Odkryj uśpioną kreatywność

Muszę nauczyć się pisać lepiej, nie mogę robić tak wielu błędów, nie pokażę tego, co piszę, jeszcze ktoś to wyśmieje – miewasz takie myśli?

No właśnie. A przecież jako dzieci nie mieliśmy tego rodzaju zahamowań. Jest to jedna z kwestii, na którą zwrócił uwagę designer Tim Brown podczas wykładu o kreatywności w ramach TED Talk. Warto go wysłuchać, pomimo tego, że Brown nie mówi bezpośrednio o pisaniu.

Jako dorośli często bardzo poważnie traktujemy wszystko, co robimy. Chodzimy do pracy po to, żeby zarobić na utrzymanie, a nie – żeby spędzić czas z ludźmi, których lubimy. Piszemy po to, żeby zostać uznanymi pisarzami, nie dla przyjemności. Czytamy po to, żeby napisać recenzję… No dobrze, na tym to ja się czasem przyłapuję.

Ta powaga sprawia, że zapominamy, jak się bawić.

Jeśli o mnie chodzi, najbardziej lubię czytać książki, które są przesiąknięte niezwykłością. Na przykład takie, w których autor ukazuje nierealne światy, pomiędzy którymi prowadzi bohatera.

Kiedy pytam siebie, czy miałabym siłę, żeby stworzyć, napisać i całkowicie zanurzyć się w takim świecie, nie jestem pewna odpowiedzi. Jako dziecko nie miałabym jednak tego problemu. Jako dziecko – bawiłabym się tam doskonale.

Potrzeba sporo ćwiczeń, żeby znaleźć kreatywność, którą mieliśmy w sobie, kiedy byliśmy dziećmi. Zwłaszcza, jeśli chcemy przekuć ją w wartościowe dzieło.

Od czego zacząć? Może od uciszenia wewnętrznego krytyka, który mówi, co możesz a czego nie możesz napisać. Napisz krótki tekst i nie zastanawiaj się nad tym, czy jest to materiał na dobrą powieść lub opowiadanie. Nie myśl o tym, czy Twoje opisy są wystarczająco porywające, ani jak niezależny recenzent oceniłby Twoje dialogi.

Wyrzuć do kosza wszystkie normy i zakazy, przyswajane przez całe życie.

Ćwiczenie

Ukradnij od kogoś historię. Tak właśnie. Może to być książka Twojego ulubionego autora, może być film lub serial. Ukradnij fabułę, bohaterów i stwórz nowe dzieło. Trzymaj się jednaj zasady – porzuć oryginalny zamysł autora.

Nie podoba Ci się, że na końcu „Władcy Pierścieni” Gandalf i elfy odpływają? Wymyśl inne zakończenie. Może bohaterowie dożyli do czasów współczesnych? Co teraz robią?

A może napisz nową przygodę Supermana, opowiedzianą z perspektywy gburowatego nastolatka?

Możliwości są nieograniczone. Tylko pamiętaj, nie skupiaj się na tym, jak piszesz. Daj się ponieść wyobraźni. Zawiąż oczy wewnętrznemu krytykowi, niech siedzi cicho, dopóki nie skończysz. Dopiero wtedy, gdy wszystko będzie gotowe, pozwól mu spojrzeć (i poprawić jedynie przecinki).

Wynikami tej twórczej pracy podziel się w komentarzach pod wpisem lub na forum.

Zapisz się na newsletter! Spisek Pisarzy wysyła tylko to, co warto przeczytać.



Anna Jaskółka

Pochłaniam książki, szukam tych niecodziennych. Z wykształcenia jestem dziennikarką i socjolożką. Zawodowo sporo piszę – jako blogerka i copywriterka. Sporo również badam. Pisz do mnie na adres: anna.jaskolka(at)spisekpisarzy.pl.

7 odpowiedzi

  1. Tristan Fontaine pisze:

    Śmierć świtała mi przed oczyma. Nie mogłem oczekiwać nadziei w rękach kata. Dziś nić mojego życia miała się przeciąć.
    Spoglądałem z bezradnością jak ten obleśny błazen zwany królem, obłapia moją córkę. Ile bym dał by móc zmiażdżyć mu czaszkę.
    Nie, nie…
    Po prostu nie mogłem na to patrzeć.
    Kat szarpnął mnie, popychając na cokół z którego miała stoczyć się moja głowa.
    Grzmotnąłem ciężko, rozcinając policzek ku uciesze hołoty czekającej krwi.
    Aż trudno sobie wyobrazić że dla mieszkańców Królewskiej Przystani, moja egzekucja była traktowana niczym lokalne święto.
    Trefnisie, przemykali pośród tłumów a handlarze licząc na zysk nawoływali podstawiając swoje stoiska. Temu wszystkiemu towarzyszył zgiełk, będący nieodzowną atrakcją takiego święta.
    Święta z okazji ścięcia, najzajadlejszego zdrajcy Westeros – Neda Starka.
    Czy byłem zdrajcą?
    Nigdy nie śmiałbym się tak nazwać. Choć w tym momencie, patrząc na te wykrzywione gęby, sam byłbym w stanie uwierzyć w moją zdradę.
    Nie! Robiłem to dla Roberta, ta zgraja intrygantów….Zdrajcy.
    To oni są zdrajcami, nie ja.
    Ehhh Jednak historie piszą zwycięzcy. W tej historii, zdrajcą jest Namiestnik Północy – Ned Stark.

    Topór zabrzęczał, nadchodził kat.
    Czas na śmierć.
    Bogowie miejcie mnie w opiece, tylko w was sprawiedliwość.
    Co dalej? Ból? Już?
    Nie!
    Niebo zaczyna mienić się na złoto i zielono. Ludzie uciekają w popłochu, ich krzyki roznoszą się po całym placu twierdzy. Każdy dba o siebie, tłum taranuje się wzajemnie. Starzy i chorzy nie mają szans.
    Tak, Wielki Król Jofrey ucieka pierwszy. Dlaczego mnie to nie dziwi….
    Biedna Sansa, nie chce na to patrzeć.
    Biedny Robercie gdybyś wiedział w jaką intrygę wciągnęła cię twoja żona, podrzucając ci tego bękarta. Gdybym tylko zdążył, nie byłoby go tu i na pewno nie siedziałby na żelaznym Tronie. Co najwyżej, w jakiejś spelunie w Bravos.
    Bogowie muszą mieć z tego niezły ubaw.

    Zaraz, gdzie kat?
    Uciekł.
    Nedzie Stark radź sobie sam. Gdybym tylko potrafił rozwiązać te węzły.
    Chyba mam zwidy. Tak na pewno dostaję urojeń, jestem wykończony. Mimo to miałem wrażenie jakbym w tej wrzawie dostrzegł…
    – Aria – krzyknąłem uradowany widokiem biegnącej córki.
    – Ojcze – odkrzyknęła biegnąca dziewczyna.
    – Aria, córko, skąd ci przyszło do głowy żeby tu przychodzić. Mniejsza o to, później o tym pogadamy. Teraz pomóż mi się rozwiązać, musimy uciekać z Królewskiej Przystani. – pouczyłem córkę, która od razu zaczęła ciąć moje więzy swoim małym mieczem.
    – Lordzie Stark! – krzyknął znajomy głos.
    Rozcierając ścierpnięte nadgarstki, odwróciłem się.
    – Yoren – krzyknąłem do nadciągającego mężczyzny w zbroi.
    – Musimy uciekać z miasta, trwa oblężenie. Do portu napływają statki, podobno to Stanis i Renly połączyli siły.
    Przyznam że bogowie muszą mieć wobec ciebie szczególne plany, lordzie. – raportował Yoren.
    – Czekajcie! Trzeba uwolnić Sanse.

    • Anna Jaskólka pisze:

      No teraz jestem bardzo ciekawa jak potoczy się ta historia w Twoim wykonaniu. :) Będzie ciąg dalszy?

  2. Scathach pisze:

    Wspaniały wpis. Taki… Pozytywny 😉
    Jeśli uda mi się coś naskrobać z ćwiczenia, to na pewno wrzucę 😀

  3. Phoe pisze:

    „Piszemy po to, żeby zostać uznanymi pisarzami, nie dla przyjemności.”

    Zauważyłam tę tendencję, choć nie u siebie – ja akurat piszę, bo lubię. Jeszcze niektórzy dodają do tego zarobek 😉 To dla mnie trochę dziwne, bo nie lepiej zająć się tym, co sprawia przyjemność? Są wtedy większe szanse na odniesienie sukcesu.

    Prezentacja pana Browna świetna i dające wiele do myślenia. Jest to jedno z lepszych materiałów, jakie tu znalazłam :)

  4. Elfir pisze:

    Phoe – obawiam się, że nie zawsze jest tak, że czytelnika porwie to, co tobie sprawia przyjemność.
    Musiałabyś wybrać – albo piszesz dla siebie i wówczas sukces wydawniczy odniosłabyś jedynie gdybyś była naprawdę wybitna a twoje pomysły niezwykle oryginalne – jak zrobił to Tolkien. Albo chałturzysz pisząc to, co lubi przeciętny czytelnik danego nurtu i masz z tego zarobek – jak robi to Pilipiuk czy Piekara.
    :)

  5. Babette pisze:

    – Myślisz, że to dobry pomysł, aby ona tym się zajęła? – zapytał zbity z tropu Sherlock.
    – Nie mam zielonego pojęcia bracie, ale gdybyś ją tylko słyszał. – powiedział Mycroft, gestykulując dłońmi. – Nie wiem, skąd ona to wszystko wie, ale chyba naprawdę ma dar. – wzruszył ramionami.
    Właśnie stali obok siebie, wpatrując się w weneckie lustro, które oddzielało ich od Jamesa Moriarty’ego. Siedział on spokojnie przy stoliku, czekając na kogoś. Jak zwykle nie zamierzał nic powiedzieć, chyba że przyślą tutaj Mycrofta, a ten w zamian za ochłapy informacji, sprzeda swojego brata.
    Jednak tym razem miał się zjawić zupełnie ktoś inny. Gdy tylko otwarły się drzwi, bracia odwrócili wzrok w ich stronę. W drzwiach stanęła kobieta w czarnej, prostej sukience i szpilkach. Była blondynką o zielonych oczach, które emanowały dziwnym blaskiem. Włosy spięte miała w luźny kok.
    Spojrzała na braci i uśmiechnęła się bez słowa, po czym przecięła pokój i otwarła drzwi do pokoju przesłuchań. Sherlock cicho prychnął, nie wierząc, że jego brat dał się oszukać jakiejś kobiecie. Jednak z drugiej strony, Mycroft nie był głupi. W takim razie ona naprawdę coś potrafiła. O tym miał się przekonać w niedługim czasie.
    Kobieta przeszła pokój płynnym krokiem, stukając obcasami, po czym usiadła naprzeciwko Jamesa. Ten wpatrywał się w nią beznamiętnym wzrokiem. Ukrywał, że był zdziwiony pojawieniem się tutaj kogoś niezwiązanego z nim. Widział ją pierwszy raz w swoim życiu.
    – Kim jesteś? – zapytał bez ogródek. Kobieta uśmiechnęła się lekko, patrząc na niego.
    – To mało istotne. – ucięła temat. – Wiesz, że trzymają cię tutaj, aby dotrzeć do sieci przestępczej? Wiesz również, że nie mogą z ciebie nic wyciągnąć – nawet torturami nie mogą cię nakłonić do powiedzenia czegokolwiek, nawet tego jak nazywał się twój pies, gdy miałeś osiem lat. – gdy usłyszał ostatnie zdanie uśmiechnął się pobłażliwie.
    – I ty też tego nie wiesz… Lepiej, żebyś dała sobie spokój. Zaoszczędzisz czasu i nerwów, dobrze ci radzę. – zmrużył lekko oczy.
    – Burry… – powiedziała jedno słowo, które sprawiło, że Moriarty drgnął niespokojnie. Skąd ona to wiedziała? To graniczyło z cudem, a jednak znalazł się ktoś, kto jej to powiedział. Na jego twarz powrócił głupawy uśmieszek.
    – To było proste. Kto ci o tym powiedział? – zapytał, próbując odgadnąć jej myśli.
    – Nikt. Jak sam dobrze wiesz, jest tylko kilka osób, które wiedzą o tobie cokolwiek przydatnego. Są one bardzo daleko stąd. Bodajże wysłałeś ich na wyspy Wielkanocne, a tam mają wszystko, co im w życiu potrzeba. – uśmiechnęła się triumfalnie. Ona wszytko wiedziała. Wystarczyło, że usiadła obok kogoś i mogła wejść do jego umysłu i znaleźć potrzebne informacje.
    Moriarty zaśmiał się. To robiło się coraz bardziej niedorzeczne. To wszystko było prawdą. Poczuł, że zaczyna się pocić. A co jeśli wie o wiele więcej?
    – A znasz nazwiska? – zapytał, udając obojętność.
    – Oczywiście, że znam… – powiedziała chłodno, co wywołało u niego przyspieszenie rytmu serca. – Twoja matka Agnes, ojciec Jim oraz kilku znajomych z więzienia… Simon, Drake, Bill… – na tym się zatrzymała. – Czy mam dalej wymieniać? – zapytała, uśmiechając się kącikiem ust.
    Moriarty nie wytrzymał. Walnął jedną pięścią w stół.
    – Już nie żyjesz… – wysyczał przez zaciśnięte zęby, a po jego skroni spłynęła kropla potu. Gdy kobieta usłyszała jego odpowiedź zaśmiała się wesoło. Nie mijał się bardzo z prawdą.
    – W takim razie, grzecznie powiesz za chwilę kilka nazwisk swoich kolegów, a ja dopilnuję, by nic się twojej rodzince nie stało, co ty na to? – zapytała, unosząc brwi do góry.
    – Chyba kpisz… Skoro wiesz aż tyle, po co ja ci jestem potrzebny? – zapytał cicho. Jak miał wybrnąć z tej opresji? Mierzył się z przeciwnikiem, którego wcale nie znał. – Moja rodzina jest mało ważna… Zróbcie z nimi, co tylko chcecie, a ja nic nie powiem… – powiedział twardo, powstrzymując odruch wymiotny.
    Kobieta uśmiechnęła się szeroko. – W takim razie oni powiedzą nam coś ciekawego… – wstała od stołu, po czym wyszła do pokoju, znajdującego się za weneckim lustrem.
    W pomieszczeniu czekało na nią dwóch braci. Jeden – zadowolony z odniesionego sukcesu, a drugi – bardzo zmieszany.
    Zwróciła się do pierwszego: – Słyszałeś nazwiska… Możecie się tam udać. Mieszkają w jednej z willi, chyba tyle możecie poszukać? – zapytała trochę wyniośle.
    Mycroft stał z otwartymi ustami. – Ależ oczywiście… – skłonił lekko głowę, a następnie żwawym krokiem wyszedł z pomieszczenia, podpierając się parasolką.
    Teraz spojrzała na Sherlocka, który miał zmarszczone czoło. Usilnie starał się zrozumieć, co właśnie zaszło.
    – Jak to zrobiłaś? Skąd to wiesz? – zapytał w końcu.
    – To proste, ale utrzymaj to w tajemnicy… – powiedziała, podchodząc do niego. – Jestem wampirem… – uśmiechnęła się, a następnie wyszła z pokoju, zostawiając mężczyznę jeszcze bardziej zdezorientowanego niż przedtem.

  6. Marcin pisze:

    – Jakub! Jakub! – normalnie wypowiedziane słowa odbijały się bolesnym echem jego głowie. Kac stulecia, jak co tydzień.
    – Jakub! Wstawaj, Birski jedzie! – Semen potrząsnął Jakubem i wręczył mu butelkę truskawkowej pryty. Jakub wziął głęboki oddech, a potem równie głęboki haust ożywczego płynu. Pryta działała lepiej niż niejeden izotonik, ale jakoś nigdy nie udało mu się do tego przekonać producentów. IsoPryt. Tak, ta nazwa się przyjmie. Pociągnął jeszcze dwa łyki, splunął i oddał butelkę Semenowi.
    – Niemożliwe. Przecież to wczoraj nalaliśmy mu spirytusu do baku, he he he, daleko chłopaczyna nie zajedzie -Wspomnienie wczorajszego wieczoru wróciło mgliście, kiedy to Jakub wraz z kompanami szukał kolejnych zastosowań dla truskawkowej pryty.
    – No i nie jedzie. Widzisz ten rower? To Birski – Niebieski ludzik chwiejnie jechał na rowerze w kierunku Starego Majdanu.
    – Niech jedzie. Pryta jest w zapasowym zbiorniku, instalacja jest pusta, a za garnek zacieru nic mi nie zrobią. Powiem, że myłem ziemniaki, zapomniałem o nich i tak jakoś zaczęły się psuć, fermentować… –
    – Jakub, cholera, pięćset kilogramów ziemniaków!? –
    – Do obiadu. Wnuczek przyjeżdża – odparł Jakub – Dobra, wiem o co chodzi. Chodź do stodoły – rzucił, po czym wziął jeszcze łyk pryty.
    Na podwórku był, charakterystyczny dla Jakuba, stylizowany PRLowski chaos. Grabie, widły, zardzewiała brona, którą wczoraj próbowali odrdzewiać prytą, kilka butelek, świeżo zakopany neandertalczyk, a pomiędzy wszystkim leniwie pasła się klaczka. Semen kopnął od niechcenia zagradzającą droge puszkę po farbie, po czym otworzył jedno skrzydło stodoły. Wnętrze było ciemne i duszne od oparów wesoło bulgoczącego zacieru. Obaj zbliżyli się do kadzi, a Jakub pociągnął za jedną z wielu bezimiennych linek wiszących przy ścianie. W kadzi zabulgotało, zawirowało i cały nastaw zleciał do podziemnego zbiornika, zostawiając wannę pustą.
    – No – rzucił Jakub – kolejny piękny dzień. Pryty? – zapytał, pociągnął łyk i podał butelkę Semenowi.
    W tym samym momencie usłyszeli stukanie o drzwi stodoły i głos Birskiego
    – Jakub? Jakuuub! – Birski stał we wrotach i nawoływał jak głupi – Jakub! –
    Marek stał nad szpitalnym łóżkiem i mimowolnie powtarzał imię swojego ojca. – Jakub, kurwa, obudź się, proszę! – ręce mu się trzęsły, godzina, czemu nie przyjechał godzinę wcześniej? O 16 dostał telefon ze szpitala, że jego ojciec się wybudza i że są pozytywne sygnały. Niestety, Jakub leżał bez ruchu, jak zawsze. Jak od 5 lat, od kiedy był w śpiączce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *