Poradnik pisania – ćwiczenie 4

Spisek pisarzy - Poradnik pisania - ćwiczenie 4

Tam, gdzie mgły spływają z gór i ścielą się kobiercem na tafli jeziora, pradawny zamek skrywa swoją tajemnicę. Czy zdołasz dociec prawdy? Potrafisz wyrazić sekret tego miejsca?

Oto i czwarte ćwiczenie w ramach Poradnika pisania. Tym razem jednak podejdziemy do tematu inaczej. Post zawiera bowiem zarówno zdjęcie (u góry), jak i towarzyszącą mu ścieżkę dźwiękową. Puść muzykę, dobrze się wsłuchaj – nie myśl o niej, że jest „o czymś” (albo że ją kojarzysz z filmu). Pozwól wprowadzić się w nastrój. Pozwól przyjść skojarzeniom i emocjom. Wtedy przypatrz się dobrze temu, co jest na zdjęciu. Połącz wszystko w jednej wizji.

Kiedy już to zobaczysz, zdradź mi tajemnicę tego zamku. Opowiedz mi jego historię. Albo – pokaż scenę, która jest z nim związana.

Tylko pamiętaj:

  1. Jeśli opowiadasz historię, chcę mieć początek i koniec. Chcę mieć puentę. Idealnie, jeśli po lekturze poczuję się odmieniony.
  2. Jeśli opisujesz scenę, chcę się w niej orientować. Chcę się poczuć tak, jakbym własnymi zmysłami ją odbierał. Chcę od razu wiedzieć, co i jak – być poprowadzony za rękę, ale tak, żebym tego nie zauważył.

Spróbuj skomponować swój tekst jako zamkniętą całość – niech czytelnik odnajdzie się w nim bez specjalnej pomocy. Dodatkowe punkty dostaniesz, jeśli uda Ci się ta sztuka przy użyciu możliwie niewielu słów. Ćwiczenie nie jest łatwe, ale pamiętaj: pisanie to walka. Bez przelania krwi nie wygrasz.

Jeśli czujesz, że potrzebujesz dodatkowego wsparcia, sprawdź Poradnik pisania i przeczytaj teksty, które ukazały się do tej pory. To ciągle nie jest kompendium wiedzy, które obejmowałoby wszystkie aspekty sztuki pisarskiej, ale z pewnością już teraz możesz tam znaleźć informacje o najważniejszych rzeczach. Jeśli nie znajdziesz, czego szukasz, daj nam znać, a postaramy się napisać wpis na ten temat. Nie zapomnij też zapoznać się z innymi ćwiczeniami!

Gotowymi tekstami podziel się w komentarzu, lub – jeśli wyszło coś dłuższego – umieść na Forum. Z chęcią przeczytam też, co sądzisz o ćwiczeniach takich, jak w tym wpisie.

 

Foto: angelocesare / Foter.com / CC BY-ND 2.0

Muzyka: „Incepcja”, Hans Zimmer

Zapisz się na newsletter! Spisek Pisarzy wysyła tylko to, co warto przeczytać.



Tomasz Węcki


Cześć, mam na imię Tomek i jestem grafomanem. Od kilkunastu lat udaje mi się połączyć przyjemne z pożytecznym i utrzymuję się przede wszystkim z pisania. Byłem już dziennikarzem, piarowcem, copywriterem, ghostwriterem, dokumentalistą i autorem tekstów do gier komputerowych. Teraz możesz również przeczytać moją pierwszą książkę – „Wtajemniczenie”.

26 komentarzy

  1. Zai napisał(a):

    – Wyobrażasz sobie ten ogrom czasu? – powiedziała, pokonując ostatnie, pokruszone stopnie. Nie spieszyła się – pochylona pod łukowatym portalem, wodziła dłonią po zmurszałych kamieniach. – Prawie czuć minione wieki pod palcami. Czujesz powiew? To jest nawet w powietrzu! Ciekawe, czy widać jezioro…
    Mignęła odblaskami na kurtce i zniknęła mi z oczu. Wspinając się na niemożliwie wysokie schody, czułem się jak duch starego diuka, w wiecznej gonitwie za zjawą ukochanej po opuszczonych korytarzach.
    – Patrz na tę mgłę! – dobiegł mnie jej przejęty głos. – Jak w zaczarowanym lesie.
    – Czytasz mi w myślach. – oparła łokcie o nadkruszoną flankę, wbijając wzrok w ciemny, cichy las. Zatrzymałem się obok. – Wyobrażałem sobie nas jako parę zjaw.
    – Na pewno kogoś tu zamordowano – stwierdziła ze śmiertelną powagą. – I zrzucono w dół, w przepaść. Dla władzy, albo z zazdrości. To miejsce powinno być pełne duchów.
    – Przypomnę o nich właścicielowi – uśmiechnąłem się, zaglądając w dół, na ogrom kamiennej ściany. – Tak sobie myślę, to wszystko, to jeden wielki duch. Kiedyś musiało wciskać ludziom serca do gardeł, stać na takiej wzniesionej z niczego twierdzy, tuż pod ogromem nieba. Pomyśl tylko, po dniach wędrówki docierasz na skraj lasu, za sobą zostawiając królestwo potworów i dzikich zwierząt, a zza drzew – mówiąc, kreśliłem scenę dłonią – wyłania się bastion cywilizacji, góra wzniesiona przez człowieka. Wejść na takie mury i spojrzeć na wszystko wzrokiem tytanów…
    – Zmieniam zdanie – puściła oko. – Nie tylko na pewno mordowano, ale i kochano się tutaj.
    – A teraz… tylko jeden wielki duch.
    Nagle posmutniała i milcząc, zaczęła odłupywać paznokciem kawałek kamyka ze starej zaprawy. Chwilę potem zatrzymała go w dłoni.
    – To prawda, że nie ma już takich zamków? To znaczy… tam, na Pierwszej Ziemi?
    – Niestety. Wszystkie zmieniły się w żużel i szkło, i śpią zatopione razem z Europą na dnie oceanu.
    – Może jakiś ocalał…
    Nie odpowiedziałem. Staliśmy przez chwilę, a potem ona wyrzuciła kamyk w stronę jeziora.
    – Możesz wyłączać. Czas wracać do domu.
    Wracaliśmy, a wokół cegły rozpływały się jak nocne widziadła dotknięte przez świt.

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Ej, świetnie wyszło! Oby tak dalej. Przy okazji – dobrze się to czyta z soundtrackiem „Incepcji”. 🙂

    • Ula Hohensee napisał(a):

      Świetne! Ten wgląd (na koniec) w przeszłość był super (chociaż trochę go ciężko się kojarzyło)! Idealne na zwiastun książki.

  2. KOP napisał(a):

    Wczoraj znowu tam była. Wpatrywała się uważnie w moją stronę, jakby dokładnie wiedziała kim jestem, jakby zdołała zauważyć, że z uparciem osła przypatruję się jej dzień w dzień. Wiem, że dawała mi znaki, prosiła o pomoc zaświecając i naprzemian gasząc światło w komnacie. Musiałem ją uratować, ale jeszcze nie wiedziałem jak to zrobić.
    Tej nocy prawie w ogóle nie spałem. Myślałem o niej, o tym, co teraz robi albo i czego nie robi, a powinna. Chciała być wolna, a ja, gdy codziennie rano spoglądałem na nią, dawałem jej iskierkę nadziei, że będzie dobrze, że ma kogoś na świecie, kto jej pomoże.
    Wraz ze wschodem słońca wstałem pospiesznie z łóżka, ubierając się po chichu, aby nie zbudzić matki. Miałem pewne wątpliwości czy ojciec jest jeszcze w chacie. Był rybakiem i wstawał równie wcześnie co ja, by wypływać na jezioro i łowić ryby. Nie raz pytałem go o dziewczynę w zamku na wzgórzu za lasem, ale zawsze odpowiadał mi, że posiadłość jest opuszczona od wielu setek lat, a także że czytam za dużo książek i bredzę.
    Przycisnąłem ucho do drzwi, nasłuchując odgłosów ciężkich butów o drewnianą podłogę. Oprócz tego, słyszałem głośne sapanie rodzicielki. Spała głębokim snem, to dawało mi możliwość, by wymknąć się z domu i pognać na polanę, która znajdowała się na skraja lasu.
    Założyłem szybko spodnie, bluzę, ubrałem kalosze i już miałem wybiec z pokoju, ale w ostatniej chwili przypomniałem sobie o lornetce. Założyłem ją na szyję i wybiegłem z domu.
    W mojej okolicy zawsze z rana otaczała nas gęsta mgła. Dojście na polanę zajmowało mi około godziny szybkim marszem, a na szczęście, do tego czasu biały opar przeważnie znikał i dało się ujrzeć piękno całej okolicy. Kochałem to miejsce, kochałem te lasy i góry, otaczające jezioro, a nawet kochałem ten dziwny zamek, który skrywał w sobie wiele tajemnic.
    Cały zasapany wdrapałem się na pokrytą rosą polanę i spojrzałem w dal. Piękna, stara posiadłość, wtapiała się, prawie, w mroczny krajobraz, przez co czyniła ją jeszcze bardziej tajemniczą i przyprawiającą o ciarki.
    Przyłożyłem lornetkę do oczu, nastawiając ostrość obrazu. Z początku był zamglony, aż w końcu stał się przejrzysty. Skierowałem urządzenie na okno – jedyne okno, z którego ona spoglądała na mnie codziennie rano. Tym razem znowu tam była.
    Piękna.
    Nic innego nie przychodziło mi do głowy. Miała nieruchomą, niczym posąg twarz i długie proste blond włosy. Nie widziałem całego stroju, w jaki była przyodziana, ale góra była lekko błękitna. Być może ubrana była w przewiewną sukienkę?
    – Co się dzieje? – Powiedz mi. – Wyszeptałem sam do siebie, nie spuszczając jej z oczu.
    Błyski światła znowu zaczęły migotać.
    Oderwałem prawą dłoń od lornetki i włożyłem do kieszeni, szukając w niej kartki papieru, którą wczoraj wieczorem zapisałem w różne kropki i kreski.
    Przez cały tydzień siedziałem nad książkami, próbując zrozumieć alfabet Morse’a. Wiedziałem, że te krótkie i długie błyski światła coś oznaczają. I nie myliłem się.
    Dziewczyna zaczęła od nowa nadawać wiadomość. Tak, to na pewno była wiadomość, a ja ją odczytam i będę mógł jej pomóc.
    Odsunąłem lornetkę, próbując odczytać treść, jaką chciała mi przekazać ta tajemnicza istota.
    Z początku trudno było mi załapać poszczególne błyski świateł, ale za każdym razem, jak było to powtarzane od początku, udawało mi się składać literki.
    – Ni…e. Nie. – Powtórzyłem głośno. N I E…. N I E O B…
    Nieob?
    N I E O B R A C A J… S I Ę
    – Nie obracaj się? – Zdziwiłem się. – Ale jak to?
    Jeszcze raz spojrzałem przez lornetkę. Dziewczyna w kółko powtarzała tę samą wiadomość. Nie obracaj się, nie obracaj się, nie obracaj się, coraz szybciej i szybciej.
    Nagle usłyszałem szelest tuż za sobą i głośnie świszczące sapanie. Obróciłem się najszybciej jak to było możliwe, aż zakręciło mi się w głowie od tego wszystkiego i wtedy poczułem jak lecę w dół…
    Dziś to ja stoję w oknie komnaty, wyzuty z wszelkich uczuć. Stoję i czekam na tych, co błąkają się po lesie i natrafiają na wielkie zamczysko, stojące na wzgórzu. Tylko migoczące światełka pozwolą mi pomóc tym zagubionym duszom, by nie przydarzyło im się to, co spotkało mnie. Bycie wiecznie zamkniętym i udręczonym przez bestię, której nie chcę wspominać ze strachu, że mnie usłyszy…

  3. TLW napisał(a):

    Nie wiem jak opowiedzieć tą historię. Czy mam usiąść przed kominkiem, zawołać moich wnuków i oglądać ich zaciekawione oczy wpatrzone we mnie jak w obrazek? Czy może mam położyć na moim starym, dębowym biurku szeleszczący i pachnący starością, równie mocno jak moje Miejsce, arkusz pergaminu i zamaczając stalówkę mojego pióra w czarnym, jak wody otaczające moje Miejsce, atramencie. Ta historia jest inna niż wszystkie. Nie ma tu księcia z bajki ratującego piękną, młodą księżniczkę zamkniętą w wieży przez swoją złą macochę. Nie ma tu majestatycznych, mitycznych istot których oczy świecą się jak miliony gwiazd. Jestem tylko ja. Ja i mój umysł, moja wiedza zamknięta w potężnych murach ogromnego prastarego zamczyska. Moje Miejsce. Gdy przechadzam się korytarzami widzę w pomieszczeniach zasmucone bądź zachmurzone grymasem złości twarze ludzi których skrzywdziłem, zawiodłem. Widzę efekty mojej chorej ambicji pogoni za bogactwem, sławą. To ona zapędziła mnie tu, w moje Miejsce. Stąd nie ma powrotu. Niekończąca się opowieść, niewydarzona opowieść. Jak mam więc opowiedzieć historię, która nigdy nie miała miejsca? Jak mam ją opowiedzieć, skoro nie mam komu? Nie mam wnuków. Jestem tylko ja i moja chora ambicja, która zaprowadziła mnie tu. W moje Miejsce, gdzie samotnie przed kominkiem opowiadam historię której nie było. Która nigdy nie miała miejsca. I wtedy wchodzę do jednego pokoju, tak pamiętam to dokładnie. Na środku leży moja chora ambicja. Ubrana w piękny złoty strój, blada od blasku fleszy. Ledwo oddycha, umiera. Nie ma lekarza który mógłby jej pomóc. Ja nie chcę jej pomóc. Wychodząc zamykam drzwi, wiedząc że będzie chora, lecz nie odejdzie.

  4. Wini napisał(a):

    Według mnie trochę koślawo wyszło, ale skoro już napisałem… to proszę bardzo.

    10 lat. 10 lat jej nie widziałem. Nie mogłem jej dotknąć. Nie mogłem z nią rozmawiać. Nie było jej przy mnie. Przez 10 lat byłem samotny. Ale myślałem tylko o niej. O mojej ukochanej. O tej, którą mi zabrano.
    Iris. Była całym moim życiem. Kobietą, którą kochałem tak, jak kocha się tylko raz. Skradła moje serce i już nie oddała, ale w zamian darowała mi swoje. Byliśmy dla siebie jak pióro i czysta kartka. Każde z osobna bezużyteczne. Ale razem mogliśmy stworzyć piękną historię. Historię miłości i życia. Nasze własne arcydzieło. Mogliśmy.
    Jednak nie spodobało się to jej ojcu. Uważał, że nie jestem godzien jego córki. Dlaczego? Bo jestem zbyt biedny. Nie jestem wieśniakiem, pochodzę z herbowego rodu, ale jemu to było za mało. On chciał, żeby mąż jej córki nosił się jak król. Żeby bogactwem przyćmiewał całą Krainę Mgieł. Bo, według niego, Iris na to zasługiwała.
    Ale czy tego chciała? Nie. Błagała ojca, żeby pozwolił jej wyjść za mnie. Chciałem tego, ona chciała, ale nie jej ojciec. Nie pozwolił. Znalazł jej lepszego.
    Gwidon. Hrabia Mantu. Najlepszy przyjaciel króla Miłosława. Najbogatszy w królestwie. Nie przejął jeszcze władzy chyba tylko z grzeczności, tak był potężny. Urodą jednak nie grzeszył. Twarz miał z natury wyjątkowo szpetną, okraszoną na dodatek blizną, która była pamiątką po bitwie w Dolinie Cieni. Cios zadał mu Gruulan, mieczem wykutym w odmętach piekieł. Zapewne z tego powodu z rany nieustannie zionęła czarna substancja, wyglądająca na dym, lecz czasem zachowująca się jak ciecz. Powiadają, że to czyste zło, które po tej bitwie w nim zamieszkało.
    Iris nie chciała wychodzić za mąż za Gwidona. Powiedziała to ojcu, a ten zamknął ją w wieży swego zamku. Miała tam siedzieć dopóki nie zgodzi się na ślub z Gwidonem. Ale ona nie miała zamiaru tego robić.
    Dowiedziawszy się o uwięzieniu mojej ukochanej, natychmiast udałem się do tego zamku. Pędziłem ile siły w koniu. Nie wiedziałem co zrobię, gdy tam dotrę. Najchętniej zabiłbym wszystkich, którzy stanęliby mi na drodze, zabrał Iris i uciekł. Uciekł poza horyzont. Poza turnie Gór Smoczych. Daleko poza Krainę Mgieł.
    Dotarłszy do bram zamku Nadir, spotkałem Gwidona, akurat udającego się do swojej „przyszłej żony”. W przypływie złości, wyciągnąłem miecz i rzuciłem się na niego, bijąc i tnąc na oślep. Gwidon kazał odstąpić swoim kompanom i stawił mi opór samotnie. Walczyliśmy sam na sam, tuż pod bramą zamku, a z wieży patrzała na wszystko Iris.
    Czuję, że dokonałem tego siłą miłości. W końcu miłość pokona wszystko. Nawet czyste zło, które znalazło swe mieszkanie w tym rycerzu. To miłość do Iris pomogła mi zabić Gwidona. Stojąc nad martwym ciałem najpotężniejszego człowieka w całej Krainie Mgieł, spojrzałem w górę i ujrzałem ją. Moją ukochaną. Uśmiechała się. Machała do mnie. Była szczęśliwa. I ja też byłem. Myślałem, że teraz będziemy mogli być razem. Jednak na razie nie było nam to dane.
    Gdy ojciec Iris zobaczył mnie z mieczem w ręku i martwe ciało Gwidona, wpadł w szał. Cały jego plan, który sobie ułożył, cała wizja przyszłości – wszystko legło w gruzach. W przypływie złości wykrzyknął:
    – Nie będziecie razem! Póki ja żyję, nie będziecie razem!!!
    Po tych słowach wezwał swego nadwornego maga, któremu kazał rzucić na nas klątwę. Klątwę, przez którą Iris stała się sową, a ja jastrzębiem. Oboje zostaliśmy przemienieni w ptaki, które żyją w różnych porach doby. Nawet pod tymi postaciami, nie mogliśmy się spotkać, bo mój był dzień, a jej była noc.
    Tortura. Niekończąca się udręka. Ludzki umysł, a przede wszystkim uczucia i tęsknota, zamknięte w ciele ptaka. Latałem, obserwując świat, zwiedzając różne krainy, oglądając wszystko z góry. Niejeden oddałby królestwo, za taką możliwość. Ale ja nie byłem szczęśliwy, bo nie mogłem być z moją Iris. Tęsknota przeżerała na wylot moje serce.
    Minęło 10 lat. Na szczęście jej ojciec powiedział „póki ja żyję”.
    I umarł. Wczoraj.
    Ja i Iris zostaliśmy odczarowani. Klątwa przestała działać. Znów byliśmy ludźmi. Znów mogliśmy być razem.
    Stoję teraz w miejscu, gdzie 10 lat temu zabiłem Gwidona. Widzę ją, we łzach. Ale są to łzy szczęścia. Biegniemy. Biegniemy, bo chcemy jak najszybciej być razem, już na zawsze. Nikt już nam nie przeszkodzi, nikt nie zniszczy naszej miłości. Dobiegamy, wtulamy się w siebie. Płaczemy i całujemy się. Nikt już nas nie rozdzieli. Nie potrzebne są żadne słowa. Nie da się za ich pomocą wyrazić tego, co teraz czujemy. To jakby wyższy poziom miłości. Zresztą nieważne. Ważne, że skończyła się rozłąka, która dla nas obojga była torturą. Ważne, że zwyciężyło uczucie.

  5. Megs napisał(a):

    – Stary, możesz mi powiedzieć co my tu robimy? – zapytał niewysoki chłopak. – Tutaj chyba nie wolno chodzić… – dodał, mocno ściskając ramię przyjaciela.
    – Dlaczego tak uważasz? – zapytał ten drugi, z zielonymi oczami i ciemnymi lokami wokół głowy.
    – Um, może dlatego, że zamek jest ogrodzony? – odpowiedział ironicznie, ale drugi chłopak tylko machnął ręką.
    – Daj spokój. Założyliśmy się z Sonią i jej głupimi przyjaciółkami, że to zrobimy, a jeśli teraz zwiejemy… – powiedział brązowooki, najstarszy z nich wszystkich.
    – Wiem, wiem. Po prostu… boję się – wymamrotał niebieskooki, rumieniąc sie nieznacznie. – Nie słyszałeś legendy związanej z tym zamkiem?
    – Nie – odpowiedział, przystając na moment w korytarzu. – Co to za legenda? – zapytał z ciekawością.
    – W porządku, powiem Ci – zaczął błękitnooki – ale jak ją usłyszysz, to z pewnością uciekniesz stąd szybciej niż ja – zaśmiał się ponuro. – Zamek został wzniesiony kilkaset lat temu przez niemieckiego hrabię. Ludzie mówią, że był człowiekiem okrutnym, ale jednocześnie najbardziej czarującym obcokrajowcem w okolicy. Głupota, nie? – prychnął. – Pojawił się na wiosnę, a zamek stał już rok później. Wszyscy byli niesamowicie zdziwieni bo nigdy nie widzieli tam żadnych robotników, a zamek rósł i rósł, stając się piękniejszym i bardziej widocznym z wioski. Kiedy zaczęła się wiosna hrabia wydał przyjęcie. Zaprosił każdego – od najbogatszych mieszkańców miast w okolicy do bezdomnych i złodziei. Kiedy bal się rozpoczął, hrabi nie było. Spacerował on po podziemnych tunelach sprawdzając czy maszyny, które tam są działają odpowiednio. Kiedy wreszcie się pojawił każdy chciał go zobaczyć, więc wszyscy zebrali się w sali. I gdy ostatnia z osób weszła do pomieszczenia małe linki wysunęła się ze ścian i zabiły wszystkich, odcinając im głowy. Całą posadzka była ubrudzona krwią, która spływała małymi kanalikami do tuneli, wypełniając beczki krwią.
    – A co z hrabią? – zapytał brązowooki.
    – Przez lata żywił się krwią nieszczęśników, aż do momentu, w którym się skończyła. Kiedy to się stało był już za stary by zorganizować przyjęcie i obmyślić plan, a do tego ciała mieszkańców okolicznych miast nadal zalegały na posadzce, ubrudzonej krwią.
    – Więc usnął – zakończył zielonooki. – Ponoć, hrabia nadal spoczywa na wielkim tronie w sali balowej i gdy pojawi się nowa ofiara przebudzi się by znów zjeść.
    – Ale świetne! Musimy to sprawdzić! – zarządził brązowooki, idąc w stronę, gdzie – w jego mniemaniu – znajdowała się sala balowa. – On tu na prawdę jest! – krzyknął do przyjaciół, którzy nie ruszyli się z miejsca. – O fuj, tu jest pełno kości, a ziemia jest jakby zardzewiała – jęknął, wchodząc i znikając z pola widzenia chłopców. I dokładnie chwilę później usłyszeli krzyk i ciało padające na ziemię.
    – Adam? – zawołał zielonooki. – Adam, nie żartuj sobie! – krzyknął, nie kryjąc przerażenia w głosie.
    – On chyba nie… – przerwał błękitnooki, kiedy z sali dobiegł ich dźwięk wciąganego powietrza, dokładnie taki jak ten, jaki wydają ich babcie. – Spadamy.
    – Ale Adam…
    – Adam nie żyję! – krzyknął niebieskooki, ciągnąc za sobą przyjaciela do wyjścia. – Oh, no co jest – jęknął chłopak, kiedy dobiegli do drzwi, które okazały się zamknięte. – Boże, my też zginiemy – szepnął.
    – Przestań, nic nam nie będzie!
    – Sądzę, że on myśli inaczej – wyszeptał niebieskooki, pokazując na upiorną postać kierującą się w ich stronę.
    – Uciekamy, chodź! – krzyknął lokaty, gotowy do ucieczki.
    – Wiesz, że nie damy rady – odpowiedział, wpatrując się w hrabiego, idącego w jego stronę odrobinę koślawym krokiem. – To koniec – dodał, spoglądając na chwilę na przyjaciela. Zaraz po tym poczuł kościste dłonie wokół swojej szyi i niesamowity ból, wywołany sztyletem w okolicach serca.

  6. Riboq napisał(a):

    Nadrabiania ciąg dalszy: ćwiczenie czwarte 🙂

    Szedł przed dziedziniec. Dźwięki ocierających się o siebie oczek kolczugi i trzeszczący chrobot zbroi wprawiał go w drżący niepokój, czuł prawdziwą nienawiść do tego ciężaru, który tyle czasu ratował mu życie, a w tej chwili odbierał wolność członkom. Teraz, kiedy potrzebował swobody. Przyspieszył, odpinając jedną ręką sprzączki i pozbywając się ciężkich rękawic. Trzymał jeszcze jedną z nich w dłoni, kiedy pierwszy z odźwiernych zastąpił mu drogę. Chylił się w powitaniu, ale sir Gayle go nie widział. Szedł dalej. Minął krzewy okalające wejście w otwarte korytarze twierdzy. Inny służący zaszedł mu drogę również w głębokich w ukłonach. Zatrzymywał go. Świst powietrza był jedynym ostrzeżeniem, jakie służący otrzymał nim ciężka stalowa rękawica trzasnęła go w skroń. Sir Gayle odrzucił ją i ruszył dalej. Z każdym krokiem mijał korytarze coraz szybciej, aż dotarł do ostatniej wieży, na którą wiodły wąskie schody.
    Zrzucił naszyjnik zbroi, który odbił się od ramienia kolejnego powalonego przez rycerza służącego. Cały korytarz usłany był bogu ducha winnymi ludźmi, którzy dbając o swego pana próbowali godnie przywitać go w domu. Sir Gayle nie widział jednak nikogo.
    – Pani bezwzględnie zabroniła sobie przeszkadzać.
    – Odejdź kobieto. – Wysyczał i rzucił się, tym razem biegiem po schodach. Kobieta jednak zastąpiła mu przejście.
    – Sir, pańska siostra…
    – Odejdź! – uderzył ją w twarz i zawisł nad nią.
    – To twoja wina. – Wypluł te słowa do jej ucha i pędem wbiegł na górę.

    Był rosłym mężczyzną, więc drewniane drzwi nie stanowiły dla niego żadnego problemu, wyważył je i zdyszany zatrzymał na środku komnaty. Kiedy odnalazł jej oczy, czas zatrzymał się.
    Szkliste, cierpiące czarne oczy kobiety patrzyły na niego w niemym zaskoczeniu. Zawisł w tym spojrzeniu zatrzymując czas, szukając nadziei w tym łagodnym drgnieniu brwi. Nie rozglądał się, ogarnął go strach przed szczegółami, które skradną mu ten moment. Kassel patrzyła na niego. Długo. W końcu jednak przegrała, tak jak i on przegrał z czasem, okrutną prawdą i bólem.
    Zawył donośnie i rzucił się w kierunku siostry. Osuwała się powoli na podłogę zaciskając drobnymi dłońmi rękojeść sztyletu, głęboko wbitego w jej pierś. Siedziała w centrum wymalowanego czarnego kręgu, okolonego czerwonymi świecami, a jej ręce, czoło i usta ozdobione były czarnymi, obcymi runami.
    – Chciałam cię odzyskać…
    Tulił ucho do jej warg spijając każde słowo, które z siebie wydała.
    – Loretta obiecała…
    – Ciii… cii…
    Tulił jej głowę i głaskał włosy jak oszalały. Jego mocno zaciskające się na jej ramionach dłonie zostawiały ciemnobordowe ślady.
    – Loretta zginie.
    Ciało więdło zadziwiająco powoli w uścisku olbrzyma.
    – Loretta kłamała. Żyję.

    Na dole służąca wstała powoli. Rozcierała zaczerwieniony od ciosu policzek. Podniosła wzrok w górę i roześmiała się z jadowitym, złym echem.

  7. Sheronda napisał(a):

    Kiedy zapada zmrok zapala się światło w zamku, zawsze w tym samym oknie. Tak było jak miałem dwa lata, dwanaście, czy jak mam dwadzieścia. Babka mi powiedziała, że to duch właściciela zapala lampę, żeby zwabić ciekawskie dzieci i wyssać im duszę. Tym samym nie musiała się martwić, że mnie tam zaniesie. Teraz jednak nie jestem już dzieckiem, w przyszłym tygodniu czeka mnie ślub z Sarą. Dorosłem, żeby sprawdzić bajkę o duchu zamczyska. Właśnie spakowałem w torbę chleb, butelkę wina, szklankę i nóż. Powiedziałem, że idę na nocne polowanie.
    Wyruszyłem skoro świt i podchodzę dokładnie pod zamek w momencie, kiedy rozbłyska światło w oknie wieży. Idę śmiało, nie boję się duchów. Jest bardzo cicho, a ja robię straszny hałas buciorami. Żwir na drodze do bramy tak ostro chrzęści, aż kłuje w uszy. Brama nie jest zamknięta, więc wchodzę na mały dziedziniec. Na środku jest studnia. Wokoło dziedzińca odliczam osiem drzwi, ale tylko do jednych wydeptana jest ścieżka. To by oznaczało, że to jednak nie duch tutaj mieszka.
    Wchodzę krętymi schodami do wieży i zatrzymuję się przed drzwiami, nasłuchuję. Pod drzwiami błyszczy żółta nitka światła. Przykładam ucho do drzwi, ale wciąż nic nie słyszę, pukam. Coś upadło na podłogę, odgłos kilku kroków, ale poza tym dalej cisza. Naciskam klamkę i zaglądam do środka. Po lewej stronie pokoju widzę stolik, na nim świeczkę, obok stołek. Nożyczki leżą na podłodze. Po prawej stronie zasunięta kotara.
    – Czy to Ty Fabianie? – pytanie zadaje głos zza kotary i jest to kobieta.
    – Dobry wieczór. Nazywam się Edward Klen. Przyszedłem zobaczyć kto mieszka w zamku, wie pani, krąży tyle opowieści…
    – Proszę stąd wyjść i zostawić mnie w spokoju. Nie przyjmuję gości.
    – Jednak chyba pani przyjmuje, przynajmniej jednego, jak mi się zdaje o imieniu Fabian. – starałem się aby mój głos był wesoły i łagodny, bo od razu pojąłem, że jak ktoś się chowa, to prawdopodobnie się boi.
    – Naprawdę proszę wyjść i nigdy nie wracać. – powiedziała osoba za kotarą, ale jakoś tak słabo, że postanowiłem wejść do środka.
    – Proszę pani, szedłem cały dzień, chciałbym odpocząć, mam chleb i wino, mogę panią poczęstować. Usiądę i poczekam, aż pani się do mnie przyłączy. Chyba nie narzeka pani na nadmiar towarzystwa na tym odludziu. Jak pani na imię?
    – Mam na imię Urszula i rzeczywiście nie miewam towarzystwa. Jedynie raz na miesiąc stary Józef przynosi mi zapas jedzenia, ale zostawia je przy studni. Dlatego wiedziałam, że to nie on puka do drzwi.
    – No to skoro już się sobie przedstawiliśmy może wyjdzie pani do mnie?
    – Nie wyjdę do pana, ale widzę, że jest pan uparty i nie zostawi mnie w spokoju. Czy jeśli opowiem panu moją historię, obieca mi pan, że sobie pójdzie?
    – Tak, obiecuję.
    – Ja i mój narzeczony musieliśmy uciekać z naszej osady. Nasze rodziny były blisko spokrewnione i nie chciały naszego ślubu. Fabian był pięknym i dobrym mężczyzną, a i mnie natura obdarzyła urodą i łagodnym charakterem. Przyszliśmy do tego zamku pewnego dnia i postanowiliśmy zostać. Jest tu cicho, jest piękny las i wioska niedaleko. Nic nam więcej nie było potrzebne do szczęścia. Pewnego dnia poczułam, że bardzo mnie coś uwiera na plecach. Fabian obejrzał mnie i zawołał lekarkę z wioski, która znała się na ziołach i umiała wszystkiemu zaradzić. Po wizycie Fabian poszedł odprowadzić lekarkę i wrócił bardzo późno. Dał mi do wypicia napar, który jak powiedział zaradzi na ból na moich plecach. Następnego dnia, rano przy goleniu Fabianowi stłukło się jedyne nasze lustro. Pamiętam to, bo tego samego dnia straciłam wzrok. Ogarnęła mnie okropna rozpacz, płakałam cały dzień. Z dnia na dzień musiałam przyzwyczajać się do życia w ciemności i samotności. Fabian codziennie do wieczora pracował przy wyrębie lasu.
    Czas odliczałam od wieczornego dzwonu w kościele. Zawsze po nim siadałam i obszywałam jedną krawędź z brzegu obrusa i potem zapalałam świecę, żeby Fabian mógł łatwo trafić do wieży. W tych dniach czułam ciągle niewygodę już na całych plecach, a potem na nogach i rękach, w końcu również na twarzy. Napar od lekarki nie pomagał. Fabian robił się coraz bardziej milczący i daleki. Po kilku miesiącach powiedział, że nie może patrzeć już na moje cierpienie i że pójdzie w świat poszukać lekarstwa na moje dolegliwości, a być może i takiego, które przywróci mi wzrok. Umówiliśmy się, że będę czekała na niego i zapalała świecę zawsze o tej samej porze, żeby mógł odnaleźć drogę do wieży. Minęło już trzydzieści lat odkąd wyszedł.
    – To bardzo piękna historia, dziękuję, że mi pani ją opowiedziała.
    – Ja też się cieszę, lepiej się poczułam, choć od dawna nie powiedziałam tylu słów. Przez te wszystkie lata obszyłam wiele obrusów i chciałabym panu jeden podarować. – Nagle odsunęła się kotara i wyszła zza niej kobieta w długiej sukni i opasce na oczach. Skierowała się w stronę szafy przy drzwiach. Mimo słabego światła zobaczyłem coś, co sprawiło, że wiedziałem, że Fabian nie wróci. Skóra kobiety pokryta była połyskliwą, czarną łuską.

  8. lorey napisał(a):

    Mam nadzieję, że wyszło dobrze, chociaż wydaje mi się, że tak jakoś nieliteracko 😀 może ktoś mi powie coś od siebie? 😉 najlepiej czytać z muzyką, ale bez niej też jest ok 😉

    Co się stanie, gdy ktoś tu zajrzy? Czy znajdzie sens tego wszystkiego, co zdołał osiągnąć, czy wręcz przeciwnie: zgubi go? Co jeśli już niż nigdy nie wróci taki jak był przedtem? Są miejsca, które zostawiają duży ślad w naszym umyśle. To jest jedno z tym miejsc. Czy odważysz się do niego wejść?
    Wielka ruina położona na skarpie, która niedługo spadnie, a dom rozsypie się w małe, nic nieznaczące kawałeczki. Ten, kto tak pomyślał jest w błędzie. Ten, kto tu nie wszedł jest najmniej szczęśliwym człowiekiem na całym świecie. Przynajmniej tak mi się wydaje. Ze mną tak było. Jaką tajemnicę skrywa dom? Gdy wejdziesz dowiesz się…A ja mogę cię tam wprowadzić… Jeśli tylko tego chcesz. Jeśli chcesz wrócić odmieniony.
    Niech nie zwiedzie cię przepaść, która się tu znajduje, małe, ponure okienka, ani zwilgotniałe ściany. One się nie rozlecą. Nigdy.
    Złap mnie za rękę i wejdź. Co widzisz? Dobrze, to korytarz, wysoki i długi jakby nie miał końca. Skręć w lewo, jesteśmy w pokoju. Wysokim, pięknym, na ścianach wiszą portrety. Czyje mogą być? A czyj mógł być ten dom? Czujne, smutne oczy domowników patrzą na nas zza ram, jak poruszamy się po ich domu. Czy są zadowoleni? Myślę, że nie. Jesteś pewien, że chcesz iść dalej?
    Tak myślałam. A więc za mną. Podłoga skrzypi pod naszymi nogami. Słyszysz to? Masz gęsią skórkę? Ja też. To teraz wejdźmy na prawo. Gdzie jesteśmy, jak myślisz? Długie stoły, mnóstwo szafek, zakurzonych, wyglądających jak sprzed czterystu lat. Otwórz szufladę. Nie chcesz? Ja mogę to zrobić… Widzisz te wszystkie piękne noże, widelce, łyżki? Wszystkie są srebrne, ale już powyginane i tępe. Spójrz na blat stołu: w kilku miejscach przebarwienia po gorących potrawach przez przypadek wylanych przez nieostrożnego kucharza. Ale chodźmy dalej.
    Wspinamy się do góry schodami, na których rozciąga się ciężki purpurowy dywan. Wejdźmy w pierwsze drzwi po prawej stronie. Malutkie okienko naprzeciwko nas zasłonięte jest brudnożółtą ciężką zasłoną. Spójrz w lewo. Lalki. To pokój dziewczynki. Dotknij ich, zimne. Jakby zmarły wraz ze swoją właścicielką. Cóż to, czy jakaś pojedyncza łza spłynęła po twoim policzku? Czyżbyś jej żałował? Otwórz szafę. Sukienki. Czerwone, różowe, błękitne, zielone, fioletowe, białe. I jedna czarna. Jedna czarna sukienka z dużą czerwoną plamą na klatce piersiowej. Co się z nią stało? Czerwony płyn brudzi opuszki twoich palców. Na twojej twarzy pojawił się strach. Czyżbyś się bał, że zabójca gdzieś tu jeszcze jest? Nie martw się o to i chodź ze mną zwiedzać dalej.
    Ciężkie, mosiężne drzwi. Duże łoże z baldachimem. Czyżby to tu spali rodzice dziewczynki? Czy to ona widnieje na portrecie wiszącym obok łóżka? Podejdź bliżej. Widzisz? Czemu na policzkach dziewczynki z portretu widać ślady po płaczu, jakby obraz mógł okazywać takie emocje? Dotknij, sprawdź, co się dzieje. Pod palcami czujesz miękką skórę twarzy dziewczynki. Dotknij włosów przelewają się przez twoje palce, blond włosy są długie, przeczesujesz je palcami, są delikatne, czemu widzę przerażenie na twojej twarzy, gdy ręka zatapia się coraz głębiej w portret? Czemu cofnąłeś się, gdy łza dziewczynki z obrazu dotknęła twojej skóry i zatopiła się w niej od razu?
    Zaczekaj! Czemu uciekasz? Wolniej, nie zrób krzywdy temu domowi! On cię potrzebuje! Tchnij w niego życie! Możesz być tu szczęśliwy! Dlaczego już mnie opuszczasz? Czemu zostawiłeś dom, w którym spotkałeś mnie, dziewczynkę z obrazu? A właściwie tylko duszę dziewczynki z obrazu…

  9. Klara napisał(a):

    Z każdej strony otaczały mnie ściany. Ciemne, smutne, bez wyrazu, jak gdyby za nimi istniała tylko przepaść. Ta nicość, wywoływała we mnie swego rodzaju uczucie pustki. Nie miałem dokąd pójść, co począć. Pozostało mi jedynie wpatrywanie się w dal. Strach, paraliżujący mnie od wewnątrz, nie był zwykłą obawą, a raczej czymś w rodzaju lęku przed nieuchronnością, przed monotonnością przyszłych dni i przed samym sobą. To właśnie on nie dawał mi spać po nocach i wprawiał w wieczne rozdrażnienie. Nie mogłem pogodzić się z faktem, iż zawiodłem, zarówno jako człowiek, jak i swego rodzaju nadzieja.
    Nastała północ, kolejna, poprzedzona wieloma innymi, których nie byłem w stanie zliczyć. Długie, ciemne wieczory, przyprawiały mnie o dreszcze. Nie powinno tak być, wiem o tym doskonale, jednakże możliwość zobaczenia jej… Chciałbym się radować, lecz wiem, że to niemożliwe. Za każdym razem, spoglądając przez metalowe kraty, jedyne źródło światła w pomieszczeniu, w którym się znajdowałem… Udawałem, iż patrzę przed siebie, w przestrzeń. Prawda była inna. Co dzień, o tej samej porze, czekałem właśnie na NIĄ i choć wewnątrz miałem cichą nadzieję na ponowne spotkanie, to strach przed nim, wyraźnie dominował nad ów chęcią.
    Pojawiła się, przybyła specjalnie dla mnie, miałem tego pewność. Po raz kolejny chciała mnie ukarać i miała do tego prawo, rozumiałem doskonale. Nigdy nie narzekałem na swój los, można nawet powiedzieć, że od samego początku się z nim pogodziłem. Wiedziałem, gdzie popełniłem błąd i z tą świadomością żyłem. Czasem nawet myślałem, że wolałbym umrzeć, przestać egzystować, skrócić swe cierpienie. Nie mogłem, to byłoby zbyt łatwe. Nie na tym jej zależało, jeszcze nie. Nie byłem gotów, nie zostałem dostatecznie ukarany.
    Patrzyła na mnie. Starałem się odwracać wzrok, ale cały czas czułem na sobie jej spojrzenie. Byłem obserwowany. Cóż miałem zrobić, poprosić o wybaczenie? Nie tego oczekiwała, lecz na nic więcej nie było mnie stać. Przeprosiłem więc, przepraszałem po stokroć, jednak ona czekała nadal. Odsunąłem się od krat i zakryłem twarz rękoma. Załkałem. Czego ode mnie oczekujesz? -zapytałem. Nie odpowiedziała, nie mogła. Przepraszam- powtórzyłem w pustkę.
    Nagle zagrzmiało. Dziesiątki piorunów pojawiło się na niebie, jakby próbując oddać czyjąś złość i rozdrażnienie, ale tak nie było. Nie chodziło o taki rodzaj uczucia. Z początku nawet sam wszystko zinterpretowałem w ten sposób, myśląc, iż nareszcie zaczynam rozumieć.
    Zaczęło padać. Deszcz przysłonił mi widok na świat, w jednej chwili zrobiło się ciemno. Płacz. To ona, wspominała naszą przeszłość.
    Odważyłem się posłać w jej stronę spojrzenie. Jedno, szybkie, niemal niewidoczne. Miałem rację. Wtedy, po raz pierwszy w swoim życiu, widziałem kruka, który płakał.
    Odleciała, zostawiła mnie, opuściła. Trwałem w niepewności, nie wiedząc czy błędy przeszłości, zostały mi w końcu przebaczone. Powtarzała to co noc, z premedytacją i pełną świadomością tego, iż zasypiam na wieki. Stopniowo, powoli, sprawiała, że się wypalam. Nie miałem o to żalu, nie mogłem mieć. To przeze mnie trwaliśmy niczym więźniowie, ona- cudzego ciała, ja- podświadomości.

  10. Virginia napisał(a):

    Tamtego wieczoru jak zwykle podano herbatę o piątej.
    Siedziałam w fotelu. Fotel nie był specjalnie niezwykły – trochę obdarty, stary i poprzecierany. Lubiłam go bardzo ze względu na to, że miał tyle lat co ja. Mogłam więc doskonale zrozumieć co czuł, biedaczek. Zresztą z biegiem czasu odkryłam zależność między mną a fotelem. Wiele rzeczy, które się działy, które przeżywałam, ten fotel przeżywał także. Niezwykła więź, prawda? Pewnie powiecie, że zwariowałam, ale to prawda. Ten fotel i ja byliśmy jak bliźnięta. Ja i fotel. Fotel i ja,
    Piłam herbatę małymi łyczkami. Zawsze ją tak pijam, wiecie, żeby się nie zakrztusić. Herbata to niebezpieczna rzecz. Niemal tak niebezpieczna jak okna.
    Ach, czemu okna? No, cóż to chyba oczywiste. Parapety są śliskie. Jak się stoi na parapecie można spaść. A w naszym zamku okna były wyjątkowo wysoko.
    I była mgła. Potworna mgła, pamiętam. Nic nie mogłam zobaczyć, cały las jaki nas otaczał zniknął. Czułam w kościach, że ta mgła nie wróży nic dobrego. Zresztą spadło ciśnienie. Bolała mnie głowa. To był jeden z tym okropnych bólów głowy, które nie dają człowiekowi spokoju. Poprosiłam więc męża o aspirynę.
    Nie zauważyłam nawet, że się spóźniał. W tym zamku często można się było zgubić, wierzcie mi lub nie, sama wiele razy to zrobiłam. Dlatego nie zrobiło to na mnie wielkiego wrażenia. Po półgodzinie jednak zaczęłam się zastanawiać gdzie jest moja aspiryna. Słucham? Nie, nie zastanawiało mnie gdzie jest mój mąż. Pamiętam dokładnie, że pierwsze co pomyślałam było – gdzie jest moja aspiryna?
    Wyszłam z pokoju i pamiętam, że nagle poczułam straszny chłód. Bałam się, że mnie zawieje, więc pobiegłam szybko do pokoju zamknąć okno. Tak, wiedziałam, że to jest powiew z okna. Strasznie tylko byłam zdenerwowana na męża, bo nie otwieraliśmy okien w zimie. W zamku i tak trudno było o ogrzewanie, więc po co tam jeszcze niepotrzebnie wietrzyć?
    Na parapecie był ślad buta. Parapet zresztą był cały skuty lodem, ale na wierzchu był śnieg. I tam był ślad buta. Wtedy popatrzyłam przez okno, w dół i zobaczyłam ciało mojego męża. I wiem, że wyda wam się to okropne, ale naprawdę, przysięgam, że pierwsze co pomyślałam było – zmarnował moją aspirynę.
    Zawołałam służbę i razem zeszliśmy do ogrodu. Bałam się tam iść sama, wiecie i tak już znalazłam trupa, to było dla mnie dostatecznym szokiem. Leżał tam sobie, biedaczek, z nogami w nienaturalnej pozycji. A obok niego jak na ironię leżała aspiryna. Podniosłam ją i wsadziłam do ust, bo co jak co, ale głowa bolała mnie nadal.
    Nie. nie wiem czemu to zrobił. Może czuł się przytłoczony tym zamkiem i samotny? Wiecie, ja miałam swój fotel, a on nie miał nic. Nic oprócz murów skutych lodem. Biedny człowiek.

  11. m. napisał(a):

    Wiatr rozwiał moje włosy kiedy tak patrzyłem na nurt rzeki. Ścisnąłem żonę za dłoń, trochę za mocno, ale nic nie powiedziała. Lewą ręką objąłem syna. Tu zbudujemy nasz dom, to tutaj kiedyś postawię swój zamek – powiedziałem. Kucnąłem i wziąłem piasek do ręki, drobne ziarenka uciekały mi między palcami. To tutaj, wiem, że to tutaj – odważyłem się przerwać milczenie po moich ostatnich słowach. Nasz już nie będzie a zamek zostanie a może kiedyś nawet będą pisać o nim najwspanialsi z pisarzy! – prawie wykrzyczałem te słowa, uśmiechnąłem się i wszyscy zabraliśmy się do pracy.

  12. Jouet napisał(a):

    – Dajcie mi wszyscy spokój. Wynocha stąd, wynocha!
    Kilkoro członków królewskiej rodziny posłusznie odsunęło się od wielkiego łoża, za nimi kłaniając się w pas wyszła służba. Słowo króla, jakikolwiek by on nie był, jest święte.
    Za drzwiami pokoju zapanowało poruszenie.
    – Cóż powiedzieć Wermuncjo – gładząc palcami kozią bródkę, książę obrócił wzrok w stronę zamkniętej komnaty. Towarzysząca mu księżniczka spojrzała na niego z przejęciem. – Przykrym, że muszę prawić tak o własnym królu, śmiem jednak mieć nadzieję, że jego żywot na ziemi niedługo się skończy.
    – Jak możesz tak mówić! – jej twarz wyrażała bezgraniczne oburzenie. – To Twój ojciec, na miłość Boską! – tupnęła nogą. Pochyliła ku niemu głowę, ściszając głos przed służbą. – Łasisz się na ten tron. Spróbuj chociaż udawać, że zależy Ci na własnej rodzinie – obróciła się w stronę podwładnych. – Kenio – zwróciła się do najmłodszej służki – zaprowadź mnie do medyka, może ojciec potrzebuje więcej ziółek. Reszta z was niech uda się do sali obiadowej, matka niedługo wróci z podróży i trzeba przygotować najlepszą zastawę.
    Książę Karmencjo wciąż wpatrywał się w drzwi zza których dochodziło charczenie starego króla. Nagle usłyszał kroki. To trzech strażników murów szło w jego stronę.
    – Panie – przemówił najstarszy – niestety nie mamy dla Ciebie najlepszych wieści. Lud z pobliskiej Ereneyi domaga się więcej jedzenia. Jeśli im nie pomożemy, pomrą z głodu mój Panie.
    – Ilu ich jest?
    – Trzydziestu dwóch mężczyzn Panie. Kilku z nich wzięło ze sobą swoje wychudzone dzieci – spuścił wzrok – naprawdę potrzebują pomocy.
    – Śmiesz mnie pouczać? – zaśmiał się Karmencjo.
    – Nie mój panie – w głosie strażnika zabrzmiał strach – ja tylko…
    – Odejdź, szybko, zanim zmienię zdanie. Sam powiadomię króla o powstałej sytuacji.
    „Do czego doprowadziła nas Twoja pycha, ojcze” – pomyślał książę. Z ciężkim sercem otworzył drzwi do królewskiego pokoju. Z głębi wydobył się bulgot.
    – Czego? Mówiłem że chcę spokoju! – porośnięta siwizną twarz króla wyłoniła się z pościeli.
    – To ja, Karmencjo. Ojcze… Wasza Wysokość. Pod naszymi murami zgromadzili się przedstawiciele ludu Ereneyi, głodują. Potrzebują więcej jedzenia, inaczej wybuchnie bunt.
    – Bunt? Jaki bunt? Niechże spróbują, zabiję łajdaków! Sam, własnym mieczem pozabijam! Ścierwo, darmozjady, śmieją prosić o więcej…
    – Wasza Wysokość…
    – Nieroby, lenie – król zdawał się nie słyszeć swojego syna – wrzody ziemi. Król odwrócił się do syna plecami. – Powiesić ich!
    Klemencjo zbladł. Podszedł bliżej łoża, złapał ojca za rękę.
    – Ojcze, co Ty mówisz?
    – Powiesić to ścierwo, nie słyszałeś mnie? – ze złością wyrwał rękę. – Mają zdechnąć na naszym dziedzińcu, niech ludzie wiedzą co dzieje się z niewdzięcznikami. A teraz wynocha! – król z powrotem zniknął w pościeli.

    Tak cicha jest noc. Lekki wiatr buja wiszące ciała, roznosząc ich smród. Pozamykane okiennice, we wnętrzach swoich pokoi klęczą ludzie, z przestrachem szepczący słowa modlitwy.
    Klemencjo zamknął się w swoich komnatach. Rozpiął koszulę, nalał do kielicha wino. Na łóżku czekała piękna, naga kobieta, kusząca wypiętymi pośladkami. Uśmiechnął się do niej, wypił trunek i podszedł otworzyć okno; spojrzał w dół.
    Król tańczył nago na poręczy balkonu.
    Książę odszedł od okna, gładząc palcami kozią bródkę.

  13. BluSka napisał(a):

    Uśmiechnięta blondynka siedziała wśród ruin i czytała książkę. Słońce gładziło jej twarz. Oczy uważnie przesuwały się po kartce, od czasu do czasu zerkając na otoczenie. Nogi trzymała skrzyżowane, a plecy opierały się o kamienny mur.
    Niskie kamienne mury rozpływały się w słońcu. Cegły przybrały miodowy odcień. Pomiędzy nimi prześwitywały pojedyncze rośliny. Gdzieś w tle pluskała woda.
    Spomiędzy najwyższych murów nadszedł chudy chłopak. Nie zauważyła go. Ubrany był w praktyczny, czarny kombinezon. Przez chwilę patrzył na zaczytaną dziewczynę. Zmarszczył brwi. W końcu odezwał się:
    – Musimy już iść. – uśmiech na jej twarzy zniknął momentalnie. Zamknęła książkę i wstała. Rozejrzała się dookoła.
    – To musiała być wielka cywilizacja. Takich zamków u nas nie ma. Szkoda byłoby je niszczyć – uśmiechnęła się smutno. Po chwili i ten uśmiech zgasnął.
    – To ruiny, nie zamek. Ale tak, szkoda – włożył ręce do kieszeni. – Statek czeka.
    Dziewczyna rozejrzała się jeszcze. Jej wzrok zatrzymał się dłużej na rozłożystej jabłoni. Pozwoliła sobie wziąć czerwony owoc. Posłusznie ruszyła za chłopakiem.
    Dwieście metrów dalej stał Sonic. Miał około 10 metrów średnicy. Obrzucili go wzrokiem z niepokojem. Blachy odstawały, kable były widoczne tam, gdzie nie powinny. Poczekali, aż kapitan wysunie schody. Dziewczyna jeszcze raz przebiegła wzrokiem po okolicy i wsiadła.
    Usiadła obok chłopaka w klaustrofobicznej komorze. Oboje zapięli pasy.
    – Podjęłaś decyzję? – on pierwszy przerwał ciszę. Blondynka przerzucała jabłko w rękach. Przesunęła wzrokiem po szarych, metalowych ścianach. Nie miały okien.
    Ciszę przerwał szum startującej maszyny. Komora zatrzęsła się. Wszędzie słychać było skrzypienie blach. Statek z trudem wzbił się w powietrze, kołysząc się na prawo i lewo. Dziewczyna przyłożyła dłonie do ust, twarz chłopaka przybrała zielonkawy odcień. Oddychali ciężko. Po jakimś czasie kołysanie ustało. Dziewczyna odważyła się ugryźć jabłko.
    – Nie dasz próbek do laboratorium? – chłopak miał już przygotowaną
    – Nie – wzięła drugi kęs. Przyjrzała się skórce owocu. Część była czerwona, część zielona – Chcesz spróbować? – wyciągnęła rękę w jego stronę
    – Nie, dzięki – mruknął – Podjęłaś już decyzję?
    Dziewczyna milczała przez chwilę. Odłożyła owoc.
    – Przysłali najstarszy model. Wiesz może dlaczego? – utkwiła w nim wzrok.
    – Wiedzieli, ze się wahasz. Gdybyś zginęła, oni podjęliby decyzję.
    – Mogli zaplanować zamach
    – Woleli nie ryzykować. Wywołaliby skandal dyplomatyczny.
    Zapadła cisza.
    – Trudno zniszczyć planetę. Zwłaszcza gdy jest to ojczyzna twoich przodków. Wszystkich przodków. Nie żal ci jej choć trochę? – odpowiedziała jej cisza. Dziewczyna zabębniła palcami o ścianę. – Poleciałam tam, choć wiedziałam, że będzie mi jeszcze trudniej. To bardzo piękna planeta. Zupełnie inna od naszej.
    – Musisz podjąć decyzję – jego głos pozbawiony był wszelkich emocji. Na szyi zalśniły kropelki potu. Zwróciło to jej uwagę.
    – Już podjęłam decyzję –mimo klimatyzacji, skórę pokryła jej gęsia skórka. Twarz przybrała chorobliwie blady odcień.– Ziemia musi zniknąć.

  14. BluSka napisał(a):

    Szit! Wstawiłam wersję sprzed korekty. Nie zjedzcie mnie, proszę 🙂

  15. Astralny napisał(a):

    Zerwał się porywisty wiatr, nadciągające powoli stalowe chmury, przykryły okolicę głębokim cieniem. Z rzeki wyszła, niczym nieśmiałe zwierzę, gęsta, mleczna mgła. Przedarła się przez wiekowe, upadłe mury z grubo ciosanego kamienia. Zamek nie stawiał oporu, dawno temu padł pod ciężarem bezlitosnego czasu. Poddając się temu odwiecznemu zabójcy, obnażając się przed naturą, która odebrała co swoje. Wdarła się porastając mury, wnętrze zamku i kości mchem, ostrokrzewem i bluszczem. Do teraz roślinność była największą przeszkodą dla grupy przyjaciół, buszujących w ruinach dworu. Lecz zbliżająca się ulewa i osiadająca mgła były najgorszymi możliwymi zdarzeniami, niweczącymi całą ich dotychczasową pracę.
    Nerwowe ruchy jakie zaczęły towarzyszyć dziewczynie, wcale jej nie pomagały. Wręcz przeciwnie, szczotka którą odgarniała ziemię warstwa, po warstwie zaczęła ją z powrotem nanosić. Zerwał się porywisty wiatr niwecząc tym samym starania młodej archeolog, zakrywając w zupełności odkopywane z taką starannością kości. Zupełnie jakby natura nie chciała pozwolić na odkrycie dawno zapomnianych tajemnic. Dziewczyna z wściekłością rzuciła trzymaną w ręku szczotkę.
    -AUĆ! Zwariowałaś, Ela? – zawył wysoki brunet.
    -Tak! – krzyknęła, ale jej słowo utonęło w porywistym wietrze.
    Złożyła dłonie w tubę i nabrała głęboko wdechu. Mimo, że stali od siebie raptem kilka metrów, jej słowa brzmiały słabo.
    – Zwołaj resztę!
    Robert, kiwnął głową i pobiegł. Ela naprawdę go lubiła. Odkąd poznali się na studiach, darzyła go prawdziwą sympatią. Chociaż nie była wcale pewna tego, czy to z powodu, że go po prostu lubi, czy też przez krótki, burzliwy romans jaki ich spotkał na początku studiów. Uśmiechnęła się półgębkiem, ręką powędrowała do brzucha, a potem jeszcze nieco niżej.
    Niemal poczuła na sobie delikatnie pieszczące palce, rozpalające każdy punkt ciała, z którym się zetkną. Ciepły oddech na szyi zmieniający się w łagodny pocałunek, przeszywający ją na wylot. I bliskość jego ciała, która…
    Ela podskoczyła jak oparzona, zaskoczona potężnym grzmotem rozchodzącym się w powietrzu. W zamyśleniu, z którego została właśnie wyrwana, doszła do namiotu, rozłożonego pośrodku murów. Myśli o kochanku uciekły z głowy, gdy wyciągnęła ze skrzyni z narzędziami zużyty kilof. Zważyła go w rękach, położyła na plastikowy stół i usiadła w oczekiwaniu na pozostałych.
    Wkrótce się zjawili. Wpierw wszedł Robert, a tuż za nim drobna Maruko, Chinka o bystrych oczach, zawsze wiedziała więcej niż Ela, co ją wkurzało. Bez znaczenia było ile czasu spędzała nad książkami, ta mała Azjatka wiecznie wiedziała lepiej. Paweł, bezustannie zaspany kurdupel i Igor, niechlujny jak zawsze, w brudnej od keczupu koszulce. Mimo to, stanowili dobrze zgraną paczkę. Siedli przy stole, Paweł podpierał głowę, jakby miał na miejscu zasnąć. Tylko Igor stał, z założonymi rękami na piersi, przyglądając się z uwagą Eli.
    – Nie – rzekł twardo, gdy otwierała już usta. – Wiesz, że nie możemy tak robić! To świętokradztwo!
    Zapadła cisza. O namiot zaczęły się rozbijać pierwsze krople burzy. Ściany to wydymały się do środka, to cofały w takt hulającego wiatru. Ciemne, burzowe chmury zakryły słońce, zakrywając zamek głębokim cieniem. Wydawało się, jakby sama natura podkreślała ostatnie słowa mężczyzny.
    – Nie – odparła miękko Ela. – Nie mamy czasu na zabawę. Jutro musimy się z stąd wynosić. Jeśli nie pośpieszymy się dzisiaj z wykopkami, to wrócimy z niczym.
    Przebiegła dłonią po drewnianym trzonku kilofa.
    – Niektórzy z nas wydali wszystko co mieli na tą podróż. Bez odniesienia sukcesu, zostaniemy nikim.
    Siedzący przy stole przytaknęli chóralnie. Mówiła to głównie o sobie. By wyjechać na tą podróż, poświęciła wszystko co posiadała. Sprzedała nawet naszyjnik, który odziedziczyła po matce. Postawiła wszystko na jednej karcie i nie zamierzała się poddać, kiedy była tak blisko wygranej i zarazem przegranej. Druga opcja oznaczała spanie pod mostem i brak przyszłości.
    – Stary, wiem co myślisz! Ale Ela, ma rację. Jak dzisiaj tego nie zrobimy, to cała szansa nam ucieknie sprzed nosa.
    Ela zauważyła jak Igor dyskretnie zerka na Maruko, nie wierząc, że i ona jest przeciw niemu. Oficjalnie pomysł został przegłosowany i nie miał już prawa sprzeciwu. Zły na nich wszystkich parsknął, machnął ręką i wyszedł. Ela podejrzewała, że ci dwoje od pewnego czasu mają romans, jednak nikomu o tym nie wspomniała.
    – Znalazłeś tajne przejście, o którym mówili mieszkańcy miasteczka? – zapytała Pawła.
    – Przeszukałem już większość dolnych pomieszczeń, ale nie trafiłem na żaden skarb. Odkryłem za to dwa ukryte korytarze prowadzące z jednego miejsca do drugiego. Nic więcej.
    Miała spore wątpliwości, czy apatyczny kolega, jest faktycznie znaleźć ukryte pomieszczenie kryjące w sobie ponoć wielki skarb wymarłego rodu królewskiego, który podobno został ukryty w tym zamku. Złoto i klejnoty, wraz z myślą o wzbogaceniu się przyciągnęły ich w to miejsce. Podobnie jak znalezienie potwierdzenia w historii o…
    – Maruko, a jak wam poszło? Znaleźliście coś?
    Skośnooka pokiwała energicznie i w przeciwieństwie do ospałego kolegi, mówiła ożywionym głosem.
    – Znaleźliśmy nóż, którym zabito dziecko królewskiej pary, a także list. – Wzięła głęboki oddech, jakby zamierzała zanurkować. – Wynika z niego, że to królowa kazała zabić własnego syna. Napisała o tym w liście do swojego kochanka. W jednej z jej komnat znaleźliśmy resztki trucizny, którą otruła męża. Nie jesteśmy pewni – mówiła o sobie i Igorze, z którym pracowała. – Ale podejrzewamy, że to również ona zabiła ostatecznie syna. Dla kochanka i bogactwa – Dodała po chwili.
    – Szkoda, że nie udało jej się uciec – powiedział z przekąsem Robert.
    Deszcz na zewnątrz nasilił się, pioruny rozświetlały raz po raz mrok za plastikowym oknem. W zużytym materiale namiotu, miejscami zbierała się woda i skapywał. Ela wstała z krzesła, podniosła kilof i ruszyła w stronę wyjścia, tam gdzie chmury bombardowały ziemię milionami kropel.
    – Chodźcie! Czas stać się sławnym!
    Pół godziny później, nie była wcale bliższa sławy i bogactwa. Za to przemoczona do suchej nitki i przemarznięta do szpiku kości, kopała łopatą. Udało jej się już wyjąć większość zagrzebanego szkieletu. Odgarnęła włosy przylepione do czoła, brudząc się przy okazji błotem. Dyszała ciężko, za każdym razem gdy wyciągała pełną szuflę. Jak grabarz, albo morderca kopiący o północy, w świetle księżyca dół dla swojej ofiary. Jednak tym razem było na odwrót. Wykopywała zwłoki zamiast je ukryć.
    Wtedy przybiegła do niej Maruko. Krzyczała coś głośno, jednak jej głos gubił się w burzy. Zaczęła ciągnąć Elę za umazaną błotem rękę, wskazując równocześnie palcem zamek. Miejsce, w którym pracowała z Igorem. Dała się pociągnąć i popędziła za zrozpaczoną koleżanką. Wbiegły do środka, po posadzce niósł się stukot butów, zagłuszany co jakiś czas grzmotem na zewnątrz. Wspięły się po schodach na wyższe piętro, przebyły korytarzyk i dotarły do wieży.
    Dopiero teraz Maruko odezwała się. Jej głos drżał, podobnie jak ona sama.
    – Tam – jęknęła, wskazując palcem i odwracając jednocześnie głowę. – Znalazłam tajne przejście. Na dół. Niestety stał na zapadce. Wpadł tam. – Zaszlochała.
    Ela podeszła ostrożnie do prostokątnej dziury w kamiennej posadźcie. Nie dostrzegła co jest na dole, przez zalegającą tam ciemność. Przysiadła przy krawędzi, jednak to nic nie pomogło. Sięgnęła po latarkę leżącą nieopodal. I wtedy poczuła na sobie dłonie, jedną na ramieniu, drugą na plecach. Przez chwilę miała wrażenie, że naciskają na nią, pchając prosto w ciemną otchłań.
    – Zostaw ją! – zawołał Robert. – Odsuń się od niej natychmiast!
    W progu stanęli Robert z Pawłem. Pierwszy z nich zrobił kilka kroków do przodu.
    – Widziałem co zrobiłaś!
    Na te słowa Maruko odskoczyła na bok, jakby ktoś jej rzucił pod nogi worek zgniłego mięsa. Zakryła usta ręką.
    – Zabiłaś go! – kontynuował Robert. – Pchnęłaś, go do tej dziury, a teraz chciałaś zrobić to z Elą. Jak mogłaś?
    Tym razem Ela odskoczyła od dziury. Nie mogła wierzyć w oskarżenia rzucane przez Roberta, lecz nie potrafiła pozbyć się wrażenia, że ma on rację. Gdyby nie przyszedł w porę, skończyłaby jak biedny Igor. Pożarta przez mrok, leżąca w miejscu, w którym nikt by jej nie znalazł. Poczuła wewnętrzny chłód opanowujący jej ciało.
    – Bo mi się należy! – zawyła. – Gdybym tego nie zrobiła, to wy pozbylibyście się mnie. Nas! Dla skarbu!
    – Nie gadaj bzdur – powiedział Paweł, wciąż stojąc w drzwiach. – Nikt was nie chce zabić.
    – Oni to zaplanowali – Łypnęła zapłakanymi oczami na Roberta. – Razem z Igorem chcieli się nas pozbyć. Słyszałam ich! Ma nawet pistolet! Sprawdź!
    Ela nie mogła się ruszyć, czekała aż wszystko okaże się tylko złym snem. Ale tak nie było. Sekundy przeciągały się w minuty, w ciągu których słychać było tylko deszcz. Rzucali sobie wciąż i wciąż zaniepokojone spojrzenia pełne nieufności. W końcu jednak, Ela podeszła do Pawła.
    – Zrób to – powiedziała.
    Jeszcze przez moment stał tak, po czym się ruszył. Obmacywał kolegę, aż znalazł pistolet, wciśnięty za pasek z tyłu. Cofnął się, odbezpieczył i przeładował broń.
    – Biegnij po sznur i telefon satelitarny.
    Nie czekając, Ela zbiegła z wieży. Wpadła do namiotu, lecz zamiast zabrać sznur ze skrzyni, podeszła do swojego plecaka. Wyjęła z niego laskę dynamitu.
    – Nie odbiorą mi przyszłości.

  16. Noku napisał(a):

    „Nigdy tego nie dosięgniesz.” Echo tych słów niosło się w mojej głowie. Byłem cały mokry. Deszcz robił się coraz delikatniejszy, zacisnąłem usta, poprawiłem raz jeszcze zapięcie swej kurtki i odgarnąłem wiszącą na mej drodze gałąź. Kropelki spadały z liści, ochlapując moją twarz. Musiałem iść dalej. Robiło się coraz zimniej, zapadał zmierzch. Dobrze wiedziałem, że zaraz stanę u celu. Dobrze opisano mi drogę. Przeszedłem nad krzakami, mijałem sterty głazów. Próbowałem skupić się na jednym punkcie przed sobą. Nogi grzęzły mi w ziemi. Na stopach czułem błoto. Wszystko przeciekało. Wszystko mnie bolało. Wszystko coraz bardziej się ode mnie oddalało. Jedynie mały zwój ciągle trwał przymocowany w kieszonce przy moim sercu. Jeśli go nie dostarczę… będzie po wszystkim. Powinienem był nadal biec. Krzyczeć na całe gardło, że jestem gońcem i wpaść prosto przez główne wejście na dziedziniec wielkiego zamczyska.
    Nie miałem już sił. Starałem się wyrównać oddech. Szedłem coraz wolniej. Błoto dodatkowo mi przeszkadzało. Po niebie sunęły szare chmury, zasłaniając coraz więcej słońca. Miałem, wrażenie, że jest już noc. Nie poddawałem się. Deszcz przecież ustawał. A ja, choć przemoczony, prawie dotarłem na miejsce.
    Czerń. Miałem mroczki przed oczami. Wyciągnąłem przed siebie rękę, aby oprzeć się o pień najbliższego drzewa. Nogi miałem, jak z waty. „Wdech, weź wdech” – powtarzałem sobie w myślach. „Jeszcze tylko kawałek. Kawałek, rozumiesz?”
    Zamknąłem oczy. Nie mogłem wytrzymać pulsującego bólu w mojej głowie. Zakaszlałem i osunąłem się powoli na ziemię. Błoto przedostawało się przez spodnie. Zrobiło mi się niedobrze. Musiałem się położyć. Na chwilę. Tylko, żeby mi się poprawiło. Opuściłem głowę i czułem na jej czubku opadające krople deszczu.
    Leżałem w bagnie. Czułem, jak mnie pochłania. Powolutku. Nie miałem siły wstać. Na chwilę wzrok mi się poprawił. Już nie było tak ciemno. Spróbowałem spojrzeć przed siebie. Musiałem. Musiałem tam dojść. Wyciągnąłem rękę.
    Huk. Po chwili zobaczyłem błysk. Chciałem się podciągnąć, jednak bagno nie dawało za wygraną. Nieustępliwa ziemia przyciągała mnie. Tylko kawałek. Przecież już nie jest daleko. Nie mogłem się poddać. Ja nie robię takich rzeczy. Czułem łzy pod powiekami. Nie mogłem się na to zgodzić. W moje usta wpłynęło trochę błota. Chciałem, je wypluć, lecz dostało się go jeszcze więcej.
    Przecież normalnie bez problemu bym stąd wyszedł. Serce mnie paliło. Nie. Coś na sercu. Zwój.
    Ziemia mnie pochłonęła. Odpływałem. Ten zamek. On był daleko. Zawsze był daleko. Nie mogłem oddychać. Wszystko stało się czarne. Gdzie on jest? Moje serce biło tak mocno, jak tylko mocno, a ja i tak nie miałem szans. Błoto otaczało mnie z każdej strony, dotykało każdego kawałka mojego ciała. Nie obchodził mnie zamek. Chciałem tylko wziąć wdech.

  17. Cryar napisał(a):

    Nie było słychać niczego prócz spokojnych oddechów i trzasku ognia. Cisza przed burzą – pomyślał Leath, patrząc w zgubną siną dal. – Nie będzie burzy… – poprawił – będziemy spokojni, gdy przyjdą zabrać nasze życia.
    Był dowódcą. Powinien coś powiedzieć, lecz tylko patrzył.
    – Nadal ich nie widać lordzie, ale… czuje że nadchodzą. – To był jeden z nowych Tych naiwnych którzy się starali.
    „To nie wroga czujesz, a zamek, głupcze” – chciał mu powiedzieć. Powinien uciec, póki miał szanse. W przeciwieństwie do nich on mógłby to zrobić, ale teraz było już za późno.
    To skupisko kamieni jest żywe i wrzeszczy, bo Oni zamierzają to zmienić. Białe stwory, które zniszczyły już kilka narodów.
    Ramię Leatha spowił mróz, a jednocześnie płomienne ciepło. Jedno dawało błogie ukojenie drugiemu, tworząc coś za co był w stanie oddać życie.
    – Nie musicie się dla nas poświęcać – cichy i delikatny głos rozbrzmiewał zza jego pleców.
    – Lara – jego żona od dawna nie żyła. Mimo to czara goryczy zamieniła się w słoik miodu, a zagasła miłość znów zaczęła się iskrzyć.
    Ujrzał ją. Latający cień, o pięknej twarzy i długich włosach, ubrany w jego ulubioną błękitną suknie. Wiedział że za kilka chwil wszyscy będą tam samo martwi jak ona. Nie mogą opuścić zamku, a nawet jeśli… On wolał tam zostać, umrzeć i spędzić z nią wieczność. – Za niedługo do ciebie dołączę.
    – Nie… – zmył ją podmuch wiatru, a życie znów nabrało gorzkiego smaku.
    Za sobą mieli niemal przeźroczyste jezioro, a dalej góry pokryte mgłą. Chmury już odsłoniły słońce i pojawiła się tęcza, tworząc bajkowy krajobraz. Żaden z nich nie mógł tego dostrzec, ani się tam udać. Wszyscy znaleźli swoją arkadię, tą która przywołuje umarłych.
    „Umrzemy tu” – te słowa wypowiadało coraz więcej osób i ten fakt nie wydawał się im przeszkadzać.
    A jeśli zniszczą zamek i czar pryśnie? – tę myśl posunęła mu Lara, kiedy rozwiał ją wiatr… Zwykle zostawała dłużej. Leath był pewien, że część leżących żołnierzy ciągle rozmawia ze swoimi bliskimi, którzy powinni być po drugiej stronie. Nawet Król „poszedł spać” – znów spotkać się ze swoją córką, a zamek upadnie i czar pryśnie… bo dowódca sam nic nie potrafi zrobić… czar pryśnie.
    – Przygotować trebusze i balisty! – rykną, aż żółtodziób obok podskoczył. On się obudził, lecz z resztą było gorzej. – Wrzący olej na mur! Każdy kto okaże się bezużyteczny zostanie na zawsze wygnany z tego zamku!
    To było jak zimna woda, wylana na kark. Ocknęli się i na pierwszy rzut oka było widać że zaczynają knuć. Wystarczyło tylko że go zabiją i będą mogli… (tam spokojnie umrzeć) …i czar pryśnie.
    – Wszyscy żyjemy w tym zamku. Chcecie pozwolić żeby zbezcześcił go wróg!? A co jeśli czar pryśnie!? – wrzucił z siebie te słowa jakby ciążyły mu od urodzenia.
    To do nich dotarło. Jaki sens miało umieranie, jeśli czar miał prysnąć?
    – A… ale walczymy z armią upiorów – ktoś wymamrotał.
    – Tak walczymy z armią upiorów! – wykrzyczał, choć nie wiedział co powiedzieć dalej. Oni ponoć byli falą śmierci. – Ci którzy próbowali przed nami umarli, ale my mamy po naszej stronie ten zamek!
    Nawet nie wiedział co oznaczało, ale zawtórowały temu wojownicze okrzyki.
    – Wróg na horyzoncie! – jak na życzenie wykrzyczał żółtodziób.
    To naprawdę były upiory. Białe istoty w zniszczonych ubraniach, w oczodołach mieli jedynie mrok, z ust powoli ciekła czarna maź, a w dłoniach dzierżyli lustrzane ostrza. Szli w ich stronę, jak ślepi. Leath mógł dostrzec w nich każdy szczegół. Choć byli tylko małymi kropkami na horyzoncie. Widział ich, lecz nie dostrzegał dystansu. Całe przewodzenie strzelcami legło w gruzach.
    – Strzelać, bez rozkazu gdy tylko znajdą się w zasięgu – warknął, nie mając pojęcia jak daleko sięga ten zasięg, a co gorsza jak blisko są upiory.
    Nieśpiesznie włóczyli nogami, w oczach dowódcy w ogóle nie posuwali się naprzód. Minęła wieczność nim pierwszy trebusz strzelił. Głaz wzniósł się wysoko, a później z hukiem uderzył w ziemie… uderzył w nich, a jednocześnie przemknął przez ich ciała i walną w podłoże. W umyśle Leatha było to tylko kolejne podstępne złudzenie, ale….
    – Co do…? – ten głos należał do obserwatora, trebusza który wystrzelił.
    Chwile później w powietrzu znalazł się kolejny obiekt – beczka. Znów uderzyła o ziemie, lecz ogień który się z niej buchnął pochłonął kilku wrogów. Płonące zjawy wydawały się jeszcze straszniejsze, lecz po jakimś czasie zamieniły się w popiół.
    – Przygotować mi tuzin beczek z oliwą! – już wiedział co powinien zrobić. – Zostawić dwie kolejne przed bramą! Resztę niech ładują trebusze! Strzelcy nałożyć płonące strzały i czekać na rozkaz!
    To było jak sen. W jednej chwili patrzył jak płonie zjawa, w następnej tworzył przyszłą ścianę ognia. Wojownicy nosili wszystko od belek drewna przez węgiel, aż do drogich zamkowych mebli. Kiedy stwierdził że wystarczy przetoczyli jeszcze beczki z oliwą i wycofali się pod bramy.
    Upiory zbliżyły się do ściany. Leath zanurzył swoje ostrze w niebezpiecznej cieczy, zaraził je płomieniem żagwi i wrzasnął – spalić je!
    Zaledwie kilka strzał wystarczyło by wzniecić pożogę sięgającą chmur. Zań spadały płonące beczki. Łucznicy podpalą tych którzy ominą pożar, a jeśli chybią, upiory zmierzą się z palącymi się ostrzami.
    Zobaczył pierwszy szereg ognisty upiorów. Gdy zamieniły się w popiół, był już pewien wygranej.
    Życie malowało się przed nim pięknymi barwami: za zasługi zostanie mianowany lordem tego zamku. Będzie mógł zostać w nim na zawsze, z Larą.
    Zbliżył się, by lepiej widzieć swoje ogniste dzieło i móc spojrzeć na całą budowlę, której zostanie Panem.
    Sen malowany najpiękniejszymi barwami… właśnie się rozpadł. Runęły mury, gdzieś buchnął ogień… białe upiory już przedzierały się przez bramę… ogień nawet ich nie łaskotał… nie było żadnej ściany ognia. Kilku jeszcze maszerowało przed siebie. Spojrzał na nich, a oni ruszyli w jego kierunku nieśpiesznym krokiem.
    Ogień… to tylko ogień. To byłoby zbyt proste.
    Ogarnęło go ciepło i zimno, lecz nie były już w żaden sposób przyjemne. Były torturą.
    – Lara – była tam tuliła go zza pleców. – Co się stało…
    – Pomyślałam że przed Śmiercią, pokaże ci piękny sen – opuszczały go siły, jej miękkie usta całowały go w szyje, policzki, czoło, usta, powoli przeprowadzając na drugą stronę. Stronę, która była mroczna, płonąca i pełna cierpienia.
    Spojrzał znów na zamek… był cały. On leżał za bramami, spróbował go opuścić. Białe stwory nie przybyły, był tylko jeden – ten który przybył po niego.

  18. Imani napisał(a):

    zniknęła melodia, a o ile się nie mylę to była ta:
    https://soundcloud.com/farooq-saeed-khan/inception-theme-hans-zimmer

  19. Maniek napisał(a):

    Temu ćwiczeniu nie dałem rady. Mam w sumie jeden makabryczny pomysł, ale jakoś nie potrafię go przelać na papier.

  20. Maniek napisał(a):

    Janko wyszedł ze swej komnaty i skierował się ku drzwiom prowadzącym na dziedziniec. Po drodze pozdrowił stojące pod oknem damy. Na zewnątrz było pusto, jedynie przez otwarte wrota do wozowni widać było kowala pochylającego się nad jakimś kufrem. Mężczyzna ruszył ku bramie. Wychodząc skłonił się stojącemu wyżej na murze wartownikowi. Słońce dopiero wychodziło zza horyzontu, gdy zniknął na dróżce między drzewami.

    Wrócił wieczorem ciągnąc za sobą jakiś worek. Przechodząc zdyszany przez bramę pokłonił się wartownikowi i dalej skierował do stajni, gdzie od razu wziął się do roboty. Pracował do późna, także kiedy już mroki przykryły całe zamczysko tylko w stajni świeciło się nadal nikłe światło pochodni.

    Rano zarzucił swój worek na ramię i ruszył w stronę schodów na mury. Wszedł na górę i podszedł do wartownika stojącego nad bramą. Ten stał nieruchomo, jedynie jego kaftan powiewał od czasu do czasu na wietrze.
    – Dzień dobry Michale – powitał go Janko.
    Kiedy tamten nie odpowiedział położył worek na ziemi i zaczął powoli wysuwać zawartość. Podniósł ją, oparł o mur i przy użyciu dwóch mocnych sznurków przytwierdził do wystających z kamienia haków. Zadowolony sprawdził jeszcze stabilność i już miał wracać, gdy raz jeszcze rzucił okiem na Michała. Zdawało mu się, że jego twarz drgnęła. Podszedł bliżej i przyjrzał się pomarszczonemu obliczu. W tym momencie wiatr zawiał i potężny płat skóry odszedł od czaszki.

    – Sypiesz się stary – mruknął zafrasowany Janko, po czym odczepił mumię od muru i zaczął pakować do worka. – Wiesz, trochę się narobiłem z twoim nowym kolegą w nocy, więc chciałem się teraz wyspać. No ale nie zostawię cię w takim stanie. Nie martw się, potem postawisz mi kufel piwa.
    Uśmiechnął się raz jeszcze, wstał i już miał odejść, gdy odwrócił się do drugiego wartownika:
    – Musimy na chwilę iść z Michałem, bacz by wszystko było w porządku… – zrobił krótką pauzę, zastanowił się przez chwilę i dokończył: – Adamie.

  21. Marcin napisał(a):

    – Grupa numer pięć, proszę za mną do zbrojowni! – donośny głos przewodniczki niósł się echem po dziedzińcu. Andrzej spojrzał ostatni raz na kobietę i zniknął w jednym z wielu wejść do pomieszczeń zamku, otwartych dla konserwatorów pracujących nad renowacją starych murów. Większość z nich była akurat na przerwie obiadowej, więc nie miał większego problemu z przedostaniem się w głąb budowli, ubrany w odblaskową kamizelkę i z przytroczoną torbą narzędzi konserwatorskich. Szedł długim, prostym korytarzem, mijając kolejne komnaty i sale, skąpane w blasku ciepłego, popołudniowego światła. Była jesień, a długie cienie powoli kładły się na zimnych kamieniach tworzących majestatyczną budowlę. Lubił stare zamki. Jego rodzinne miasto – Olkusz – było położone dokładnie na Szlaku Orlich Gniazd, szlaku zamków i umocnień, z których każdy zwiedzić co najmniej kilka razy. Razem z rodzicami chodził po ruinach zamku królewskiego w Olsztynie, wraz z wycieczką szkolną zwiedził twierdze w Bydlinie i Podzamczu, a największe wrażenie zrobił na nim zamek w Mirowie, gdzie razem z najlepszym kumplem, Adamem, pojechali rowerami na wagary. Z majestatycznego zamku pozostały jedynie ściany, jednak główna baszta, posadowiona na wapiennym pagórze, z dumnie powiewającą flagą Polski wywarły na Andrzeju nieodparte wrażenie ponadczasowości. Nadchodzących wojen i czasów pokoju, srogich zim i upalnych letnich miesięcy, odchodzących babć i dziadków i nowo narodzonych dzieci. Miejsc gdzie czas przenikał materię i odbijał na niej swoje niezatarte piętno, oddech przeszłości. Minął korytarz prowadzący do wschodniego skrzydła zamku i przyspieszył kroku. Czuł, że czas ucieka mu przez palce, a jednocześnie nie chciał, żeby ktokolwiek go widział, nawet pomimo jego przebrania konserwatora zabytków. Na dłuższą metę, nie miał zielonego pojęcia czego się używa do renowacji zaprawy wapiennej mającej tysiąc lat z okładem i nie chciał wdawać się w dyskusje na ten temat.
    – Profesorze! Nich Pan zaczeka chwilę! – głos rozniósł się echem po korytarzu, wielokrotnie wzmacniany przez odbicia od ścian i stropów. W jego stronę biegł młody mężczyzna, na oko dwudziestolatek, z długimi włosami spiętymi w kuc i spodniami przybrudzonymi wapiennym pyłem. Puls Andrzeja gwałtownie przyspieszył, jednak strach go nie paraliżował. Doskonale wiedział, że nie może sobie pozwolić na błąd, a nawet kilkuminutowe opóźnienie mogło go kosztować wiele. Bardzo wiele. Młodzieniec zatrzymał się, jakby uzmysłowił sobie pomyłkę, po czym wolnym krokiem zaczął się zbliżać do Andrzeja.
    – Przepraszam, pomyliłem Pana z moim przełożonym. Ubieracie się podobnie. – nie wiedział, czego się spodziewać po młodym i kiedy się zorientuje w sytuacji.
    – Nic nie szkodzi, taka już jest nasza profesja – odparł, starając się o uśmiech – Jak się nazywasz? –
    – Bartłomiej. Bartek. Jestem tu na praktykach. A Pan? –
    – Andrzej. Andrzej Prałat. Przyjechałem z Uniwersytetu Jagiellońskiego zebrać materiały na habilitację. – wyważył doskonale. Kadrę profesorską kojarzył prawie każdy, podobnie jak doktorantów, którzy prowadzili ćwiczenia. Doktorzy pracujący nad habilitacją byli mało rozpoznawalną grupą, dość abstrakcyjną dla zwykłego studenta pierwszego lub drugiego roku.
    – Miło mi Pana poznać. Zna Pan profesora Antałowicza? –
    – Czytałem jego publikacje, ale nie miałem nigdy okazji z nim porozmawiać w cztery oczy. Czy Profesor jest Twoim przełożonym? –
    – Tak – odparł – szukam go, bo trafiliśmy na… sam nie wiem, anomalię w strukturze muru? Widział go Pan może? Powinien być gdzieś w komnatach perłowych. –
    – Widziałem człowieka skanującego mury w pierwszej z komnat perłowych. Gdybym wiedział, że to Profesor, nie przeszedłbym obojętnie! –
    – Pozdrowię Profesora – uśmiechnął się student – proszę do nas zajrzeć dziś wieczorem, jesteśmy w drugim budynku administracyjnym przed zamkiem –
    – Nie omieszkam zajrzeć – w głębi duszy Andrzej poczuł ulgę, że sprawę udało się załatwić bezproblemowo. No, prawie. Jeśli człowiek pokroju Antałowicza dowie się o jego obecności, za godzinę będzie miał grupę poszukiwawczą na karku. Trzeba się spieszyć.
    Lekkim biegiem dotarł do końca korytarza, gdzie znajdowało się nieduże przejście do pomieszczeń służby, minął kilka przejść o wyjątkowo niskich nadprożach i wysokich progach, aż zobaczył stare, drewniane schody zabiegowe prowadzące w górę. Osobna klatka schodowa dla służby okazała się być w nienajlepszym stanie, Andrzej jednak parł do góry, stając tylko na tych częściach stopnia, które były podparte belką. Wszystko skrzypiało potwornie i trzęsło się jak wiszący mostek w parku linowym. Miało prawo.
    Zatrzymał się na drugim piętrze, dysząc, opierając się o niski parapet kwadratowego okna. Kondycja już nie ta, miał prawie pięćdziesiąt lat. Stanowczo za dużo, ale wciąż mało. Poczuł mrowienie pod palcami, na chłodnej, chropowatej powierzchni parapetu. Czas. Czas płynął, a zamek powoli zaczynał stawiać mu opór. Energia powoli zaczynała wzbierać w kamiennych murach, a anomalia, którą widział student, była tego najlepszym dowodem.
    Wziął głęboki oddech i rozpoczął wspinaczkę. Trzecie piętro, gdzie kończyły się schody dla służby, następnie przez przejście, pochylenie głowy przy każdym nadprożu, aż w końcu wyszedł na ciemny korytarz. Część okien była zabita dyktą, gdzieniegdzie przepuszczając jedynie cienkie snopy pomarańczowego światła, rozpraszanego przez unoszący się w powietrzu wapienny pył. Andrzej zamknął oczy na chwilę, starając się przywołać ostatnią część rozkładu komnat w zamku. Prosto, w lewo, prosto, schody po prawej stronie. Zasłonił nos i usta rękawem i ruszył korytarzem. Podłoga delikatnie wibrowała od gęstniejącej energii, tworzonej przez czas hamowany przez mury zamku, przez co coraz więcej pyłu wzbijało się w powietrze. Jeszcze dziesięć lat temu śmiałby się do rozpuku, gdyby ktoś mu opowiedział tą historię, pięć lat temu przeczytałby jako całkiem interesującą legendę, a rok temu… Rok temu skręcałoby go z niecierpliwości. Z nikim nie podzielił się historią, w jaki sposób dowiedział się o korelacji czasu i kamienia, a swoje badania i zapiski trzymał w tajemnicy. Nie z zazdrości. Z czysto naukowego podejścia, że dopóki nie dowiedzie swojej racji w praktyce, dopóty nie było sensu ujawniać tego, co wiedział. A wiedział sporo. Kamienne mury zamków nie bez powodu powodowały lekki dreszcz emocji i dawały odczucie przeszłości. One były przeszłością. Dotarł do ostatniej klatki schodowej, prowadzącej kręconymi schodami do wschodniej baszty. Zamek aż huczał od nagromadzonej energii, a popołudniowe słońce wydawało się spowalniać, podobnie jak chmury, stojące w miejscu. Nawet wiatr ustał. Krok, krok, krok. Parł w górę niewygodnymi, krótkimi stopniami, prawą rękę opierając na kamiennym słupie. Nie może się spóźnić, po prostu nie może. Stopnie drżały, pył sypał się ze spoin, zupełnie jakby zamek miał się za chwilę rozpaść na kawałki. Ostatnie kilka stopni przebiegł, padając na podłogę w niedużym pomieszczeniu baszty. Dyszał. Był zupełnie bez kondycji i teraz mógł to przyznać z czystym sumieniem. Powoli wstał i na miękkich nogach podszedł do najbliższego okna, skąd roztaczał się widok na niewielkie góry i złote pola pszenicy. Słońce wisiało tuż nad horyzontem, chmury stały w miejscu, a powietrze było ciężkie i gęste jak przed burzą. Było już bardzo blisko, drobinki zaprawy wapiennej pokrywającej prawie całe pomieszczenie delikatnie jarzyły się na błękitno, kamień przybrał nienaturalny, jasnoszary odcień, a czas coraz bardziej zwalniał. Andrzejowi skojarzyło się to z filmami wojennymi, gdzie w sytuacji zagrożenia czas zwalniał, a rzeczywistość była widziana jakby przez mgłę.
    Trwało to wieczność. Albo ułamek sekundy, czas jest relatywny. Zamek w jednym momencie rozjarzył się błękitno – szarą poświatą, wypełniając wszystkie ciemne zakamarki bladym światłem, a czas zamarł. Został zatopiony w murach zamku. W jednej chwili Andrzej poczuł, jak wraca przeszłość, jak wracają wspomnienia nadchodzących wojen i czasów pokoju, srogich zim i upalnych letnich miesięcy, odchodzących babć i dziadków i nowo narodzonych dzieci. A zaraz potem wszystko umilkło. Pył powoli opadał na podłogę, a ściany bledły i szarzały. Zamek z powrotem wydawał się był starym, zakurzonym miejscem, stojącym w tym samym miejscu od tysiąca lat i mającym przed sobą kolejne tysiąc. Czas po raz kolejny odcisnął swoje piętno na murach zamku, gdzie teraźniejszość jest bezlitośnie zatrzymywana i odbijana jak odcisk ręki w gipsie. Andrzej przytulił twarz do zimnych kamieni posadzki i zapadł w ciemną otchłań snu. Był spokojny. Teraz już na zawsze będzie częścią historii.

  22. Lily napisał(a):

    Wiekowy, kamienny zamek stoi na szczycie zalesionego wzgórza. Niegdyś tętnił życiem, dziś w jego komnatach mieszkają jedynie dzikie ptaki. Miast radosnego śmiechu i muzyki w jego korytarzach płacze wiatr, a jedynymi wiernymi przyjaciółmi są wieczne drzewa i mgła. Czas ludzi dla potężnej warowni przeminął – i już nie wróci. Jego mury przesiąknięte są smutkiem i szaleństwem. Nikt tu nie przychodzi.
    Ach, chcecie wiedzieć, co się stało? Wielu przed Wami zadawało to pytanie…
    Usiądźcie więc wygodnie i posłuchajcie. Trzeba się cofnąć w czasie do dnia zupełnie innego niż ten…
    Jest ciepły, letni wieczór. Wieje delikatny wietrzyk. Na jeziorze poniżej zamku promienie zachodzącego słońca delikatnie muskają
    drobne zmarszczki fal.Z dziedzińca dochodzi gwar rozmów, stukot podków i krzyki służby.
    Jednak żadne z tych wrażeń nie docierają do zmysłów dziewczyny, która energicznie krząta się po swoim pokoju, dużej komnacie we wschodnim skrzydle zamku. Rusza się w pośpiechu, jej ręce nerwowo rozplątują kolejne wiązania przy sukni, rozpinają haftki. Przy każdym odgłosie zza drzwi obrzuca je spłoszonym spojrzeniem, choć wie, że nikt bez pozwolenia nie wejdzie do jej komnat. Tylko ojciec, ale on jest na polowaniu. Nie wróci przed świtem, a wtedy…
    Przygryza wargę i odrzuca na bok blond warkocz. Nieważne, co wtedy.
    Zdejmuje biżuterię, wierzchnie ubranie, gorsecik, bieliznę. Ciężko nabiera powietrza
    do płuc i ubiera się ponownie. Dopiero, gdy kończy, patrzy w lustro. Jakże inaczej wygląda…
    Warkocz, na wpół rozpleciony opiera się na ciemnogranatowej żołnierskiej kurtce. Poniżej tego samego koloru spodnie, dziwnie krępujące nogi, przyzwyczajone do powłóczystych spódnic; na stopach wysokie, skórzane buty. Ma tez pas, a na plecach muszkiet. Ciężko jej oddychać – klatkę piersiową ma mocno ściśniętą bandażem, mającym ukryć biust. Jeszcze tylko jeden ostatni szczegół zdradza jej płeć.
    Ostrym sztyletem, który również jest częścią żołnierskiego ubioru szarpie długie, grube włosy. Tnie w milczeniu, ale z jej oczu
    kapią powoli łzy. Myślała o tym, jak będzie potem, ale nie była przygotowana na to, jak trudno będzie zanim to potem nastąpi.
    Wreszcie jest gotowa. Teraz z powierzchni lustra patrzy na nią niepewnie młody, niewysoki chłopak, wstępujący na swoją pierwszą służbę.
    Teraz pozostaje już tylko czekać.
    Około północy pod mury zamku podkrada się szczupły, zwinny mężczyzna. Po zarysach sylwetki widać, że ma na sobie wojskowy mundur. Porusza się cicho, zgrabnie, pewnie – to nie jest dla niego obcy teren i nie pierwszy raz to robi. W drugim oknie od góry po lewej czeka na niego piękna, pełna nadziei dziewczyna. Za chwilę wykradnie ją stamtąd i odjadą razem, by już nigdy tu nie powrócić. Nie wiedzą, ile w tym prawdy.

    Następnego dnia przed południem na ten sam zamek, przy dźwiękach trąbek i szczekaniu psów, w otoczeniu świty i myśliwych, wjeżdża hrabia.
    Uśmiecha się. Słyszy gratulacje dotyczące udanych łowów, jednak sam myśli o czym innym. On sam gratuluje sobie sprytu. Oto dziś rano pułk wojska wymaszerował na wojnę. W tym pułku on sam postarał się umieścić młodego chłopaka z gminu, który miał czelność zalecać się do jego córki.
    Postarał się też, aby walczył w pierwszej linii. Postarał się, aby nie wrócił żywy.

    Nie wie jeszcze, co zrobiła jego córka, nieświadoma tych rozkazów.
    Nie wie jeszcze, że nie śpi ona w swojej komnacie, lecz maszeruje
    na śmierć w kolumnie żołnierzy, u boku swego chłopca.
    Nie wie nic o przerażeniu, które go ogarnie, gdy pozna prawdę.
    Nie wie nic o szaleństwie, które go pochłonie, kiedy zobaczy martwe ciało jedynej córki, którą sam zabił.

    Nic jeszcze nie wie.

  23. KKŚ napisał(a):

    Ferdynand stał na małym pustym dziedzińcu. Zauważył tylko jedną kobietę w fartuchu sprzątającą w kawiarni w dawnym budynku gospodarczym. Ferdynand wspomniał zapach koni jaki zawsze niósł się od tego budynku. Czegoś brakowało w tym zamku. Po przeciwnej stronie obok drzwi wisiała tabliczka „Kierunek zwiedzania”. Co oni zrobili, przecież to nie tędy się wchodziło, pomyślał Ferdynand. Jednak nie widział tak dobrze znanych podwójnych drzwi. Zamiast ich była kamienna ściana. Ferdynand wszedł do środka. Znalazł się w kuchni zamkowej. Było to pomieszczenie, którego kompletnie nie znał. Przeszedł na wyższe piętro i znalazł się w sypialni. Teraz mieściła się tam wystawa strojów. Ferdynand stanął przy oknie i zapatrzył się w jezioro, na które spływały mgły ze wzgórz. Dotknął dłonią zimnej szyby. Wróciły najlepsze wspomnienia z tego zamku. Niestety przypomniał sobie również to najgorsze. Przymusową wyprowadzkę z tak zwanych względów zabytkowości.
    – Proszę pana, zamykamy – zamyślenia wyrwał go głos kustosza.
    Ferdynand popatrzył na kustosza.
    – Do czego to doszło? Urzędnik wypędza właściciela z jego zamku.
    – Ten zamek od 10 lat nie jest pana – stwierdził kustosz.
    – Ale mógł nadal być.
    – Czasy się zmieniają. Stare odchodzi, nowe przychodzi – powiedział kustosz.
    Obaj wyszli z zamku.

  24. Gwazdacz Jan napisał(a):

    Zbigniew, zobaczywszy, że wielki głaz, wystrzelony przez wrogi trebusz, od razu rzucił się w stronę Króla, by odrzucić go jak najdalej od miejsca, gdzie pocisk zamierzał uderzyć. Król upadł na ziemię jedynie dwa metry od pewnej śmierci.
    Rzuciwszy szybkie spojrzenie Zbigniewowi, Król Jeży postanowił podziękowania zostawić na później, w tej chwili cały zamek był zagrożony.
    — Łucznicy! Strzelajcie kurwa do tych piechurów! Zbigniewie, masz wysłać dziesięciu najlepszych ludzi, żeby się rozprawili z trebuszami, niech wyjdą tylnym wyjściem i wspomogą się lasami, by pozostać niezauważeni. Wróg atakuję wyłącznie od frontu, nie będą mieli kłopotów, żeby się przedostać na tyły ich sił. Mają rozpierdolić te trebusze w drobny mak! — Krzyknął Jeży, oczy tak mu płonęły wściekłością, że Zbigniew pomyślał, że mu zaraz eksplodują.
    — Tak jest Panie! — Odkrzyknął, po czym pobiegł czym prędzej wykonać swoje zadanie.
    Tymczasem na froncie, Wojciech z jego grupą żołnierzy gotowali się do walki za bramami zamku, które lada chwilą miały paść pod naporem wrogiego tarana. Deski nie wytrzymywały, pluły drzazgami na wszystkie strony, niektóre już się wyłamały, kiedy nagle Karol wszedł na szczyt murów, taszcząc ogromny kocioł, wypełniony po brzegi wrzącą smołą.
    — Smacznego, chłopaki! — Krzyknął radośnie, przechylając naczynie i wylewając jego zawartość prosto na głowy żołnierzy obsługujących taran. Nie minęła sekunda a wszystkie okrzyki bitewne, zostały zagłuszone przez potworne wrzaski, palących się żywcem żołnierzy, stojących pod bramą.
    — Słuchajcie mnie uważnie. — Powiedział Zbigniew. — Macie jak najciszej i jak najszybciej przedostać się na tyły sił wroga, tam, gdzie stoją trebusze, i zniszczyć je. Użyjcie lasu, by was kurwy nie zauważyły, Jasne? Od was zależy czy ta kupa kamieni będzie tu jeszcze jutro stała, więc się kurwa postarajcie! — Krzyknął, po czym otworzył tylne drzwi zamku i wypuścił grupkę żołnierzy.
    Piechurzy wchodzący pod górę byli przesiewani niczym piasek przez sito, przez łuczników Jerzego, zostawiając przy życiu tylko tych najzwinniejszych oraz tych używających ciał swoich poległych braci jako tarcz przed strzałami. Pod bramą znów zdążyło się zebrać wystarczająco dużo nieprzyjaciół, by wznowili pracę taranem.
    — Karolu! Do kurwy nędzy, gdzie jest ten matkojebca?! — Krzyknął Król, widząc, że za chwilę brama zostanie wyłamana.
    Strzały przeciwnika latały nad głowami łuczników Jerzego, trafiając co jedynie co szóstego, gdyż było południe i słońce ich raziło w oczy, czyniąc ich praktycznie bezużytecznymi.
    — Jestem Panie! — Krzyknął Karol, niosą to samo naczynie co wcześniej, wypełnione świeżą porcją obiadu dla głodnych żołnierzy, lecz w tym samym momencie brama nie wytrzymała i rozpruwając się, posłała swoje kawałki na cały dziedziniec, wpuszczając nieprzyjaciół.
    — Chodźcie do tatusia, skurwysyny! — Wrzasnął Wojciech, posyłając swoich ludzi, spragnionych krwi, na wrogie siły. Furia zapaliła się w jego oczach i zaczął biec i on, podniósł miecz ku niebu, krzycząc i wybierając już swoje cele. Klinga cięła, raniła, poiła się krwią do syta, padło pięciu, dziesięciu, dwudziestu oddał kostusze. Wzrok latał mu z prawej na lewą, z lewej na prawą, szukał zawzięcie jeszcze jednego człowieka, któremu mógłby odebrać cenne życie. Zasmucił się niemało, kiedy zobaczył, że wszyscy noszący wrogi herb leżeli skąpani w krwi na ziemi.
    Wojownicy Wojciecha, odparłszy wrogich piechurów, zaczęli wiwatować, On natomiast, otrząsając się z furii, w jaką wpadł podczas walki, zaczął szukać pośród ciał swoich ludzi. Naliczył trzech martwych oraz czterech rannych, nakazał nietkniętym żołnierzom, by niezwłocznie zabrali rannych do uzdrowicieli, oraz martwych odłożyli, zdała od ścierwa, noszącego czarno żółty herb.
    Tymczasem, grupka wysłana, by zniszczyć wrogie trebusze, dostała się niezauważona na tyły wroga, zabiła w kilka chwil robotników obsługujących machiny oraz ich strażników, następnie przecinając każdą możliwą linę, połączą z trebuszami, oraz podpalając je.
    — No kurwa! I to się nazywa dobra robota! — Ryknął Król, widząc trebusze, stające w płomieniach.
    Wrodzy piechurzy, widząc żądnych krwi ludzi Wojciecha na dziedzińcu, oraz czując swąd palących się trebuszy, w panice zrozumieli, że ich szansę równają się zerem, po czym rzucili się wszyscy, jak jeden mąż, do ucieczki.
    — Wystrzelajcie te tchórzliwe kurwy, ale pozwólcie uciec kilku z nich, niech opowiedzą swoim czarno żółtym koleżkom, jak Król Jerzy skopał im dupska!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *