, a uśmiechała się paskudnie.
    – Nie ma czego rabować – zawołała, a szeptem, tak żeby nie usłyszał dodała: – a i honoru mało zostało.
    – Oj, ja widzę, ze jeszcze się cosik ostało do rabunku. A choćby i uroda wielka miłej panny. To do zrabowania skarb jest wielki, rzecz to droga, a każdy by ten skarb pewno chciał sobie zagarnąć, choćby i na chwil parę.
    – Sprzedać mogę tanio, jeśli mi tych dukatów co je w zamian dostanę, w niegodziwości potem nie zrabujesz.
    Był już całkiem blisko, widział już dokładnie jakie kształty opinała biała koszula, jeszcze parę kroków i jego ręka spocznie tam gdzie rękom męskim najwygodniej.
    – Vratko, puść zacnemu panu bełta między oczy. – powiedziała, a zanim dotarło do zbója co właściwie przyszło mu usłyszeć, w jego czole, na samym środku, pod kątem, tkwił już pocisk z kuszy.
    Umarł, rad nie rad, padłszy na klęczki a potem twarzą na buty panienki. Odrzuciła trupa kopniakiem i mrugnęła do siedzącego na gałęzi kamrata.
    – I co, widzisz ich tam gdzieś, Vratko? Klient nasz pan, ale spóźniają się nieco. A towar nie byle jaki, marnować się nie godzi. Sam przyznaj.
    – Ano nie byle jaki. – rzekł kusznik, wycierając spod nosa ślad białego proszku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *